sobota, 26 września 2015

ROZDZIAŁ IV

Opadłam na łóżku ze łzami spływającymi mi gęsto po policzkach. Zakryłam je dłońmi i dałam się ponieść emocjom. Tak bardzo boje się o Luke'a, ale kompletnie nie wiem gdzie jest i co się z nim dzieje. Muszę natychmiast się tego dowiedzieć.
Sięgam po telefon i przecieram rękawem bluzy mocno oczy, aż zrobiły się czerwone. Wystukałam numer Luke'a i trzy razy dzwoniłam do niego, ale nic. Kompletnie nic. Rzuciłam telefonem o łóżko, uklękłam przy nim i zaczęłam się modlić do Boga. Byle, by tylko coś to dało. Boże miej go w opiece!

- Świetnie!!! Pada deszcz. - obudziłam się przez uderzające silnie krople deszczu o rynnę.
Wstałam od niechcenia i sięgnęłam po ubrania, które wczoraj przed spaniem porozrzucałam po podłodze. Wyszłam z pokoju i natknęłam się na Matthew'a, który stoi przede mną ze swoim boskim uśmiechem i w samych bokserkach w statki.
- Khym. - odchrząknęłam speszona. - Ładne...
Spojrzałam na jego umięśnione ciało. Luke miał o wiele lepsze, w sumie sportowiec... Ale Matthew co bądź też jest nie zły. Co ja chrzanie!
- Muszę iść. - minęłam go, zahaczając łokciem o jego łokieć.
- Wszystko w porządku? - spytał, zmieniając wyraz twarzy na poważniejszy i łapiąc mnie za przedramię.
- Tak. - pokiwałam głową.
- A u ciebie? - spytałam, zmieniając kontekst pytania.
- Yhym. - patrzył mi w oczy wyszukując odpowiedzi, po czym puścił moją rękę i dał mi wejść do łazienki.

Kilka minut później ogarnęłam się i zeszłam coś zjeść. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, na który dzisiaj nie miałam w ogóle ochoty. Ale żeby nie zemdleć i później nie opowiadać całej historii, która przeżywam, po prostu muszę zamknąć oczy, zatkać nos i wziąć kilka łyżek jogurtu naturalnego. Chowam do torebki dwa banany i wychodzę razem z Mtthew'em z domu. Idziemy na metro i czekamy na ławce. Nie odzywamy się do siebie, tylko patrzymy na wprost jak ludzie mijają się w biegu. Kobieta w płaszczu z kubkiem kawy mija mężczyznę w garniturze, czarnym płaszczu, kapeluszem i walizką w ręce. Matka ciągnie córkę za rękę, która porusza się bardzo wolno, jedząc pomału drożdżówkę. Po prawej stronie chłopak nieco starszy ode mnie wyciąga z pokrowca skrzypce, kręcąc głową w lewo i prawo za pewne po to, by ją rozciągnąć. O! Nasze metro już jest.
Wstaję równo z Matthew'em i stoimy za przepychającymi się ludźmi. Trzymamy się słupa i jedziemy, trzepocząc się na wszystkie strony.
Wysiadamy i rozdzielamy się w swoje strony. Pożegnał się, ale mu nie odpowiedziałam. Nawet nie skupiłam się na tym. Coś innego pląta mi się w głowie.
- Ines, może ty nam opowiesz o Rewolucji francuskiej. - powiedziała głośno historyczka.
Spoglądnęłam na nią i pokiwałam sprzecznie głową.
- Przykro mi.
Znów spuściłam wzrok na dłonie i tylko w tle miałam szmery mówiącej historyczki...
Chemia, to przedmiot w którym nigdy nie byłam dobra, ale mimo to lubię go. Na prawdę go lubię.
- Ines, podasz mi H2O. - spytała Isabell, wlewając substancję z fiolki do flakoniko-podobnego czegoś.
- Hmm? - ocknęłam się, łapiąc się za głowę.
- Podasz mi wodę? Leży obok ciebie. - wskazała dłonią.
- Yhym. Jasne.
- Wszystko w porządku?
- Tak, tak.
Zabrzmiał dźwięk dzwonka. Chwyciłam torebkę i pierwsza wyszłam w klasy, rzucając na biurko nauczycielki biały fartuch. Szybkim krokiem poszłam do szafki, wyciągnęłam z torebki niepotrzebne książki i wrzuciłam je do szafki. List od Luke wysuwał się spod książek. Wyciągnęłam go i schowałam do torebki.
- I jak się czujesz? - zabrzmiał dźwięk SMS-a z mojej komórki.
- Średnio. Nic im nie mówiłaś?
- Nie. Ale moim zdaniem powinnaś im powiedzieć. To też przyjaciele Luke'a.
- Nie teraz. W swoim czasie. Musze kończyć.
Wyciągnęłam z torebki banana i poszłam na lekcję. Dzisiaj musiałam zostać dłużej. Mam ćwiczenia przed sprawdzianem z starszymi dziewczynami. Mam nadzieje, że myśli o Luke'u nie przeszkodzą mi w ich wykonywaniu. Poszło po mojej myśli. Wszystko było dobrze, nawet nie myślałam o nim. Skupiłam się tylko na ruchach. Jezioro łabędzie to dobry początek, ale na egzamin to się nie nada. Na szczęście dziewczyny pomogą mi z podkładem. Isabell została ze mną, a nawet ćwiczyła. Później powaga zamieniła się w zabawę. Humor przez to bardzo mi się poprawił. Dwie godziny nie myślenia o złym... o najgorszym. Wreszcie żyje szczęściem.
- Idziesz w tamtą stronę? - spytała Isabell.
- Tak. Ty też?
- Tak. - uśmiechnęła się. - To chodźmy.
Zatrzymałyśmy się w parku na lodach.  Wreszcie słońce wyszło. Rozpromieniało cały park, aż chciało się zostać i szukać tęczy na niebie. Wytarłyśmy chusteczkami krzesła i usiadłyśmy na nich. Dostałam SMS-a od Tiny. Spytała gdzie jestem, na co nie odpisałam. Dobrze rozmawiało mi się z Isabell, a rzadko kiedy razem wychodzimy, więc postanowiłam ten czas poświęcić jej. I minął niesamowicie. Poszłyśmy do niej, gdzie przesiedziałam długi czas. Ma ogromny dom. Trzech starszych braci i jednego młodszego. Jej rodzice są na prawdę mili i utalentowani. Jej mama jest projektantką wnętrz i pokazała mi niektóre projekty, a jej tato tworzy muzykę. Pracuje w filharmonii. Dziś po raz pierwszy usłyszałam dźwięk wydawany z ukulele i jestem bardzo wdzięczna jej tacie, że dla mnie to zrobił. Niby mały, zapomniany instrument, ale na prawdę jest dużo warty w muzyce. Nie koniecznie w filharmonii, ale w ogóle.
Właśnie skończyliśmy jeść kolację. Podziękowałam za wszystko i razem z jej tatą weszliśmy do samochodu.
- Wróciłam! - krzyknęłam, głaszcząc Toffu za uszami. - Cieść piesiećku!
- Nie ma cioci. - zszedł do mnie Matthew.
- A gdzie jest? - weszłam do kuchni i zajrzałam do lodówki.
- Wróci jutro wieczorem.
- Że co? - wypiłam łyk mleka z butli.
- Chłopak i te sprawy... - założył ręce na piersiach i oparł się plecami o blat.
- Yhym. - skinęłam głową wyciągając jajka w pudełka.
- Czemu nie odbierałaś od Tiny?
- Bo byłam z koleżanką.
- No i co?
- I to... - rozbiłam jajka na patelni. - Że chciałam z nią spędzić czas.
- To przecież z nami też mogłaś.
- No mogłam, ale jutro też mogę.
- Wszystko dobrze Ines? - zbliżył się, kładąc dłoń na moim biodrze. - Wyglądasz...
- No jak wyglądam? - podniosłam ton.
- Przepraszam... - wycofał dłoń i odsunął się lekko, spuszczając głowę w dół.
- Nie... - wyłączyłam gaz. - To ja przepraszam. Chodzi o Luke'a.
- Odzywał się? - usiadł na krześle przede mną.
- Powiedzmy... Ale nie chce nic na razie mówić.- zgarnęłam trochę jajecznicy na talerz. - Chcesz?
- Jasne. - położył drugi talerz pod patelnię.
W ciszy przeżuwaliśmy jedzenie. Czasem zerkał na mnie, ale ja nie odwzajemniałam kontaktu. Chciałabym im wszystkim powiedzieć co się dzieje. Nie ukrywać tego wszystkiego. Faktycznie to też jest ich przyjaciel i chcą wiedzieć co się z nim dzieje, ale teraz jest za wcześnie. Może i będą mieć potem do mnie żal, ale nic mnie to póki co nie obchodzi.
Siedzę w salonie na kanapie razem z Matthew'em, który obejmuję mnie jedną ręką na ramieniu. Drugą stuka w klawiaturę laptopa. Będziemy teraz oglądać film. Niby nie lubię horrorów, ale oglądnę. Raz się żyje.
Kilka razy podskakiwałam z przerażenia. Zakryłam się kocem i czasem wypatrywałam ciemnych postaci na podłodze czy ścianach. W tuliłam się w Matthew'a tak, że chyba ledwo dychał. W pewnym momencie złapał mnie za rękę i tak przez dobre kilka minut siedzimy splątani palcami. Jest mi teraz dobrze. Nie myślę o Luke'u... Myślę o czymś miłym. Czymś przyjemnym, coś co mnie uszczęśliwia, powoduje że uśmiech na twarzy sam się pojawia z własnej woli. Jednak wyrzuty sumienia na pewno pojawią się od jutra. Ja się dobrze bawię, a Luke może mieć kłopoty... i nic z tym nie robię. Ale moje ciało i mózg nie chcą nic z tym robić. Chcą odpocząć... chcą być szczęśliwymi. Czy to jest słuszne? Czy ja tak mogę? Przecież Luke tyle dla mnie znaczy, ale... jest tak daleko... albo blisko... już sama tego nie rozumem.
Znów podskakuje, ale Matthew trzyma mnie jeszcze mocniej. Przysuwa mnie jeszcze bliżej siebie i jeszcze bardziej słyszę kołatanie jego serca. TU-DUM!, TU-DUM! Tak pięknie brzmi. Tak pięknie jak ukulele taty Isabell. Ten dźwięk, który chce się słuchać. Zamknąć oczy, wyostrzyć słuch i unieść delikatnie twarz równo z uniesieniem jego serca. Jeszcze pachniał tak przyciągająco. Dlaczego Boże mi to robisz? Czemu kryjesz przede mną Luke'a, a odsłaniasz Matthew'a. Czy chronisz mnie przed jednym, bym mogła spróbować coś z drugim? To jak zakazany owoc, który nigdy nie powinien był być spróbowany. Ale jednak... czy ze mną też tak będzie? Czy oprę się pokusie i... NIE! TAK! NIE! krzyczało sumienie. Głupie, bezduszne sumienie. Zawsze byłaś tak blisko, taka pomocna, a teraz egoistyczna suko sprawiasz, że mam mętlik w głowię! Niech cię szlak!
- Śpisz? - spytał Matthew.
- Trochę. - przetarłam oczy rękawem jego bluzy, którą mi zarzucił podczas pierwszych minut filmu.
- Zaniosę cię do łóżka. - wyłączył pilotami telewizor i uniósł mnie na rekach idąc do mojego pokoju.
Oparłam głowę na jego ramieniu. Trzymałam mocno jego kark i czułam się tak delikatnie. Jak piórko... Takie bezradne, delikatne, małe piórko. A on... taki silny, twardy, ale emocjonalny i... idealny.
- Zostawić ci włączone światło? - spytał, kładąc mnie delikatnie na łóżku i przykrywając kołdrą.
- Nie, nie musisz. - podłożyłam ciepłą pod rękawem bluzy dłoń pod policzek. Patrzyłam na niego ze zmrużonymi lekko oczami. Biała koszula z krótkimi rękawami, ukazywała detale silnych mięśni. Czarne spodnie lekko za duże, ale podobały mi się na nim. Taki skate... i te włosy... uniesione zawsze do góry, lekko opadły. Chciałam wepchnąć w nie swoje palce i przeczesać, by opadły jeszcze niżej.
Powoli ruszył w stronę drzwi, jakby chciał mi powiedzieć, że czeka na moją kolej. Żebym się odezwała.
- Zaczekaj. - powiedziałam cicho, unosząc się lekko i opierając ciało na przedramieniu. - Zostaniesz ze mną? Tylko dzisiaj. Po prostu boję się przez ten horror, a mam zamiar się wyspać. Jutro szkoła i wiesz...
Próbowałam wymyślić cokolwiek, tylko po to, by dzisiejszą noc spędzić z nim. Tylko z nim...
- Jasne. - przytaknął głową i uśmiechnął się lekko.
Powoli ruszył się w moją stronę. Położył się obok mnie bardzo wolno i delikatnie. Miał ciepłe, wolne ruchy. Bez żadnych intencji. Bez żadnych myśli. Nie chciał mnie zranić, co poczułam od kąt mnie przytulił przy filmie. Chyba mu się podobam, co mnie w żaden sposób nie przygnębia. Wręcz przeciwnie... Dobrze mi z tym... Z tym i z nim.
Wsunął delikatnie rękę pod moją głowę, tak że leżałam na jego ramieniu tuż przy jego twarzy. Od niechcenia mrugałam powiekami, dając mu znak, że jestem bardzo zmęczona dzisiejszym dniem, ale też daje mu znak, że chce mu się podobać. Taka właśnie. Taka zmęczona, przerażona myślami, ale chce być urocza. Chce mu się podobać. Chcę, by mnie pocałował... właśnie teraz. Tylko raz... by poczuć smak jego ust, poczuć te chwilę. Jakby wyglądała, gdyby Bóg jednak sprowadził mnie na jego drogę. Może droga Luke'a to przepaść, którą mam za wszelką cenę ominąć. Ale co jeśli to błąd? Taki wirus jak w grach... A jaką mam pewność, że droga Matthew'a jest prosta? Może są schody, których nikt nigdy nie przeszedł i nie przejdzie. Zgubię się w ich połowię, albo złudzenie optyczne, które skieruję moje myśli w dwa różne kierunki. Co jeśli... PRZESTAŃ! mówię sobie w myślach. Powieki mocno się zacisnęły, a jego dłoń opadła na moim policzku. Jego palce rozsunęły się w jego różne części, a mnie przeszły ciarki na całym ciele. Lekko otworzyłam oczy, by spojrzeć znowu w jego źrenice. Powiększyły się, ale nadal jego oczy były piękne. Nie widać w nich było żadnej iskierki, ale migotały. Co raz bardziej chce jego bliskości. Co nam szkodzi... jesteśmy sami. S A M I...
Zgasił światło, nie spuszczając ze mnie wzroku i przysunął twarz do mojej jeszcze bliżej niż była. Czułam czubek jego nosa na swoim nosie. Poruszał nim lekko w jedną i w drugą stronę muskając mój czubek nosa. Była cisza i ciemność. Nic nie widziałam, ale czułam wydychające powietrze z jego nozdrzy. Dziwnie to brzmi... Nozdrza.... ale nie przeszkadza mi to... Przy nim nie krempuje mnie nic. Bałam się swojego pierwszego razu i nadal się boje, ale czuję, że on nie będzie mnie krępował.
Odgarnął mój kosmyk włosów za ucho i opuszkami palców dotykał mojego ucha. Poruszał kciukiem raz w górę raz w dół. Był taki delikatny, pewny siebie... a moje serce próbowało wyrwać się z klatki.
- Ines? - szepnął mi cicho do ucha.
- Tak? - wymamrotałam, pełna zachwytu.
- Chcesz tego? - musnął delikatnie moje ucho.
- A ty?
Po momentalnej ciszy, usłyszałam znów jego głos.
- Cholernie... - zaśmiał się, wypluwając ciepłe powietrze w mój policzek.
- Ja też... - uniosłam lekko głowę, tak że nasze usta lekko się musnęły. Dałam się ponieść chwili. Ale czy dobrze robię?

poniedziałek, 14 września 2015

ROZDZIAŁ III

Wróciłam do pokoju, by dalej powtarzać lekcje. Szło mi zdecydowanie lepiej niż wcześniej. Położyłam książkę na podłodze i sama położyłam się na brzuchu. Próbowałam zrobić krok po kroku, to co było w książce. Usłyszałam dzwonek telefonu. Szybko się podniosłam i rzuciłam na telefon. To Luke. Odebrałam i przyłożyłam urządzenie do ucha.
- Hallo? - zaczęłam.
Głucha cisza. Czułam się niezręcznie, a nastrój przyprawiał mnie o dreszcze. Słyszałam tylko oddech kogoś z drugiej strony. Chyba jakieś zakłócenia są między nami.
- Luke to ty?
Ktoś się rozłączył. Odłożyłam telefon na biurko i padłam na krzesło z dłońmi na oczach. Chce mi się płakać, ale tylko przecieram oczy opuszkami palców, zjeżdżając na nos i usta. Patrze na telefon i zastanawiam się czy po niego sięgnąć. Może ja teraz spróbuje zadzwonić. Jednak sytuacja się odwróciła. To znowu on. Odebrać, czy nie? Może robi sobie ze mnie nieśmieszne żarciki ze swoimi nowymi znajomymi... Ale Luke? On mnie kocha, nie zrobiłby mi tego. Chyba, że nie znam swojego chłopaka. Przynajmniej tak jakbym ja tego chciała.
Waham się, ale odbieram po kilku sekundach.
- Hallo? - głos mi się załamał. - Jeśli to ty Luke i robisz sobie ze mnie żarty, to wiedz, że nie są śmieszne i wcale mi się nie podobają.
- Hallo? - ktoś spytał z drugiej strony. Cienki głos... Jakby nie jego.
- Kto mówi? - spytałam.
- Słyszysz mnie? - znów zadał pytanie cienki głos.
Chyba tylko ja słyszę, jak mówi do mnie.
- Ja cię słyszę, a czy ty mnie słyszysz? - spytałam nieco głośniej.
- Jeśli mnie słyszysz, to przyjedź na ulicę... - przerwał głos.
Dość głośno zahuczało w mojej komórce. Odsunęłam się z przerażenia. Tak jakby ktoś rzucał wszystkim co miałby pod ręką. To jest straszne. Nie wiem co się dzieje, a najgorsze jest to, że nie wiem co się dzieje z Luke'em. Jeśli mój chłopak ma kłopoty? Musze mu pomóc, ale nie wiem, gdzie jest. Gdzie on do cholery teraz jest? Jaka ulica? Jaki adres? Boże daj mi jakieś wskazówki.

Siedzę w szkole, podparta łokciami o ławkę. Policzki spłaszczyły mi się od długiego trzymania pod nimi dłonie. Oczy mam zmrużone od niewyspania. Ciągle myślę o Luke'u, ale też próbuje skupić się na słowach nauczycielki. Wypowiada je tak szybko, że mój mózg potrafi powtórzyć tylko co czwarte. Koniec lekcji. Idę korytarzem, przechodząc obojętnie obok Isabell, która chciała nawiązać ze mną kontakt. Spławiłam ją opuszczonym wzrokiem. Musi rozumieć, że coś jest nie tak. Albo po prostu musi to zrozumieć.
Stoję pod szafką, wystukując do niej kod. Wkładam książki do skończonej właśnie lekcji i zabieram dwie inne do dwóch ostatnich dzisiaj przedmiotów. Między nimi wypada kartka i spada tuż pod czubki moich stóp. Nabieram sił i schylam się po nią. Prostuję się i otwieram. To list od Luke'a, który mi dał jeszcze w tamte wakacje. Napisał dla mnie romantyczny list pożegnalny. Akapity, znaki interpunkcyjne, wyraźne pismo... rzadkość, by jakikolwiek chłopak, albo nawet i dziewczyna potrafili o tym pamiętać. A na końcu zdania: ''Kocham cię i zawsze będę''. Łza spłynęła na kartkę rozmazując ''w'' i ''ł'' w słowie ''właśnie''. Schowałam głowę do szafki i popłakałam się z bólu. Na szczęście koło szafek stały tylko trzy osoby i to daleko ode mnie. Schowałam kartkę do plecaka i zamknęłam szafkę, kierując się do klasy.
- Wszystko w porządku? - spytała szeptem Isabell, siedząca obok mnie.
- Tak. - wytarłam zeschły tusz z policzka.
Właśnie schodzę po schodach do wyjścia. Zakładam plecak na ramię i skręcam w lewo. Za dziesięć minut powinnam dotrzeć do szkoły przyjaciół.
Czekam opierając się o stojak na rowery. Grupa wychodzi uradowana. Lu trzyma coś w rekach, przechodząc między nimi, jakby spieszyła się do toalety, a na drodze stoją jej słupki, które musi wyminąć. Tina zauważyła mnie jako pierwsza, później Jasmine i reszta.
- Hei Ines. - powiedziała uradowana Lu. - Dostałam 4 z geografii, rozumiesz? Ja i 4.
Przytaknęłam jej głową, lekko podnosząc kącik ust. Byłam z niej dumna w głębi duszy, ale z zewnątrz moja dusza nie miała pojęcia co znaczy szczęście.
- Dobra, chodźmy! - krzyknęła naburmuszona Jasmine. - Nie chce stać obok tego zasranego budynku.
- Ktoś jest nie w sosie. - wyśpiewała Lu, robiąc rybie usta.
- Będzie dobrze. - pogłaskał jej ramię Matthew.
Idziemy w stronę parku. Lu nadal przechwala się swoją czwórką.
- Zamknij się wreszcie! - pchnęła ją Jasmine.
Matthew przytrzymał Jasmine, a Tom Lu, by je rozdzielić. Nigdy od kąt poznałam Jasmine, nie zachowywała się tak agresywnie. Może po prostu nigdy jej nie widziałam takiej złej. I chyba nawet lepiej. Nie chce jej zajść za skórę.
- Bo co? - wystawiła język Lu. - Mamy być wszyscy negatywnie nastawieni do świata, bo księżniczka dostała najgorszą ocenę z całej klasy?
- Zamknij się powiedziałam!
- Ty natychmiast przestań! - skierowała palcem wskazującym Tina na Lu. - A ty nie złość się. Nauczysz się i poprawisz.
- Taa... - wymamrotała Jasmine.
- Pomogę ci jeśli chcesz. - złapał ją lekko za dłoń Matthew.
Po napiętej sytuacji poszliśmy wreszcie na lody. Wzięłam kokosowe z nutellą. Są pyszne, ale nie wymażą mojego bólu. Nie sprawią, bym poczuła się lepiej.
Wszyscy idą przede mną, ale Tina odwróciła się i dołączyła do mojego powolnego kroku.
- Co się dzieje Ines? - złapała moje ramię.
- Wszystko jest nie tak Tina. - spuściłam głowę na dół. - Ja tak nie dam rady dłużej.
Przysunęła moje ciało do swojego, po czym ułożyłam swoją głowę wygodnie na jej ramieniu i pozwalałam, by łzy lejące się ciurkiem spadał na jej bawełniany sweterek.
- Dał znaki życia chociaż?
- Tak. Wczoraj wieczorem. Udało mi się coś wyciągnąć od rozmówcy, ale nie wydaje mi się, by to był Luke.
- Czemu nic nie powiedziałaś? - krzyknęła tak głośno, że reszta odwróciła się w naszą stronę.
Machnęła ręką, by szli dalej. Posłuchali jej.
- Bo nie miałam ochoty z kimkolwiek gadać. Przepraszam.
- Nie przepraszaj mnie. - pocałowała moje czoło. - Teraz mi powiedz, czego się dowiedziałaś?
- Niczego praktycznie. Cienki głos chciał podać mi adres, nie wiem jaki, gdzie, skąd, ale nagle kontakt się urwał i zaczęło coś trzeszczeć. Taki przeraźliwy głos. Coś jak horror. przestraszyłam się i telefon zamilkł. Ale to nie był Luke, chociaż nie wiem, ale jestem pewna. Czuje to. Coś się dzieje. Coś się stało, ale nie wiem co Tina! Musze go znaleźć. Wiem, że mnie potrzebuje.
- Uspokój się. - przytuliła mnie mocniej. - Wszystko będzie dobrze. Pomożemy ci. Nie zostaniesz z tym sama.
- Dziękuje. - wreszcie na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Albo bardziej uśmieszek. Zbyt krótki, by można było się nim pławić.
- Chodźmy dzisiaj do cyrku. - zaproponowała Lu.
- Do cyrku? - spytała Tina.
- No.
- Hei wszystkim! - krzyknęła Olivia.
Przywitaliśmy się z nimi i jak to Lu, pierwsza zaatakowała je swoją najlepszą przez całe swoje życie oceną.
- Super pomysł z tym cyrkiem. - przytaknęła Mia.
- No nie wiem... - wtrąciła się z kwaśną miną Zoe.
- Czemu nie? - spytała Lu.
- O nie mogę! Uwiecznijmy ten moment! - wyciągnął komórkę Tom i skierował na dziewczyny. - Bliźniaczki nie zgadzają się ze sobą. Karygodne!
- O widzę, że ci się żarciki wyostrzyły. - Lu zacisnęła wargi w krzywy uśmiech i odtrąciła komórkę.
- Ja odpadam. - powiedziałam, unosząc lekko rękę.
Tina spojrzała na mnie i szybko dodała coś od siebie.
- Ja też.
- Czyli wszyscy idziemy prócz Zoe, Tiny i Ines tak? - spytała Olivia.
- Ja tez odpadam. - odezwała się Jasmine.
- Jak chcecie. - wzruszyła ramionami Lu. - To o 17. 14 na placu.
- Na placu będzie cyrk? - spytała Mia.
- Nie, tam się tylko spotkamy.
- Aaa, okey.
Chwilę posiedzieliśmy w parku. Usiedliśmy na trawie i pomagaliśmy sobie w zadaniach domowych. Każdy był konikiem w kimś przedmiocie, w którym druga osoba była słaba, więc taki mały plusik dla nas. Dwie godziny później razem z Tiną i Matthew'em poszliśmy do domu. Ciocia czekała na nas z obiadem. Nalała do szklanek soku i wyciągnęła z reklamówek duże, dojrzałe pomarańcze i włożyła do półmiska stojącego na środku stołu.
- Ty tak wcześniej? - spytał Matthew.
- Tak, a wy?
- No my już skończyliśmy dawno lekcje.
- A no tak. Nawet nie zauważyłam, że tak późno.
- Późno? - wtrąciłam się.
- No... dla mnie tak. Za chwilę mam gościa.
- Czyżby tego... - zmrużyła oczy. - Jak mu tam było... Kevin?
- Nie. Z Kevinem nic by nie wyszło.
- Źle się bawiliście? - spytała Tina.
- Nie, ale to jednak nie ten.
- Czyli teraz kto?
- Jack. - zamarzyła się. - On jest taki boski. Przystojny jak cholera.
- Ciociu, ty takie słownictwo? - otworzył lekko usta Matthew, łapiąc się dłonią za serce.
- Musze jakoś dogadywać się z młodzieżą.
Zaśmialiśmy się, wzięliśmy szklanki soku i poszliśmy do pokojów. Ja i Tina do mojego, Matthew poszedł grać na konsoli do siebie. Przez słuchawki na uszach, które na pewno ma, mam spokój na jakieś półtora godziny. Mogę wreszcie z kimś zaufanym porozmawiać o Luke'u. Kto jak nie Tina zna go najlepiej. Od małego ich rodzice znają się ze sobą. Kiedyś mieli niby randkę w przedszkolu. Wzięli nawet niby ślub na niby ołtarzu zbudowanego z klocków lego.
- Spróbuj do niego zadzwonić. - podała mi mój telefon, który rzuciłam piec minut temu na łóżko.
- Wiesz... ja... - pokręciłam głowa, spoglądając na telefon.
- Weź i zadzwoń.
Przytaknęłam głową i zrobiłam jak kazała. Dałam na głośno mówiący. Bałam się, ale linia była zajęta.
Czekałyśmy z niecierpliwością na jakiś znak od niego. Bawiłam się palcami, a Tina podrzucała piłeczkę tennisowa do góry. Parę minut później dostałam sygnał z komórki, że linia jest jest dostępna. Wstukałam numer Luke'a i zadzwoniłam dając znów na głośno mówiący.
Dryn-dryn-dryn... nieustanne burczenie z głośniku. Nagle zamilkło i ktoś zahuczał powietrzem w słuchawkę.
- Luke, to ty? - spytałam.
Nikt się nie odezwał. Tina spojrzała na mnie jak ja na nią, a później spuściłyśmy wzrok patrząc na komórkę.
- Luke, odezwij się proszę. - wymamrotałam.
Dalej nic. Głucha cisza.
- Ines? - spytał głos.
To na pewno Luke. O Boże to Luke! Ma dziwny głos... taki ochrypły. Taki straszny.
- Tak Luke. To ja. Co się dzieje? Czemu nie dzwonisz, nie piszesz? Martwię się.
- Hallo? - spytał.
Spojrzałam na Tinę, która rękami gestykuluje, bym dalej coś mówiła.
- Słyszysz mnie? Co się dzieje?
- Słabo cię słyszę.
- Luke co się dzieje?
- Dostałaś adres? - ściszył ton tak, że nie usłyszałam nic.
- Nie słyszę cię. Mów głośniej.
- Muszę kończyć. - usłyszałam głośny tupot stóp.
- Luke nie rozłączaj się! - krzyknęłam w słuchawkę, po czym kontakt się urwał.
Wyłączyłam rozmowę i spojrzałam na Tinę. Przez chwilę nie powiedziałyśmy do siebie nic. Patrzyłyśmy na siebie jak w obrazek, szukając odpowiedzi do tego co właśnie usłyszałyśmy.
- Rozumiesz coś z tego? - spytałam.
- Nic, a nic. - pokiwała sprzecznie głową. - To jest bardzo dziwne.
- No właśnie. Tak się dzieje od wczoraj.
- Może Tom, by coś zdziałał. Jest informatykiem, jego rodzina to informatycy, więc może by namierzył skąd pochodzi lokalizacja Luke'a.
- Nie chce to mieszać Tom'a i reszty.
- Ale to są twoi jak i jego przyjaciele. Powinniśmy wszyscy działać razem.
- No nie wiem Tina. Ale przemyśle to.
- Widzę, że jesteś bardzo zmęczona. Zostawiam cię, bo sama muszę wziąć się za naukę. Prześpij się, a dobrze ci to zrobi. - uśmiechnęła się, złapała mnie za dłoń i ruszyła w stronę drzwi.
- Przepraszam. Jutro porozmawiamy dobrze? I nie będę taka smętna.
- Jasne. Trzymaj się i będzie dobrze. - skinęła głową.- A jak znów zadzwoni to masz mi od razu powiedzieć.
- Tak jest prosz Pani. - gestykulowałam dłońmi ''salut''

niedziela, 6 września 2015

ROZDZIAŁ II

Jest 23:10, a ja siedzę przy biurku, z otwartymi czterema książkami przez nosem. Próbuje się skupić, głaszcząc opuszkami palców skronie. Mimo że randka cioci za pewne jest udana, skoro słychać głośne śmiechy, to właśnie przez to nie potrafię zebrać myśli. Nie potrafię rozwiązać banalnych zadań z fizyki. Nie wiem jak Matthew potrafi spać w tym hałasie. Pomyślałam, że może pójdę do jego pokoju i sprawdzę co robi. Chociaż z drugiej strony po co miałabym tam iść? Żeby znowu widzieć ten jego bez szczelny uśmiech na twarzy, jakieś miłe teksty do mnie, albo nie wiadomo co jeszcze. Jednak musiałam stać, by wyprostować nogi. Podniosłam się z krzesła i przeszłam najpierw kilka kroków po pokoju, a później wyszłam na korytarz. Przez zamknięte drzwi i tak słychać z dołu mnie, niż jak jest się na korytarzu. Przeszłam obok łazienki, później pokoju cioci, potem się wróciłam i przeszłam obok swojego i Matthew'a. Stanęłam przed jego drzwiami i zapukałam cicho do drzwi. Wystawiłam głowę, by sprawdzić czy tam jest. Było ciemno, więc zaświeciłam światło. Pokój pusty. Ani śladu po nim. Weszłam do środka, tak bez przemyślenia i rozejrzałam się po nim. Zobaczyłam na półkach dwa puchary, a w nich po cztery złote medale. Robiło wrażenie. Czyżby ten mały gnojek był wyśmienitym sportowcem? Chyba, że ukradł no to by mnie raczej nie zdziwiło. Podeszłam do okna i wyszłam na balkon. Gwiazdy rozpromieniły granatowy płaszcz nieba. Księżyc świecił jaśniej niż zwykle. Albo po prostu ja nie patrzyłam na niego z takiej perspektywy jak teraz. Uśmiechałam się od ucha do ucha, z niewiadomej przyczyny. Tak po prostu naszłam mnie ochota. Lekki wietrzyk odgarniał mi pasma włosów i sprawił gęsią skórkę na dłoniach.
- Piękne gwiazdy no nie? - spytał wchodząc bezszelestnie na balkon.
- O matulu! - podskoczyłam z przerażenia. - Nie strasz mnie.
- Przepraszam.
- No okey. - skinęłam głową. - Tak, piękne.
- Ciocia widzę szaleje. Czuje, że się nie wyśpię.
- Ja tak samo. Jutro sprawdzian z fizyki, a nic nie potrafi mi wejść do łba.
- Dasz radę. Jutro ci się utrwali, zobaczysz. - uśmiechnął się, ale nie tak jak zwykle, tylko tak raczej gorzko.
- Yhym. - pokiwałam głową. - Dobra ja już spadam. Trzeba się wyspać.
- No ja też. - ziewnął, zakrywając usta dłonią. - Dobrej nocy Ines.
- Tobie również Matthew. - uśmiechnęłam się i zamknęłam za sobą drzwi.
Ciocia chyba skończyła już swoją randkę, bo woda w zlewie zaczęła żyć pełną parą. Naczynia  nie dawały znaku życia. Żyrandol świecił się jaskrawą bielą. Pomyślałam, że pomogę cioci posprzątać, ale mój jak zawsze trzeźwy umysł, nie był taki trzeźwy. Weszłam do pokoju i położyłam się spać.
- Wstawaj Ines! - krzyczał Matthew, w parując do mojego pokoju jak burza. - Zaspaliśmy!
- Co?! - szybko się otrząsnęłam i spojrzałam na zegarek. - Faktycznie!
Szybko wstałam, co nie było dobrym pomysłem, bo nagle zakręciło mi się w głowie. Czułam kolację w drodze powrotnej przez przewód pokarmowy. A mój pęcherz dawał się we znaki. Szybko zajęłam łazienkę i ogarnęłam w piętnaście minut. Przez ten czas Metthew dobijał się kilkakrotnie do drzwi łazienki. Krzyczałam, że jest ubikacja na dole, niech tam się przebierze, ale nie słuchał. Ja też bym nie posłuchała, lepiej się ogarnąć w łazience, niż w toalecie. Ja miałam na 8:15, a on na 8:10. Wyszedł szybciej niż ja, ale udało mi się zrobić na czas dla nas obojgu jakieś kanapki. Podałam mu pieniądze od cioci na lunch do szkoły i wzięliśmy drugi samochód cioci. Mimo zakazu od naszych rodziców i tak nie mieliśmy w tym momencie wyjścia. Metro to jedno, ale za nim przyjedzie. To samo autobus będzie się turlał po tej ulicy, jeszcze korki i przystanki. Ehh. Matthew prowadził, co było najgorszym planem świata. Przynajmniej z początku, kiedy wciskał pedał gazu, a po chwili stanął, później znowu i stop. Tak przez jakiś czas, przez co bolał mnie brzuch od zaciśniętego wokół niego pasa bezpieczeństwa i do tego cholerny ból głowy. Wkurzyłam się i krzyknęłam na niego, co poskutkowało. Najpierw odwiózł mnie, a potem pojechał do swojej szkoły. Szybko biegłam z torbą na ramieniu do klasy. Lekko spóźniona... Tak lekko, że aż piętnaście minut. Prawie spóźnienie, ale nauczycielka była wyrozumiała. Usiadłam obok koleżanki, nie przyjaciółki, ale dobrej koleżanki. Isabell, to ta na którą wczoraj krzyczała bezdusznie ''Madam, na krzesło nie sia-dam''. Zawsze się z tego śmiałyśmy, bo faktycznie ona nigdy nie siada. Zawsze stoi z tą swoją sztywniarską postawą. I zawsze papla jęzorem, kiedy i tak nikt jej nie słucha. Nie wiem jak ja zdam testy z baletu. To będzie porażka.
- Tutaj jest twój wynik testu z tamtego tygodnia, Ines. - podała mi do ręki kartę pracy.
- +4, wreszcie! - krzyknęłam. Wszyscy na mnie popatrzyli, a ja rozejrzałam się po klasie z lekko czerwonymi policzkami.
- No dobrze. - przerwała tą niezręczną sytuację nauczycielka. - Otwórzcie książki na stronie trzydziestej piątej.
Przez całą lekcje pisałam z Katy. Później dołączyła do nas Mia, Zoe i Olivia. Jak to zawsze, takie grzeczne dziewczynki słuchające na lekcjach, a tu nagle SMSY-y. Karygodne!
Lekcja się skończyła i poszłam do następnej sali. Jedyna zakuwam z nosem w książce przed salą. Słysze szepty koleżanek z klasy. Rose, Stella i Miriam trzy największe plotkary patrzą na mnie z góry przy oknie. Uśmiechają się szyderczo, nie rozumiejąc tego, że ja je słyszę. W szkole baletowej zawsze przestrzegamy zasad. Zawsze jest cisza na korytarzach, nie przepychamy się, nie garbimy, pomagamy sobie. Zaprzyjaźniłam się z dwiema dziewczynami z roku wyżej i z kilkoma z ostatniej klasy maturalnej. No i Isabell z mojego roku. Reszta to takie Rose, Stella i Miriam. Właśnie idzie Isabell z dwiema dziewczynami z klasy wyżej, z tymi co rozmawiam. Rachel i Bethany. W tamtym roku skończyły pierwszą klasę z wyróżnieniem. A tamte dziewczyny teraz z klasy maturalnej pomagają mi zdać w tym roku próbne egzaminy. Mam nadzieję, że mi się uda i cała rodzina będzie ze mnie dumna.
- Czego ty się uczysz? - kucnęła przy mnie Isabell z ugryzionym jabłkiem w ręce.
- Fizyki. Mamy teraz mieć sprawdzian przecież.
- Odwołali nam go. Nauczycielka zachorowała, więc mamy zastępstwo z Madam.
- Dlaczego nikt mi nie powiedział? - spojrzałam na nią, wyczekując odpowiedzi.
- Rose miała wszystkim powiedzieć. Dziwne, że tobie nie powiedziała.
- Dla mnie tu nie ma nic dziwnego. - spojrzałam na nią ze zmarszczonym czołem.
Zabrzmiał cichy dźwięk dzwonka. Weszliśmy do klasy i usiedliśmy na miejscach. Po chwili weszła Madam. Jak zawsze położyła elegancko i równomiernie dziennik na biurku i zaczęła sprawdzać obecność. Później rozdała nam karty pracy. Musiałyśmy rozwiązywać zadania z tamtego rocznych egzaminów baletowych. Porażka. Nie przygotowałam się, a nie potrafiłam zrobić nawet pierwszego. Dobrze, że były odpowiedzi: ''a,b,c,d''. Mniejszy stres. Madam założyła obie ręce za plecy i dumnie szła przed siebie. Nagle cała klasa odezwała się dźwiękiem dzwonków SMS-ów. Słychać śmiechy z końca sali, a później cała klasa śmiała się z żartu. Ktoś wysłał upokarzające zdjęcie Madam z dzisiejszego poranka. Zdezorientowana nauczycielka spojrzała na komórkę jednej z dziewczyn i oburzona zaczęła krzyczeć.
- Kto to wysłał?!
Przez chwila była cisza, dopóki nie odezwała się skarżypyta.
- To Isabell! - powiedziała w kącie Maggie.
- To nie prawda! - odezwałam się, broniąc koleżanki. - Cały czas ze mną siedzi i tylko uzupełnia kartę pracy.
- A może ty też w tym siedzisz! - odezwała się Stella.
- Jasne. A może to ty! - broniła mnie Isabell
- Cisza! Cała wasza trójka zostanie po lekcjach w klasie. A zdjęcie ma być natychmiast usunięte. W naszej szkołę nie jest dopuszczalne takie zachowanie. Teraz wam daruje, ale następnym razem źle to się dla was skończy. Zrozumiano?
- Tak. - wymamrotaliśmy.
- Nie słyszę? - Madam przyłożyła dłoń do ucha.
- Tak! - powiedziałyśmy głośniej chórem.
I tak minęła lekcja i kilka z kolei. Stałam przed szkołą przy stojakach na rowery, czekając na Matthew'a. Miał kończyć godzinę wcześniej, ale i tak długo na niego czekam, chociaż nasze szkoły nie są tak daleko od siebie położone. Chciałam do niego zadzwonić, ale nie wzięłam od niego numeru. Może się zgubił, albo coś. Jednak zauważyłam samochód parkujący tuż przede mną.
- No ile można czekać?! - krzyknęłam do niego.
- Przepraszam, ale twoi przyjaciele mnie zagadali. - zaśmiał się i podszedł do mnie, witając się mocnym uściskiem. - Wsiadaj.
Weszliśmy i jechaliśmy, ale nie do domu, tylko gdzieś indziej. Nie wiem, gdzie planuje mnie zabrać. Kiedy pytałam, to odpowiadał: ''Zaraz dojedziemy''.
Zabrał mnie do parku niedaleko naszych szkół. Czekała tam reszta naszej paczki. Podeszliśmy do nich i zobaczyłam, że siedzą z nimi na wielkim kocu także Katy, Zoe, Mia i Olivia. Rzuciłam się na nie, tak że przewróciły się wszystkie na koc. Dawno nie byliśmy razem całą paczką.
- Mamy dla ciebie super wiadomość! - zaczęła Lu.
- Nie tak od razu. Daj się dziewczynie nacieszyć przyjaciółkami. Poza tym jest wyczerpana po tej jej szkole tanecznej.
- Dobra, mówcie co się dzieje?! - powoli się uspokajałam.
- Luke ma włączoną już komórkę. Możesz spróbować do niego zadzwonić. - cieszyła się Tina.
- My próbowaliśmy zadzwonić, ale no... nie odbierał. - dodała Jasmine.
- Może tobie się uda. - dodała Lu.
- Dobra. - wyciągnęłam telefon z torby.
Wyszukałam numeru Luke'a i zadzwoniłam przykładając telefon do ucha. Czekałam z niecierpliwością i nadzieją. Był sygnał. Przez moment nikt nie odebrał. No i później też nie.
- Kurczę, to na nic. Boje się, że nie chce ze mną rozmawiać.
- Wyślij mu SMS-a. - zaproponowała Jasmine.
- No okey. - przytaknęłam głową.
Napisałam do niego wiadomość i schowałam telefon do torby.
- No to co robimy? - spytała Tina, trzymając Toma za rękę.
- No nie wiem. - pokiwała głową Olivia.
- Jestem głodna. - powiedziała Lu.
- Ja tak samo. - zaśmiała się Zoe.
- Znowu się zaczyna. - wymamrotał Tom, podnosząc brodę do góry. - Wielki powrót bliźniaczek Olsen.
- Nie Olsen tylko Lu i Zoe. - poprawiła go Mia.
Zaśmialiśmy się i poszliśmy na pizzę. Rozmawialiśmy tak jak zwykle, znów dzieląc się na dwuosobowe grupki. Mia i Jasmine rozmawiały o chłopakach, Tina i Olivia o ciuchach, Zoe i Lu szykowały coś szalone znając życie, Tom i Matthew'u o sporcie. Dzisiaj mecz koszykówki. No a ja i Katy o Luke'u. Znaczy nie chciałam drążyć jego tematu, ale Katy chciała wszystko wiedzieć.
- Wszystko w porządku? - zapytał Matthewu, trącąc mnie palcem o ramię.
- Tak. - wymusiłam uśmiech, skinając głową.
Objął mnie w biodrze, co pozwoliło mi spuścić głowę na jego ramię. Po chwili wszyscy zaczęliśmy razem rozmawiać. Przyszła do nas kelnerka z paragonem. Złożyliśmy się i wyszliśmy.
- To co teraz robimy? - spytała Lu.
- Hmm... - pomyślała Olivia. - jest taki gorąc, że poszłabym na basen.
- Jutro szkoła, a mamy dużo zadane. - wspomniała Jasmine.
- Ale ty narzekasz. - wybełkotała Lu.
- Daj jej spokój Luiza. - powiedział Tom.
- Od kiedy ty mówisz do mnie pełnym imieniem? - podniosła jedną brew.
- Kiedy mnie denerwujesz.
- Jakoś ostatnio tak nie było. - wspomniała Lu.
- Dobra dajcie sobie siana. - przerwała sprzeczkę Mia.
- Jeju Mia. Ty nigdy nie byłaś taka agresywna. - powiedziała miłym głosem Jasmine.
- No właśnie wiem. - przytuliła się do Jasmine.
- Ha, ha. Chodźcie już. - machnęłam do nich ręką.
- No, ale gdzie? - spytała Olivia.
- Moja ciocia ma duży basen. Wraca dopiero jutro, więc nie będzie miała nic przeciwko.
Wszyscy zgodzili się na ten pomysł i zabraliśmy się trzema samochodami. Wysiedliśmy pod domem, gdzie Toffu rzucił się w biegu na nie i Katy. Lizał wszystkich po kolei, żeby go podrapać za uchem. No i tak robiliśmy. Żeby nas przepuścił. Nie ma nic za darmo.
Dziewczyny nie miały strojów kąpielowych, więc zdjęły tylko spodenki, zostając w koszulkach. Miałam dwa wolne stronę, ale jeden był dla mnie, a drugi dałam Katy, bo już kiedyś go przymierzała. Pożyczyłam dziewczynom cienkie koszulki, bo w cieniu podajże było chyba z 30 stopni. Nie dało się wysiedzieć. Skoczyliśmy, więc do wody i chlapaliśmy się dla orzeźwienia. Kilka minut później poszłam zrobić coś zimnego do picia i wrzuciłam do misek jakieś przekąski. Pomogły mi Zoe i Mia, zanieść to wszystko na stół obok basenu.
Tina i Tom pluskali się w wodzie, Matthew i Jasmine gawędzili na murku, trzymając nogi w wodzie, a reszta siedziała na leżakach, grając w ''UNO'', które zostawiłam pięć dni temu, podczas popołudniowej gry z ciocią.
- Żarło! - krzyknęła Zoe.
Zachichotałam i położyłyśmy tace na stole. Wszyscy rzucili się jak sępy na jedzenie i obżerali, zostawiając po sobie resztki.
- Co robimy jutro? - spytała Zoe.
- Jutro mamy klasówkę z geografii. - wspomniała Jasmine.
- O matko! - przewróciła oczami.
- No ja też nie mogę. - odezwałam się, pijąc lemoniadę z rurki. - Jutro koleżanki pomagają mi z ćwiczeniami co do testów. Więc... odpadam.
- Ja w sumie mogę iść. - Matthew podniósł lekko do góry rękę.
- Ooo! To opowiesz mi o tym wiesz... - zaśmiała się Jasmine.
- Jasne. - odwzajemnił gest.
Wszyscy spojrzeliśmy na siebie krótkim kontaktem wzrokowym i wróciliśmy do normalności.
Minęły dwie godziny. Siedzę nad książkami o tematyce baletowej. Nie potrafię rozciągnąć tak nóg. Chyba tego nie zdam... Złapałam się za głowę i próbowałam w coś w nią wepchnąć. Ale informacje same się odsuwały. Trochę jakby przyłożyć dwie takie same końcówki magnezu do siebie.
- Mogę? - spytał Matthew, wchodząc do pokoju.
- I tak już wszedłeś. - odpowiedziałam.
- Dasz mi numer do tej Jasmine.
- Yhym... - wzięłam komórkę z biurka do ręki i wyszukałam jej numeru.
Podałam mu telefon, żeby spisał numer.
- Dzięki. - oddał mi komórkę.
Przez chwile zapadła między nami cisza.
- Jak tam Luke? - zaczął.
- No kiepsko. Nie oddzwonił, ale czekam.
- Zadzwoni. Na pewno mu zależy na tobie.
- Pewnie tak, chociaż już mam mętlik w głowie co do naszych uczuć, no ale mniejsza.
- A ty jak tam? Znalazłeś już jakąś dziewczynę? - zaśmiałam się.
- No... powiedzmy. Ale nie wiem czy coś z tego będzie.
Pomyślałam, że mówi o Jasmine. Muszę ich jakoś zeswatać ze sobą. Mam nadzieje, że jej nie zrani. Jasmine jest bardzo krucha i nieśmiała.
- Dasz radę kowboju. Nie takie łanie wyrywałeś.
Zaśmialiśmy się oboje. Przez kilka minut nic innego nie robiliśmy, tylko trzymaliśmy się za brzuchy i przypominaliśmy sobie stare czasy.
Myślałam, że Matthew'u to taki gówniarz. Takie niedorozwinięte umysłowo dziecko. Jak kiedyś. Teraz na prawdę da się z nim porozmawiać, pośmiać. Taki jakby przyjaciel, chociaż nie nazwę go tak... póki co.
- Dobra ja spadam. Obiecałem Jasmine, że do niej przyjadę i pouczę ją trochę z tej geografii...
- Jesteś dobry z geografii? - zmrużyłam oczy, podnosząc kącik ust.
- Moja droga. - podszedł trochę bliżej, stojąc przede mną. - Przed tobą stoi wicemistrz olimpiady z geografii. Wszyscy mogą mi się kłaniać.
- Tak nisko ja na pewno nie upadnę, ale brawami mogę cię zaszczycić. - zaczęłam bić mocno brawa.
- Dobra, spadam. - zaśmiał się. - Na razie.
Pokiwałam głową z uśmiechem na twarzy i wróciłam do książek.
Przez godzinę nie potrafiłam powtórzyć jednej banalnej definicji. Kiedyś potrafiłam w pięć minut powtórzyć cały rozdział książki..., a teraz mam problem z najłatwiejszą definicją na świecie. Obłęd!
Spojrzałam na telefon, który leżał tuż przy mojej lewej dłoni. Wzięłam go do ręki i palcem przesuwałam blokadę po ekranie. Trzymałam palec tuż nad numerem Luke'a. Zastanawiałam się... zadzwonić, czy nie. Odbierze, czy nie... Trudno, raz się żyje. Boje się, że jednak nie odbierze, ale trudno. Wcisnęłam jego numer i przyłożyłam telefon do ucha. Sekretarka... chciałam się poddać w połowie, ale ktoś odebrał.
- Halo? - zaczęłam.
Nikt nic nie mówił. Cisza, ale słyszałam jakby oddech. Ktoś tam był, odebrał ten cholerny telefon, ale nikt nic nie mówił.
- Halo? Jest tam ktoś? - powtórzyłam. - To ty Luke?
Po chwili ktoś się wyłączył. Spróbowałam ponowić próbę, ale to na nic. Komórka się wyłączyła. Dzwoniłam do dziewczyn, ale żadna nie odbierała. Może padł mi zasięg. Ale to nie możliwe, bo miałam trzy kreski. No nic... nie mogłam teraz zawracać sobie tym głowy. Dobre to, że ktoś odebrał. Że nawiązałam z nim kontakt. Wróciłam do książek.

Po pięciu godzinach coś wreszcie udało mi się zapamiętać. Musiałam po prostu spisać na kartkę, to co pamiętam i powtarzać sobie ciągle regułki w głowie. Teraz to bułka z masłem. Zdam ten egzamin śpiewająco. Jest dopiero za trzy miesiące. To dopiero pierwsza część. Druga pod koniec klasy, ale co by nie. Dam radę... dla mojej mamy wszystko.
- Jestem wyczerpany. - powiedział na wejściu Matthew.
- Co się stało? - uśmiechnęłam się, schodząc po schodach na dół.
- Jasmine kompletnie nie umie geografii. - usiadł na krześle barowym.
- No... ten przedmiot nie jest jej mocną stroną.
- Ten? - uniósł jedną brew.
- Dobra... żaden nie jest, ale stara się. - podałam mu szklankę lemoniady.
- No nie zaprzeczę, ale ciężko jest. Dobrze, że jest miła i słodka. - wziął łyka.
Miła i słodka? Coś jest na rzeczy. Matthew zawsze uważał, że jak chłopak powie: ''słodka'' jako określenie dla dziewczyny, to znaczy, że się zakochał. No i mały Matthew chyba miał rację. Uśmiechnęłam się do niego i pokręciłam głową.
- A ty jak tam? Luke się odezwał?
- Nie. - skłamałam. - Nie chciałam nic teraz mówić. Znaczy pięć godzin temu jeszcze chciałam, teraz myślę, że to jest świeża sprawa i nie będę jeszcze nikomu nic mówić. Może się okaże, że jeszcze dziś zadzwoni i będziemy normalnie ze sobą rozmawiać.
- Dobra idę się położyć.
- Serio? - spojrzałam na zegarek umieszczony na piekarniku. - Jest 19.40, a ty chcesz iść teraz spać?
- No, gdybyś ty tłumaczyła Jasmine...
- No dobra, idź. - przerwałam mu w śmiechu.

wtorek, 1 września 2015

ROZDZIAŁ I

- Noga wyżej Isabell. - powiedziała donośnym głosem Madam Caroline.
Tak więc wygląda moje teraźniejsze życie. Mieszkam w Chicago razem z ciocią, której większości czasu nie ma w domu. Moim jedynym przyjacielem jest pies Toffu, który spędza ze mną każdy samotny dzień. Na końcu miasta mieszkają moje przyjaciółki, ale rzadko się teraz widujemy. Po prostu nasze harmonogramy nie zgadzają się ze sobą. Ciocia zawsze powtarza: ''Zapomnij o przeszłości. Ona była i nie wróci. Trzeba myśleć o tym co jest teraz i planować przyszłość.'' Motto, które dobija mnie za każdym razem, kiedy o tym pomyśle. Chciałam spełnić marzenie mamy, ale nie wiedziałam, że to będzie najgorszy pomysł świata. Robię to tylko dlatego, aby była ze mnie dumna. Cierpię dla jej szczęścia. To chyba ludzki odruch. Ciągle postawa, proste plecy, proste kolana, nie uginaj łokci. Noga wyżej, ręka do tułowia. Ugnij się w pół... Nie moja bajka. Madam Caroline uczy nas najlepiej jak potrafi, ale stara zrzęda nie wie co to zabawa. Otaczają mnie sztywniacy. Uważają mnie za wieśniaczkę, gorsza liga, taka... inna.
Ciągle tęsknie za moimi przyjaciółmi z wakacji. Tęsknie za wakacjami, tatą, ciocią. Pani ze spożywczego i miłego kasjera w kinie. Za moim Piorunem i Shadow. Za potajemnymi romansami Tiny i Toma. Za dzikimi spojrzeniami Toma i Luizy. Za miłym, cienkim głosem Jasmine, który uwielbiały słuchać moje uszy. Tęsknie za wspomnieniami. Tęsknie za... Luke'em. Tęsknie za nim tak bardzo, że nie wiem... Nie wiem jak określić to uczucie, nadać mu tego słowa, którego szukam. Niewykonalne jest to, że kiedyś potrafiliśmy spędzać cały dzień razem, dziś to tylko czyste złudzenie.
Właśnie idę do szatni razem zesztywniałymi glizdami. Lubię je tak nazywać. Mimo że to sprzeczne porównania, to na prawdę do nich pasowały. Zdejmuje swoje ''geterki'', stojąc twarzą do reszty. Nie patrzą na siebie, ani na mnie. Poważne miny doprowadzają mnie do szału. Jak można być takim smutnym, poważnym, nierozmownym. Wychodzą jedna za drugą, z zawieszonymi na ramieniu paskami od toreb. Chciałam powiedzieć: ''Do następnego razu'', ale szkoda było mi śliny. Zostałam sama. Jak zawsze. Zadzwoniłam do Luizy, prosiła mnie o to.
- Cześć Lu. - uśmiechnęłam się, zakładając torbę na ramię.
- No wreszcie! - powiedziała. - Jak tam lekkie nóżki?
- Powiedziałam ci, żebyś przestała je tak nazywać. To są zesztywniałe glizdy. - zaśmiałam się.
- Jasne.
- Co tam u was?
- No nic. Od twojego wyjazdy, to jak ciężko, ale idzie. Minęły dwa tygodnie, a czuje się jakby to były dwa lata. Gdzie jesteś Ines?!
- Nie daleko. - wyszłam z szatni, kierując się do wyjścia. - Teraz wracam do domu. Wreszcie, no ile można tańczyć.
- No właśnie. Dobra kończę, bo Tina przyszła. Na razie.
- Pozdrów wszystkich. Pa.
Schowałam komórkę do spodni i poszłam w stronę metra. Koło mnie usiadł spocony mężczyzna, a przede mną nieco cuchnący facet śpi wzdłuż ławki. Musiałam wstrzymywać oddech, by się nie porzygać. Wreszcie mój przystanek. Szybko wysiadłam, nabrałam haustu powietrza do ust i wyszłam na otwartą przestrzeń. Przeszłam przez ruchliwą ulicę, minęłam kilka domów i weszłam do środka. Mieszkamy z ciocią bardziej w centrum miasta. Dom jednorodzinny, dość duży się nie chwaląc. Ciocia dobrze zarabia, mieszka sama... Cóż dodać. Miałam tylko ochotę wskoczyć w strój kąpielowy i poleżeć wygodnie na leżaku przy basenie. Okulary słoneczne na nosie, sok pomarańczowy z kostkami lodu i rurką. Cud życie. Jednak to wcale nie przypominało mi domu. Tego domu na wśi. W Tennessee. To znowu nie moja bajka.
- Cześć Toffu. - pogłaskałam Golden retriever'a.
Godzinę później weszłam do środka i zabrałam się za obiad. Zrobiłam spaghetti, bo to nie żadna filozofia, a na prawdę na taki upał nic się człowiekowi nie chce. Zjadłam sama, bo ciocia nawet nie odbierała telefonów. Nie dzwoniłam, ale dobrze wiem, że nie lubi gdy przeszkadza jej się w pracy. Nie dość, że jest modelką to i projektantką mody. Zazdrościć takiego życia. Ja się tylko pytam: ''Jak to jest możliwe, że piękna młoda kobieta jak moja ciocia nie chce wyjść za mąż?''. Najpiękniejsza rzecz na świecie i te małe dzieci, które z wiekiem czasu wyprowadzą się z domu, a ty umrzesz samotnie w bujanym fotelu.
Zbliżał się wieczór. Siedzę przed laptopem i telewizorem z nosem w książkach. Lepiej mi się uczyć przy włączonych sprzętach i nie czuje się dziwnie, sama w dużym domu. No prawie sama. Toffu leży na dywanie przed kanapą, spoglądając w telewizor. Chyba spodobał mu się tort zrobiony przez Buddy'ego Valastro. Ciekawe czy ciocia potrafi zrobić taki tort. Oczywiście ciocia Helen. Jak ja tęsknie za porannymi ciasteczkami i mlekiem od krowy. Mniam!
- Wróciłam słoneczko. - powiedziała ciocia, rzucając klucze na komodę. - Jadłaś coś?
- Tak. Zrobiłam spaghetti. - podniosłam się z kanapy i poszłam do kuchni. - Odgrzeje ci.
- Dziękuje. Umieram z głodu.
- Lemoniady?
- Tak. Po proszę. - lekko dyszała.
- Jak dzień w pracy?
- Świetnie, ale kupa roboty.
- Kupa? - zaśmiałam się.
- Mnóstwo! Nie łap mnie za słuchawka. - szturchnęła mnie w nos. - A ty? Radzisz sobie na balecie?
- To nie moja bajka, ale da się wytrzymać. Prócz tych sztywniar. Matko, jakie to są... - przerwałam, spoglądając na ciocię.
Przyglądała mi się uważnie.
- Mam gorsze w pracy, nie martw się. Przejdziemy przez to obie. - złapała mnie za dłoń, uśmiechając się pięknym uśmiechem.
Podałam cioci odgrzany obiad i usiadłam na wprost niej.
- Jutro masz wolne tak? - zaczęła po krótkiej ciszy.
- Tak. Maturzyści mają jakieś zajęcia, a klasa wyżej wyjazd, więc mam wolne, a co?
- Załatwisz coś dla mnie jutro na mieście? To bardzo pilne, a szef nie wypuści mnie tak łatwo z pracy. Wole go nie denerwować.
- Jasne. A co takiego?
- Pamiętasz moją daleką kuzynkę?
- Ta co ma dziwne imię? - pomyślałam. - Gertruda?
- Ha, ha, ha, ha. Tak ona.
- To co z nią?
- Ma syna w twoim wieku. Przyjeżdża tutaj do liceum, no i wiesz... trzeba go oprowadzić i takie tam.
- I to jest ta ważna rzecz?
- Tak. Bo niestety będziesz musiała podzielić się z nim piętrem w domu.
- O nie. Jak go ostatni raz widziałam, to miał cztery lata i krzywe zęby. Był brzydki i nieznośny.
- No wiem. Ale obiecałam mamie, to obiecałam. Będziesz musiała to jakoś znieść.
- Ciesze się, że nie będziemy do jednej szkoły chodzić.
- I Bogu dzięki! - zaśmiała się.
- Jesteś najlepsza. - przytuliłam ją.
- Tak... Wiem. - odchrząknęła.
Uśmiechnęłam się i całą noc spędziłam nad książkami, a potem po prostu zasnęłam.
Rano obudziłam się z kąpiącą z moich ust śliną. Wytarłam dłonią usta i ospane oczy i spojrzałam na zegarek. 12:14... 12:14!
- O matko! Spóźnię się po tego osła! - powiedziałam do siebie, szybko ruszając do łazienki.
Ogarnęłam się w dziesięć minut, wzięłam drożdżówkę, którą rano zostawiła dla mnie ciocia i wybiegłam z domu, zamykając na klucz drzwi. Pobiegłam szybko do metra i znów przede mną leżał ten sam facet, z którym wczoraj jechałam. Ten sam ubiór, ten sam odór, tylko głowa obrócona w drugą stronę. Wybiegłam z metra i ile mam sił w nogach, biegnę do Grant Park. Stoję przy fontannie, czekając na tego cymbała. Ciocia wysłała mi SMS-a rano, że powinien być o 13:00. Usiadłam na murku i czekam, rozglądając się po ludziach.
- Ines? - spytał przystojny chłopak.
- Znamy się?
- Jestem Matthew. - uśmiechnął się.
Miał takie proste i białe zęby. Aż chciałam patrzeć na ten piękny uśmiech i nie odwracać wzroku.
- Matthew? - uśmiechnęłam się. Bardziej ze śmiechu i z niedowierzania, niż ze szczęścia.
- No tak. - znów się uśmiechnął i zmrużył oczy przez oślepiające go słońce.
- Jak ty się zmieniłeś. - spojrzałam na niego, próbując zrozumieć co się dzieje. - Jesteś przystojny... A kiedyś byłeś taki... Yhh.
- Dzięki, mi ciebie też miło widzieć. - przytulił mnie.
Jest dość wyższy ode mnie. Może niecałe 20cm. Brązowe jasne włosy, piwne oczy, wysportowany, piękny uśmiech... Nie wiem nawet co miałabym jeszcze dodać. Po prostu... No wow!
- Ty się nic nie zmieniłaś. No może trochę tu i tam. - spojrzał na mój tyłek.
- Dzięki. Chyba... - przewróciłam oczami. - To... czemu akurat Chicago?
- Sam nie wiem. Jakoś czuje się tu dobrze. Trochę ogarniam okolice, ale mam nadzieje, że mnie oprowadzisz. Trzeba nadrobić stracony czas.
Zaśmiałam się i ruszyliśmy dalej. Rozmawialiśmy, wspominaliśmy, śmialiśmy się. Po drodze kupiliśmy lody w gałkach. Oczywiście mi spadły obydwie gałki, bo Matthew wystraszył mnie, kiedy dostałam czkawki. Oddał mi swoją drugą gałkę. Co było miłe, chociaż... dziwne, ale miłe. Najpierw wstąpiliśmy do domu.
- Toffu, przestań. - powiedziałam, śmiejąc się na widok Matthew'a, który siedzi na podłodze, lizany przez psa.
- Dobry pies. - podrapał go za uchem.
- Chodź, pokaże ci twój pokój.
- A będzie koło twojego?
- Na moje nieszczęście, tak.
Wskazałam mu pokój i dałam chwilę prywatności. Napisałam do cioci SMS-a, że Matthew już jest. Zrobiłam dla niego kanapki i zaniosłam mu do pokoju.
- I jak ci się podoba?
- Kto?
- Pokój.
- Aaa. Fajny. - rozejrzał się po suficie. - To co dalej?
- Nie rozumiem.
- Co dzisiaj robimy?
- Zapiszesz się do szkoły, oprowadzę cię trochę po mieście i wrócimy do domu. Od następnego tygodnia pewnie będziesz chodził do nowej, fajnej szkoły.
- Chodzisz do niej?
- Nie.
- To nie będzie fajna.
Znów przewróciłam oczami. Nie rozumiałam trochę tego co się dzieje. Kiedyś mi dokuczał, dziś jest miły. Kiedyś mi dogryzał, a dzisiaj mi pochlebia. Czy ja czegoś nie rozumiem?
- Mam chłopaka. - wystrzeliłam jak z procy.
Matko! Dlaczego ja to powiedziałam? Próbowałam się wycofać, ale było za późno.
- Jasne. - uśmiechnął się lekko.
Wyszłam z pokoju i lekko uderzyłam się w czoło. Zeszłam na dół, przygotowałam jedzenie dla Toffu i dla cioci. Chwilę posiedziałam przed laptopem, odpisując na wiadomości od Katy. Chyba za niedługo mają zamiar mnie odwiedzić. Ale będzie super.
- Idziemy? - spytał Matthew, stojąc za moimi plecami.
Odwróciłam się i skinęłam głową. Zamknęłam laptopa, ubrałam buty i wyszliśmy. Kierowaliśmy się prosto do liceum. Z tego co słyszałam to najlepsze liceum w mieście. Fontanna z posągiem, dodawała szkole uroku. Odcień jaskrawej zieleni, był na prawdę dominująca i piękna. Skoszona dopiero trawa, pachniała takim... domem. Znów zatęskniłam za bliskimi. I za Luke'em. Nie miałam z nim kontaktu od kąt wyjechałam. Wszyscy mówią, że ostatnio na prawdę nie miał czasu. Rozumiałam to, ale brakuje mi go. Bardzo...
Weszliśmy do środka. Budynek był tak duży, że bałam się iść dalej, by nie zgubić drogi powrotnej. Na szczęście długo nie musieliśmy szukać sekretariatu.
Weszliśmy do środka. Zauważyłam kilka postaci, stojących przy drugiej sekretarce. Były bardzo podobne do...
- O matko! Nie wierze! - rzuciłam się na nich. Tak nie spodziewanie, nie obmyślając tego. Mogłam się mylić, co do moich przypuszczeń.
- Ines! - krzyknęła Lu.
- Co wy tu robicie?
- Zaczynamy nowy rok, w Chicago.
- Ale jak to jest możliwe, skoro tylko Jasmine jest w moim wieku, a wy jesteście młodsi?
- Dobre wyniki robią swoje. Poza tym mamy znajomości, także cała nasza trojka przeszła do klasy wyżej. - zapiszczała Lu.
- Jak świetnie. - ucieszyłam się razem z nimi.
Byliśmy tak głośno, że wszyscy patrzyli na nas jak na kretynów z odludzia.
- Wszystko w porządku? - spytał zza moich pleców Matthew.
 - Tak. - uśmiechnęłam się. - To są moi przyjaciele. Tom, Tina, Luiza i Jasmine. A to jest mój daleki kuzyn, Matthew.
Przywitali się i wyszliśmy ze szkoły.
- Czyli wychodzi na to, że będziecie w piątkę chodzić razem do klasy. - zaczęłam.
Matthew i Tom szli przodem, śmiejąc się do siebie. Chyba znaleźli wspólny język.
- Takie ciacho jest w twojej rodzinie? - szepnęła Luiza.
- To ja chyba chce poznać resztę twojej rodziny. - powiedziała Jasmine.
Spojrzałam na nie, a one na mnie, po czym znów skierowały wzrok na chłopaków. Po raz trzeci dzisiaj przewróciłam oczami. Poszliśmy do parku, usiedliśmy na trawie, spoglądając na rowerzystów. Nierówna droga, była zabawna, kiedy jadący podskakiwali na każdym pagórku. Dalej nie wierzę, że moi przyjaciele tutaj są. Istny obłęd.
- A ty nie będziesz z nami chodzić do szkoły? - zaczęła Tina.
- Ja chodzę do szkoły baletowej. Niestety. Chętnie bym się wypisała, ale nie mogę.
- To szkoda. - posmutniała Jasmine. - Ale będziemy się codziennie widywać.
- No raczej. - uśmiechnęłam się szeroko. - A nie ma z wami Luke'a?
Cała czwórka spojrzała na siebie, a później w dół, po czym wreszcie usłyszałam odpowiedź.
- Luke wyjechał. - powiedziała Tina.
- Jak to wyjechał? - spojrzałam na nich z lekko otwartą buzią i ze zmarszczonym czołem. - Kiedy? Gdzie? Dlaczego mi nie powiedział? Dlaczego wy mi nie powiedzieliście?
- Obiecaliśmy mu, że nie powiemy ci, dopóki on nie pogodzi się z tą sytuacją. Powiedział, że sam chce ci powiedzieć, ale nie wiedział, jak ma to zrobić. Nie chciał cię ranić. To była taka szybka decyzja. Taki szybki wyjazd, a on nie miał nic do gadania. Jego rodzice dostali pracę we Włoszech, a on tam zaczął rok szkolny. Nawet my nie mamy z nim często kontaktu. Raz napisał do Jasmine, właśnie z tą obietnicą. I to tyle. Kontakt się urwał.
Słuchałam tego co mówi do mnie Tina, ale nadal nie trafiało to do mnie. Jak mógł tak po prostu mi nie powiedzieć. Wyjechać, bez słowa wyjaśnień, pożegnania. Tak po prostu jakbym była dla niego nie ważna. Skreślona... Czułam się źle, taka upokorzona, znowu sama. To było dla mnie za wiele. Wstałam i ruszyłam przed siebie. Luiza przez chwilę dotrzymywała mi kroku, ale poprosiłam ją o chwilę prywatności. Musiałam to sobie poukładać. Najważniejsza dla mnie osoba, nie wiedziała jak mi o tym powiedzieć. Zostawiła mnie, jakby moje uczucia do niego, wcale nie były ważne. Przez chwilę miałam myśl, że.... zabawił się mną. Taka przygoda na wakacje. Ale... z drugiej strony nie miał wyjścia. Ręce trzęsły mi się z nerwów, ale wyjęłam komórkę i nagrałam chyba z dziesięć wiadomości do Luke'a. Chciałam, żeby odebrał. Chociaż niech oddzwoni. Tak bardzo się martwię. Boję się... Nie wiem do końca czego. Po prostu się boje... może samotności. Może tego, że go na zawsze straciłam. Wylewam morze łez, nie panując nad tym. Podeszła do mnie Jasmine i mocno mnie przytuliła. Oparłam głowę na jej ramieniu i pozwoliłam dać górę emocją.
- Jak on mógł to zrobić? Co ja mam teraz zrobić? Kocham go, chce żeby tu był. Teraz.
- Przykro mi. Będziemy próbowali się z nim skontaktować, ale cały czas ma wyłączoną komórkę. Na email-e nie odpowiada.
- Chciałabym pojechać do niego. Zobaczyć go chociaż na chwilę. Żeby mi wyjaśnił, żeby mnie przytulił.
- Wiem Ines. - głaskała moje włosy Jasmine. - Przejdziemy przez to razem.
Wszyscy siedzieli i stali obok mnie. Nie chciałam im psuć dnia. Otarłam łzy i zaproponowałam im, żebyśmy poszli się przejść.
Poszliśmy do Chicago Riverwalk. Tato zabierał mnie tu, jak byłam mała. Stanęliśmy przy barierkach, patrząc na płynącą rzeke. Koło nas stanęło dziecko razem z rodzicami. Dziewczynka lizała gałkę loda, która po chwili spadła jej na dół. Rodzice pozbierali loda z ziemi i wytarli jej brudną buzię, a po chwili poszli. Równocześnie spojrzeliśmy na siebie z Matthew i uśmiechnęliśmy się. Jednak nadal czułam smutek. Z lewej strony dobiegała muzyka. Poszliśmy w tamtym kierunku. Przepchaliśmy się przez tłum ludzi i zobaczyliśmy na co patrzą. Siódemka młodych ludzi, tańcząca na cienkich materacach. Chłopak właśnie stanął na głowie i zakręcił się wywijając nogami w nasza stronę, jakby chciał nas uderzyć. Mięli chusty, co zasłaniało ich połowę twarzy. Nie mogłam sprawdzić, czy kogoś z nich znam, ale byli niesamowici. Cztery dziewczyny i trzech chłopaków. Trochę breakdance, trochę funky, house dance... Balet i Popping. Tego nie zabrakło. Pod koniec biliśmy im brawa.
- Jejciu! - powiedziała oszołomiona Jasmine.
- Też tak umiem. - powiedział Tom.
- Jasne. - odparła Tina z uśmiechem.
- Pokaż. - wtrąciła się Lu.
Tom wyprzedził nas w biegu i zrobił salto do tyłu, depcząc kwiatki. Rozglądnęliśmy się i uciekliśmy. Śmiałam się tak, że dostałam kolki.
- Musimy wracać. Mieszkamy w internacie, więc... - skrzywiła się Tina.
- Rozumiem. Może wieczorem się zobaczymy.
- Albo jutro po szkole. - dodała.
- Dobry pomysł. To zdzwonimy się.
Pożegnaliśmy się i poszliśmy w inne strony. Matthew widział, że jestem bardzo smutna, bo nie odpowiadałam na jego pytania. Nie dlatego, że nie chciałam. W połowie nie skupiałam się na tym co do mnie mówi, a co ważniejsze, że w ogóle do mnie mówi. Cieszyłam się, że rozumiał moją sytuację. Bardzo się zmienił. W sumie to oboje wydorośleliśmy, nie jesteśmy już tymi samymi, dokuczającymi sobie dziećmi.
Wróciliśmy do domu. Ciocia stała i gotowała coś w kuchni. Pięknie pachniało. Trochę jakby pizzą. Nigdy nie robiła pizzy, zawsze zamawiała. Tak na prawdę to rzadko ją jadła chyba, że na jakieś okazję.
- Jak pachnie. - powiedział Matthew.
- Randka? - zaśmiałam się.
- No... - odwróciła się, z twarzą brudną od mąki. - Tak jakby.
- Yhym. - zaśmiałam się głośniej.
- Cześć Matthew. Dawno cię nie widziałam. Jak mama?
- Dobrze. Pozdrawia cię. - znów się uśmiechnął, a ja znów nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Spojrzał na mnie, a potem znowu na ciocię. - Dziękuje, że pozwoliłaś mi tu zamieszkać na czas nauki. Mama też jest ci wdzięczna.
Znów na mnie spojrzał z tym anielskim i wrednym uśmiechem. Robił mi to na złość. Chyba zauważył, że stoję jak głupia, przyglądając się mu. Po chwili zrozumiałam, że właśnie stoję jak głupia, przyglądając się mu. Szybko się ocknęłam i wróciłam do rzeczywistości.
- Nie ma za co. Czuj się jak w domu. Mam nadzieje, że Ines dobrze się tobą zaopiekuję.
- Też mam taką nadzieje. - znów na mnie spojrzał.
W myślach mówiłam do niego: ''Przestań to robić. Dobrze wiesz, jak to na mnie działa.'', a z drugiej strony: ''Chciałabym zawsze patrzeć na ten uśmiech.'' Widzę go od niecałych czterech godzin, a już zawrócił mi w głowie. Próbowałam myśleć o Luke'u, ale nie widziałam, żadnego podobieństwa między nimi, co okazało się dla mnie przykre, zbędne i jednak pocieszające, bo nie musiałam przy nim płakać.
- Idę do pokoju. - powiedziałam.
- Jasne. - uśmiechnęła się ciocia, odwracając się do nas plecami i krojąc salami.
Kiedy szłam w stronę schodów, czułam na sobie wzrok Matthew'a i ten jego... Yhh!!! Nienawidzę go! I tego jego uśmiechu też... I chyba... tego jego doskonałości. Przygnębiał mnie. Nienawidzę chłopaków. Najpierw imponują, rozkochują, niby kochają, a potem rzucają bo zachciało im się wyjechać do Europy do zasranej szkoły, bez pożegnania!!!
Siedzę w pokoju, przy książkach jak zawsze. Szkoła baletowa, to nie sam taniec, ale i dużo i to bardzo dużo nauki. Od dwóch godzin męczę się z fizyką. Po co komu fizyka? Jakaś elektrostatyka, optyka kwantowa, zasady dynamiki Newtona... Kto to jest w ogóle ten Newton, że mam się o nim uczyć? Stworzył świat? Nie! Urodził mnie? Nie! Zrobił coś, by Luke do jasnej cholery do mnie zadzwonił? Nie, nie i jeszcze raz nie!
Zamknęłam gwałtownie książkę i położyłam głowę na pod ramieniu, opierając się o biurko.
- Cześć, mogę wejść? - spytał Matthew.
Matko, jeszcze jego brakowało. Kiedy chce zostać w spokoju, to nagle wszystkim zachciewa się pogawędki.
- Taa... - odparłam.
Usłyszałam jak siada na łóżko. Chyba rozglądał się po pokoju, bo nic nie mówił.
- Ładny masz pokój. Taki... różowy. - zaśmiał się.
- Tylko po to tu przyszedłeś? Żeby powiedzieć, że mam ładny pokój?
- Nie. Chciałem pogadać. Widzę, że cierpisz przez tego chłopaka. Może jest coś co mogę dla ciebie zrobić, żeby było ci chodź... - zmrużył jedno oko, pokazując palcem wskazującym,a kciukiem małą, przeźroczystą przestrzeń. - troszkę lepiej.
Lekko się uśmiechnęłam, patrząc na niego. Był słodki... O matko, co ja wygaduje? On nie może być słodki! Jest najgorszy, najbrzydszy, najgłupszy...! Ciągle powtarzałam sobie w myślach. Trochę mi przeszło.
- Chyba nie ma nic takiego, co byś mógł zrobić. Chyba, że umiesz się transportować, bo potrzebuje Luke'a.
- Tego niestety nie umiem. Ale umiem zabrać kogoś do kina. Na fajny film. - zrobił śmieszną minę, nabierając powietrza do ust i robiąc zeza.
- He, he. - zachichotałam. - To miłe, ale dzisiaj na prawdę nie mam humoru, a jeśli jutro nie zaliczę sprawdzianu z fizy, to obleje i dopiero wtedy nie będę mogła nigdzie wychodzić.
- Szlabany rządzą! - krzyknął tak głośno, by ciocia mogła go usłyszeć.
Patrzyliśmy na siebie przez krótki moment w ciszy.
- Dobra. - klepnął dłońmi swoje uda i wstał z łóżka. - No to... jakby co to wiesz... jestem... w drugim pokoju.
Przytaknęłam głową i pozwoliłam mu wyjść. Odwróciłam się do biurka i patrzyłam przez okno.
- A i jeszcze coś. - gwałtownie wszedł do pokoju, przez co podskoczyłam lekko do góry. - Zadzwoni. Nie martw się.
Powiedział i wyszedł, a ja znów spojrzałam w okno i spuściłam głowę na pod ramiona. Nie tak miało to wszystko wyglądać. Są moi przyjaciele, ale to nie Tennessee. Jest moja ciocia Kim, ale nie ciocia Helen. Jest Toffu, ale nie mój tato... Nie wiem dlaczego porównuje tatę do psa. Dziwne... No i jest Matthew..., ale to nie jest Luke. Ktoś kogo kocham, robi mi na złość, a ktoś kto robił mi na złość, teraz mnie... lubi? Ale... czy ja go lubię? Czy lubię go jako... kolegę, kuzyna, przyjaciela? Znam go pół dnia zaledwie..., ale jest mi bliski. Dość bliski... Co mnie przeraża. Nie moge się w nim zakochać, bo kocham Luke. To takie trudne.

CZĘŚĆ II