poniedziałek, 20 kwietnia 2015

ROZDZIAŁ XI

Z rana ktoś puka do drzwi mojego pokoju.
- Ines wstawaj! Masz gościa.
Powoli otwierały się drzwi, a ja nie reagując na wejście gościa, obracam się na drugi bok. Nie słyszę jak ten ktoś idzie do mnie, chociaż podłoga z każdym naciśnięciem skrzypi jakby szlochała z bólu. Jednak dotyk dłoni jeżdżącej po moim brzuchu nie da się uniknąć. Ręka jest zimna, dlatego szybko reaguję. Gwałtownie obracam się w stronę tej osoby.
- Luke! - rzucam się mu na szyję i ciągnę na łóżko. - Co ty tu robisz?
- Przyszedłem cię odwiedzić.
- Ale czemu tak wcześnie?
- Chciałem zobaczyć jak śpisz. - głaszczę mnie po twarzy. - Ale trochę nie wyszło.
- Ja taka niewymalowana. - zakrywam dłońmi buzię.
- Taka jesteś piękniejsza. - zdejmuje moje dłonie z twarzy. Uśmiecham się i całuję go namiętnie. Kładę głowę na jego piersi, by znów posłuchać jak bije jego serce. Ten dźwięk tłumi moje złe myśli. Chwyta moją dłoń i bawi się palcami, macając opuszki moich palców, nie pomijając żadnego miejsca.
Między nami nastała cisza. Nie dlatego, że nie wiemy co powiedzieć, ale dlatego, że w tym momencie jest ona wystarczająca. Cieszymy się sobą, czule, namiętnie. Bez problemów, wspomnień. Nie myślę przy nim o niczym złym. W sumie... o niczym nie myślę, kiedy jest przy mnie.
Nagle zaburczało mi w brzuchu.
- Przepraszam.
- Chodź zrobię ci śniadanie. - trzyma mnie za rękę i prowadzi do kuchni. - To na co masz ochotę?
- Na ciebie. - zagryzam wargę, uśmiechając się promiennie.
- Dobrze, że twój tato tego nie słyszy.
- Czego nie słyszę? - krzyknął z salonu, wyłączając telewizor i idąc do nas.
- Ty nie w pracy? - pytam, obracając się na krześle.
- Dzisiaj zrobiłem sobie wolne. - objął mnie i spojrzał na Luke'a.
- A no właśnie. - spoglądam raz na Luke, raz na tatę. - To jest Luke, mój...
- Przyjaciel. Miło mi Pana poznać. - pierwszy wyciąga rękę.
- Mi ciebie również. - uśmiechnął się i zrobił to samo. - To ja was zostawiam. Jakby co to jestem w gospodarstwie.
- Dobrze tato. - daję mu ciepły całusa w policzek. - Chyba cię polubił.
- Serio?
- Tak, a rzadko lubi moich "chłopaków". - chichoczę biorąc słowo w cudzysłów.
- Co znaczy "chłopaków". - zmarszczył czoło i powtórzył mój gest.
- No bo... - kręcę się w lewo i prawo. - Nie zapytałeś mnie o chodzenie.
- A chciałabyś zostać moją dziewczyną?
- Zrób to jakoś bardziej romantycznie, a nie w kuchni, gdy jestem głodna!
- Dobrze, dobrze. - całuję mnie w czoło i głaszczę w tył głowy. - Zrobię ci naleśniki.
- Umiesz gotować? - podbieram się o podbródek.
- Umiem, a co?
- Nic. To słodkie jak chłopak umie gotować. - podchodzę do niego i pomagam mu mieszać składniki.
Oboje zabraliśmy się za śniadanie śniadanie, a gdy było już gotowe, razem go degustowaliśmy.
- Mniam! Są pyszne! - zagryzam pierwszy kawałek.
Po zjedzeniu zrozumiałam, że cały czas jestem w piżamie, więc szybko wbiegam po schodach i zabieram do łazienki kuferek i ubrania. Ubrałam swoje ulubione jasne ogrodniczki, spięłam włosy w koka i powoli wracam do Luke'a.
- Gotowa! To co robimy? - pytam, stojąc przed nim na baczność
- Musisz chyba potrenować przed zawodami, co? - patrzy na mnie z lotu ptaka.
- Tak, ale boje się, że nie dam sobie rady.
- Ei! Więcej wiary w siebie. - siada na fotelu i przyciąga mnie na kolano. - Nie bez powodu chciałem cię trenować.
- A to nie dlatego, że ci się spodobałam? - uśmiecham się uroczo. Patrzę mu głęboko w oczu, co bardzo go rozprasza.
- Też. - pocałował mnie w ramię. - Chcesz teraz potrenować?
- Czemu nie. - podchodzę do okna, otwieram je i krzyczę w stronę kurnika. - Tato możemy wziąć konie?!
- Tak!
Idziemy do stajni i szukamy w boksach koni. Luke zabiera Silona o brązowej grzywie i nieco jaśniejszej sierści. Ja zabieram Pioruna, do którego musiałam, aż się skradać, by tato nic nie zobaczył.
Galopem kierujemy się do lasu. Przechodzimy przez niego, aż do drewnianego mostku. Schodzimy z koni i przywiązujemy je do drzew. Luke prowadzi mnie dalej. Trzymając mnie za rękę zaprowadził na koniec magicznego miejsca. Dziwne, bo podobno nigdy nie wiedział o tym miejscu. Przy końcu lasu zauważam stadninę Luke'a.
Kiedy dotarliśmy, Luke dał mi ubrania bym się przebrała. Zaczęliśmy trening. Długi, męczący i monotonny. Ciągle te same triki. Chciałam czegoś więcej. Liczyłam na skok adrenaliny, a tu zwykłe, proste sztuczki. Chociaż Piorun nauczył się szybciej biec, co na prawdę znosił ciężko. Ledwo zipie po normalnym tempie, co dopiero dwa razy szybciej.
Trenujemy już kilka godzin i z każdą minutą padamy za zmęczenia.
Do zawodów zostały dwa tygodnie, więc mam nadzieję, że Piorun do tego czasu wytrzyma. Jestem z niego bardzo dumna, bo wykazał się determinacją i był taki dzielny. Chciałabym być taka jak on.
Spoglądam na komórkę.
- Kurczę, późno już! Musimy wracać.
- Dobrze. - przywracam się do wcześniejszego stanu i powoli wyjeżdżamy ze stadniny.. - Wiesz, że jak chcesz być najlepsza to musimy trenować codziennie po parę godzin?
- Wiem. - spojrzałam na Pioruna, który po zjedzeniu jabłka czuję się znacznie lepiej. - Mam tylko nadzieje, że on to wytrzyma.
- Jest silny, da radę.
Kiedy dotarliśmy do domu cioci, odprowadziliśmy konie i poszliśmy się przejść. Idziemy przed siebie, w ciszy, w niezręczności. On zrywa liście z drzew, a ja plącze się pod nogami.
- Wszystko dobrze? - Splótł swoje palce z moimi.
- Tak. 
- Co się dzieje?
- Nie mogę ci powiedzieć. - siadamy na ławce, przy małym placu zabaw. Bardzo starym, bo rdza osiadła już na większości miejscach.
- Dlaczego? - odgarnia mi kosmyk włosów z twarzy.
- Po prostu. - próbuję coś na szybko wymyślić.
- Proszę, powiedz mi.
- Bo... - przerywam. Jego ciepło trafia do wnętrza mojego ciała, przez co robię się słabsza w myślach i uczuciach. Próbuję przez hausty powietrza stłumić ciepło, ale jest zbyt silne. Jest już za późno. - Chodzi o tatę.
- A co z nim?
- Boje się, że nie pozwoli mi wziąć udziału w tym wyścigu. - skłamałam.
- Musisz z nim porozmawiać.
- Tak. Masz rację. - uśmiechnęłam się i położyłam głowę na jego ramieniu. - Tak zrobię.
Siedzimy chwile, patrząc na puste niebo, aż postanawiamy wracać. Luke odprowadził mnie pod dom, pocałował na dobranoc i każde poszło w swoją stronę. Kiedy wchodzę do domu, nastaję czekającego w salonie tatę.
- Sympatyczny ten twój kolega.
- Wiem. - uśmiechnęłam się dezorientując go.
- Jesteście razem?
- Nie. - pomyślałam. W sumie to prawda. Nie okłamuję go, chociaż nie miałam takiego zamiaru.
- Chodź tutaj. - wskazuję swoje kolana.
- Tato mam szesnaście lat, nie jestem już dzieckiem.
- Jak byłaś mała, to lubiłaś mi zawsze siadać na kolanach.
- No dobra. - siadam i spoglądam na tatę, obejmując mocno jego szyję.
- Musimy porozmawiać. - spojrzał na mnie, a jego źrenice znacznie się powiększyły.
- O czym? 
- O twoich treningach z Luke'em. - trzyma mnie tak mocno, bym nie uciekła od niego.
- Czyli już wiesz?
- Przecież wiem, że byłaś na pikniku, że trenujesz z Luke'em i o tym, że nie jeździsz na Beth. - powiedział spokojnym, ale stanowczym głosem, co mnie zgubiło.
- Skąd to wiesz? - patrzę na kominek, który stoi na wprost nas. - Ciocia ci powiedziała?
- Nie. Sam się domyśliłem. - uśmiecha się lekko. - Zawsze robiłaś to co chciałaś.
Zamilkłam.
- Jesteś jak twoja matka. Nigdy nikogo nie słuchała. Po prostu robiła to co chciała. - odgarnia mi włosy za ucho.
- Jak go nazwałaś? - pyta z ciekawości.
- Kogo?
- Konia.
- Piorun. - spoglądam tacie w oczy, co jest bardzo ryzykowne.
- Nie powinnaś go męczyć. To jest już stary koń, dlatego dałem ci Beth. - tłumaczy mi, chociaż i tak go nie posłucham. Dobrze o tym wiem, ale próbuję. Jednak jego nutka kłamstwa, wędruje po gałce ocznej, jak pusta puszka po ścieku.
Ale porównanie Ines. - głośno myślę.
- Ale to jest właśnie koń dla mnie. Przywiązaliśmy się do siebie i chce na nim trenować.
- Rozumiem. - pocałował mnie w czoło. - Idź już spać.
Skinąwszy głową, żegnam się z nim uściskiem i idę pod prysznic.
Rano budzę się pełna energii. Rozciągam się i jak zawsze rano schodzę na śniadanie. Widzę jak tato rozmawia przez telefon, a gdy mnie zauważa, szybko kończy rozmowę i wychodzi z dompu jak poparzony.
- Z kim rozmawiał? - pytam cioci od razu po jego wyjściu.
- Nie mam pojęcia. - nalewa mi mleka do szklanki.
Hmm. Nie zastanawiam się na tym. Zjadam śniadanie, robię poranną toaletę, ubieram się i wchodzę na laptopa. Sprawdzam facebook'a, wchodzę jeszcze na twitter'a, a na koniec przeglądam e-mail. Mam jedną nieodebraną wiadomość. Otwieram i od razu patrzę na nick. Nie znam tej osoby. Zjeżdżam niżej myszką, sprawdzając plik. Otwieram go i widzę coś co sprawia, że moje serce zatrzymuję się na chwilę. To ja i Aaron, ale totalny photoshop. Widać jak całujemy się i idziemy razem za rękę, co jest totalnym szaleństwem i nieprawdą. Schodzę myszką niżej, a tam tekst "Trzymaj się planu, jeśli nie chcesz stracić bliskich." Zamieram, bo nie wiem co mam dalej robić. Szukam jakieś informacji o nicku adresata. Informacje są puste. Nie mogę sobie przypomnieć, kto mógł jeszcze być prócz mnie, Aarona i Luke'a. Po chwili zastanawiania, do mojego pokoju wchodzą Tina, Jasmine i Lu. Natychmiast pokazuję im e-mail, który dostałam.
Dziewczyny dokładnie przeszukają ze mną jeszcze raz profil adresata, ale to na nic. Jedyne co wiem, to to, że jest to dziewczyna. Ma nick: Lady12131.
- Spokojnie Ines. - przytula mnie Jasmine.
- Dojdziemy do tego kto to jest. - pociesza mnie Jasmine, chociaż to nic mi nie daję.
- Chodźmy się przejść. - proponuje Lu, otwierając nam drzwi.
Ubieramy buty i wchodzimy. Kierujemy się do małej pizzerii, niedaleko domu Tiny. Zamówiamy dużą pizzę z kurczakiem, serem, pieczarkami, salami i kukurydzą. Spokojnie zajadamy swoje kawałki, gdy nagle podchodzą do nas dwie dziewczyny, które widziałyśmy przy zapisach na zawody.
- Kogo my tu mamy Stacy? - powiedziała blondynka do swojej koleżanki.
- Cztery ofiary. - wskazuję na nas palcem brunetka.
- Nie macie już czego robić? - odzywa się wulgarnie Tina.
- Mamy, ale... - gwałtownie siadają obok nas. - Dokuczanie wam sprawia nam większą radość.
- Miałyście kiedyś złamaną nogę? - pyta nieprzyjemnie Lu.
- Nie, a bo co?
- A chcecie mieć?! - rzuca się na nich.
- Nie dotykaj mnie wieśniaczko!
- Mój tatuś prowadzi tą pizzerię, więc lepiej bądźcie grzeczne. - uśmiechnęła się wścibsko Stacy. Kiedy odeszły, Lu nieco się uspokoiła, ale w jej oczach nadal tkwi nuta nienawiści.
- Jakie wredne.
- Jak ta blondynka się nazywa? - spytałam dziewczyn.
- Miranda.
- One są stąd? - patrzą na dziewczyny.
- Stacy tak, a Miranda wprowadziła się tutaj dwa lata temu. - odparła Jasmine.
- Wcześniej mieszkała w Chicago. - dodaję Tina, przegryzając pizzę w ustach.
- To tam, gdzie ja. - pomyślałam. - Nigdy jej nie widziałam.
- Mieszkała, gdzieś na końcu miasta.
- Dlatego jest taką mieszczanką ą, ę przez bibułkę. - Tina robi usta na "rybkę" i podnosi dłoń do poziomu ramienia, machając ją w przód i tył.
Chichoczemy i dojadamy resztę pizzy. Zostawiamy pieniądze na stoliku i wychodzimy.  Po drodze spotykamy chłopaków, którzy szli w przeciwną stronę niż my. Witamy się z nimi i wchodzimy do sklepu na rago. Jasmine musi zrobić zakupy do domu, więc pomagamy jej w tym. Tina i Tom idą na pierwszy dział. Ja i Lu na drugi, a Luke i Jasmine na trzeci.
- Skąd znacie Stacy i Mirandę? - pytam, wracając do tematu i szukając na półkach mąki i makaronu.
- Chodzimy wszyscy razem do jednej szkoły. - odpowiada Lu, dysząc, bo schyla się nisko do półki. - Stacy i Miranda są w kółku teatralnym.
- Czyli są bardzo popularne?
- Mniej więcej. Ale uważaj na nie.
- Dlaczego? - zmarszczyłam czoło i zatrzymałam się wzrokiem na Luizie.
- Lubi likwidować konkurencję.
- A co ja jej takiego zrobiłam?
- Po pierwsze też jesteś mieszczanką, a przed tym jak się tu wprowadziłaś była tylko ona. - wsadza saszetkę do koszyka.
- A po drugie? - stanęłam na palcach, by dosięgnąć makaronu.
- Po drugie to to, że kiedyś ona i Luke byli ze sobą, ale zostawiła go dla jednego z jego kolegów z drużyny. - zabrała z drugiej półki mąkę i kisiel.
- Rozumiem. - tak na prawdę w ogóle tego nie rozumiem. - Pewnie, dlatego mnie nie lubi.
- Ona rzadko kogo lubi. Zwłaszcza konkurencję. -spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem. - Nie przejmuj się nią.
- Nie przejmuje. - uśmiechnęłam się i wzruszyłam ramionami.
Kiedy mieliśmy już wszystkie rzeczy w koszyku, dołączyliśmy do reszty i wystawiliśmy wszystko na taśmę, po czym spakowaliśmy do reklamówek i poczekaliśmy na Jasmine.
- Reszty nie trzeba. - uśmiechnęła się Jasmine i wyszliśmy ze sklepu.

2 komentarze: