- Kto zaczyna? - spytała Mia.
- Niech najpierw Lu dopije sok, to weźmie się butelkę. - powiedziała Katy.
Lu szybko wypiła sok i położyła butelkę na środku.
- To ja mogę zacząć. - podniosła do góry dwa palce Zoe.
Chwyciła butelkę i zakręciła nią. Dziubek wskazywał na Tinę.
- Prawda czy wyzwanie? - spytała Zoe.
- Wyzwanie. - odpowiedziała.
- Hmm... - pomyślała. - Zrób trzy męskie pompki.
Tina wstała, zeszła z koca na trawę i położyła się na brzuch. W szybkim tempie zrobiła wyzwanie.
- Mogłabyś coś trudniejszego. - uśmiechnęła się.
Tina zakręciła butelką i wypadło na Lu.
- Prawda czy wyzwanie? - spytała.
- Pytanie. - odpowiedziała bez wahania.
- Czy kiedykolwiek całowałaś się z chłopakiem? - podniosła lekko wargę do góry.
- Yyy... - zarumieniła się. - Taaa.
- Oj chyba kłamiesz. - dodała Tina. - Powiedz prawdę.
- Miało być jedno pytanie! - krzyknęła.
- To jest! - odwzajemniła Tina.
- To są dwa pytania! - pokazała dwa palce na dłoni.
- To pocałuj... - spojrzała dookoła. - Toma!
- Co?! - zareagował Tom.
- To jest wyzwanie! A ja chciałam pytanie! - wystawiła język Lu.
- Jak kłamiesz to tak jest! - zmarszczyła czoło Tina.
- Przestańcie się kłócić! - weszła pomiędzy je Jasmine.
Uspokoiły się i mogliśmy wracać do gry.
Teraz kręciła Lu. Butelka wylosowała Luke'a.
- Pytanie czy wyzwanie? - popatrzyła na niego Lu.
- Wyzwanie. - odpowiedział stanowczo.
- Pocałuj Ines. - zaśmiała się.
Luke uśmiechnął się szeroko i pocałował mnie czule. To było słodkie uczucie. Złapał mnie za rękę i zakręcił butelką. Tym razem wypadło na Mię.
- Pytanie czy wyzwanie? - spytał.
- Pytanie. - odparła.
- Co u ciebie? - uśmiechnął się.
- Haha. Dobrze. - zaśmiała się.
Teraz kręciła Mia. Wypadło na Toma.
- Pytanie czy wyzwanie? - popatrzyła na niego.
- Pytanie. - wchłonął powietrze do policzków.
- Kochasz nadal Tinę? - popatrzyła na nią.
Tom gwałtownie wypuścił z buzi powietrze. Spojrzał na Tinę, chwycił jej dłoń i powiedział prosto w oczy.
- Kocham cię. - zaświeciły mu się oczy.
- Ouu. - powiedziałam, kładąc głowę na ramieniu Luke'a.
Tina zarumieniona spuściła wzrok na dół i uśmiechnęła się. Zacisnęła mocniej dłoń Toma i patrzyła na kręcącą się butelkę. Teraz czas na mnie.
- Pytanie czy wyzwanie? - spytał Tom.
- Wyzwanie. - uśmiechnęłam się.
- Pocałuj Luke'a. - zaśmiał się.
- Haha, okey. - popatrzyłam na niego.
Przysunęłam się bliżej Luke'a i pocałowałam go tak samo czule jak on mnie. Kiedy skończyliśmy, kątem oka widziałam zły wyraz twarzy Aarona.
Zakręciłam butelką i wypadło na Aarona... Niestety.
- Prawda czy wyzwanie? - udawałam miłą.
- Wyzwanie. - powiedział poważnie.
- Obiecaj Katy, że ją zawsze będziesz kochać i nigdy jej nie zranisz. - patrzyłam na niego ze wzrokiem zabójcy.
Popatrzył na mnie na moment i spojrzał na Katy.
- Obiecuję, że zawsze cię będę kochać i że nigdy cię nie zostawię. - kłamał.
Katy go mocno przytuliła, a ja, Jasmine, Tina i Lu spojrzałyśmy na siebie z obrzydzeniem do jego kłamstw.
Teraz on zakręcił. Wypadło na Katy.
- Pytanie czy wyzwanie? - spytał.
- Pytanie. - bawiła się jego palcami.
- Czy, gdybym kiedykolwiek cię zranił... - przerwał. - wybaczyłabyś mi?
Spojrzałam na dziewczyny, tak jak i one na mnie.
- Nie mam pojęcia, ale wiem to, że nigdy mi tego nie zrobisz. - spojrzała mu głęboko w oczy.
- Dobra. To teraz ja. - zakręciła butelką. - Ooo! Jasmine!
- A no ja! - uśmiechnęła się.
- Prawda czy wyzwanie? - spojrzała na nią.
- Wyzwanie. - oparła się o dłoń.
- Pokaż kolczyk w pępku. - pokazała palcem Katy.
Jasmine podniosła do góry koszulkę i pokazała nam kolczyk. U góry był niebieski koralik, a w dolnej części był wiszący brylancik.
Wzięła do ręki butelkę i zakręciła nią. Została nam tylko Zoe i tak wypadło.
- Prawda czy wyzwanie? - spytała Jasmine.
- Pytanie. - przytaknęła głową.
- Jesteś zmęczona? - spytała, ziewając.
- Teraz tak. - zrobiła to samo.
- Ei! - krzyknęłam. - Jest przecież jeszcze Olivia.
- No właśnie! - dodała Katy.
Zaśmialiśmy się wszyscy.
- A no już nie ważne. - machnęła ręką. - Chodźmy się przejść.
- Dobry pomysł. - wstała Mia.
Zebraliśmy wszystkie rzeczy, wzięliśmy je ze sobą i poszliśmy wzdłuż lasu.
- Jak pójdziemy do końca to znajdziemy się na moście obok przystanku. - powiedziała Lu.
O nie! To ten pechowy most, na którym spotkałam się z Aaronem. Tyle, że ja tylko źle zareagowałam na tą wiadomość. Chyba nikt nie słuchał Lu, bo wszyscy ze sobą rozmawiali.
Kiedy znaleźliśmy się niedaleko mostu, Tom podbiegł z tyły do Tiny i podniósł ją tak, głową zwisała do dołu, a nogi trzymał jej ku górze.
- Tom! Opuść mnie. - wierciła się.
- Nie wierć się bo spadniesz! - zaśmiał się.
- To mnie puść! - poddała się.
- Okey. - zaczął ją spuszczać, aż jej włosy dosięgały szybko chodnika.
- Ale nie tak! - zaczęła krzyczeć.
Wszyscy się z nich śmialiśmy.
Luke podbiegł do mnie i mnie objął w pasie, kręcąc się razem ze mną.
- Wariacie! Co ty robisz? - skuliłam nogi.
- Bawię się z tobą. - przytulił mnie od tyłu.
- Nie jesteś za stary na zabawę? - popatrzyłam na niego kątem oka.
- Nie. No co ty. - pocałował mnie w policzek. - Mogę być twoim Tomem, a ty będziesz moją Tiną?
- Mogę być sobą, a ty będziesz sobą? - zaśmiałam się.
- No, tak też może być. - odstaliśmy z grupy. - Chodź do nich!
Podbiegliśmy do reszty, aż pod most. Przeszliśmy przez niego, aż do lasku, w którym znajdował się przystanek.
- No to my się będziemy zbierać. - powiedziała Katy, siadając na ławce.
- Szkoda. Tak było fajnie. - powiedziała Jasmine.
- No, ale mam nadzieje, że nas jeszcze odwiedzicie. - uśmiechnęła się Tina.
- Oj, zapewne. - powiedział cicho Aaron, spoglądając na mnie.
- Wpadnijcie do nas kiedyś. - zaproponowała Zoe.
- No właśnie! - dodała Mia.
- Mamy dużo miejsca w domu, więc nocleg macie załatwiony. - powiedziała Olivia.
Przyjechał bus.
- Na nas już czas. - powiedziała Mia.
Pożegnaliśmy się, niektórzy ze łzami w oczach i pojechali.
- Jak tam twoje treningi? - spytała Lu.
- Na razie dobrze. - uśmiechnęłam się.
- To już za niedługo zawody. - szturchnęła mnie Jasmine.
- A no, ale mam tremę. - złapałam się za brzuch. - Trochę się boje.
- Nie dziwie się, ale dasz rade. - położyła rękę na moim ramieniu Tina.
Poszliśmy się jeszcze chwilę przejść. Lu zaprowadziła nas pod sklep spożywczy, niedaleko naszych domów. Lu i Jasmine poszły przeczytać jakieś plakaty wywieszone na sklepach, Tina i Tom całowali się pod latarnią, a ja i Luke wymieniliśmy się komórkami, żeby sobie zagrać. Ja grałam w wyścigi samochodowe, a on w "Dumb Ways 2 Die". Chwilę później zawołały mnie dziewczyny.
- Ines! Chodź tu! - machały do mnie.
Wstałam i podeszłam do nich. Na mój telefon przyszedł SMS, którego dźwięk usłyszałam. Postanowiłam jednak odebrać go później.
- Boziu... Zawody przełożyli na następny tydzień. - złapałam się za głowę.
- Na prawdę? - spytała zszokowana Jasmine.
- Teraz będziesz musiała częściej ćwiczyć z Luke'em. - powiedziała Tina.
- Mam nadzieje, że mi pomożesz wygrać. - zaśmiałam się.
Chciałam usiąść na jego kolanach, ale odsunął się i wstał.
- Muszę już iść. - oddał mi komórkę, a swoją zabrał i poszedł.
- Co mu się stało? - spytałam.
Pokiwali głową i patrzyliśmy jak odchodzi.
- Przejdzie mu. - powiedziała Lu. - Wracajmy już.
Pożegnaliśmy się i ja z Luizą poszłyśmy razem, a reszta razem.
Odprowadziłam Lu pod dom i szłam do siebie.
- ??? - napisał Aaron.
- O co ci chodzi? - odpisałam ze zmarszczonym czołem.
- Nie uciekniesz ode mnie. - odparł.
- Odczep się! - pomyślałam o co mu chodzi.
Przeszukałam wiadomości wcześniejsze.
- O tej wiadomości nie widziałam. - powiedziałam do siebie.
Przeczytałam to co czytał wcześniej Luke.
- To znowu ja księżniczko. Tęsknie za tobą. Dzisiaj byłem cholernie
zazdrosny o ciebie, kiedy całowałaś się z tym frajerem. Kiedy wreszcie
powiemy im o nas? - napisał Aaron.
- O nie! Musiał to przeczytać i dlatego tak się zachował. - powiedziałam na głos.
Weszłam do domu i w biegu wbiegłam po schodach do pokoju, rzucając się na laptop. Szybko zalogowałam się na facebook'a i napisałam do Luke'a. Mimo, że nie był dostępny to i tak czekałam, aż odczyta wiadomość.
Czekałam piętnaście minut i jest! Wszedł! Coś pisał, ale nie wysyłał. Pisał bardzo długo i zszedł...
- No nie mogę! - rzuciłam poduszkę o ścianę.
Wylogowałam się, zamknęłam laptop i położyłam się spać. Z tej całej złości musiałam odpocząć.
Na następny dzień wstałam o 7:05, poszłam pod prysznic, zeszłam do kuchni coś zjeść i przeczytałam kartkę leżącą na stole.
- Pojechaliśmy do miasta. Za niedługo będziemy. - napisał tato.
Poszłam się przebrać, uczesałam się, wymalowałam i wyszłam na dwór po Lu. Pomachałam Piorunowi i podbiegłam pod jej dom.
- Wstawaj Lu! - krzyknęłam pod jej oknem.
- Już idę! - krzyknęłam z salonu.
Gdy na nią czekałam, przyszli Tom i Jasmine.
- Gdzie macie Tinę? - spytałam.
- Musiała sprzątać dom. Wyjdzie za godzinę. - powiedziała Jasmine.
- To gdzie idziemy? - podeszły do nas Lu.
- Może po Luke'a? - zaproponował Tom.
- To nie jest dobry pomysł. - powiedziałam.
- Niby czemu? - pomyślała Jasmine.
- No bo wczoraj taki dziwny był.
- podrapałam się w tył głowy.
Ale jednak poszliśmy po niego. Tom zadzwonił do niego by wyszedł i po pięciu minutach przyszedł. Przywitał się ze wszystkim, a przede mną stanął i popatrzył mi głęboko w oczy. Widziałam w nich łzy, ból i nienawiść. Musiałam z nim pogadać i gdy zostaliśmy sami, bo reszta poszła znów na plac zabaw, usiadłam obok niego na ławce.
- Czy... - przełknęłam ślinę. - przeczytałeś wczoraj SMS-a od Aarona?
Nic nie odpowiedział jedyne co to popatrzył w drugą stronę.
- Luke, proszę odpowiedz mi. - dotknęłam lekko jego dłoni.
Nie zabrał swojej ode mnie. Czułam, że robi się a nim ciepło i czułam, że tego chce. Chce, żebym była blisko niego.
- Tak. - powiedział z załamanym głosem.
- To nie tak jak myślisz. - przysunęłam się do niego.
- To powiedz mi jak jest. - spojrzał na mnie.
Zamilkłam na chwilę.
- Nie mogę. - z trudnością wypowiedziałam te słowa.
- To ja też nie mogę myśleć inaczej, niż sądzę. - popatrzył mi w oczy.
- Jeśli ci powiem, to zrani dla mnie ważne osoby. - łza poleciała mi z oczu.
- Jeśli byłbym dla ciebie ważny i ufałabyś mi to powiedziałabyś mi co się dzieje. - zabrał dłoń.
- Już jestem! - krzyknęła Tina, przerywając moją rozmowę z Luke'em.
Otarłam łzy z oczu i poszliśmy się przejść. Przez całą drogę nie rozmawiałam z Luke'em... A raczej to on ze mną. Siedzieliśmy na dworze, aż do 12:50, bo Lu musiała iść na obiad. Też poszliśmy, bo zgłodnieliśmy. Umówiliśmy się na wieczór. Kiedy przyszłam do domu, zastałam ciocię w kuchni.
- A ty jak zawsze przy garach. - zaśmiałam się.
- Jesteś głodna? - spytała z uśmiechem.
- Jak wilka. - złapałam się za brzuch. - Co jest?
- Zupa pomidorowa. Może być? - popatrzyła na mnie.
- Pewnie, że tak. - uśmiechnęłam się.
Patrzyłam jak ciocia nalewa chochlą, zupę.
- Nie ma taty? - chwyciłam łyżkę.
- Nie. - usiadła na wprost mnie.
- Nie wracaliście razem? - konsumowałam obiad.
- Musiał coś jeszcze załatwić. - popatrzyła na mnie.
Kiedy zjadłam, podziękowałam za obiad i poszłam do swojego pokoju. Włączyłam głośno muzykę i do wieczora siedziałam w swoim pokoju rysując i siedząc na internecie.
- Wychodzisz? - zadzwoniła do mnie Jasmine.
- Tak. - rozłączyłam się.
Przebrałam się, ubrałam buty i wyszłam z domu.
Podbiegłam do przyjaciół i poszliśmy na spacer. Był też Luke. Cały czas na mnie spoglądał. Chciałam go pocałować i mocno się przytulić, ale wiedziałam, że go zraniłam. Poszliśmy najpierw do kina, później na pizzę i do parku. Spotkaliśmy tam Stacy i Mirandę.
- Cześć ofiary. - powiedziała wrednie Stacy rzucając gumę.
- Cześć tanie... - zatkała buzię Lu, Jasmine.
- Słyszeliście chyba o zmianie terminu, tak? - odezwała się zarozumiale Miranda.
- Tak i co? - spytał Tom.
- I to, że wasza koleżaneczka nie da rady. - popatrzyła na mnie, jadąc od dołu do góry po mnie wzorkiem.
- Daj jej spokój! - wstawiła się Tina.
Luke na mnie spojrzał. Kątem oka widziałam, że chciał zareagować i przytulić mnie, ale nie potrafił.
- Na prawdę Luke zadajesz się z tymi odmieńcami? - podeszła do niego blisko, Miranda. - Jeśli zmienisz zdanie, to wiesz, gdzie mnie szukać.
Prawie go pocałowała, a mnie zrobiło się bardzo źle. Nawet się nie odsunął, patrzył na nią z silną wolą. Wiedziałam, że nawet by jej nie pocałował, ale sama ona przy nim mnie zdenerwowała. Kiedy powiedziała odmieńcami, to spojrzała na mnie. Musiałam wtedy uciec. Ze łzami w oczach po prostu biegłam. Słyszałam, że wszyscy za mną biegną, ale nie dogonili mnie. Byłam bardzo szybka i w takim tempie znalazłam się od razu pod bramą domu. Słyszałam konia. To Piorun!
Szybko podbiegłam do zagrody i zobaczyłam jak trzech silnych mężczyzn, próbuje wprowadzić mojego konia do ciężarówki.
- Co wy robicie?! - próbowałam uwolnić konia.
- Ines! Nie wtrącaj się! - przytrzymywał mnie tato.
- Zostawcie go! - próbowałam się wyrwać z objęć. - Co ty zrobiłeś?!
- To dla twojego dobra. - trzymał mnie mocniej.
- Ty nie wiesz co dla mnie dobre. - łzy leciały mi z oczu.
- Ten koń jest stary i niebezpieczny. Zrobił by ci krzywdę. - patrzył na mnie.
- Nigdy mi nic nie zrobił! - krzyknęłam. - Każ im przestać! To go boli!
Koń wyrywał się z uścisku lin. Słyszałam jego rżenie. Łzy spływały mi z oczu, a serce przyspieszyło bicie. Nie wiedziałam co mam zrobić. Patrzyłam jak zabierają Pioruna do ciężarówki i wyjeżdżają.
Tato powoli puszczał mnie z objęć. Stałam chwilę nieruchomo.
- Jak mogłeś! - biłam go pięściami o klatkę piersiową i barki. - Nienawidzę cię!
Szybko pobiegłam do domu, zamknęłam się w pokoju i płakałam do poduszki. To okropne uczucie. Miranda na moich oczach chce mnie upokorzyć i zabrać mi Luke, tato zabrał mi Pioruna, a Aaron chce mi zniszczyć życie. Nienawidzę ich wszystkich!
czwartek, 30 kwietnia 2015
niedziela, 26 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ XII
- Chodźmy do mnie, zaraz pewnie zacznie padać, a musimy odnieść reklamówki. - powiedziała Jasmine.
Spojrzeliśmy do góry. Faktycznie zaraz lunie. Idziemy dość szybkim krokiem do domu Jasmine.
- Strasznie się rozlało.
- Musicie tu zostać, aż nie przestane padać. - mówi Jasmine, podając nam szklanki gorącej herbaty.
- Zaraz dam ciuchy na przebranie. - poszła do góry po schodach.
Ma starszego brata, który się wyprowadził i założył rodzinę, więc wybrała z jego pokoju czyste ubrania i dała chłopakom, a nam dała swoje. Po kolei poszliśmy się przebrać. Suche ubrania położyliśmy na kaloryferze, by obeschły.
- Macie na coś ochotę? - pyta, gdy wszyscy siedzimy ogrzani w salonie.
- Pizza! - wszyscy odpowiadamy zgodnie.
Lu i Tina wyrabiają ciasto, Luke i Tom myją naczynia, których jest sterta w zlewie, a ja i Jasmine myślimy jakie produkty dodamy. Wyciągam z lodówki salami i kukurydzę w puszcze. Ona myję paprykę i zaczyna ją kroić. Podaję jej inne produkty, aby je skroiła, a ja nagrzewam piekarnik.
Gdy ciasto jest gotowe, posypujemy go składnikami, ostrożnie przenosimy je na blaszkę i wsadzamy do piekarnika. Kiedy pizza się pieczę, zaczęliśmy sprzątać po sobie. Tom i Luke szukają na internecie jakiś nowych filmów. Oni i Lu chcą horror, jednak my preferujemy komedie. Zawsze po horrorach mam paranormalne myśli. Idziemy z dziewczynami do pokoju Jasmine. Rozglądam się po półkach z pamiątkami.
- Dużo ich masz. - dotykam jedno po drugim.
- Tak. Kolekcjonuje je. - uśmiechnęła się do mnie, po woli idąc w moim kierunku. - Mam z każdego miejsca, w którym byłam.
- Czujecie? - odezwała się Tina.
- No! - odpowiada Lu.
- Pizza! - krzyknęła Jasmine zbiegając w szybki tempie na dół.
- Już jest gotowa! - woła chłopaków Tina i idziemy do kuchni.
Rozkładamy talerze obok blaszki i kładziemy na każdym talerzu po jednym kawałku. Po chwili zabieram dwa ostatnie talerze razem z Tiną i idziemy do salonu, gdzie wszyscy siedzą. Siadam na kolanach Luke'a i wsadzam mu pizze do buzi. Następnie zagryzam swój kawałek i delektuje się w pysznym jej smaku.
- Oglądamy coś? - pyta Tom, brudząc się ketchupem w okolicy prawego oka.
- Tak. - odpowiada Jasmine z chichotem.
Umieszczamy się wygodnie na kanapie. Luke podpina kable z laptopa do telewizora, a Tom próbuje włączyć film. Tom przejeżdża spokojnie myszką na start i zaczynamy oglądać. Włączyli "Kick ass". Wtulam się do Luke'a, Tina do Toma, a reszta siedzi spokojnie. Śmiejemy się i wygłupiamy.
Kiedy seans się skończył, spoglądamy przez okno, gdzie deszcz nie przestaję padać. Wszyscy zadzwoniliśmy do rodziców, czy możemy zostać na noc.
- Wy śpicie w pokoju mojego brata, a wy w u mnie. - oznajmia Jasmine, pokazując nam pomieszczenia.
Rozkładamy na podłodze koce i poduszki. Jest już dość późno, chociaż nie mamy zamiaru iść spać. Xbox jest naszym chwilowym zajęciem. Po pół godzinie, Tina skonała, więc przykryłyśmy ją kocem i grałyśmy dalej. Po chwili przyszli do nas chłopcy. Tom położył się obok Tiny i głaszczę ją po głowię, oglądając jak gramy. Kilka minut później Jasmine także się położyła, więc ja, Luke i Luiza przeszliśmy do pokoju brata Jasmine. Włączyliśmy duże światło i przymknęliśmy nieco drzwi, po czym usiedliśmy na podłodze, a Luiza zaczęła tasować karty z UNO. Jej rodzice wybyli do znajomych, więc pewnie do jutra nie wrócą. Po dwóch rundach Luke poszedł spać, a ja i Lu zeszłyśmy do kuchni po sok. Luiza nalewa mi soku do szklanki, a ja dostaję SMS-a.
Aaron: Dobranoc księżniczko.
Już myślałam, że dał sobie spokój, ale szczerze mówiąc, to nie bardzo się już tym wszystkim przejmuję. Wiem, że kocham Katy i Luke'a i żaden Aaron nie jest w stanie tego zniszczyć. Wróciłyśmy do pokoju. Luiza kładzie się na łóżku, a ja na podłodze obok Luke'a.
Następny dzień. Rozbudzam się i zauważam, że w pokoju nikogo nie ma. Schodzę na dół i czuję zapach gofrów docierający z kuchni. Siadam w salonie w całą roześmianą resztą i zabieram gofra do ręki, po czym gryzę kęs.
- Jak się wam spało? - pyta Jasmine, przynosząc kubki z butelką soku pomarańczowego.
- Dobrze. - odpowiada Tina, spoglądając na Toma.
Zza ściany salonu wychodzi mama Jasmine, przynosząc jeszcze dżem i bitą śmietanę. Lu podniosła się z siedzenia i podchodzi do okna, oznajmiając nam, że jest piękna pogoda na zewnątrz. Po śniadaniu, przebieramy się w suche ubrania i wychodzimy na dwór. Słysząc dzwonek dobiegający z mojej komórki, szybko wyjmuje ją z tylnych kieszeni i odbieram.
- Hei Ines! Trochę wcześnie, ale jutro już wyjeżdżamy i chcemy się pożegnać. - odezwała się Katy.
- Hei. Pewnie, przyjeżdżajcie!
- Super! To będziemy za niedługo. Zadzwonię do ciebie jak dojedziemy. - rozłącza się, za nim cokolwiek ej odpowiem.
Mimo, że cieszę się, że zobaczę dziewczyny, to sama myśl, że będę musiała znowu ujrzeć Aarona, sprawia mnie o mdłości.
Weszliśmy do najbliższego sklepu i kupujemy coś dobrego do jedzenia. Każde z nas ma pół godziny - w sumie ja i Lu mamy trochę więcej - i spotykamy się lesie, gdzie mamy urządzić pożegnalny piknik.
Wbiegam do domu jak poparzona. Nie zauważam w domu ani taty, ani cioci, więc biegnę do pokoju, biorę szybki prysznic, ogarniam się i zabieram butelkę zimnej herbaty z lodówki. Lu czeka już na mnie przed domem. Idziemy powoli w stronę umówionego miejsca. W oddali widzimy Luke'a i Tinę, którzy trzepią duży koc. Podchodzimy bliżej nich i pomagamy im, kiedy przychodzi Jasmine i Tom z z pełnymi reklamówkami jedzenia i napoi. Kładziemy koc na trawie i wykładamy trochę rzeczy.
- Telefon. - informuje mnie Tina, uderzając lekko łokciem w przedramię.
- Gdzie jesteście? - pyta w słuchawce Olivia.
- Idźcie całkiem prosto od przystanku. Zobaczycie nas. - odpowiadam i niechcący się rozłączam.
Lu pierwsza ich zauważa i krzyczy, machając rękami, jakby odganiała komary.
- Siadajcie.
Przez cały czas rozmawiamy i śmiejemy się. Mimo że się dobrze wszyscy dogadujemy - nawet z Aaronem, o dziwo - to sytuacja i tak jest trochę napięta między Luke'em, Lu, mną i Aaronem. Za każdym razem próbuję unikać wzroku Aarona, ale on zmusza mnie do spojrzenia, wykorzystując niewinną Katy.
- Może zagramy w UNO. - proponuje Jasmine, wyjmując z reklamówki pudełko.
- Dobra! - odpowiada Mia.
Gramy po dwie osoby, bo jest nas za dużo. Po dwadzieścia minut wszystkim gra się znudziła, bo uznaliśmy, że ciągłe wygrywanie przez Zoe jest nie fair.
- To co robimy? - pyta z ciekawości Tina.
- Zagrajmy w Prawda lub Wyzwanie. -proponuje z pełnym uśmiechem Katy.
Spojrzeliśmy do góry. Faktycznie zaraz lunie. Idziemy dość szybkim krokiem do domu Jasmine.
- Strasznie się rozlało.
- Musicie tu zostać, aż nie przestane padać. - mówi Jasmine, podając nam szklanki gorącej herbaty.
- Zaraz dam ciuchy na przebranie. - poszła do góry po schodach.
Ma starszego brata, który się wyprowadził i założył rodzinę, więc wybrała z jego pokoju czyste ubrania i dała chłopakom, a nam dała swoje. Po kolei poszliśmy się przebrać. Suche ubrania położyliśmy na kaloryferze, by obeschły.
- Macie na coś ochotę? - pyta, gdy wszyscy siedzimy ogrzani w salonie.
- Pizza! - wszyscy odpowiadamy zgodnie.
Lu i Tina wyrabiają ciasto, Luke i Tom myją naczynia, których jest sterta w zlewie, a ja i Jasmine myślimy jakie produkty dodamy. Wyciągam z lodówki salami i kukurydzę w puszcze. Ona myję paprykę i zaczyna ją kroić. Podaję jej inne produkty, aby je skroiła, a ja nagrzewam piekarnik.
Gdy ciasto jest gotowe, posypujemy go składnikami, ostrożnie przenosimy je na blaszkę i wsadzamy do piekarnika. Kiedy pizza się pieczę, zaczęliśmy sprzątać po sobie. Tom i Luke szukają na internecie jakiś nowych filmów. Oni i Lu chcą horror, jednak my preferujemy komedie. Zawsze po horrorach mam paranormalne myśli. Idziemy z dziewczynami do pokoju Jasmine. Rozglądam się po półkach z pamiątkami.
- Dużo ich masz. - dotykam jedno po drugim.
- Tak. Kolekcjonuje je. - uśmiechnęła się do mnie, po woli idąc w moim kierunku. - Mam z każdego miejsca, w którym byłam.
- Czujecie? - odezwała się Tina.
- No! - odpowiada Lu.
- Pizza! - krzyknęła Jasmine zbiegając w szybki tempie na dół.
- Już jest gotowa! - woła chłopaków Tina i idziemy do kuchni.
Rozkładamy talerze obok blaszki i kładziemy na każdym talerzu po jednym kawałku. Po chwili zabieram dwa ostatnie talerze razem z Tiną i idziemy do salonu, gdzie wszyscy siedzą. Siadam na kolanach Luke'a i wsadzam mu pizze do buzi. Następnie zagryzam swój kawałek i delektuje się w pysznym jej smaku.
- Oglądamy coś? - pyta Tom, brudząc się ketchupem w okolicy prawego oka.
- Tak. - odpowiada Jasmine z chichotem.
Umieszczamy się wygodnie na kanapie. Luke podpina kable z laptopa do telewizora, a Tom próbuje włączyć film. Tom przejeżdża spokojnie myszką na start i zaczynamy oglądać. Włączyli "Kick ass". Wtulam się do Luke'a, Tina do Toma, a reszta siedzi spokojnie. Śmiejemy się i wygłupiamy.
Kiedy seans się skończył, spoglądamy przez okno, gdzie deszcz nie przestaję padać. Wszyscy zadzwoniliśmy do rodziców, czy możemy zostać na noc.
- Wy śpicie w pokoju mojego brata, a wy w u mnie. - oznajmia Jasmine, pokazując nam pomieszczenia.
Rozkładamy na podłodze koce i poduszki. Jest już dość późno, chociaż nie mamy zamiaru iść spać. Xbox jest naszym chwilowym zajęciem. Po pół godzinie, Tina skonała, więc przykryłyśmy ją kocem i grałyśmy dalej. Po chwili przyszli do nas chłopcy. Tom położył się obok Tiny i głaszczę ją po głowię, oglądając jak gramy. Kilka minut później Jasmine także się położyła, więc ja, Luke i Luiza przeszliśmy do pokoju brata Jasmine. Włączyliśmy duże światło i przymknęliśmy nieco drzwi, po czym usiedliśmy na podłodze, a Luiza zaczęła tasować karty z UNO. Jej rodzice wybyli do znajomych, więc pewnie do jutra nie wrócą. Po dwóch rundach Luke poszedł spać, a ja i Lu zeszłyśmy do kuchni po sok. Luiza nalewa mi soku do szklanki, a ja dostaję SMS-a.
Aaron: Dobranoc księżniczko.
Już myślałam, że dał sobie spokój, ale szczerze mówiąc, to nie bardzo się już tym wszystkim przejmuję. Wiem, że kocham Katy i Luke'a i żaden Aaron nie jest w stanie tego zniszczyć. Wróciłyśmy do pokoju. Luiza kładzie się na łóżku, a ja na podłodze obok Luke'a.
Następny dzień. Rozbudzam się i zauważam, że w pokoju nikogo nie ma. Schodzę na dół i czuję zapach gofrów docierający z kuchni. Siadam w salonie w całą roześmianą resztą i zabieram gofra do ręki, po czym gryzę kęs.
- Jak się wam spało? - pyta Jasmine, przynosząc kubki z butelką soku pomarańczowego.
- Dobrze. - odpowiada Tina, spoglądając na Toma.
Zza ściany salonu wychodzi mama Jasmine, przynosząc jeszcze dżem i bitą śmietanę. Lu podniosła się z siedzenia i podchodzi do okna, oznajmiając nam, że jest piękna pogoda na zewnątrz. Po śniadaniu, przebieramy się w suche ubrania i wychodzimy na dwór. Słysząc dzwonek dobiegający z mojej komórki, szybko wyjmuje ją z tylnych kieszeni i odbieram.
- Hei Ines! Trochę wcześnie, ale jutro już wyjeżdżamy i chcemy się pożegnać. - odezwała się Katy.
- Hei. Pewnie, przyjeżdżajcie!
- Super! To będziemy za niedługo. Zadzwonię do ciebie jak dojedziemy. - rozłącza się, za nim cokolwiek ej odpowiem.
Mimo, że cieszę się, że zobaczę dziewczyny, to sama myśl, że będę musiała znowu ujrzeć Aarona, sprawia mnie o mdłości.
Weszliśmy do najbliższego sklepu i kupujemy coś dobrego do jedzenia. Każde z nas ma pół godziny - w sumie ja i Lu mamy trochę więcej - i spotykamy się lesie, gdzie mamy urządzić pożegnalny piknik.
Wbiegam do domu jak poparzona. Nie zauważam w domu ani taty, ani cioci, więc biegnę do pokoju, biorę szybki prysznic, ogarniam się i zabieram butelkę zimnej herbaty z lodówki. Lu czeka już na mnie przed domem. Idziemy powoli w stronę umówionego miejsca. W oddali widzimy Luke'a i Tinę, którzy trzepią duży koc. Podchodzimy bliżej nich i pomagamy im, kiedy przychodzi Jasmine i Tom z z pełnymi reklamówkami jedzenia i napoi. Kładziemy koc na trawie i wykładamy trochę rzeczy.
- Telefon. - informuje mnie Tina, uderzając lekko łokciem w przedramię.
- Gdzie jesteście? - pyta w słuchawce Olivia.
- Idźcie całkiem prosto od przystanku. Zobaczycie nas. - odpowiadam i niechcący się rozłączam.
Lu pierwsza ich zauważa i krzyczy, machając rękami, jakby odganiała komary.
- Siadajcie.
Przez cały czas rozmawiamy i śmiejemy się. Mimo że się dobrze wszyscy dogadujemy - nawet z Aaronem, o dziwo - to sytuacja i tak jest trochę napięta między Luke'em, Lu, mną i Aaronem. Za każdym razem próbuję unikać wzroku Aarona, ale on zmusza mnie do spojrzenia, wykorzystując niewinną Katy.
- Może zagramy w UNO. - proponuje Jasmine, wyjmując z reklamówki pudełko.
- Dobra! - odpowiada Mia.
Gramy po dwie osoby, bo jest nas za dużo. Po dwadzieścia minut wszystkim gra się znudziła, bo uznaliśmy, że ciągłe wygrywanie przez Zoe jest nie fair.
- To co robimy? - pyta z ciekawości Tina.
- Zagrajmy w Prawda lub Wyzwanie. -proponuje z pełnym uśmiechem Katy.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ XI
Z rana ktoś puka do drzwi mojego pokoju.
- Ines wstawaj! Masz gościa.
Powoli otwierały się drzwi, a ja nie reagując na wejście gościa, obracam się na drugi bok. Nie słyszę jak ten ktoś idzie do mnie, chociaż podłoga z każdym naciśnięciem skrzypi jakby szlochała z bólu. Jednak dotyk dłoni jeżdżącej po moim brzuchu nie da się uniknąć. Ręka jest zimna, dlatego szybko reaguję. Gwałtownie obracam się w stronę tej osoby.
- Luke! - rzucam się mu na szyję i ciągnę na łóżko. - Co ty tu robisz?
- Przyszedłem cię odwiedzić.
- Ale czemu tak wcześnie?
- Chciałem zobaczyć jak śpisz. - głaszczę mnie po twarzy. - Ale trochę nie wyszło.
- Ja taka niewymalowana. - zakrywam dłońmi buzię.
- Taka jesteś piękniejsza. - zdejmuje moje dłonie z twarzy. Uśmiecham się i całuję go namiętnie. Kładę głowę na jego piersi, by znów posłuchać jak bije jego serce. Ten dźwięk tłumi moje złe myśli. Chwyta moją dłoń i bawi się palcami, macając opuszki moich palców, nie pomijając żadnego miejsca.
Między nami nastała cisza. Nie dlatego, że nie wiemy co powiedzieć, ale dlatego, że w tym momencie jest ona wystarczająca. Cieszymy się sobą, czule, namiętnie. Bez problemów, wspomnień. Nie myślę przy nim o niczym złym. W sumie... o niczym nie myślę, kiedy jest przy mnie.
Nagle zaburczało mi w brzuchu.
- Przepraszam.
- Chodź zrobię ci śniadanie. - trzyma mnie za rękę i prowadzi do kuchni. - To na co masz ochotę?
- Na ciebie. - zagryzam wargę, uśmiechając się promiennie.
- Dobrze, że twój tato tego nie słyszy.
- Czego nie słyszę? - krzyknął z salonu, wyłączając telewizor i idąc do nas.
- Ty nie w pracy? - pytam, obracając się na krześle.
- Dzisiaj zrobiłem sobie wolne. - objął mnie i spojrzał na Luke'a.
- A no właśnie. - spoglądam raz na Luke, raz na tatę. - To jest Luke, mój...
- Przyjaciel. Miło mi Pana poznać. - pierwszy wyciąga rękę.
- Mi ciebie również. - uśmiechnął się i zrobił to samo. - To ja was zostawiam. Jakby co to jestem w gospodarstwie.
- Dobrze tato. - daję mu ciepły całusa w policzek. - Chyba cię polubił.
- Serio?
- Tak, a rzadko lubi moich "chłopaków". - chichoczę biorąc słowo w cudzysłów.
- Co znaczy "chłopaków". - zmarszczył czoło i powtórzył mój gest.
- No bo... - kręcę się w lewo i prawo. - Nie zapytałeś mnie o chodzenie.
- A chciałabyś zostać moją dziewczyną?
- Zrób to jakoś bardziej romantycznie, a nie w kuchni, gdy jestem głodna!
- Dobrze, dobrze. - całuję mnie w czoło i głaszczę w tył głowy. - Zrobię ci naleśniki.
- Umiesz gotować? - podbieram się o podbródek.
- Umiem, a co?
- Nic. To słodkie jak chłopak umie gotować. - podchodzę do niego i pomagam mu mieszać składniki.
Oboje zabraliśmy się za śniadanie śniadanie, a gdy było już gotowe, razem go degustowaliśmy.
- Mniam! Są pyszne! - zagryzam pierwszy kawałek.
Po zjedzeniu zrozumiałam, że cały czas jestem w piżamie, więc szybko wbiegam po schodach i zabieram do łazienki kuferek i ubrania. Ubrałam swoje ulubione jasne ogrodniczki, spięłam włosy w koka i powoli wracam do Luke'a.
- Gotowa! To co robimy? - pytam, stojąc przed nim na baczność
- Musisz chyba potrenować przed zawodami, co? - patrzy na mnie z lotu ptaka.
- Tak, ale boje się, że nie dam sobie rady.
- Ei! Więcej wiary w siebie. - siada na fotelu i przyciąga mnie na kolano. - Nie bez powodu chciałem cię trenować.
- A to nie dlatego, że ci się spodobałam? - uśmiecham się uroczo. Patrzę mu głęboko w oczu, co bardzo go rozprasza.
- Też. - pocałował mnie w ramię. - Chcesz teraz potrenować?
- Czemu nie. - podchodzę do okna, otwieram je i krzyczę w stronę kurnika. - Tato możemy wziąć konie?!
- Tak!
Idziemy do stajni i szukamy w boksach koni. Luke zabiera Silona o brązowej grzywie i nieco jaśniejszej sierści. Ja zabieram Pioruna, do którego musiałam, aż się skradać, by tato nic nie zobaczył.
Galopem kierujemy się do lasu. Przechodzimy przez niego, aż do drewnianego mostku. Schodzimy z koni i przywiązujemy je do drzew. Luke prowadzi mnie dalej. Trzymając mnie za rękę zaprowadził na koniec magicznego miejsca. Dziwne, bo podobno nigdy nie wiedział o tym miejscu. Przy końcu lasu zauważam stadninę Luke'a.
Kiedy dotarliśmy, Luke dał mi ubrania bym się przebrała. Zaczęliśmy trening. Długi, męczący i monotonny. Ciągle te same triki. Chciałam czegoś więcej. Liczyłam na skok adrenaliny, a tu zwykłe, proste sztuczki. Chociaż Piorun nauczył się szybciej biec, co na prawdę znosił ciężko. Ledwo zipie po normalnym tempie, co dopiero dwa razy szybciej.
Trenujemy już kilka godzin i z każdą minutą padamy za zmęczenia.
Do zawodów zostały dwa tygodnie, więc mam nadzieję, że Piorun do tego czasu wytrzyma. Jestem z niego bardzo dumna, bo wykazał się determinacją i był taki dzielny. Chciałabym być taka jak on.
Spoglądam na komórkę.
- Kurczę, późno już! Musimy wracać.
- Dobrze. - przywracam się do wcześniejszego stanu i powoli wyjeżdżamy ze stadniny.. - Wiesz, że jak chcesz być najlepsza to musimy trenować codziennie po parę godzin?
- Wiem. - spojrzałam na Pioruna, który po zjedzeniu jabłka czuję się znacznie lepiej. - Mam tylko nadzieje, że on to wytrzyma.
- Jest silny, da radę.
Kiedy dotarliśmy do domu cioci, odprowadziliśmy konie i poszliśmy się przejść. Idziemy przed siebie, w ciszy, w niezręczności. On zrywa liście z drzew, a ja plącze się pod nogami.
- Wszystko dobrze? - Splótł swoje palce z moimi.
- Tak.
- Co się dzieje?
- Nie mogę ci powiedzieć. - siadamy na ławce, przy małym placu zabaw. Bardzo starym, bo rdza osiadła już na większości miejscach.
- Dlaczego? - odgarnia mi kosmyk włosów z twarzy.
- Po prostu. - próbuję coś na szybko wymyślić.
- Proszę, powiedz mi.
- Bo... - przerywam. Jego ciepło trafia do wnętrza mojego ciała, przez co robię się słabsza w myślach i uczuciach. Próbuję przez hausty powietrza stłumić ciepło, ale jest zbyt silne. Jest już za późno. - Chodzi o tatę.
- A co z nim?
- Boje się, że nie pozwoli mi wziąć udziału w tym wyścigu. - skłamałam.
- Musisz z nim porozmawiać.
- Tak. Masz rację. - uśmiechnęłam się i położyłam głowę na jego ramieniu. - Tak zrobię.
Siedzimy chwile, patrząc na puste niebo, aż postanawiamy wracać. Luke odprowadził mnie pod dom, pocałował na dobranoc i każde poszło w swoją stronę. Kiedy wchodzę do domu, nastaję czekającego w salonie tatę.
- Sympatyczny ten twój kolega.
- Wiem. - uśmiechnęłam się dezorientując go.
- Jesteście razem?
- Nie. - pomyślałam. W sumie to prawda. Nie okłamuję go, chociaż nie miałam takiego zamiaru.
- Chodź tutaj. - wskazuję swoje kolana.
- Tato mam szesnaście lat, nie jestem już dzieckiem.
- Jak byłaś mała, to lubiłaś mi zawsze siadać na kolanach.
- No dobra. - siadam i spoglądam na tatę, obejmując mocno jego szyję.
- Musimy porozmawiać. - spojrzał na mnie, a jego źrenice znacznie się powiększyły.
- O czym?
- O twoich treningach z Luke'em. - trzyma mnie tak mocno, bym nie uciekła od niego.
- Czyli już wiesz?
- Przecież wiem, że byłaś na pikniku, że trenujesz z Luke'em i o tym, że nie jeździsz na Beth. - powiedział spokojnym, ale stanowczym głosem, co mnie zgubiło.
- Skąd to wiesz? - patrzę na kominek, który stoi na wprost nas. - Ciocia ci powiedziała?
- Nie. Sam się domyśliłem. - uśmiecha się lekko. - Zawsze robiłaś to co chciałaś.
Zamilkłam.
- Jesteś jak twoja matka. Nigdy nikogo nie słuchała. Po prostu robiła to co chciała. - odgarnia mi włosy za ucho.
- Jak go nazwałaś? - pyta z ciekawości.
- Kogo?
- Konia.
- Piorun. - spoglądam tacie w oczy, co jest bardzo ryzykowne.
- Nie powinnaś go męczyć. To jest już stary koń, dlatego dałem ci Beth. - tłumaczy mi, chociaż i tak go nie posłucham. Dobrze o tym wiem, ale próbuję. Jednak jego nutka kłamstwa, wędruje po gałce ocznej, jak pusta puszka po ścieku.
Ale porównanie Ines. - głośno myślę.
- Ale to jest właśnie koń dla mnie. Przywiązaliśmy się do siebie i chce na nim trenować.
- Rozumiem. - pocałował mnie w czoło. - Idź już spać.
Skinąwszy głową, żegnam się z nim uściskiem i idę pod prysznic.
Rano budzę się pełna energii. Rozciągam się i jak zawsze rano schodzę na śniadanie. Widzę jak tato rozmawia przez telefon, a gdy mnie zauważa, szybko kończy rozmowę i wychodzi z dompu jak poparzony.
- Z kim rozmawiał? - pytam cioci od razu po jego wyjściu.
- Nie mam pojęcia. - nalewa mi mleka do szklanki.
Hmm. Nie zastanawiam się na tym. Zjadam śniadanie, robię poranną toaletę, ubieram się i wchodzę na laptopa. Sprawdzam facebook'a, wchodzę jeszcze na twitter'a, a na koniec przeglądam e-mail. Mam jedną nieodebraną wiadomość. Otwieram i od razu patrzę na nick. Nie znam tej osoby. Zjeżdżam niżej myszką, sprawdzając plik. Otwieram go i widzę coś co sprawia, że moje serce zatrzymuję się na chwilę. To ja i Aaron, ale totalny photoshop. Widać jak całujemy się i idziemy razem za rękę, co jest totalnym szaleństwem i nieprawdą. Schodzę myszką niżej, a tam tekst "Trzymaj się planu, jeśli nie chcesz stracić bliskich." Zamieram, bo nie wiem co mam dalej robić. Szukam jakieś informacji o nicku adresata. Informacje są puste. Nie mogę sobie przypomnieć, kto mógł jeszcze być prócz mnie, Aarona i Luke'a. Po chwili zastanawiania, do mojego pokoju wchodzą Tina, Jasmine i Lu. Natychmiast pokazuję im e-mail, który dostałam.
Dziewczyny dokładnie przeszukają ze mną jeszcze raz profil adresata, ale to na nic. Jedyne co wiem, to to, że jest to dziewczyna. Ma nick: Lady12131.
- Spokojnie Ines. - przytula mnie Jasmine.
- Dojdziemy do tego kto to jest. - pociesza mnie Jasmine, chociaż to nic mi nie daję.
- Chodźmy się przejść. - proponuje Lu, otwierając nam drzwi.
Ubieramy buty i wchodzimy. Kierujemy się do małej pizzerii, niedaleko domu Tiny. Zamówiamy dużą pizzę z kurczakiem, serem, pieczarkami, salami i kukurydzą. Spokojnie zajadamy swoje kawałki, gdy nagle podchodzą do nas dwie dziewczyny, które widziałyśmy przy zapisach na zawody.
- Kogo my tu mamy Stacy? - powiedziała blondynka do swojej koleżanki.
- Cztery ofiary. - wskazuję na nas palcem brunetka.
- Nie macie już czego robić? - odzywa się wulgarnie Tina.
- Mamy, ale... - gwałtownie siadają obok nas. - Dokuczanie wam sprawia nam większą radość.
- Miałyście kiedyś złamaną nogę? - pyta nieprzyjemnie Lu.
- Nie, a bo co?
- A chcecie mieć?! - rzuca się na nich.
- Nie dotykaj mnie wieśniaczko!
- Mój tatuś prowadzi tą pizzerię, więc lepiej bądźcie grzeczne. - uśmiechnęła się wścibsko Stacy. Kiedy odeszły, Lu nieco się uspokoiła, ale w jej oczach nadal tkwi nuta nienawiści.
- Jakie wredne.
- Jak ta blondynka się nazywa? - spytałam dziewczyn.
- Miranda.
- One są stąd? - patrzą na dziewczyny.
- Stacy tak, a Miranda wprowadziła się tutaj dwa lata temu. - odparła Jasmine.
- Wcześniej mieszkała w Chicago. - dodaję Tina, przegryzając pizzę w ustach.
- To tam, gdzie ja. - pomyślałam. - Nigdy jej nie widziałam.
- Mieszkała, gdzieś na końcu miasta.
- Dlatego jest taką mieszczanką ą, ę przez bibułkę. - Tina robi usta na "rybkę" i podnosi dłoń do poziomu ramienia, machając ją w przód i tył.
Chichoczemy i dojadamy resztę pizzy. Zostawiamy pieniądze na stoliku i wychodzimy. Po drodze spotykamy chłopaków, którzy szli w przeciwną stronę niż my. Witamy się z nimi i wchodzimy do sklepu na rago. Jasmine musi zrobić zakupy do domu, więc pomagamy jej w tym. Tina i Tom idą na pierwszy dział. Ja i Lu na drugi, a Luke i Jasmine na trzeci.
- Skąd znacie Stacy i Mirandę? - pytam, wracając do tematu i szukając na półkach mąki i makaronu.
- Chodzimy wszyscy razem do jednej szkoły. - odpowiada Lu, dysząc, bo schyla się nisko do półki. - Stacy i Miranda są w kółku teatralnym.
- Czyli są bardzo popularne?
- Mniej więcej. Ale uważaj na nie.
- Dlaczego? - zmarszczyłam czoło i zatrzymałam się wzrokiem na Luizie.
- Lubi likwidować konkurencję.
- A co ja jej takiego zrobiłam?
- Po pierwsze też jesteś mieszczanką, a przed tym jak się tu wprowadziłaś była tylko ona. - wsadza saszetkę do koszyka.
- A po drugie? - stanęłam na palcach, by dosięgnąć makaronu.
- Po drugie to to, że kiedyś ona i Luke byli ze sobą, ale zostawiła go dla jednego z jego kolegów z drużyny. - zabrała z drugiej półki mąkę i kisiel.
- Rozumiem. - tak na prawdę w ogóle tego nie rozumiem. - Pewnie, dlatego mnie nie lubi.
- Ona rzadko kogo lubi. Zwłaszcza konkurencję. -spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem. - Nie przejmuj się nią.
- Nie przejmuje. - uśmiechnęłam się i wzruszyłam ramionami.
Kiedy mieliśmy już wszystkie rzeczy w koszyku, dołączyliśmy do reszty i wystawiliśmy wszystko na taśmę, po czym spakowaliśmy do reklamówek i poczekaliśmy na Jasmine.
- Reszty nie trzeba. - uśmiechnęła się Jasmine i wyszliśmy ze sklepu.
- Ines wstawaj! Masz gościa.
Powoli otwierały się drzwi, a ja nie reagując na wejście gościa, obracam się na drugi bok. Nie słyszę jak ten ktoś idzie do mnie, chociaż podłoga z każdym naciśnięciem skrzypi jakby szlochała z bólu. Jednak dotyk dłoni jeżdżącej po moim brzuchu nie da się uniknąć. Ręka jest zimna, dlatego szybko reaguję. Gwałtownie obracam się w stronę tej osoby.
- Luke! - rzucam się mu na szyję i ciągnę na łóżko. - Co ty tu robisz?
- Przyszedłem cię odwiedzić.
- Ale czemu tak wcześnie?
- Chciałem zobaczyć jak śpisz. - głaszczę mnie po twarzy. - Ale trochę nie wyszło.
- Ja taka niewymalowana. - zakrywam dłońmi buzię.
- Taka jesteś piękniejsza. - zdejmuje moje dłonie z twarzy. Uśmiecham się i całuję go namiętnie. Kładę głowę na jego piersi, by znów posłuchać jak bije jego serce. Ten dźwięk tłumi moje złe myśli. Chwyta moją dłoń i bawi się palcami, macając opuszki moich palców, nie pomijając żadnego miejsca.
Między nami nastała cisza. Nie dlatego, że nie wiemy co powiedzieć, ale dlatego, że w tym momencie jest ona wystarczająca. Cieszymy się sobą, czule, namiętnie. Bez problemów, wspomnień. Nie myślę przy nim o niczym złym. W sumie... o niczym nie myślę, kiedy jest przy mnie.
Nagle zaburczało mi w brzuchu.
- Przepraszam.
- Chodź zrobię ci śniadanie. - trzyma mnie za rękę i prowadzi do kuchni. - To na co masz ochotę?
- Na ciebie. - zagryzam wargę, uśmiechając się promiennie.
- Dobrze, że twój tato tego nie słyszy.
- Czego nie słyszę? - krzyknął z salonu, wyłączając telewizor i idąc do nas.
- Ty nie w pracy? - pytam, obracając się na krześle.
- Dzisiaj zrobiłem sobie wolne. - objął mnie i spojrzał na Luke'a.
- A no właśnie. - spoglądam raz na Luke, raz na tatę. - To jest Luke, mój...
- Przyjaciel. Miło mi Pana poznać. - pierwszy wyciąga rękę.
- Mi ciebie również. - uśmiechnął się i zrobił to samo. - To ja was zostawiam. Jakby co to jestem w gospodarstwie.
- Dobrze tato. - daję mu ciepły całusa w policzek. - Chyba cię polubił.
- Serio?
- Tak, a rzadko lubi moich "chłopaków". - chichoczę biorąc słowo w cudzysłów.
- Co znaczy "chłopaków". - zmarszczył czoło i powtórzył mój gest.
- No bo... - kręcę się w lewo i prawo. - Nie zapytałeś mnie o chodzenie.
- A chciałabyś zostać moją dziewczyną?
- Zrób to jakoś bardziej romantycznie, a nie w kuchni, gdy jestem głodna!
- Dobrze, dobrze. - całuję mnie w czoło i głaszczę w tył głowy. - Zrobię ci naleśniki.
- Umiesz gotować? - podbieram się o podbródek.
- Umiem, a co?
- Nic. To słodkie jak chłopak umie gotować. - podchodzę do niego i pomagam mu mieszać składniki.
Oboje zabraliśmy się za śniadanie śniadanie, a gdy było już gotowe, razem go degustowaliśmy.
- Mniam! Są pyszne! - zagryzam pierwszy kawałek.
Po zjedzeniu zrozumiałam, że cały czas jestem w piżamie, więc szybko wbiegam po schodach i zabieram do łazienki kuferek i ubrania. Ubrałam swoje ulubione jasne ogrodniczki, spięłam włosy w koka i powoli wracam do Luke'a.
- Gotowa! To co robimy? - pytam, stojąc przed nim na baczność
- Musisz chyba potrenować przed zawodami, co? - patrzy na mnie z lotu ptaka.
- Tak, ale boje się, że nie dam sobie rady.
- Ei! Więcej wiary w siebie. - siada na fotelu i przyciąga mnie na kolano. - Nie bez powodu chciałem cię trenować.
- A to nie dlatego, że ci się spodobałam? - uśmiecham się uroczo. Patrzę mu głęboko w oczu, co bardzo go rozprasza.
- Też. - pocałował mnie w ramię. - Chcesz teraz potrenować?
- Czemu nie. - podchodzę do okna, otwieram je i krzyczę w stronę kurnika. - Tato możemy wziąć konie?!
- Tak!
Idziemy do stajni i szukamy w boksach koni. Luke zabiera Silona o brązowej grzywie i nieco jaśniejszej sierści. Ja zabieram Pioruna, do którego musiałam, aż się skradać, by tato nic nie zobaczył.
Galopem kierujemy się do lasu. Przechodzimy przez niego, aż do drewnianego mostku. Schodzimy z koni i przywiązujemy je do drzew. Luke prowadzi mnie dalej. Trzymając mnie za rękę zaprowadził na koniec magicznego miejsca. Dziwne, bo podobno nigdy nie wiedział o tym miejscu. Przy końcu lasu zauważam stadninę Luke'a.
Kiedy dotarliśmy, Luke dał mi ubrania bym się przebrała. Zaczęliśmy trening. Długi, męczący i monotonny. Ciągle te same triki. Chciałam czegoś więcej. Liczyłam na skok adrenaliny, a tu zwykłe, proste sztuczki. Chociaż Piorun nauczył się szybciej biec, co na prawdę znosił ciężko. Ledwo zipie po normalnym tempie, co dopiero dwa razy szybciej.
Trenujemy już kilka godzin i z każdą minutą padamy za zmęczenia.
Do zawodów zostały dwa tygodnie, więc mam nadzieję, że Piorun do tego czasu wytrzyma. Jestem z niego bardzo dumna, bo wykazał się determinacją i był taki dzielny. Chciałabym być taka jak on.
Spoglądam na komórkę.
- Kurczę, późno już! Musimy wracać.
- Dobrze. - przywracam się do wcześniejszego stanu i powoli wyjeżdżamy ze stadniny.. - Wiesz, że jak chcesz być najlepsza to musimy trenować codziennie po parę godzin?
- Wiem. - spojrzałam na Pioruna, który po zjedzeniu jabłka czuję się znacznie lepiej. - Mam tylko nadzieje, że on to wytrzyma.
- Jest silny, da radę.
Kiedy dotarliśmy do domu cioci, odprowadziliśmy konie i poszliśmy się przejść. Idziemy przed siebie, w ciszy, w niezręczności. On zrywa liście z drzew, a ja plącze się pod nogami.
- Wszystko dobrze? - Splótł swoje palce z moimi.
- Tak.
- Co się dzieje?
- Nie mogę ci powiedzieć. - siadamy na ławce, przy małym placu zabaw. Bardzo starym, bo rdza osiadła już na większości miejscach.
- Dlaczego? - odgarnia mi kosmyk włosów z twarzy.
- Po prostu. - próbuję coś na szybko wymyślić.
- Proszę, powiedz mi.
- Bo... - przerywam. Jego ciepło trafia do wnętrza mojego ciała, przez co robię się słabsza w myślach i uczuciach. Próbuję przez hausty powietrza stłumić ciepło, ale jest zbyt silne. Jest już za późno. - Chodzi o tatę.
- A co z nim?
- Boje się, że nie pozwoli mi wziąć udziału w tym wyścigu. - skłamałam.
- Musisz z nim porozmawiać.
- Tak. Masz rację. - uśmiechnęłam się i położyłam głowę na jego ramieniu. - Tak zrobię.
Siedzimy chwile, patrząc na puste niebo, aż postanawiamy wracać. Luke odprowadził mnie pod dom, pocałował na dobranoc i każde poszło w swoją stronę. Kiedy wchodzę do domu, nastaję czekającego w salonie tatę.
- Sympatyczny ten twój kolega.
- Wiem. - uśmiechnęłam się dezorientując go.
- Jesteście razem?
- Nie. - pomyślałam. W sumie to prawda. Nie okłamuję go, chociaż nie miałam takiego zamiaru.
- Chodź tutaj. - wskazuję swoje kolana.
- Tato mam szesnaście lat, nie jestem już dzieckiem.
- Jak byłaś mała, to lubiłaś mi zawsze siadać na kolanach.
- No dobra. - siadam i spoglądam na tatę, obejmując mocno jego szyję.
- Musimy porozmawiać. - spojrzał na mnie, a jego źrenice znacznie się powiększyły.
- O czym?
- O twoich treningach z Luke'em. - trzyma mnie tak mocno, bym nie uciekła od niego.
- Czyli już wiesz?
- Przecież wiem, że byłaś na pikniku, że trenujesz z Luke'em i o tym, że nie jeździsz na Beth. - powiedział spokojnym, ale stanowczym głosem, co mnie zgubiło.
- Skąd to wiesz? - patrzę na kominek, który stoi na wprost nas. - Ciocia ci powiedziała?
- Nie. Sam się domyśliłem. - uśmiecha się lekko. - Zawsze robiłaś to co chciałaś.
Zamilkłam.
- Jesteś jak twoja matka. Nigdy nikogo nie słuchała. Po prostu robiła to co chciała. - odgarnia mi włosy za ucho.
- Jak go nazwałaś? - pyta z ciekawości.
- Kogo?
- Konia.
- Piorun. - spoglądam tacie w oczy, co jest bardzo ryzykowne.
- Nie powinnaś go męczyć. To jest już stary koń, dlatego dałem ci Beth. - tłumaczy mi, chociaż i tak go nie posłucham. Dobrze o tym wiem, ale próbuję. Jednak jego nutka kłamstwa, wędruje po gałce ocznej, jak pusta puszka po ścieku.
Ale porównanie Ines. - głośno myślę.
- Ale to jest właśnie koń dla mnie. Przywiązaliśmy się do siebie i chce na nim trenować.
- Rozumiem. - pocałował mnie w czoło. - Idź już spać.
Skinąwszy głową, żegnam się z nim uściskiem i idę pod prysznic.
Rano budzę się pełna energii. Rozciągam się i jak zawsze rano schodzę na śniadanie. Widzę jak tato rozmawia przez telefon, a gdy mnie zauważa, szybko kończy rozmowę i wychodzi z dompu jak poparzony.
- Z kim rozmawiał? - pytam cioci od razu po jego wyjściu.
- Nie mam pojęcia. - nalewa mi mleka do szklanki.
Hmm. Nie zastanawiam się na tym. Zjadam śniadanie, robię poranną toaletę, ubieram się i wchodzę na laptopa. Sprawdzam facebook'a, wchodzę jeszcze na twitter'a, a na koniec przeglądam e-mail. Mam jedną nieodebraną wiadomość. Otwieram i od razu patrzę na nick. Nie znam tej osoby. Zjeżdżam niżej myszką, sprawdzając plik. Otwieram go i widzę coś co sprawia, że moje serce zatrzymuję się na chwilę. To ja i Aaron, ale totalny photoshop. Widać jak całujemy się i idziemy razem za rękę, co jest totalnym szaleństwem i nieprawdą. Schodzę myszką niżej, a tam tekst "Trzymaj się planu, jeśli nie chcesz stracić bliskich." Zamieram, bo nie wiem co mam dalej robić. Szukam jakieś informacji o nicku adresata. Informacje są puste. Nie mogę sobie przypomnieć, kto mógł jeszcze być prócz mnie, Aarona i Luke'a. Po chwili zastanawiania, do mojego pokoju wchodzą Tina, Jasmine i Lu. Natychmiast pokazuję im e-mail, który dostałam.
Dziewczyny dokładnie przeszukają ze mną jeszcze raz profil adresata, ale to na nic. Jedyne co wiem, to to, że jest to dziewczyna. Ma nick: Lady12131.
- Spokojnie Ines. - przytula mnie Jasmine.
- Dojdziemy do tego kto to jest. - pociesza mnie Jasmine, chociaż to nic mi nie daję.
- Chodźmy się przejść. - proponuje Lu, otwierając nam drzwi.
Ubieramy buty i wchodzimy. Kierujemy się do małej pizzerii, niedaleko domu Tiny. Zamówiamy dużą pizzę z kurczakiem, serem, pieczarkami, salami i kukurydzą. Spokojnie zajadamy swoje kawałki, gdy nagle podchodzą do nas dwie dziewczyny, które widziałyśmy przy zapisach na zawody.
- Kogo my tu mamy Stacy? - powiedziała blondynka do swojej koleżanki.
- Cztery ofiary. - wskazuję na nas palcem brunetka.
- Nie macie już czego robić? - odzywa się wulgarnie Tina.
- Mamy, ale... - gwałtownie siadają obok nas. - Dokuczanie wam sprawia nam większą radość.
- Miałyście kiedyś złamaną nogę? - pyta nieprzyjemnie Lu.
- Nie, a bo co?
- A chcecie mieć?! - rzuca się na nich.
- Nie dotykaj mnie wieśniaczko!
- Mój tatuś prowadzi tą pizzerię, więc lepiej bądźcie grzeczne. - uśmiechnęła się wścibsko Stacy. Kiedy odeszły, Lu nieco się uspokoiła, ale w jej oczach nadal tkwi nuta nienawiści.
- Jakie wredne.
- Jak ta blondynka się nazywa? - spytałam dziewczyn.
- Miranda.
- One są stąd? - patrzą na dziewczyny.
- Stacy tak, a Miranda wprowadziła się tutaj dwa lata temu. - odparła Jasmine.
- Wcześniej mieszkała w Chicago. - dodaję Tina, przegryzając pizzę w ustach.
- To tam, gdzie ja. - pomyślałam. - Nigdy jej nie widziałam.
- Mieszkała, gdzieś na końcu miasta.
- Dlatego jest taką mieszczanką ą, ę przez bibułkę. - Tina robi usta na "rybkę" i podnosi dłoń do poziomu ramienia, machając ją w przód i tył.
Chichoczemy i dojadamy resztę pizzy. Zostawiamy pieniądze na stoliku i wychodzimy. Po drodze spotykamy chłopaków, którzy szli w przeciwną stronę niż my. Witamy się z nimi i wchodzimy do sklepu na rago. Jasmine musi zrobić zakupy do domu, więc pomagamy jej w tym. Tina i Tom idą na pierwszy dział. Ja i Lu na drugi, a Luke i Jasmine na trzeci.
- Skąd znacie Stacy i Mirandę? - pytam, wracając do tematu i szukając na półkach mąki i makaronu.
- Chodzimy wszyscy razem do jednej szkoły. - odpowiada Lu, dysząc, bo schyla się nisko do półki. - Stacy i Miranda są w kółku teatralnym.
- Czyli są bardzo popularne?
- Mniej więcej. Ale uważaj na nie.
- Dlaczego? - zmarszczyłam czoło i zatrzymałam się wzrokiem na Luizie.
- Lubi likwidować konkurencję.
- A co ja jej takiego zrobiłam?
- Po pierwsze też jesteś mieszczanką, a przed tym jak się tu wprowadziłaś była tylko ona. - wsadza saszetkę do koszyka.
- A po drugie? - stanęłam na palcach, by dosięgnąć makaronu.
- Po drugie to to, że kiedyś ona i Luke byli ze sobą, ale zostawiła go dla jednego z jego kolegów z drużyny. - zabrała z drugiej półki mąkę i kisiel.
- Rozumiem. - tak na prawdę w ogóle tego nie rozumiem. - Pewnie, dlatego mnie nie lubi.
- Ona rzadko kogo lubi. Zwłaszcza konkurencję. -spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem. - Nie przejmuj się nią.
- Nie przejmuje. - uśmiechnęłam się i wzruszyłam ramionami.
Kiedy mieliśmy już wszystkie rzeczy w koszyku, dołączyliśmy do reszty i wystawiliśmy wszystko na taśmę, po czym spakowaliśmy do reklamówek i poczekaliśmy na Jasmine.
- Reszty nie trzeba. - uśmiechnęła się Jasmine i wyszliśmy ze sklepu.
piątek, 17 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ X
- Co się stało?
- Wszystko jest nie tak. - ocierałam łzy tak mocno, że zaczynają mnie piec. - Myślałam, że tu będzie dobrze. Tak bez problemów i niczego.
- Ktoś cię zranił?
- Nie. To ja zraniłam kogoś. Kogoś dla mnie bardzo ważnego. - bardziej się do niej wtuliłam.
- Opowiadaj.
- Wczoraj spotkałam się z chłopakiem mojej przyjaciółki, ale Luke też mnie zaprosił na spacer. Musiałam się jednak wycofać, bo Aaron miał mi coś ważnego dopowiedzenia, lecz usłyszałam tylko przymus, kłamstwo i ból. Miałam przeczucie, że to się źle skończy, bo źle traktował po koncercie Luizę. Przed chwilą jechałam na trening do Luke'a, ale tam też tylko doznałam bólu, ale z mojej winy. On wszystko widział. Myśli, że ja i Aaron... - szlocham. - To nie możliwe, on jest z Katy, a ja nigdy bym jej tego nie zrobiła.
- Wytłumacz mu to. - głaszczę mnie po głowie.
- Próbowałam, ale wcale nie chciał mnie słuchać.
- Mogę ci jakoś pomóc? - pyta troskliwie.
- Nie, ale dziękuje, że mnie wysłuchałaś. - uśmiecham się lekko.
- Zawsze możemy o wszystkim porozmawiać, pamiętaj. - uśmiechnęła się, łapiąc moją dłoń i wychodzi z salonu.
Po wyjściu cioci, zasypiam tonąc w łzach. Twarz i poduszki mokre, serce złamane, cała się trzęsę i nie mam ochoty na nic. Udane wakacje, nie ma co.
Spałam nie całe dwie godziny, kiedy zbudził mnie SMS.
Aaron: Cześć śliczna. Nie mogę przestać o tobie myśleć. Już nie obchodzi mnie związek z Katy, tylko ty się dla mnie liczysz. Kiedy znów się zobaczymy?
Pełna złości, rzucam telefon na podłogę, a łzy mi lecą nurtem. Zakrywam twarz poduszką i próbuje nabrać dużego haustu powietrza.
Płakałam przez chwilę nie myśleć o niczym. Wstaję, zabieram ze sobą komórkę i idę do łazienki wziąć ciepłą kąpiel. Słuchając muzyki nie usłyszałam, że ktoś mnie woła.
- Ines! - wali do drzwi tato.
- Tak? - zdejmuje słuchawki z uszu.
- Ktoś do ciebie przyszedł.
Wychodzę niechętnie z wody, okrywam się ręcznikiem, ubieram bieliznę, nakładam na ramiona szlafrok i schodzę do salonu.
- Cześć Ines. - zaczęła Jasmine.
- Hei. Co wy tu robicie? - spojrzała na nią i Tinę.
- Musimy pogadać. - odparła Tina.
- Chodźcie do pokoju.
- Co się dzieje z Luke'em? - spytała od razu na wejściu Jasmine.
- Nie wiem.
- Widziałyśmy go dzisiaj i nie był w dobrym stanie. - usiadła na wprost mnie Tina.
- Co ja mam z tym wspólnego?
- Lu mówiła, że się dzisiaj widzieliście. - popatrzyły na mnie ze wzrokiem dość rozdrażniającym. - Co się wydarzyło?
Nie mogę tego długo przed nimi ukrywać. Przyjaźnimy się, więc powinny wiedzieć.
Nabiera powietrza i wypuszczam, zaczynając opowiadać o wczorajszym wieczorze.
- I co zrobisz teraz? - spytała po chwili Tina.
- Sama nie wiem.
- Zależy ci na nim? - spytała ciekawa Jasmine.
- Bardzo, ale chyba go straciłam.
- Nie mów tak! Tylko słabi się poddają.
- To jestem słaba. - opuszczam głowę w dół.
- Jesteś silna i to bardzo. - Tina podniosła moją twarz na wprost swojej. - Ty też jesteś dla niego ważna.
- Skąd to możecie wiedzieć?
- Znamy go dłużej niż ty. Nigdy tak nie patrzył na jakąkolwiek dziewczynę jak na ciebie.
- To co mam zrobić? - wzruszam ramionami.
- To co podpowiada ci serce.
Pocieszały mnie dość długo, ale z pozytywnym skutkiem. Biorę się w garść i nabieram więcej siły. Przez cały dzień nic nie robiłyśmy. Jest już późno, więc zostają u mnie na noc, a cały ranek przesiedziałyśmy przy filmach.
Budzę się z bólem głowy. Wyjmuję z szafki tabletki i przepijam wodą.
Dziewczyny jeszcze śpią, więc na paluszkach podchodzę do okna, siadam na parapecie i czytam książkę. Myśli o Luke i Aaronie, pozwalają przeczytać mi tylko dwa rozdziały. Odkładam książkę na bok i spoglądam w niebo szukając podpowiedzi. Spuszczam głowę w dół i jedyne co mnie uszczęśliwia to Piorun. Spokojnie je, przeżuwając pokarm raz za razem. Uśmiecham się i odwracam głowę w drugą stronę.
- Już nie śpisz? - pyta Tina z zaspanym głosem.
- Ból głowy nie daję mi spać.
- A wzięłaś tabletki.
- Tak.
- Jestem głodna. - wymamrotała Jasmina.
- Chodźcie, idziemy na śniadanie! - pełna energii, schodzę z parapetu i otwieram im drzwi.
Schodzimy na dół do kuchni i siadamy na wprost cioci.
- Na co macie ochotę?
- Naleśniki! - krzyknęła Jasmine.
- Płatki z mlekiem! - dodaję Tina.
- Tosty! - Zagłuszam je.
- Jakie wymagania. - uśmiecha się ciocia. - Dobrze, zaraz wam zrobię.
Idziemy po kolei się przebrać. Zanim śniadanie było gotowe, wysprzątałyśmy cały pokój.
- Tato w pracy?- pytam, zajadając tostem z serem żółtym.
- Tak, ale dzisiaj będzie wcześniej niż zwykle. - wyciera szmatką kubek.
Kiedy już zjadłyśmy, ubrałyśmy się i wychodzimy po Lu. Czekamy na nią przed drzwiami i w czwórkę maszerujemy do parku. Mijamy bibliotekę i mały las po drugiej stronie. Zatrzymujemy się przy sklepie, kupując lody na patyku. Ja mam cytrynowego, Jasmine truskawkowego, Tina jabłkowego, a Lu o smaku coli. Znów przystałyśmy niedaleko naszej ulubionej cukierni. Pracuje tam mama Jasmine, która za każdym razem przynosi do naszego stolika przy oknie po kawałku ciasta czekoladowego z polewą truskawkową i sok pomarańczowy.
- Widziałyście plakat? - zaczyna rozmowę Lu.
- Jaki plakat? - pyta Tina, wkładając łyżeczkę z ciastem do buzi.
- Ten. - wskazuje palcem plakat przyczepiony na drzewie za oknem.
- Nie, a co tam pisze?
- Zawody jeździeckie. - mówi z pełną buzią. - Zapisujecie się?
- Nie umiem jeździć. - oznajmia Tina.
- Ja nie jestem zbyt dobra. - dodała Jasmine.
- A ty Ines?
- Nie. Raczej nie. - kręcę sprzecznie głową, oblizując łyżeczkę.
- Dlaczego nie?
- No właśnie? - dołącza się Jasmine.
- Nie jestem w tym dobra.
- Widziałam jak jeździsz. Na prawdę masz talent i powinnaś się zapisać. - mówi przekonująco Lu.
- Jeżdżę jak każdy. To Piorun odwala całą robotę.
- Ale, gdyby Piorun miał głos, to by się zgodził. A jestem pewna, że wygralibyście.
- No nie wiem sama. - zostaję mi ostatni kęs na talerzu.
- Zapisy są u mojego taty, bo on to organizuje. - mówi dumnie Luiza.
- Chodźmy! - Tina zrywa się z krzesła i każę nam zrobić to samo.
Spoglądamy na nią, kończymy jeść i wstajemy, dopijając do końca soki i żegnając się z mamą Jasmine.
Idziemy w stronę zapisów. Dochodzimy do dużej stodoły, gdzie ludzie stoją w kolejce, aby się zapisać.
- Dużo tu ludzi. - szepczę, rozglądając się wokoło.
- Trochę, ale to same dziewczyny, więc spokojnie.
- Tylko dla dziewczyn jest ten wyścig?
- Tak. My mamy osobne, a chłopcy osobne. - wtrąciła się Tina.
Dość długo musiałyśmy stać w kolejce. Teraz jesteśmy już prawie na początku, ale od godziny stania, nogi wchodzą mi do..
- Ta mieszczanka myśli, że wygra? - słyszę szepty za plecami.
- Nie ma z nami szan.
- Myślicie małpy, że nic nie słyszymy? - stawia się za mną Lu.
- Jeżdżę od piątego roku życia - prychnęła jedna z nich. - Twoja koleżaneczka nie ma ze mną szans.
- To się zdziwisz. - zarzucia włosami Lu i odwraca od nich wzrok.
- Daj spokój Luiza. Nie warto. - kładę dłoń na jej ramieniu i kierujemy się do podpisów.
Sięgam po długopis i wpisuję swoje imię i nazwisko w odpowiedniej linijce, po czym strzelam parafkę i wychodzimy z uśmiechami na twarzy.
- Może faktycznie nie mam szans.
- Jeśli ty nie masz szans, to ja nie nazywam się Luiza. - podniosła ręce w górę w geście kapitulacji.
Zaśmiałyśmy się i idziemy przed siebie. Mijamy urząd, aż do domu Toma. Czekamy, aż do nas zejdzie, a w tym czasie Luiza i Jasmine wąchają kwiatki przed jego domem. Gdy zszedł, ruszyliśmy w stronę, w której jeszcze nie szłam. Zatrzymujemy się przed jakimś domem i czekamy na kogoś, kogo jeszcze chyba nie znam. Stoję obrócona plecami do domu, bo z Lu siedzimy na krawężniku i odganiamy mrówki palcami.
- Hei Luke! - ktoś krzyknął za mną.
- Cześć. - odpowiada z głosem wręcz radosnym.
Obracam się, a jego wzrok skupiony jest na mnie. Jego mina staję się smętna i czuję, że zaraz wróci do domu, a ja poczuję się jeszcze gorzej.
- Cześć. - ryzykuję i zwracam się do niego.
Nie patrzy na mnie, tylko spuścił wzrok i ruszamy dalej.
Wszyscy są w przodzie, tylko Luke idzie sam, więc doganiam go i przez moment żadne z nas się nie odzywa.
- Wiem, że jesteś na mnie zły, ale dlaczego nie chcesz mi uwierzyć?
- Bo wiem co widziałem. - odpowiedział stanowczo.
- Ale nie słyszałeś co mówiliśmy. Aaron nie jest taki jaki się wydaje.
- Nie chcę o tego słuchać.
Nagle ktoś do mnie dzwoni. Sprawdzam kto to może być.
- Aaron?
Spojrzałam na niego, a on prychnął pod nosem i dołączył do reszty.
- Czego chcesz? - idę wolniej od wszystkich. Jestem już daleko w tyle.
- Jak to czego? - zachichotał. - Ciebie.
- Przestań. Mów czego chcesz?
- Słyszałem, że zapisałaś się na wyścigi.
- Skąd to wiesz? - unoszę jedną brew do góry.
- Mam swoich informatorów. Poza tym... jeśli chcesz trenować nadal z Luke'em... To nie radzę.
- Ty masz najmniej do powiedzenia w tym temacie.
- Mylisz się. - szepnął. - Widzę cię Ines.
Rozłączył się, a ja się rozglądam się dookoła i biegnę do przodu, dołączając do reszty. Zastanawia mnie tylko jedno. Jak się dowiedział. Dziewczyny na pewno mu nie powiedziały.
Po dwudziestu minutach siedzenia na placu zabaw i bawiąc się jak małe dzieci, wychodzimy, kierując się do centrum handlowego. Oni tak go nazywają, ale to zwykłe małe kramy z odzieżą. Jesteśmy na prawdę daleko od naszych domów.
Katy: Hei Ines. Dzisiaj będziemy u was w odwiedziny. Zostało nam jeszcze kilka dni, a bardzo za tobą tęsknimy. - napisała.
Ja: O której?
Katy: O 16:00
Mówię wszystkim o ich przybyciu, więc chłopaki idą do sklepu po jedzenie, a ja razem z dziewczynami idziemy znaleźć miejsce na ognisko. Tina mówiła, że zna te okolice, więc idziemy za nią za lasek i docieramy do małego jeziorka. Każda z nas idzie pozbierać gałęzie i próbujemy rozpalić ogień.
Pół godziny później przyszli chłopcy, a dwie godziny później nakierowuje Katy do miejsca, gdzie się znajdujemy.
- Hei wam! - krzyknęła z daleko Olivia.
Dochodzą do nas i witamy się, a następnie siadamy na kłodach i grzejemy się przy ognisku.
Niedaleko mojego wzroku siedzi Aaron. Jest taki miły dla Katy, aż mam ochotę mu wykrzyczeć w twarz. Nie patrzy na mnie, ale mnie bardzo kusi, by na niego spojrzeć. Luke jednak patrzy na niego z nienawiścią w oczach. Ta dwójka nie powinna znajdywać się obok siebie. To źle się skończy.
Przez cały czas śmiejemy się z Toma, bo już z lekka jest wypity. Wszyscy grzejemy pianki na kijach i dobrze się bawimy. Po zjedzeniu pianek Katy i Aaron idą się przejść po brzegu jeziorka. Tina i Tom wstają i idą w głąb lasku. Nie chce wiedzieć po co. Jasmine, Lu, Olivia, Mia i Zoe kierują się do sklepu, a ja znowu zostaję sama z Luke'em. Jest dość chłodno, a ja nie mam żadnej bluzy ze sobą. Nawet lekki wiaterek sprawia, że cała się trzęsłam z zimna.
- Proszę. - Luke przybliża się do mnie i zakłada mi swoją bluzę na ramiona.
- Dziękuje.
Cisza między nami jest strasznie niezręczna, ale jak się odezwę to znowu powiem coś co sprawi, że odejdzie ode mnie, a bardzo chce by tu był.
- Długo będą jeszcze tutaj twoi przyjaciele? - zaczął, ogrzewając sobie dłonie.
- Nie, ale szkoda.
- Katy jest bardzo szczęśliwa przy nim. - spojrzał w ich stronę.
- Tak. Szkoda tylko, że Aaron tego nie czuje.
- Dlaczego tak myślisz? - obrócił głowę i patrzy na mnie.
- To co widziałeś, to nie to co myślisz. - próbuje nie zgubić się w tym co mówię. - Aaron mi powiedział prosto w oczy, że nie kocha Katy, ale mnie.
Milczy. Chyba jest zmieszany. Myślę, że nie wie czy mi wierzyć. Jednak bardzo bym chciała. Ja naprawdę nie kłamie. Tylko nie wiem jak to możliwe, że znalazł się tam razem z nami.
- Zależy mi na tobie Ines, ale nie wiem czy tobie na mnie też. - zacisnął zęby, patrząc mi prosto w oczy.
- Bardzo. - odpowiadam po chwili zastanowienia. - Jesteś inny niż wszyscy.
- Ty też nie jesteś taka jak inne. - przysuwa się bliżej.
- Wierzysz mi, że nic nie łączy mnie z Aaronem?
- Wierzę.
- Aaron to kretyn. Nie wie, że trzyma w rękach najlepszy skarb jaki mógł go w życiu spotkać.
- Ale ja wiem, że mam przy sobie najcenniejszy skarb na świecie i nie pozwolę, żeby ktoś mi go zabrał. - patrzy mi głęboko w oczy, a w jego oku zabłysła iskiereczka. - Jeśli Cię skrzywdzi, to ja skrzywdzę jego.
Coraz bliżej przysuwa twarz do mojej, aż w końcu muska delikatnie i czule moją górną wargę.
Chichoczę pod nosem i odgarniam włosy z twarzy. Kładę głowę na jego ramieniu, a on obejmuje mnie w tali.
- Randka może nam nie wyszła, ale to też może być, prawda? - zaśmiał się.
- Tak. - robię to samo i zamyka oczy. - Jest wspaniale.
Po chwili przychodzą do nas dziewczyny, a my szybko odsuwamy się od siebie.
- I co tam u was gołąbeczki? - pyta Lu, szczerząc się i siadając pomiędzy nas.
- Widziałyśmy was. - wystawia język Zoe.
- Nie mówcie reszcie. - rumienię się.
- Ale o czym? - dołączają do nas Tina i Tom.
- Luke i Ines są razem! - krzyknęła Mia.
- Mia!
- Tak? - pyta z zaskoczeniem Tina.
- Tak, ale już się zamknijcie.
- Dlaczego mają się zamknąć? - pyta przytulona do Aarona, Katy.
- Ines i Luke chcą kryć do siebie swoje uczucia. - odparła z bananem na twarzy Lu.
- Czy wy nie wiecie co znaczy "nie mówcie nikomu"? - odezwała się głośno Tina.
- Gratulacje! - przytula mnie Katy.
Aaron patrzy raz na mnie, a raz na Luke. Chce być z nim i nie ważne co Aaron ma do tego.
Siedzimy do późnego wieczora przy ognisku. Katy i Aaron ciągle się całują, a Tina i Tom miziali się do siebie. Dziewczyny na bloku plotkują, a ja i Luke siedzieliśmy jak myszki, bawiąc się palcami.
- Jestem zmęczona! - ziewa Tina. - Wracajmy już.
Przytaknęliśmy głowami, gasimy ognisko, zabieramy resztę pianek, które nam zostały i wracamy. Ja i Luke idziemy na samym końcu, trzymając się za ręce. Ciągle mnie obejmuje, całuje, kiedy się do niego przybliżam, obraca nie, niesie kawałek na rękach... Jest mi dobrze, bo wreszcie mi uwierzył. Zakochałam się, a to uczucie jest tak mocne, że przez cały czas mam motylki w brzuchu.
Najpierw odprowadzamy Jasmine, Tinę i Toma. Następnie kierujemy się na przystanek, by odprowadzić resztę. Stoimy z nimi, aż do przyjazdy autobusu i żegnamy się, machając do nich.
- Fajnie dzisaj było. - Lu kręci się jak bączek.
- No. - uśmiechnięta, patrzę na Luke'a, a on odwzajemni się tym samym.
- Dobra, ja już idę, bo w dom będą na mnie krzyczeć. - zaśmiała się i pobiegła do domu.
- A my znowu sami.
- I w tym samym miejscu. - uśmiechnął się słodko, obejmując mnie w ramieniu.
- Tutaj chciałeś mnie pocałować. - zagryzam dolną wargę, wpatrując się w jego oczy wyczekująco.
- Myślisz, że nikt nam teraz nie przeszkodzi? - stoi przede mną, trzymając moje policzki w dłoniach.
- Raczej nie. - zmarszczyłam nos i podniosłam się na palcach.
Uśmiechnął się tak słodko, że nie miałam chwili, by spojrzeć, bo od razu pocałował mnie w usta. Wtulam się do niego, słuchając bicia jego serca. Biję szybko, tak jakby zaraz miało wyskoczyć. To uczucie jest wspaniałe. Czuję go pierwszy raz i mam nadzieję, że będą jeszcze okazję, by to powtórzyć.
- Nie chce Cię puszczać.
- Ja ciebie też nie, ale jutro będziemy mieli jeszcze na to czas. - schyla się do mnie, podnosi mnie delikatnie, obraca jeden raz i opuszcza na dół, całując czulę w czoło na pożegnanie.
Jeszcze raz rzucam mu się na szyję i szybko puszczam biegnąc do domu.
Zdejmuje buty i wbiegam do pokoju cała w skowronkach. Rzucam się z rozłożonymi rękoma na łóżko, okryta jego bluzą i śmieję się do siebie jak głupia. Obracam się na bok i skulam się, myśląc o dzisiejszym dniu. Od spotkania z Luke'em w stadninie sądziłam, że to już koniec. Że go straciłam tak na zawsze. Jednakże to okazałe się błędne. Wreszcie go mam. I jestem na prawdę szczęśliwa, że mi ufa.
Moje przemyślenia przerywa wibracja w telefonie.
Aaron: Widzę, że ty i Luke to prawda. Życzę wam szczęścia. Tylko, że... to szczęście nie będzie trwało długo. Więc, albo wreszcie będziesz robić to co ci każe, albo stracisz Luke'a i Katy. Lepiej się zastanów. .
Moje pełne miłości myśli, zamieniły się w pełne bólu koszmary. Jak ja go nienawidzę. Rozpłakana, rzuciłam telefon na koniec łóżka i płaczę w rękaw bluz. Czasem pokazuję jak bardzo jestem silna emocjonalnie, ale to nie prawda. Tak łatwo mnie skrzywdzić, ale Aarona to raczej nic nie obchodzi.
- Mamo, pomóż mi. - mówię pod nosem, dławiąc się łzami.
- Wszystko jest nie tak. - ocierałam łzy tak mocno, że zaczynają mnie piec. - Myślałam, że tu będzie dobrze. Tak bez problemów i niczego.
- Ktoś cię zranił?
- Nie. To ja zraniłam kogoś. Kogoś dla mnie bardzo ważnego. - bardziej się do niej wtuliłam.
- Opowiadaj.
- Wczoraj spotkałam się z chłopakiem mojej przyjaciółki, ale Luke też mnie zaprosił na spacer. Musiałam się jednak wycofać, bo Aaron miał mi coś ważnego dopowiedzenia, lecz usłyszałam tylko przymus, kłamstwo i ból. Miałam przeczucie, że to się źle skończy, bo źle traktował po koncercie Luizę. Przed chwilą jechałam na trening do Luke'a, ale tam też tylko doznałam bólu, ale z mojej winy. On wszystko widział. Myśli, że ja i Aaron... - szlocham. - To nie możliwe, on jest z Katy, a ja nigdy bym jej tego nie zrobiła.
- Wytłumacz mu to. - głaszczę mnie po głowie.
- Próbowałam, ale wcale nie chciał mnie słuchać.
- Mogę ci jakoś pomóc? - pyta troskliwie.
- Nie, ale dziękuje, że mnie wysłuchałaś. - uśmiecham się lekko.
- Zawsze możemy o wszystkim porozmawiać, pamiętaj. - uśmiechnęła się, łapiąc moją dłoń i wychodzi z salonu.
Po wyjściu cioci, zasypiam tonąc w łzach. Twarz i poduszki mokre, serce złamane, cała się trzęsę i nie mam ochoty na nic. Udane wakacje, nie ma co.
Spałam nie całe dwie godziny, kiedy zbudził mnie SMS.
Aaron: Cześć śliczna. Nie mogę przestać o tobie myśleć. Już nie obchodzi mnie związek z Katy, tylko ty się dla mnie liczysz. Kiedy znów się zobaczymy?
Pełna złości, rzucam telefon na podłogę, a łzy mi lecą nurtem. Zakrywam twarz poduszką i próbuje nabrać dużego haustu powietrza.
Płakałam przez chwilę nie myśleć o niczym. Wstaję, zabieram ze sobą komórkę i idę do łazienki wziąć ciepłą kąpiel. Słuchając muzyki nie usłyszałam, że ktoś mnie woła.
- Ines! - wali do drzwi tato.
- Tak? - zdejmuje słuchawki z uszu.
- Ktoś do ciebie przyszedł.
Wychodzę niechętnie z wody, okrywam się ręcznikiem, ubieram bieliznę, nakładam na ramiona szlafrok i schodzę do salonu.
- Cześć Ines. - zaczęła Jasmine.
- Hei. Co wy tu robicie? - spojrzała na nią i Tinę.
- Musimy pogadać. - odparła Tina.
- Chodźcie do pokoju.
- Co się dzieje z Luke'em? - spytała od razu na wejściu Jasmine.
- Nie wiem.
- Widziałyśmy go dzisiaj i nie był w dobrym stanie. - usiadła na wprost mnie Tina.
- Co ja mam z tym wspólnego?
- Lu mówiła, że się dzisiaj widzieliście. - popatrzyły na mnie ze wzrokiem dość rozdrażniającym. - Co się wydarzyło?
Nie mogę tego długo przed nimi ukrywać. Przyjaźnimy się, więc powinny wiedzieć.
Nabiera powietrza i wypuszczam, zaczynając opowiadać o wczorajszym wieczorze.
- I co zrobisz teraz? - spytała po chwili Tina.
- Sama nie wiem.
- Zależy ci na nim? - spytała ciekawa Jasmine.
- Bardzo, ale chyba go straciłam.
- Nie mów tak! Tylko słabi się poddają.
- To jestem słaba. - opuszczam głowę w dół.
- Jesteś silna i to bardzo. - Tina podniosła moją twarz na wprost swojej. - Ty też jesteś dla niego ważna.
- Skąd to możecie wiedzieć?
- Znamy go dłużej niż ty. Nigdy tak nie patrzył na jakąkolwiek dziewczynę jak na ciebie.
- To co mam zrobić? - wzruszam ramionami.
- To co podpowiada ci serce.
Pocieszały mnie dość długo, ale z pozytywnym skutkiem. Biorę się w garść i nabieram więcej siły. Przez cały dzień nic nie robiłyśmy. Jest już późno, więc zostają u mnie na noc, a cały ranek przesiedziałyśmy przy filmach.
Budzę się z bólem głowy. Wyjmuję z szafki tabletki i przepijam wodą.
Dziewczyny jeszcze śpią, więc na paluszkach podchodzę do okna, siadam na parapecie i czytam książkę. Myśli o Luke i Aaronie, pozwalają przeczytać mi tylko dwa rozdziały. Odkładam książkę na bok i spoglądam w niebo szukając podpowiedzi. Spuszczam głowę w dół i jedyne co mnie uszczęśliwia to Piorun. Spokojnie je, przeżuwając pokarm raz za razem. Uśmiecham się i odwracam głowę w drugą stronę.
- Już nie śpisz? - pyta Tina z zaspanym głosem.
- Ból głowy nie daję mi spać.
- A wzięłaś tabletki.
- Tak.
- Jestem głodna. - wymamrotała Jasmina.
- Chodźcie, idziemy na śniadanie! - pełna energii, schodzę z parapetu i otwieram im drzwi.
Schodzimy na dół do kuchni i siadamy na wprost cioci.
- Na co macie ochotę?
- Naleśniki! - krzyknęła Jasmine.
- Płatki z mlekiem! - dodaję Tina.
- Tosty! - Zagłuszam je.
- Jakie wymagania. - uśmiecha się ciocia. - Dobrze, zaraz wam zrobię.
Idziemy po kolei się przebrać. Zanim śniadanie było gotowe, wysprzątałyśmy cały pokój.
- Tato w pracy?- pytam, zajadając tostem z serem żółtym.
- Tak, ale dzisiaj będzie wcześniej niż zwykle. - wyciera szmatką kubek.
Kiedy już zjadłyśmy, ubrałyśmy się i wychodzimy po Lu. Czekamy na nią przed drzwiami i w czwórkę maszerujemy do parku. Mijamy bibliotekę i mały las po drugiej stronie. Zatrzymujemy się przy sklepie, kupując lody na patyku. Ja mam cytrynowego, Jasmine truskawkowego, Tina jabłkowego, a Lu o smaku coli. Znów przystałyśmy niedaleko naszej ulubionej cukierni. Pracuje tam mama Jasmine, która za każdym razem przynosi do naszego stolika przy oknie po kawałku ciasta czekoladowego z polewą truskawkową i sok pomarańczowy.
- Widziałyście plakat? - zaczyna rozmowę Lu.
- Jaki plakat? - pyta Tina, wkładając łyżeczkę z ciastem do buzi.
- Ten. - wskazuje palcem plakat przyczepiony na drzewie za oknem.
- Nie, a co tam pisze?
- Zawody jeździeckie. - mówi z pełną buzią. - Zapisujecie się?
- Nie umiem jeździć. - oznajmia Tina.
- Ja nie jestem zbyt dobra. - dodała Jasmine.
- A ty Ines?
- Nie. Raczej nie. - kręcę sprzecznie głową, oblizując łyżeczkę.
- Dlaczego nie?
- No właśnie? - dołącza się Jasmine.
- Nie jestem w tym dobra.
- Widziałam jak jeździsz. Na prawdę masz talent i powinnaś się zapisać. - mówi przekonująco Lu.
- Jeżdżę jak każdy. To Piorun odwala całą robotę.
- Ale, gdyby Piorun miał głos, to by się zgodził. A jestem pewna, że wygralibyście.
- No nie wiem sama. - zostaję mi ostatni kęs na talerzu.
- Zapisy są u mojego taty, bo on to organizuje. - mówi dumnie Luiza.
- Chodźmy! - Tina zrywa się z krzesła i każę nam zrobić to samo.
Spoglądamy na nią, kończymy jeść i wstajemy, dopijając do końca soki i żegnając się z mamą Jasmine.
Idziemy w stronę zapisów. Dochodzimy do dużej stodoły, gdzie ludzie stoją w kolejce, aby się zapisać.
- Dużo tu ludzi. - szepczę, rozglądając się wokoło.
- Trochę, ale to same dziewczyny, więc spokojnie.
- Tylko dla dziewczyn jest ten wyścig?
- Tak. My mamy osobne, a chłopcy osobne. - wtrąciła się Tina.
Dość długo musiałyśmy stać w kolejce. Teraz jesteśmy już prawie na początku, ale od godziny stania, nogi wchodzą mi do..
- Ta mieszczanka myśli, że wygra? - słyszę szepty za plecami.
- Nie ma z nami szan.
- Myślicie małpy, że nic nie słyszymy? - stawia się za mną Lu.
- Jeżdżę od piątego roku życia - prychnęła jedna z nich. - Twoja koleżaneczka nie ma ze mną szans.
- To się zdziwisz. - zarzucia włosami Lu i odwraca od nich wzrok.
- Daj spokój Luiza. Nie warto. - kładę dłoń na jej ramieniu i kierujemy się do podpisów.
Sięgam po długopis i wpisuję swoje imię i nazwisko w odpowiedniej linijce, po czym strzelam parafkę i wychodzimy z uśmiechami na twarzy.
- Może faktycznie nie mam szans.
- Jeśli ty nie masz szans, to ja nie nazywam się Luiza. - podniosła ręce w górę w geście kapitulacji.
Zaśmiałyśmy się i idziemy przed siebie. Mijamy urząd, aż do domu Toma. Czekamy, aż do nas zejdzie, a w tym czasie Luiza i Jasmine wąchają kwiatki przed jego domem. Gdy zszedł, ruszyliśmy w stronę, w której jeszcze nie szłam. Zatrzymujemy się przed jakimś domem i czekamy na kogoś, kogo jeszcze chyba nie znam. Stoję obrócona plecami do domu, bo z Lu siedzimy na krawężniku i odganiamy mrówki palcami.
- Hei Luke! - ktoś krzyknął za mną.
- Cześć. - odpowiada z głosem wręcz radosnym.
Obracam się, a jego wzrok skupiony jest na mnie. Jego mina staję się smętna i czuję, że zaraz wróci do domu, a ja poczuję się jeszcze gorzej.
- Cześć. - ryzykuję i zwracam się do niego.
Nie patrzy na mnie, tylko spuścił wzrok i ruszamy dalej.
Wszyscy są w przodzie, tylko Luke idzie sam, więc doganiam go i przez moment żadne z nas się nie odzywa.
- Wiem, że jesteś na mnie zły, ale dlaczego nie chcesz mi uwierzyć?
- Bo wiem co widziałem. - odpowiedział stanowczo.
- Ale nie słyszałeś co mówiliśmy. Aaron nie jest taki jaki się wydaje.
- Nie chcę o tego słuchać.
Nagle ktoś do mnie dzwoni. Sprawdzam kto to może być.
- Aaron?
Spojrzałam na niego, a on prychnął pod nosem i dołączył do reszty.
- Czego chcesz? - idę wolniej od wszystkich. Jestem już daleko w tyle.
- Jak to czego? - zachichotał. - Ciebie.
- Przestań. Mów czego chcesz?
- Słyszałem, że zapisałaś się na wyścigi.
- Skąd to wiesz? - unoszę jedną brew do góry.
- Mam swoich informatorów. Poza tym... jeśli chcesz trenować nadal z Luke'em... To nie radzę.
- Ty masz najmniej do powiedzenia w tym temacie.
- Mylisz się. - szepnął. - Widzę cię Ines.
Rozłączył się, a ja się rozglądam się dookoła i biegnę do przodu, dołączając do reszty. Zastanawia mnie tylko jedno. Jak się dowiedział. Dziewczyny na pewno mu nie powiedziały.
Po dwudziestu minutach siedzenia na placu zabaw i bawiąc się jak małe dzieci, wychodzimy, kierując się do centrum handlowego. Oni tak go nazywają, ale to zwykłe małe kramy z odzieżą. Jesteśmy na prawdę daleko od naszych domów.
Katy: Hei Ines. Dzisiaj będziemy u was w odwiedziny. Zostało nam jeszcze kilka dni, a bardzo za tobą tęsknimy. - napisała.
Ja: O której?
Katy: O 16:00
Mówię wszystkim o ich przybyciu, więc chłopaki idą do sklepu po jedzenie, a ja razem z dziewczynami idziemy znaleźć miejsce na ognisko. Tina mówiła, że zna te okolice, więc idziemy za nią za lasek i docieramy do małego jeziorka. Każda z nas idzie pozbierać gałęzie i próbujemy rozpalić ogień.
Pół godziny później przyszli chłopcy, a dwie godziny później nakierowuje Katy do miejsca, gdzie się znajdujemy.
- Hei wam! - krzyknęła z daleko Olivia.
Dochodzą do nas i witamy się, a następnie siadamy na kłodach i grzejemy się przy ognisku.
Niedaleko mojego wzroku siedzi Aaron. Jest taki miły dla Katy, aż mam ochotę mu wykrzyczeć w twarz. Nie patrzy na mnie, ale mnie bardzo kusi, by na niego spojrzeć. Luke jednak patrzy na niego z nienawiścią w oczach. Ta dwójka nie powinna znajdywać się obok siebie. To źle się skończy.
Przez cały czas śmiejemy się z Toma, bo już z lekka jest wypity. Wszyscy grzejemy pianki na kijach i dobrze się bawimy. Po zjedzeniu pianek Katy i Aaron idą się przejść po brzegu jeziorka. Tina i Tom wstają i idą w głąb lasku. Nie chce wiedzieć po co. Jasmine, Lu, Olivia, Mia i Zoe kierują się do sklepu, a ja znowu zostaję sama z Luke'em. Jest dość chłodno, a ja nie mam żadnej bluzy ze sobą. Nawet lekki wiaterek sprawia, że cała się trzęsłam z zimna.
- Proszę. - Luke przybliża się do mnie i zakłada mi swoją bluzę na ramiona.
- Dziękuje.
Cisza między nami jest strasznie niezręczna, ale jak się odezwę to znowu powiem coś co sprawi, że odejdzie ode mnie, a bardzo chce by tu był.
- Długo będą jeszcze tutaj twoi przyjaciele? - zaczął, ogrzewając sobie dłonie.
- Nie, ale szkoda.
- Katy jest bardzo szczęśliwa przy nim. - spojrzał w ich stronę.
- Tak. Szkoda tylko, że Aaron tego nie czuje.
- Dlaczego tak myślisz? - obrócił głowę i patrzy na mnie.
- To co widziałeś, to nie to co myślisz. - próbuje nie zgubić się w tym co mówię. - Aaron mi powiedział prosto w oczy, że nie kocha Katy, ale mnie.
Milczy. Chyba jest zmieszany. Myślę, że nie wie czy mi wierzyć. Jednak bardzo bym chciała. Ja naprawdę nie kłamie. Tylko nie wiem jak to możliwe, że znalazł się tam razem z nami.
- Zależy mi na tobie Ines, ale nie wiem czy tobie na mnie też. - zacisnął zęby, patrząc mi prosto w oczy.
- Bardzo. - odpowiadam po chwili zastanowienia. - Jesteś inny niż wszyscy.
- Ty też nie jesteś taka jak inne. - przysuwa się bliżej.
- Wierzysz mi, że nic nie łączy mnie z Aaronem?
- Wierzę.
- Aaron to kretyn. Nie wie, że trzyma w rękach najlepszy skarb jaki mógł go w życiu spotkać.
- Ale ja wiem, że mam przy sobie najcenniejszy skarb na świecie i nie pozwolę, żeby ktoś mi go zabrał. - patrzy mi głęboko w oczy, a w jego oku zabłysła iskiereczka. - Jeśli Cię skrzywdzi, to ja skrzywdzę jego.
Coraz bliżej przysuwa twarz do mojej, aż w końcu muska delikatnie i czule moją górną wargę.
Chichoczę pod nosem i odgarniam włosy z twarzy. Kładę głowę na jego ramieniu, a on obejmuje mnie w tali.
- Randka może nam nie wyszła, ale to też może być, prawda? - zaśmiał się.
- Tak. - robię to samo i zamyka oczy. - Jest wspaniale.
Po chwili przychodzą do nas dziewczyny, a my szybko odsuwamy się od siebie.
- I co tam u was gołąbeczki? - pyta Lu, szczerząc się i siadając pomiędzy nas.
- Widziałyśmy was. - wystawia język Zoe.
- Nie mówcie reszcie. - rumienię się.
- Ale o czym? - dołączają do nas Tina i Tom.
- Luke i Ines są razem! - krzyknęła Mia.
- Mia!
- Tak? - pyta z zaskoczeniem Tina.
- Tak, ale już się zamknijcie.
- Dlaczego mają się zamknąć? - pyta przytulona do Aarona, Katy.
- Ines i Luke chcą kryć do siebie swoje uczucia. - odparła z bananem na twarzy Lu.
- Czy wy nie wiecie co znaczy "nie mówcie nikomu"? - odezwała się głośno Tina.
- Gratulacje! - przytula mnie Katy.
Aaron patrzy raz na mnie, a raz na Luke. Chce być z nim i nie ważne co Aaron ma do tego.
Siedzimy do późnego wieczora przy ognisku. Katy i Aaron ciągle się całują, a Tina i Tom miziali się do siebie. Dziewczyny na bloku plotkują, a ja i Luke siedzieliśmy jak myszki, bawiąc się palcami.
- Jestem zmęczona! - ziewa Tina. - Wracajmy już.
Przytaknęliśmy głowami, gasimy ognisko, zabieramy resztę pianek, które nam zostały i wracamy. Ja i Luke idziemy na samym końcu, trzymając się za ręce. Ciągle mnie obejmuje, całuje, kiedy się do niego przybliżam, obraca nie, niesie kawałek na rękach... Jest mi dobrze, bo wreszcie mi uwierzył. Zakochałam się, a to uczucie jest tak mocne, że przez cały czas mam motylki w brzuchu.
Najpierw odprowadzamy Jasmine, Tinę i Toma. Następnie kierujemy się na przystanek, by odprowadzić resztę. Stoimy z nimi, aż do przyjazdy autobusu i żegnamy się, machając do nich.
- Fajnie dzisaj było. - Lu kręci się jak bączek.
- No. - uśmiechnięta, patrzę na Luke'a, a on odwzajemni się tym samym.
- Dobra, ja już idę, bo w dom będą na mnie krzyczeć. - zaśmiała się i pobiegła do domu.
- A my znowu sami.
- I w tym samym miejscu. - uśmiechnął się słodko, obejmując mnie w ramieniu.
- Tutaj chciałeś mnie pocałować. - zagryzam dolną wargę, wpatrując się w jego oczy wyczekująco.
- Myślisz, że nikt nam teraz nie przeszkodzi? - stoi przede mną, trzymając moje policzki w dłoniach.
- Raczej nie. - zmarszczyłam nos i podniosłam się na palcach.
Uśmiechnął się tak słodko, że nie miałam chwili, by spojrzeć, bo od razu pocałował mnie w usta. Wtulam się do niego, słuchając bicia jego serca. Biję szybko, tak jakby zaraz miało wyskoczyć. To uczucie jest wspaniałe. Czuję go pierwszy raz i mam nadzieję, że będą jeszcze okazję, by to powtórzyć.
- Nie chce Cię puszczać.
- Ja ciebie też nie, ale jutro będziemy mieli jeszcze na to czas. - schyla się do mnie, podnosi mnie delikatnie, obraca jeden raz i opuszcza na dół, całując czulę w czoło na pożegnanie.
Jeszcze raz rzucam mu się na szyję i szybko puszczam biegnąc do domu.
Zdejmuje buty i wbiegam do pokoju cała w skowronkach. Rzucam się z rozłożonymi rękoma na łóżko, okryta jego bluzą i śmieję się do siebie jak głupia. Obracam się na bok i skulam się, myśląc o dzisiejszym dniu. Od spotkania z Luke'em w stadninie sądziłam, że to już koniec. Że go straciłam tak na zawsze. Jednakże to okazałe się błędne. Wreszcie go mam. I jestem na prawdę szczęśliwa, że mi ufa.
Moje przemyślenia przerywa wibracja w telefonie.
Aaron: Widzę, że ty i Luke to prawda. Życzę wam szczęścia. Tylko, że... to szczęście nie będzie trwało długo. Więc, albo wreszcie będziesz robić to co ci każe, albo stracisz Luke'a i Katy. Lepiej się zastanów. .
Moje pełne miłości myśli, zamieniły się w pełne bólu koszmary. Jak ja go nienawidzę. Rozpłakana, rzuciłam telefon na koniec łóżka i płaczę w rękaw bluz. Czasem pokazuję jak bardzo jestem silna emocjonalnie, ale to nie prawda. Tak łatwo mnie skrzywdzić, ale Aarona to raczej nic nie obchodzi.
- Mamo, pomóż mi. - mówię pod nosem, dławiąc się łzami.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ IX
Dzwoni do mnie telefon. To Katy.
- Hei Ines! Co u ciebie?
- Nawet. - odpowiadam zniechęcenia.
- Coś się stało?
- Nudzę się trochę. - odpowiadam, rzucając się na oparcie sofy.
- Dzisiaj z dziewczynami idziemy na zakupy. Może chcesz się wybrać?
- Pewnie bym się zgodziła, ale nie dzisiaj. Może innym razem.
- Okey, rozumiem. To do zobaczenia. - rozłącza się.
Rzucam komórkę obok siebie i nadal oglądam telewizję. Tato jest w pracy jak zawsze, a ciocia zajmuje się gospodarstwem.
Idę do pokoju i wyszukuje w szafie jakiś ciuchów. Ubieram czarne legginsy, koszulkę bez rękawów, buty, a przed wyjściem napajam się sokiem pomarańczowym. Schodzę na dół i wychodzę z domu. Skradam się po cichu do zagrody i zabieram Pioruna ze sobą.
- Gdzie się wybierasz? - pyta ciocia, stojąc obok mnie z chwastami w ręku.
- Nic. Tak tylko...
- Chcesz go zabrać?
- Nie! - szybko odpowiadam. - Po prostu... chciałam się mu bliżej przyjrzeć.
- Nie musisz mnie okłamywać. Wiesz, że jestem po twojej stronie. - podchodzi do mnie bliżej.
- Wiesz ciociu... Beth jest super koniem, ale Piorun jest zupełnie inny. - spoglądam na niego. - Czuje z nim taką więź i on ze mną chyba też.
- Tak, to jest świetny koń. - spogląda na niego i po chwili wraca wzrokiem na mnie. - Trenujesz z tym chłopcem?
- Chodzi ci o Luke'a? - serce biję mi szybciej na dźwięk jego imienia.
- Przystojny młodzieniec. Widziałam was wczoraj. To pewnie z nim się wykradasz wieczorami. - patrzy na mnie z krępującym uśmiechem.
- Ja się nigdzie nie wykradam. - zaśmiałam się. - Po prostu wychodzę, kiedy nie patrzycie. Jednak powinnam cię przeprosić za to, że nie mam czasu by z tobą trenować.
- Nie szkodzi. Mam nadzieje, że ten chłopiec nauczy cię więcej niż ja. Jestem przekonana.
- Ja też. - szepnęłam cicho.
- Czyli nazwałaś go Piorun, tak?
- Tak. - odparłam.
Chwilę stoimy bez słowa, patrząc na konia, aż wreszcie ciocia pozwoliła mi jechać. Podjeżdżam pod Lu i jedziemy. Mijamy magiczne miejsce - tak na nie mówię - i myślę, że powinnam i chcę pokazać znajomym to miejsce. Jest cudowne i może stać się naszym drugim domem.
- No wreszcie! - podchodzi do nas Luke i pomógł nam zejść.
- Przepraszam, że tak długo, ale Lu miała potrzebę.
- No sorry. Każdy kiedyś musi. - wzrusza ramionami.
- Dzisiaj zrobimy mały spacer po lesie. Co wy na to? - proponuje Luke, prowadząc za sobą konia.
- Dobry pomysł! Dzisiaj taka piękna pogoda. - spojrzałam do góry, prosto w sklepienie.
Może to ten moment, by wyjawić im tajemnice.
Kiedy docieramy na miejsce, do którego sama zachęcałam byśmy poszli, schodzimy z koni, zostawiając je przed mostem.
- Byliście tutaj? - pytam idąc pierwsza, odsłaniając rękami gałęzie wierzby.
- Nie. - odpowiadają równocześnie.
Mijamy małe jeziorko, kierując się powolnym krokiem do wodospadu.
- Jesteście gotowi? - uśmiecham się i odsłaniam im obraz.
Oboje oniemieli z wrażenia, tak samo jak ja, kiedy pierwszy raz zobaczyłam to miejsce.
- Jak na nie wpadłaś? - dopytuje Lu, idąc malutkimi kroczkami przed siebie i rozglądając się z otwartą lekko buzią.
- Sama nie wiem. Jakoś tak.
Siedzimy już długa chwilę, rozmawiając i ciesząc się tym spokojnym i pięknym dniem. To miejsce na prawdę jest bajeczne, a widziałam w życiu wiele. Zawsze z tatą jeździliśmy na wakacje po świecie, zwiedzając różne miejsca i to na prawdę piękne miejsca, ale tego żadne nie przebije.
- Musimy powoli wracać. - oznajmiam.
- Masz rację. - podnosi się Luke, a za nim Lu.
Wróciliśmy do naszych koni, po czym je dosiedliśmy i każde z nas wróciło do mieszkań.
Wpadam do domu jak strzała. Jestem bardzo głodna, więc siadam na krześle barowym i bardzo szybko - prawie krztusząc się - jem zupę pomidorową. Następnie idę do pokoju i zabieram jakąkolwiek książkę z półki, po czym kładę się wygodnie na parapecie i zaczynam czytać. Czas mijał mi piorunująco, a ja właśnie skończyłam całą lekturę.
Jest 19:30, więc zbieram się do wyjścia.
Idę w stronę parku, w którym Aaron chciał się spotkać. Właśnie dostałam od niego SMS-a, że czeka na przystanku, więc zmieniam kierunek i kroczę na przystanek wolniej niż zwykle.
- Co chciałeś? - zaczynam z głosem lekko uniesionym.
- Miłe powitanie. - mruknął. - Tam jest duży most niedaleko. Chodź.
Chociaż nie mam ochoty tam z nim iść, to chce tylko, by powiedział co ma powiedzieć i już więcej do mnie nie dzwonił. Jest fałszywy. Aż źle się z oczu patrzy.
Idziemy szeroką ulicą, nie wymieniając między sobą żadnego słowa. Kiedy znajdujemy się na miejscu, Aaron próbuje coś wykrztusić, patrząc na mnie.
- Wiesz Ines... Nie bez powodu napisałem, że to ważne spotkanie. - przełyka ciężko ślinę, patrząc na rzeczkę, którą oświetla światło lampy.
- Co jest niby takie ważne, żebym musiała odwoływać spotkanie z Luke'em?
- Chciałem ci już wczoraj to powiedzieć, ale widziałem jak Luke na ciebie patrzy. - bierze głęboki oddech. - Podobasz mu się.
Wow! Wielkie brawa dla ciebie. Jesteś takim super kolegą. Gdyby nie ty, nie wiedziałabym, że tak jest. - mówię w myślach.
- Czy tylko po to chciałeś się spotkać? - zmarszczyłam czoło i patrzę na niego wzrokiem mordercy.
- Nie. Chciałbym ci jeszcze powiedzieć, że mi też się bardzo podobasz. Ale wiem, że nie mam u ciebie szans.
Stoję zdziwiona, nie wiedząc co powiedzieć. Patrzę na niego jak na ofiarę, chociaż cenie go za szczerość.
- Ale... - jęknęłam - Przecież ty jesteś z Katy!
- Ona nie musi się niczego wiedzieć. - kładzie dłoń na mojej dłoni.
- To jest moja przyjaciółka! - krzyczę głośno, wyrywając dłoń. - Jesteś nienormalny.
- Wiem, że ja też ci się podobam. - wyciąga do mnie ręce, by mnie objąć. - Nie zaprzeczaj Ines.
- Odczep się! - odpycham go mocno.
- Słuchaj... - zmienił ton na grubszy i bardziej stanowczy. - Jeśli nie zrobisz tego co cię powiem t ...
- To co?! - przerwałam mu.
- To powiem o nas Katy i że to ty mnie uwiodłaś, a Luke zobaczy jaka jesteś na prawdę. - mocno ściska mój nadgarstek.
- Jesteś potworem! - krzyczę, wyrywając dłoń z uścisku.
- Lepiej rób co mówię, a nic nie stracisz. - zagroził i odchodzi, znikając w ciemności.
Długo stoję przy moście, płacząc i trzęsąc się. Boję się, że przez niego stracę dwie ważne dla mnie osoby. Nie wiem co zrobię i nie wiem co będzie dobrym wyborem, ale wiem, że nie pozwolę mu skrzywdzić Katy. Nie mogę o tym nikomu powiedzieć, ale wiem, że to będzie trudne. Wycieram łzy z oczu i wracam szybko do domu. Żałuje, że musiałam odwołać randkę dla tego durnia.
Zamykam za sobą mocno drzwi mieszkania i biegnę do pokoju. Zamykam drzwi na klucz i rzucam się na łóżku cała zapłakana. Wyciągam czekoladę z szuflady i zabieram się do jej jedzenia, by zminimalizować ból. Zawsze kiedy jestem zdenerwowana lub zrozpaczona, to jem coś czekoladowego. Ponoć najlepsze lekarstwo na smutek.
Jest już bardzo późno, a nawet nie mam sił by wstać i pójść do łazienki, więc przebieram się i kładę się spać z głupią nadzieją, że mi przejdzie.
Rano budzę się z mokrą od łez poduszką. Wstaję, sięgam po ubrania, ręcznik i idę pod prysznic. Spoglądam w lustro i widzę jak moja twarz jest cała zaczerwieniona.
Robię dobry makijaż i schodzę do kuchni coś zjeść. Wyciągam jajka z lodówki i rozbijam, grzejąc na gazie. Nie mam nawet sił połykać śliny, a co dopiero jedzenia.
Po śniadaniu wyciągam z kieszeni bluzy komórkę i dzwonię do Luke'a. Nie odbiera, co sprawia mi przykrość. Ponawiam próbę już kilkakrotnie i nadal nic. Zabieram się do pisania SMS-ów i wiem, że to dla niego może być zbyt nachalne, ale muszę.
Po długim oczekiwaniu, nie dostaję odzewu. Może śpi, albo rozładowała mu się komórka. Miejmy taka nadzieję. Jeszcze trochę ranka i całe popołudnie przesiedziałam, jedząc lody i oglądając filmy na laptopie. Ciocia cały czas siedzi w gospodarstwie i zajmuje się farmą. Powinnam jej pomóc, ale tak bardzo nie mam na nic ochoty.
Była już 16:00 i tak jak wczoraj miałyśmy z Lu trening u Luke'a. Zabieram ze sobą Pioruna i pukam lekko do drzwi Lu.
- Jedziemy?
- Jestem chora. - wymamrotała z nosem czerwonym jak Rudolph.
- Rozumiem. Kuruj się - wymuszam uśmiech i skinam głową.
Ponownie dosiadam konia i ruszamy galopem do stadniny Luke'a. Okrążamy las i raz dwa znajdujemy się na miejscu.
- Hei Luke. - uśmiecham się bardziej żywiej i schodzę z konia.
Nie dostaję odpowiedzi, ale spojrzał na mnie i wrócił do swojej pracy, pomagając dziewczynce zejść z konia.
- Pogadamy? - pytam prosząco.
Czekam chwilę na odpowiedź, a kiedy już straciłam nadzieję, przytaknął głową i zabrał mnie na bok.
- Co się dzieje Luke?
- Nie udawaj, że nie wiesz. - warknął.
- Nie wiem. Wytłumacz mi.
- Widziałem was. - patrzy na mnie groźnie. - Już nie musicie się ukrywać.
- Nas?
- Nie udawaj! Ty i Aaron. Coś was łączy. Widziałem was wczoraj na moście. - zaatakował mnie wzrokiem, a jego głos sprawia mnie w zakłopotanie.
- Jak? Nikogo tam przecież z nami nie było.
- Mogłaś mi powiedzieć prawdę, że coś do niego czujesz, a nie robić mi nadziei. - jego twarz zrobiła się smutna, oczy zmęczone i głos nieco lżejszy.
- Ale to nie tak. - zbliżyłam się, ale on zrobił krok do tyłu.
- Katy o was wie?
- Nie ma żadnego nas. Uwierz mi. - wznawiam próbę i łapię go za dłoń. - Chciał się spotkać, więc zrobiłam to, by mieć go już z głowy. Bardzo chciałam się wczoraj z tobą spotkać. Musisz mi uwierzyć.
- Fajna z ciebie przyjaciółka. Myślałem, że jesteś inna niż wszystkie. - powiedział te słowa i odchodzi.
- Luke, to nie tak! - krzyknęłam. - Daj mi wytłumaczyć!
Patrzę jak odchodzi. Jest coraz dalej i dalej, aż znika z punktu widzenia. Czuje ból, duży ból w okolicy klatki piersiowej. Dlaczego głupia zgodziłam się na to spotkanie? Dlaczego Luke tam był? i dlaczego nie mogę mieć normalnego życia?
Rozpłakana, próbuję odpowiedzieć sobie na te pytania, ale nie potrafię. Cała w płynących po twarzy łzach wracam do domu, przytulając się do cioci, bo tylko ona potrafi mnie zrozumieć.
- Hei Ines! Co u ciebie?
- Nawet. - odpowiadam zniechęcenia.
- Coś się stało?
- Nudzę się trochę. - odpowiadam, rzucając się na oparcie sofy.
- Dzisiaj z dziewczynami idziemy na zakupy. Może chcesz się wybrać?
- Pewnie bym się zgodziła, ale nie dzisiaj. Może innym razem.
- Okey, rozumiem. To do zobaczenia. - rozłącza się.
Rzucam komórkę obok siebie i nadal oglądam telewizję. Tato jest w pracy jak zawsze, a ciocia zajmuje się gospodarstwem.
Idę do pokoju i wyszukuje w szafie jakiś ciuchów. Ubieram czarne legginsy, koszulkę bez rękawów, buty, a przed wyjściem napajam się sokiem pomarańczowym. Schodzę na dół i wychodzę z domu. Skradam się po cichu do zagrody i zabieram Pioruna ze sobą.
- Gdzie się wybierasz? - pyta ciocia, stojąc obok mnie z chwastami w ręku.
- Nic. Tak tylko...
- Chcesz go zabrać?
- Nie! - szybko odpowiadam. - Po prostu... chciałam się mu bliżej przyjrzeć.
- Nie musisz mnie okłamywać. Wiesz, że jestem po twojej stronie. - podchodzi do mnie bliżej.
- Wiesz ciociu... Beth jest super koniem, ale Piorun jest zupełnie inny. - spoglądam na niego. - Czuje z nim taką więź i on ze mną chyba też.
- Tak, to jest świetny koń. - spogląda na niego i po chwili wraca wzrokiem na mnie. - Trenujesz z tym chłopcem?
- Chodzi ci o Luke'a? - serce biję mi szybciej na dźwięk jego imienia.
- Przystojny młodzieniec. Widziałam was wczoraj. To pewnie z nim się wykradasz wieczorami. - patrzy na mnie z krępującym uśmiechem.
- Ja się nigdzie nie wykradam. - zaśmiałam się. - Po prostu wychodzę, kiedy nie patrzycie. Jednak powinnam cię przeprosić za to, że nie mam czasu by z tobą trenować.
- Nie szkodzi. Mam nadzieje, że ten chłopiec nauczy cię więcej niż ja. Jestem przekonana.
- Ja też. - szepnęłam cicho.
- Czyli nazwałaś go Piorun, tak?
- Tak. - odparłam.
Chwilę stoimy bez słowa, patrząc na konia, aż wreszcie ciocia pozwoliła mi jechać. Podjeżdżam pod Lu i jedziemy. Mijamy magiczne miejsce - tak na nie mówię - i myślę, że powinnam i chcę pokazać znajomym to miejsce. Jest cudowne i może stać się naszym drugim domem.
- No wreszcie! - podchodzi do nas Luke i pomógł nam zejść.
- Przepraszam, że tak długo, ale Lu miała potrzebę.
- No sorry. Każdy kiedyś musi. - wzrusza ramionami.
- Dzisiaj zrobimy mały spacer po lesie. Co wy na to? - proponuje Luke, prowadząc za sobą konia.
- Dobry pomysł! Dzisiaj taka piękna pogoda. - spojrzałam do góry, prosto w sklepienie.
Może to ten moment, by wyjawić im tajemnice.
Kiedy docieramy na miejsce, do którego sama zachęcałam byśmy poszli, schodzimy z koni, zostawiając je przed mostem.
- Byliście tutaj? - pytam idąc pierwsza, odsłaniając rękami gałęzie wierzby.
- Nie. - odpowiadają równocześnie.
Mijamy małe jeziorko, kierując się powolnym krokiem do wodospadu.
- Jesteście gotowi? - uśmiecham się i odsłaniam im obraz.
Oboje oniemieli z wrażenia, tak samo jak ja, kiedy pierwszy raz zobaczyłam to miejsce.
- Jak na nie wpadłaś? - dopytuje Lu, idąc malutkimi kroczkami przed siebie i rozglądając się z otwartą lekko buzią.
- Sama nie wiem. Jakoś tak.
Siedzimy już długa chwilę, rozmawiając i ciesząc się tym spokojnym i pięknym dniem. To miejsce na prawdę jest bajeczne, a widziałam w życiu wiele. Zawsze z tatą jeździliśmy na wakacje po świecie, zwiedzając różne miejsca i to na prawdę piękne miejsca, ale tego żadne nie przebije.
- Musimy powoli wracać. - oznajmiam.
- Masz rację. - podnosi się Luke, a za nim Lu.
Wróciliśmy do naszych koni, po czym je dosiedliśmy i każde z nas wróciło do mieszkań.
Wpadam do domu jak strzała. Jestem bardzo głodna, więc siadam na krześle barowym i bardzo szybko - prawie krztusząc się - jem zupę pomidorową. Następnie idę do pokoju i zabieram jakąkolwiek książkę z półki, po czym kładę się wygodnie na parapecie i zaczynam czytać. Czas mijał mi piorunująco, a ja właśnie skończyłam całą lekturę.
Jest 19:30, więc zbieram się do wyjścia.
Idę w stronę parku, w którym Aaron chciał się spotkać. Właśnie dostałam od niego SMS-a, że czeka na przystanku, więc zmieniam kierunek i kroczę na przystanek wolniej niż zwykle.
- Co chciałeś? - zaczynam z głosem lekko uniesionym.
- Miłe powitanie. - mruknął. - Tam jest duży most niedaleko. Chodź.
Chociaż nie mam ochoty tam z nim iść, to chce tylko, by powiedział co ma powiedzieć i już więcej do mnie nie dzwonił. Jest fałszywy. Aż źle się z oczu patrzy.
Idziemy szeroką ulicą, nie wymieniając między sobą żadnego słowa. Kiedy znajdujemy się na miejscu, Aaron próbuje coś wykrztusić, patrząc na mnie.
- Wiesz Ines... Nie bez powodu napisałem, że to ważne spotkanie. - przełyka ciężko ślinę, patrząc na rzeczkę, którą oświetla światło lampy.
- Co jest niby takie ważne, żebym musiała odwoływać spotkanie z Luke'em?
- Chciałem ci już wczoraj to powiedzieć, ale widziałem jak Luke na ciebie patrzy. - bierze głęboki oddech. - Podobasz mu się.
Wow! Wielkie brawa dla ciebie. Jesteś takim super kolegą. Gdyby nie ty, nie wiedziałabym, że tak jest. - mówię w myślach.
- Czy tylko po to chciałeś się spotkać? - zmarszczyłam czoło i patrzę na niego wzrokiem mordercy.
- Nie. Chciałbym ci jeszcze powiedzieć, że mi też się bardzo podobasz. Ale wiem, że nie mam u ciebie szans.
Stoję zdziwiona, nie wiedząc co powiedzieć. Patrzę na niego jak na ofiarę, chociaż cenie go za szczerość.
- Ale... - jęknęłam - Przecież ty jesteś z Katy!
- Ona nie musi się niczego wiedzieć. - kładzie dłoń na mojej dłoni.
- To jest moja przyjaciółka! - krzyczę głośno, wyrywając dłoń. - Jesteś nienormalny.
- Wiem, że ja też ci się podobam. - wyciąga do mnie ręce, by mnie objąć. - Nie zaprzeczaj Ines.
- Odczep się! - odpycham go mocno.
- Słuchaj... - zmienił ton na grubszy i bardziej stanowczy. - Jeśli nie zrobisz tego co cię powiem t ...
- To co?! - przerwałam mu.
- To powiem o nas Katy i że to ty mnie uwiodłaś, a Luke zobaczy jaka jesteś na prawdę. - mocno ściska mój nadgarstek.
- Jesteś potworem! - krzyczę, wyrywając dłoń z uścisku.
- Lepiej rób co mówię, a nic nie stracisz. - zagroził i odchodzi, znikając w ciemności.
Długo stoję przy moście, płacząc i trzęsąc się. Boję się, że przez niego stracę dwie ważne dla mnie osoby. Nie wiem co zrobię i nie wiem co będzie dobrym wyborem, ale wiem, że nie pozwolę mu skrzywdzić Katy. Nie mogę o tym nikomu powiedzieć, ale wiem, że to będzie trudne. Wycieram łzy z oczu i wracam szybko do domu. Żałuje, że musiałam odwołać randkę dla tego durnia.
Zamykam za sobą mocno drzwi mieszkania i biegnę do pokoju. Zamykam drzwi na klucz i rzucam się na łóżku cała zapłakana. Wyciągam czekoladę z szuflady i zabieram się do jej jedzenia, by zminimalizować ból. Zawsze kiedy jestem zdenerwowana lub zrozpaczona, to jem coś czekoladowego. Ponoć najlepsze lekarstwo na smutek.
Jest już bardzo późno, a nawet nie mam sił by wstać i pójść do łazienki, więc przebieram się i kładę się spać z głupią nadzieją, że mi przejdzie.
Rano budzę się z mokrą od łez poduszką. Wstaję, sięgam po ubrania, ręcznik i idę pod prysznic. Spoglądam w lustro i widzę jak moja twarz jest cała zaczerwieniona.
Robię dobry makijaż i schodzę do kuchni coś zjeść. Wyciągam jajka z lodówki i rozbijam, grzejąc na gazie. Nie mam nawet sił połykać śliny, a co dopiero jedzenia.
Po śniadaniu wyciągam z kieszeni bluzy komórkę i dzwonię do Luke'a. Nie odbiera, co sprawia mi przykrość. Ponawiam próbę już kilkakrotnie i nadal nic. Zabieram się do pisania SMS-ów i wiem, że to dla niego może być zbyt nachalne, ale muszę.
Po długim oczekiwaniu, nie dostaję odzewu. Może śpi, albo rozładowała mu się komórka. Miejmy taka nadzieję. Jeszcze trochę ranka i całe popołudnie przesiedziałam, jedząc lody i oglądając filmy na laptopie. Ciocia cały czas siedzi w gospodarstwie i zajmuje się farmą. Powinnam jej pomóc, ale tak bardzo nie mam na nic ochoty.
Była już 16:00 i tak jak wczoraj miałyśmy z Lu trening u Luke'a. Zabieram ze sobą Pioruna i pukam lekko do drzwi Lu.
- Jedziemy?
- Jestem chora. - wymamrotała z nosem czerwonym jak Rudolph.
- Rozumiem. Kuruj się - wymuszam uśmiech i skinam głową.
Ponownie dosiadam konia i ruszamy galopem do stadniny Luke'a. Okrążamy las i raz dwa znajdujemy się na miejscu.
- Hei Luke. - uśmiecham się bardziej żywiej i schodzę z konia.
Nie dostaję odpowiedzi, ale spojrzał na mnie i wrócił do swojej pracy, pomagając dziewczynce zejść z konia.
- Pogadamy? - pytam prosząco.
Czekam chwilę na odpowiedź, a kiedy już straciłam nadzieję, przytaknął głową i zabrał mnie na bok.
- Co się dzieje Luke?
- Nie udawaj, że nie wiesz. - warknął.
- Nie wiem. Wytłumacz mi.
- Widziałem was. - patrzy na mnie groźnie. - Już nie musicie się ukrywać.
- Nas?
- Nie udawaj! Ty i Aaron. Coś was łączy. Widziałem was wczoraj na moście. - zaatakował mnie wzrokiem, a jego głos sprawia mnie w zakłopotanie.
- Jak? Nikogo tam przecież z nami nie było.
- Mogłaś mi powiedzieć prawdę, że coś do niego czujesz, a nie robić mi nadziei. - jego twarz zrobiła się smutna, oczy zmęczone i głos nieco lżejszy.
- Ale to nie tak. - zbliżyłam się, ale on zrobił krok do tyłu.
- Katy o was wie?
- Nie ma żadnego nas. Uwierz mi. - wznawiam próbę i łapię go za dłoń. - Chciał się spotkać, więc zrobiłam to, by mieć go już z głowy. Bardzo chciałam się wczoraj z tobą spotkać. Musisz mi uwierzyć.
- Fajna z ciebie przyjaciółka. Myślałem, że jesteś inna niż wszystkie. - powiedział te słowa i odchodzi.
- Luke, to nie tak! - krzyknęłam. - Daj mi wytłumaczyć!
Patrzę jak odchodzi. Jest coraz dalej i dalej, aż znika z punktu widzenia. Czuje ból, duży ból w okolicy klatki piersiowej. Dlaczego głupia zgodziłam się na to spotkanie? Dlaczego Luke tam był? i dlaczego nie mogę mieć normalnego życia?
Rozpłakana, próbuję odpowiedzieć sobie na te pytania, ale nie potrafię. Cała w płynących po twarzy łzach wracam do domu, przytulając się do cioci, bo tylko ona potrafi mnie zrozumieć.
czwartek, 9 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ VIII
Wszyscy biegniemy do chłopców, przepychając się przez wąskie drzwi. Po tej stronie wcale nie ma wyjścia, tylko kolejne schody, na dodatek kręte. Lu jak zawsze chcę być pierwsza, więc przeskakuję po dwa schodki i wyprzedza wszystkich jedno po drugim.
- Musicie to zobaczyć! - krzyknęła z góry Lu.
Nie dość szybki krokiem docieramy na koniec. Podchodzimy do Lu, a przed nami piękny widok. To widok z góry na całe miasto.
Patrzymy na spadające gwiazdy, które wreszcie się pojawiają. Chyba dzisiaj jest deszcze meteorytów. Spadają jedna za drugą, aż nie wiem na którą mam patrzeć. Niesamowite! Jednak banalnym, ale odjechanym widokiem jest miganie świateł w oknach mieszkań. Nie prawda, że banalnie?
Słyszymy za plecami dźwięk nadjeżdżającej windy.
- To tutaj jest winda! - krzyknął Tom z mojej prawej.
- Cześć dzieciaki! Co wy tu robicie? - pyta mężczyzna w garniturze.
- Zastanawiamy się jak wyjść. - odparłam z uśmiechem.
- Chodźcie!
Wchodzimy do windy i zjeżdżamy na dół. Prosto do podziemi.
- Dlaczego tu jesteśmy? - pyta zdziwiona Olivia.
- Tu jest wyjście. - odparł stanowczo mężczyzna.
- Gdzie? - rozglądamy się wokoło.
- Tutaj. - wskazuje palcem oświetloną drabinkę.
Po kolei wchodzimy do góry. Pierwszy idzie Tom, później ja i reszta dziewczyn, a na końcu Aaron i Luke.
- To miało być wyjście! - krzyczy zdenerwowana Tina.
- Nie panikujmy. Rozdzielmy się i znajdźmy wyjście. - uspakaja nas Luke.
Podchodzimy bliżej, a przed nami ogromny labirynt. Już mam tego po dziurki w nosie, tych durnych pułapek i nie wiadomo czego.
Olivia, Mia i Zoe idą na prawy bok. Do następnego wejścia wchodzą Tom i Tina. Lu, Jasmine i Aaron kierują się prosto. Ja, Luke i Katy skręcamy w lewo. Z każdym zakrętem wydaję mi się jakbyśmy chodzili w kółko.
- Tu nie ma wyjścia! - krzyknęłam ze złości, tupiąc mocną nogą.
- Nie denerwuj się. - podchodzi do mnie Katy, zadając mi mocny uścisk.
- Chyba coś znalazłem!
Podbiegamy do niego i stoimy przed drzwiami.
- Ile będzie jeszcze tych drzwi! - zdenerwowana wykrzykuje z siebie słowa.
Próbujemy je otworzyć, ale się nie da. Kopiemy, szarpiemy, uderzamy, ale to na marne.
- Tego szukacie? - Zoe rzuca do nas kluczyk.
Wpychamy klucz do dziurki, przekręcamy i otwieramy drzwi, rzucając się na nie. Wybiegamy z labiryntu na drewniany nad nim most i szukamy pozostałych. Głośno do nich krzyczymy ze wskazówkami jak się wydostać. Zauważam wraz z Mią jak Aaron mówi coś do Lu bardzo zdenerwowany. To nie wygląda na rozmowę. Chyba na nią krzyczy. Katy stoi po drugiej stronie, kierując Tinę i Toma do wyjścia.
- Gdzie teraz?
- Idźmy gdziekolwiek.
Znów się rozdzieliliśmy tym razem ja i Luke poszliśmy razem.
- Co u ciebie? - zaczął, drapiąc się po głowie.
- Dobrze, a u ciebie?
- Świetnie. - spojrzał w lewo. - Chodźmy tutaj.
Luke daję mężczyźnie w dziwnym ubraniu bilecik i zabiera pistolet na wodę. Musi trafić przynajmniej dziesięć kaczek, które otworzą buzię i pojawią się na planie. Trafia jedną po drugiej i ani razu nie chybił. Głos uwiązł mi w gardle z zaskoczenia.
Kątem oka widzę lekki uśmiech na jego twarzy i dalsze skupienie. Ma jeszcze dziesięć sekund, a do wygranej brakuje mu jeszcze jednej kaczki. Trzymam zaciśnięte mocno kciuki i zamykam oczy. Słyszę gong.
- I tak to się robi. - dmuchnął w pistolet.
Mężczyzna za wygraną, daje mu dużego, białego misia.
- Daj go swojej dziewczynie. Ucieszy się.
- Tak zrobię. - speszony, idzie w moją stronę.
Stoję troszkę dalej i przyglądam się innym, ciekawym grą.
- Gdybym ją tylko miał. - uśmiecha się, pokazując swoje cudowne uzębienie i wręcza mi maskotkę.
- Dziękuje. - zabieram go niepewnym ruchem rąk, aż czuje zaczerwienienie na policzkach.
Schyla się. Chyba chce mi dać całusa w policzek, ale przerywają nam głosy pozostałych.
- Jaki słodki miś. - zachwycają się dziewczyny.
- Też taki dostanę? - umila się Katy do Aarona.
- Taa... - spogląda ze złością na Luke'a.
- Wracajmy już. Jest późno. - sugeruje zmęczona Luiza, spoglądając na zegarek..
Kierujemy się w stronę wyjścia. Luiza biega wokoło nas jak szalona, udając samolot. Senność ją opuściła, mnie za to teraz będzie nawiedzać. Ziewam, tak głośno, że kilka osób zrobiło to samo.
Stoimy na przystanku, gdzie autobus miał za chwilę przyjechać.
- Wracacie do Chicago?
- Nie. Aaron ma tutaj babcie, która nas przenocuje. - odpowiada Katy. - Będziemy tu jeszcze z tydzień. Tak szybko się nas nie pozbędziesz!
- Nie mam zamiaru. - przytulam się do nich jak najmocniej i żegnamy się.
Macham im przez cały czas razem z Zoe i Jasmine, a dziewczyny nam odmachują.
- Mam dość. Przyjadę do domu i położę się spać. - powiedziała zmęczonym głosem Tina.
- Położę się obok, tak dla bezpieczeństwa. - odparł Tom, przysuwając się do niej.
- Martwisz się, że coś mi się stanie?
- Jak zawsze. - opowiada niezręcznie.
- Czy Tina i Tom... - szepnęłam do Luke'a, wskazując palcem na gruchające ptaszki.
- Kiedyś byli razem, jednak Tomowi nigdy nie przeszło do Tiny.
- Nie wygląda jakby był w niej zakochany. - obracam głowę w stronę Lu i Jasmine.
- Ciężko mu mówić o uczuciach. - odpowiada Jasmine, opierając łokieć na moim ramieniu.
- No chyba, że do jedzenia. - zażartowała Lu.
W oddali widzimy nasz autobus. Wchodzimy do środka, kupujemy bilety u kierowcy i siadamy tak jak wcześniej. Tą podróż udało mi się przetrwać. Cały czas śmialiśmy się i niekiedy czułam dłonie Luke'a na swoich. Chociaż nie wierzę, aby robił to specjalnie, po prostu siedzenia były za blisko. Jasmine, Tina i Tom mieszkali obok siebie, a od dwóch kolejnych przystanku mieli niecałe dwanaście minut, więc pożegnaliśmy się z nimi już w autobusie. Luke chociaż mieszkał najdalej z nas wszystkich, chciał odprowadzić mnie i Lu. Jest ciemno, a on chce nas odprowadzać. Totalne wariactwo, ale bardzo uroczę.
Odprowadzamy Lu i żegnamy się z nią, tak jak kiedyś. I tak jak kiedyś, Luke znów mnie odprowadza.
- Zostaliśmy sami. - uśmiecham się, spoglądając na gwiazdy.
- Chyba tak. - rozgląda się wokoło.
Zbliża się do mnie, aż czuję bicie jego serca. Spogląda na mnie nieco z góry i zniża zdecydowanie głowę. Chyba chcę mnie pocałować. Ponownie. O matko! On to zrobi!
Słyszymy dzwonek mojego telefonu, który przerywa nam tą chwilę.
- Gdzie jesteś? - pyta tato, a jego krzyk słychać w oddali kilkunastu centymetrów.
- Pod domem. Już idę.
Rozłączam się i chowam telefon do torebki.
- Musisz już iść? - spogląda na mnie z miną szczeniaczka, a w jego oczach widzę blask, który paraliżuję mnie od stóp do głów.
- Tak, ale dzisiaj było super. Mam nadzieję, że jeszcze to powtórzymy. Wszyscy. - puszczam mu perskie oko.
Mocno mnie przytula i odprowadza dokładnie tuż pod bramkę i czeka, aż bezpiecznie wejdę do środka. W salonie siedzi tato z ciocią, oglądając film i jedząc popcorn.
- I jak było? - pyta tato, odwracając głowę w moją stronę.
- Super.
Przez chwilę stoję przy drzwiach, patrząc na każdy zakątek pomieszczenia. Kładę misia obok łóżka, wyciągam świeżą piżamę z szafki i idę na relaksującą kąpiel. Od dłuższej chwili przesiaduje w wannie, słuchając muzyki i rozmyślając o dzisiejszym dniu. Było na prawdę świetnie i mam nadzieje, że jeszcze nie raz tak będzie. Wychodzę z wanny, wycieram się, przebieram i odświeżona wracam do pokoju. Biorę z szafki nocnej komórkę, by spojrzeć na zegarek i widzę nieodebraną wiadomość.
Luke: Wiem, że trochę późno, ale czy nie chciałabyś jutro gdzieś wyjść ze mną po treningu?
Bez wahania mu odpisuję i cieszę się jak głupia do sera.
Ja: Pewnie, żebym chciała.
Myślę nad tym tekstem i po chwili go usuwam, po czym pisze od nowa. Tak by nie dać się za łatwą w te gierki i nie dać mu jakieś satysfakcji. Muszę okazać się niedostępna, przynajmniej jak na teraz.
Ja: Muszę się zastanowić.
Po chwili dostaję odzew.
Luke: Noc filmowa odpowiada królewnie?
OMG! Królewna? Skaczę na siedząco z ekscytacji. Uspokój się Ines!
Ja: Czemu nie.
Czuję wibrację w dłoni i szybko jak nigdy wpisuję kod odblokowujący ekran.
Luke: Czyli jednak idziemy?
Zawaliłaś po całości głupolko! Już trudno, nie umiem taka być. On za bardzo na mnie działa, bym miała odmówić. Byłabym głupia. Już jesteś! - mówi mózg. Zamknij się!
Ja: Heh.
Wow Ines, postarałaś się z odpowiedzią.
Luke: :)
Taka zwykła emotka, a sama mam ochotę się uśmiechać, aż mam motylki w brzuchu ze szczęścia.
Po sekundzie odpisał.
Luke: Może trening trochę wcześniej?
Ja: Tak, to dobry pomysł. Powiem rano Lu.
Już nie dostałam odpowiedzi, na którą czekałam godzinę. Najdłuższa godzina w moim życiu, ale warto było czekać, chociaż nie udana.
Patrzę raz na sufit, a raz na misia, nucąc piosenki pod nosem. Po godzinie dostaję SMS-a, na którego rzucam się jak głupia, prawie spadając z łóżka.
Nieznany numer: Cześć Ines tu Aaron. Przepraszam, że piszę tak późno, ale musimy się spotkać.
Przez chwilę zastanawiam, czy mam mu odpisać. Nie wiem czy chcę spotkania z nim. W ogóle go nie znam i nie chce, by jakiś typ niszczył życie mojej przyjaciółce. Jednak odpisuje po zastanowieniu. Może da mi spokój jak się spotkamy.
Ja: Skąd masz mój numer i dlaczego mam się zgodzić?
Dostaję wiadomość tak szybko, że ledwo zamrugałam, a ona już przyszła.
Aaron: Od Katy i to bardzo ważne. Proszę.
Ja: Gdzie i kiedy?
Nie czekam długo na odzew.
Aaron: Jutro o 20:00 w lesie niedaleko was.
Ja: Jutro nie mogę. A las to nie jest miejsce na spotkania.
Po trzech minutach czekania, napisał.
Aaron: Pewnie Luke mnie wyprzedził... Ale to na prawdę bardzo ważne. Gdyby nie było, nie zawracałbym ci głowy. Będę tam czekać. Dobranoc.
Już nic nie odpisuję. Uznałam, że nie warto. Tylko teraz jak powiedzieć Luke'owi, że nasze - prawie idealne - spotkanie nie wypali. Nie wiem jak się za to zabrać. Przecież tak mi zależy na tym i na nim. By cię Aaron!
Ja: Luke pewnie już śpisz, ale jutrzejsze spotkanie niestety nie wypali. Muszę wrócić z tatą do Chicago po resztę rzeczy. Na trening oczywiście przyjdę. Bardzo mi przykro, ale może innym razem się uda.
Po chwili czekania odpisał. Oglądam ekran blokady i cała nieruchomieje, bo boję się jego odpowiedzi.
Luke: Rozumiem. Mi też jest bardzo przykro, ale może innym razem faktycznie nam się uda :(.
''Nam'', to brzmi cudownie. Ten przyczłap będzie mi to winny, jak Boga kocham.
Całą noc nie mogłam spać, bo myśli miałam zajęte czymś innym. Nie mam ochoty spotkać się z Aaronem. Nie, dlatego że muszę okłamywać Luke'a, ale dlatego że Aaron działa mi na nerwy. Niech zajmie się Katy, bo jeśli ją skrzywdzi, to ja skrzywdzę jego.
Jest już 6:00 i całą noc mam nieprzespaną, a moje oczy chciałyby odpocząć. Chociaż troszkę snu, tak odrobinkę, ale nie potrafię zasnąć o tej godzinie.
Biorę książkę i zaczynam czytać z myślą, że może jednak, jeśli się do tego zmuszę. Zadziałało! Nie zauważyłam nawet, kiedy moje oczy się zamknęły.
Budzę się o 13:00 z otwartą książką na twarzy. Ściągam ją z oczu i widzę tacę z jedzeniem i szklanką soku pomarańczowego. Mniam! Kanapki z masłem orzechowym to raj. Z każdym gryzem moje podniebienie się delektuje. Ciocia wie jak mnie uszczęśliwić.
Po jedzeniu przebieram się w ciuchy wyjściowe, poranna toaleta, poprawki i schodzę na dół do kuchni. Przez całą noc byłam głodna, aż do teraz, tylko bałam się zejść na dół tak późno. Biorę do ręki płatki czekoladowe z mlekiem, jogurt naturalny, tabliczkę czekolady i orzechy laskowe. To jest bardzo dziwny poranek, a raczej po południe. Na obiad zjem pewnie kolacje, a na kolację śniadanie.
Zabieram wszystko do salonu i włączam telewizję, wsypując do miski płatki. Jeszcze w takim stanie muszę spotkać się z chłopakami. Makijaż nieco zakrył niedoskonałości, ale nie do końca. Wolałabym zrezygnować z tych spotkań i siedzieć w domu, jak totalny leń , ale nic już nie chce zmieniać. Nie mogę wyjść na desperatkę.
- Musicie to zobaczyć! - krzyknęła z góry Lu.
Nie dość szybki krokiem docieramy na koniec. Podchodzimy do Lu, a przed nami piękny widok. To widok z góry na całe miasto.
Patrzymy na spadające gwiazdy, które wreszcie się pojawiają. Chyba dzisiaj jest deszcze meteorytów. Spadają jedna za drugą, aż nie wiem na którą mam patrzeć. Niesamowite! Jednak banalnym, ale odjechanym widokiem jest miganie świateł w oknach mieszkań. Nie prawda, że banalnie?
Słyszymy za plecami dźwięk nadjeżdżającej windy.
- To tutaj jest winda! - krzyknął Tom z mojej prawej.
- Cześć dzieciaki! Co wy tu robicie? - pyta mężczyzna w garniturze.
- Zastanawiamy się jak wyjść. - odparłam z uśmiechem.
- Chodźcie!
Wchodzimy do windy i zjeżdżamy na dół. Prosto do podziemi.
- Dlaczego tu jesteśmy? - pyta zdziwiona Olivia.
- Tu jest wyjście. - odparł stanowczo mężczyzna.
- Gdzie? - rozglądamy się wokoło.
- Tutaj. - wskazuje palcem oświetloną drabinkę.
Po kolei wchodzimy do góry. Pierwszy idzie Tom, później ja i reszta dziewczyn, a na końcu Aaron i Luke.
- To miało być wyjście! - krzyczy zdenerwowana Tina.
- Nie panikujmy. Rozdzielmy się i znajdźmy wyjście. - uspakaja nas Luke.
Podchodzimy bliżej, a przed nami ogromny labirynt. Już mam tego po dziurki w nosie, tych durnych pułapek i nie wiadomo czego.
Olivia, Mia i Zoe idą na prawy bok. Do następnego wejścia wchodzą Tom i Tina. Lu, Jasmine i Aaron kierują się prosto. Ja, Luke i Katy skręcamy w lewo. Z każdym zakrętem wydaję mi się jakbyśmy chodzili w kółko.
- Tu nie ma wyjścia! - krzyknęłam ze złości, tupiąc mocną nogą.
- Nie denerwuj się. - podchodzi do mnie Katy, zadając mi mocny uścisk.
- Chyba coś znalazłem!
Podbiegamy do niego i stoimy przed drzwiami.
- Ile będzie jeszcze tych drzwi! - zdenerwowana wykrzykuje z siebie słowa.
Próbujemy je otworzyć, ale się nie da. Kopiemy, szarpiemy, uderzamy, ale to na marne.
- Tego szukacie? - Zoe rzuca do nas kluczyk.
Wpychamy klucz do dziurki, przekręcamy i otwieramy drzwi, rzucając się na nie. Wybiegamy z labiryntu na drewniany nad nim most i szukamy pozostałych. Głośno do nich krzyczymy ze wskazówkami jak się wydostać. Zauważam wraz z Mią jak Aaron mówi coś do Lu bardzo zdenerwowany. To nie wygląda na rozmowę. Chyba na nią krzyczy. Katy stoi po drugiej stronie, kierując Tinę i Toma do wyjścia.
- Gdzie teraz?
- Idźmy gdziekolwiek.
Znów się rozdzieliliśmy tym razem ja i Luke poszliśmy razem.
- Co u ciebie? - zaczął, drapiąc się po głowie.
- Dobrze, a u ciebie?
- Świetnie. - spojrzał w lewo. - Chodźmy tutaj.
Luke daję mężczyźnie w dziwnym ubraniu bilecik i zabiera pistolet na wodę. Musi trafić przynajmniej dziesięć kaczek, które otworzą buzię i pojawią się na planie. Trafia jedną po drugiej i ani razu nie chybił. Głos uwiązł mi w gardle z zaskoczenia.
Kątem oka widzę lekki uśmiech na jego twarzy i dalsze skupienie. Ma jeszcze dziesięć sekund, a do wygranej brakuje mu jeszcze jednej kaczki. Trzymam zaciśnięte mocno kciuki i zamykam oczy. Słyszę gong.
- I tak to się robi. - dmuchnął w pistolet.
Mężczyzna za wygraną, daje mu dużego, białego misia.
- Daj go swojej dziewczynie. Ucieszy się.
- Tak zrobię. - speszony, idzie w moją stronę.
Stoję troszkę dalej i przyglądam się innym, ciekawym grą.
- Gdybym ją tylko miał. - uśmiecha się, pokazując swoje cudowne uzębienie i wręcza mi maskotkę.
- Dziękuje. - zabieram go niepewnym ruchem rąk, aż czuje zaczerwienienie na policzkach.
Schyla się. Chyba chce mi dać całusa w policzek, ale przerywają nam głosy pozostałych.
- Jaki słodki miś. - zachwycają się dziewczyny.
- Też taki dostanę? - umila się Katy do Aarona.
- Taa... - spogląda ze złością na Luke'a.
- Wracajmy już. Jest późno. - sugeruje zmęczona Luiza, spoglądając na zegarek..
Kierujemy się w stronę wyjścia. Luiza biega wokoło nas jak szalona, udając samolot. Senność ją opuściła, mnie za to teraz będzie nawiedzać. Ziewam, tak głośno, że kilka osób zrobiło to samo.
Stoimy na przystanku, gdzie autobus miał za chwilę przyjechać.
- Wracacie do Chicago?
- Nie. Aaron ma tutaj babcie, która nas przenocuje. - odpowiada Katy. - Będziemy tu jeszcze z tydzień. Tak szybko się nas nie pozbędziesz!
- Nie mam zamiaru. - przytulam się do nich jak najmocniej i żegnamy się.
Macham im przez cały czas razem z Zoe i Jasmine, a dziewczyny nam odmachują.
- Mam dość. Przyjadę do domu i położę się spać. - powiedziała zmęczonym głosem Tina.
- Położę się obok, tak dla bezpieczeństwa. - odparł Tom, przysuwając się do niej.
- Martwisz się, że coś mi się stanie?
- Jak zawsze. - opowiada niezręcznie.
- Czy Tina i Tom... - szepnęłam do Luke'a, wskazując palcem na gruchające ptaszki.
- Kiedyś byli razem, jednak Tomowi nigdy nie przeszło do Tiny.
- Nie wygląda jakby był w niej zakochany. - obracam głowę w stronę Lu i Jasmine.
- Ciężko mu mówić o uczuciach. - odpowiada Jasmine, opierając łokieć na moim ramieniu.
- No chyba, że do jedzenia. - zażartowała Lu.
W oddali widzimy nasz autobus. Wchodzimy do środka, kupujemy bilety u kierowcy i siadamy tak jak wcześniej. Tą podróż udało mi się przetrwać. Cały czas śmialiśmy się i niekiedy czułam dłonie Luke'a na swoich. Chociaż nie wierzę, aby robił to specjalnie, po prostu siedzenia były za blisko. Jasmine, Tina i Tom mieszkali obok siebie, a od dwóch kolejnych przystanku mieli niecałe dwanaście minut, więc pożegnaliśmy się z nimi już w autobusie. Luke chociaż mieszkał najdalej z nas wszystkich, chciał odprowadzić mnie i Lu. Jest ciemno, a on chce nas odprowadzać. Totalne wariactwo, ale bardzo uroczę.
Odprowadzamy Lu i żegnamy się z nią, tak jak kiedyś. I tak jak kiedyś, Luke znów mnie odprowadza.
- Zostaliśmy sami. - uśmiecham się, spoglądając na gwiazdy.
- Chyba tak. - rozgląda się wokoło.
Zbliża się do mnie, aż czuję bicie jego serca. Spogląda na mnie nieco z góry i zniża zdecydowanie głowę. Chyba chcę mnie pocałować. Ponownie. O matko! On to zrobi!
Słyszymy dzwonek mojego telefonu, który przerywa nam tą chwilę.
- Gdzie jesteś? - pyta tato, a jego krzyk słychać w oddali kilkunastu centymetrów.
- Pod domem. Już idę.
Rozłączam się i chowam telefon do torebki.
- Musisz już iść? - spogląda na mnie z miną szczeniaczka, a w jego oczach widzę blask, który paraliżuję mnie od stóp do głów.
- Tak, ale dzisiaj było super. Mam nadzieję, że jeszcze to powtórzymy. Wszyscy. - puszczam mu perskie oko.
Mocno mnie przytula i odprowadza dokładnie tuż pod bramkę i czeka, aż bezpiecznie wejdę do środka. W salonie siedzi tato z ciocią, oglądając film i jedząc popcorn.
- I jak było? - pyta tato, odwracając głowę w moją stronę.
- Super.
Przez chwilę stoję przy drzwiach, patrząc na każdy zakątek pomieszczenia. Kładę misia obok łóżka, wyciągam świeżą piżamę z szafki i idę na relaksującą kąpiel. Od dłuższej chwili przesiaduje w wannie, słuchając muzyki i rozmyślając o dzisiejszym dniu. Było na prawdę świetnie i mam nadzieje, że jeszcze nie raz tak będzie. Wychodzę z wanny, wycieram się, przebieram i odświeżona wracam do pokoju. Biorę z szafki nocnej komórkę, by spojrzeć na zegarek i widzę nieodebraną wiadomość.
Luke: Wiem, że trochę późno, ale czy nie chciałabyś jutro gdzieś wyjść ze mną po treningu?
Bez wahania mu odpisuję i cieszę się jak głupia do sera.
Ja: Pewnie, żebym chciała.
Myślę nad tym tekstem i po chwili go usuwam, po czym pisze od nowa. Tak by nie dać się za łatwą w te gierki i nie dać mu jakieś satysfakcji. Muszę okazać się niedostępna, przynajmniej jak na teraz.
Ja: Muszę się zastanowić.
Po chwili dostaję odzew.
Luke: Noc filmowa odpowiada królewnie?
OMG! Królewna? Skaczę na siedząco z ekscytacji. Uspokój się Ines!
Ja: Czemu nie.
Czuję wibrację w dłoni i szybko jak nigdy wpisuję kod odblokowujący ekran.
Luke: Czyli jednak idziemy?
Zawaliłaś po całości głupolko! Już trudno, nie umiem taka być. On za bardzo na mnie działa, bym miała odmówić. Byłabym głupia. Już jesteś! - mówi mózg. Zamknij się!
Ja: Heh.
Wow Ines, postarałaś się z odpowiedzią.
Luke: :)
Taka zwykła emotka, a sama mam ochotę się uśmiechać, aż mam motylki w brzuchu ze szczęścia.
Po sekundzie odpisał.
Luke: Może trening trochę wcześniej?
Ja: Tak, to dobry pomysł. Powiem rano Lu.
Już nie dostałam odpowiedzi, na którą czekałam godzinę. Najdłuższa godzina w moim życiu, ale warto było czekać, chociaż nie udana.
Patrzę raz na sufit, a raz na misia, nucąc piosenki pod nosem. Po godzinie dostaję SMS-a, na którego rzucam się jak głupia, prawie spadając z łóżka.
Nieznany numer: Cześć Ines tu Aaron. Przepraszam, że piszę tak późno, ale musimy się spotkać.
Przez chwilę zastanawiam, czy mam mu odpisać. Nie wiem czy chcę spotkania z nim. W ogóle go nie znam i nie chce, by jakiś typ niszczył życie mojej przyjaciółce. Jednak odpisuje po zastanowieniu. Może da mi spokój jak się spotkamy.
Ja: Skąd masz mój numer i dlaczego mam się zgodzić?
Dostaję wiadomość tak szybko, że ledwo zamrugałam, a ona już przyszła.
Aaron: Od Katy i to bardzo ważne. Proszę.
Ja: Gdzie i kiedy?
Nie czekam długo na odzew.
Aaron: Jutro o 20:00 w lesie niedaleko was.
Ja: Jutro nie mogę. A las to nie jest miejsce na spotkania.
Po trzech minutach czekania, napisał.
Aaron: Pewnie Luke mnie wyprzedził... Ale to na prawdę bardzo ważne. Gdyby nie było, nie zawracałbym ci głowy. Będę tam czekać. Dobranoc.
Już nic nie odpisuję. Uznałam, że nie warto. Tylko teraz jak powiedzieć Luke'owi, że nasze - prawie idealne - spotkanie nie wypali. Nie wiem jak się za to zabrać. Przecież tak mi zależy na tym i na nim. By cię Aaron!
Ja: Luke pewnie już śpisz, ale jutrzejsze spotkanie niestety nie wypali. Muszę wrócić z tatą do Chicago po resztę rzeczy. Na trening oczywiście przyjdę. Bardzo mi przykro, ale może innym razem się uda.
Po chwili czekania odpisał. Oglądam ekran blokady i cała nieruchomieje, bo boję się jego odpowiedzi.
Luke: Rozumiem. Mi też jest bardzo przykro, ale może innym razem faktycznie nam się uda :(.
''Nam'', to brzmi cudownie. Ten przyczłap będzie mi to winny, jak Boga kocham.
Całą noc nie mogłam spać, bo myśli miałam zajęte czymś innym. Nie mam ochoty spotkać się z Aaronem. Nie, dlatego że muszę okłamywać Luke'a, ale dlatego że Aaron działa mi na nerwy. Niech zajmie się Katy, bo jeśli ją skrzywdzi, to ja skrzywdzę jego.
Jest już 6:00 i całą noc mam nieprzespaną, a moje oczy chciałyby odpocząć. Chociaż troszkę snu, tak odrobinkę, ale nie potrafię zasnąć o tej godzinie.
Biorę książkę i zaczynam czytać z myślą, że może jednak, jeśli się do tego zmuszę. Zadziałało! Nie zauważyłam nawet, kiedy moje oczy się zamknęły.
Budzę się o 13:00 z otwartą książką na twarzy. Ściągam ją z oczu i widzę tacę z jedzeniem i szklanką soku pomarańczowego. Mniam! Kanapki z masłem orzechowym to raj. Z każdym gryzem moje podniebienie się delektuje. Ciocia wie jak mnie uszczęśliwić.
Po jedzeniu przebieram się w ciuchy wyjściowe, poranna toaleta, poprawki i schodzę na dół do kuchni. Przez całą noc byłam głodna, aż do teraz, tylko bałam się zejść na dół tak późno. Biorę do ręki płatki czekoladowe z mlekiem, jogurt naturalny, tabliczkę czekolady i orzechy laskowe. To jest bardzo dziwny poranek, a raczej po południe. Na obiad zjem pewnie kolacje, a na kolację śniadanie.
Zabieram wszystko do salonu i włączam telewizję, wsypując do miski płatki. Jeszcze w takim stanie muszę spotkać się z chłopakami. Makijaż nieco zakrył niedoskonałości, ale nie do końca. Wolałabym zrezygnować z tych spotkań i siedzieć w domu, jak totalny leń , ale nic już nie chce zmieniać. Nie mogę wyjść na desperatkę.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ VII
Podróż nie była długa, ale wyczerpująca. Mały bus, w którym zmieści się zaledwie dwadzieścia osób, to nie lada wyzwanie. Nie wiem jak wytrzymam drogę powrotną.
- Jesteśmy na miejscu. - powiedziała pełna radości Lu.
- No nareszcie! - westchnął Tom, kładąc się na ziemi.
- Ja, Jasmine i Luke pójdziemy kupić bilety, a wy idźcie po napoje. - wskazuje palcem wskazującymi Lu w stronę sklepu i kasy biletowej.
- Tylko kupcie zimne! - krzyknęła Jasmine z oddali.
Sklep jest dwa metry od nas. Wchodzimy do namiotu i wybieramy z lodówki tanie i dobre napoje.
- Weźmy cole w puszkach, co? - zaproponował Tom.
- Okey. - odpowiadam, przytakując głową.
Każde z nas bierze po dwie, zimne puszki do rąk i kierujemy się prosto do kasy. Kupując napoje, dostrzegam kątem oka, że ktoś się nam przygląda. Tom oczywiście musiał jeszcze pójść po batoniki czekoladowe, więc czekamy na niego, opierając się o blat w stronę sprzedawcy.
- Tina? - odezwałam się zaniepokojona.
- Tak?
- Widzisz tego chłopaka? - wskazuje jej palcem chłopaka tak, by nie zauważył.
- Tak, widzę. - rozgląda się wokoło, udając że czegoś szuka.
- Ciągle się na nas patrzy.
- Już jestem! - przerwał zmachany Tom.
Kupiliśmy produkty i wychodzimy ze sklepu, idąc do pozostałych.
- To wasze bilety. - rozdaje po kolei Lu.
Koncert jest na otwartej przestrzeni, więc możemy podziwiać granatowe niebo, pełne blasku gwiazd. Jedną spadającą gwiazdę już widziałam, gdy wysiadaliśmy, więc może będzie okazja zobaczyć więcej.
Czuję wibracje w torebce. Wyciągam komórkę i przykładam do ucha.
- Jesteście już? - spytała Katy.
- Co? - krzyknęłam, zatykając sobie jedno ucho palcem.
- Pytam, czy już jesteście na koncercie?
- Tak, a wy?
- Tak, gdzie stoicie?
- Widzisz dmuchanego ludzika, a obok niego stoisko z piwem?
- Tak.
- To tutaj jesteśmy. Chodźcie do nas! - krzyknęłam, wyszukując Katy.
- Okey. Chyba cię widzę. - dodała, rozłączając się.
Czekam, aż do nas dołączą. Muszę ich wszystkich sobie przedstawić.
- Ines! - krzyknęła Katy, biegnąc do mnie.
- Katy! - przytuliłam ją bardzo mocno.
- Tak dawno się nie widziałyśmy!
Po chwili zza jej pleców rzuciły się na mnie Mia, Zoe i Olivia. Piszczałyśmy i skakałyśmy przez może dwie minuty, ciesząc się spotkaniem. Ludzie patrzą na nas jak na wariatki. Gdy trochę ochłonęłyśmy, przedstawiam ich wszystkich sobie.
- Jeszcze jest jedna osoba, którą musicie poznać. - uśmiechnęła się Katy.
- Tutaj jest twój sok. - powiedział nieznajomy, podając Katy plastikowy kubek.
- To jest Aaron. Mój chłopak.
Stoję nieruchomo, patrząc na niego i słysząc wokoło powitanie chłopaka przez wszystkich.
- Czy to nie... - urwała Tina, patrząc na niego i podchodząc bliżej mnie.
- Chyba tak.
To ten sam chłopak, który patrzył na nas w sklepie. Ma dziewiętnaście lat, czarne, zgolone po bokach włosy i lekko podniesione do góry. Jego piwne oczy, przykuwają moją uwagę. Biały, okrągły kolczyk w lewym uchu. Ubrany jest na sportowo w szare spodnie dresowe, buty nike i najzwyklejszą czarną bluzę. Jest starszy, przystojny i wysoki. Trenuję koszykówkę i hokej. Mimo że jest idealny, to mu nie ufam. Wydaję się być bardzo podejrzany.
- Chodźcie, zaraz będą zaczynać! - machnęła ręką Lu.
Próbując przepchać się przez tłum, niemal mnie nie staranowali. Bycie niskim, to ciężkie życie. Docieramy do połowy i nie mam zamiaru przeciskać się jeszcze dalej. Są telebimy, więc uda się cokolwiek zobaczyć. Z prawej strony stoi Luke'a , a z lewej Katy z Aaronem. Reszta stoi gdzieś w tyle, próbując się przedostać.
Koncert jest niesamowity. Coldplay, to mój ulubiony zespół, zawsze chciałam zobaczyć ich na żywo. Wszyscy śpiewają, tańczą, krzyczą, machają. To jest coś. Mimo świetnej zabawy, ciągle czuję wzrok Aarona na moim ciele. To bardzo niezręczne. Luke chyba zauważył co się dzieje, bo za każdym razem, kiedy Aaron na mnie spogląda, to mówi coś do mnie, by odciągnąć od niego moją uwagę.
Na koniec koncertu wybuchają konfetti, a wraz z nimi fajerwerki. Wszyscy patrzymy w górę, kiedy nagle poczułam ciepłe palce Luke'a na moich opuszkach. Nie trwało to długo.
- I jak się bawicie? - przerywa nam Aaron, obejmując nasze ramiona i stojąc między nami.
- Fajnie. - odpowiadam niechętne.
- Super. - odwrócił głowę Luke z miną mordercy.
- Widzę resztę! - krzyczy Katy.
Podchodzimy do nich i jedno po drugim opisujemy nasze relacje z koncertu.
Idziemy się przejść. Jasmine proponuje, abyśmy poszli do wesołego miasteczka. Wszyscy jednogłośnie zgadzamy się na ten pomysł.
Obok mnie idzie Luke i Aaron z Katy, za nami Olivia, Zoe, Jasmine i Tom, a przed nami roześmiane wniebogłosy Tina, Mia i Lu. Ciesze się, że wszyscy tak dobrze się dogadują.
Droga była trochę długa, a Jasmine miała dość chodzenia, więc kawałek podjechaliśmy autobusem na gapę. Przeszliśmy parę kroków i docieramy wreszcie do celu. Duże wejście zamknięte bramkami kasowymi, a za nimi pełne przygód maszyny i budowle.
Kupujemy bilety i wchodzimy przez bramki. Każde z nas dostało po dwadzieścia pięć małych bilecików, których mogliśmy użyć po razie na każdą rzecz. Rozdzielamy się. Jasmine idzie z Zoe i Olivią na koło śmierci. Luke razem z Tiną, Tomem i Mią kierują się do kina 4D na "Tajemnicze zagadki górnika". Dość zabawnie to brzmi. Katy i Aaron pomyśleli o czymś bardziej romantycznym, jak łabędzie łódki, a ja w raz z Lu mamy zamiar wybrać się na wyzwania.
Na początek gry zespołowe. Piłkarzyki zawsze były moją mocną stroną. Wygrałam z Lu 4:1, ale muszę przyznać, że bałam się przegranej już na samym początku, kiedy pierwsza wbiła mi gola. Rozglądamy się co jeszcze nas może zaciekawić i znajdujemy się na matach tanecznych. Na ekranach pokazują się strzałki, które każą nam stanąć w odpowiednim miejscu. Tańczymy do piosenki Eda Sheeran'a - Don't, ale zdolności taneczne Lu, pozwoliły jej na wygraną. Następnie wybrałyśmy maszyny, gdzie piłeczką tenisową musiałyśmy zrzucić wszystkie plastikowe kubki z półki, a później przeniosłyśmy się na zbijaniu postaci ze "Scooby doo'', które pojawiały się i znikały. Zostało nam jeszcze kilka bilecików, które chciałyśmy odłożyć na na czarną godzinę.
- Idziecie tu? - pyta Luke patrząc na dom strachów.
- Tak, a wy? - odpowiada pytaniem Lu.
- Tak.
- My też idziemy. - krzyczy Katy, idąc z Aaronem w naszą stronę.
- I my! - dodała z oddali Olivia.
- Czyli wszyscy. To fajnie, chodźcie! - maszeruję jako pierwsza Luiza.
Idziemy jedno za drugim po drewnianych kłodach, przez wodę pełną piranii na baterie, które skaczą z każdym naszym ruchem. Wkładamy bileciki do maszyny, która w mgnieniu oka je wszystkie pochłania. Po chwili otwierają się przed nami skrzypiące drzwi. Wchodzimy trzymając się blisko siebie. Drzwi zatrzaskują się za naszymi plecami hukiem, co bardzo przeraziło Katy.
Kierujemy się prosto idąc za strzałkami. Mijamy sterty pajęczyn i maszynowych pająków pełzających po ścianach. Nietoperze ujawniają nam swoją obecność.
Idziemy schodami w górę, które mechanicznie po paru naszych krokach w niewidocznych dla nas miejscach łamią się. Po raz pierwszy wiem jak to jest doznać zaburzenia arytmii serca.
Przed nami do wyboru kilka drzwi w różnych kolorach i o różnych symbolach.
Na pudrowych drzwiach zwisają lśniące lizaki, a obok czarnych postawiono trumnę. Przy złotych widnieją hieroglify egipskie. Prócz nich jest jeszcze siedem innych wejść. Nie wiemy, które wybrać, więc kierujemy się za instynktem Luizy.
- Jesteście pewni, że Lu powinna wybierać? - szepnął po cichu Tom.
Wszyscy patrzymy na zaciekawioną drzwiami koleżankę i kręcimy jednocześnie głową.
Luiza wybrała czerwone drzwi przy których wiszą truskawki. Wyglądały bajecznie, ale co się za nimi kryje?
Chwyciła za klamkę, powoli otwierając drzwi. Wchodzimy gęsiego nie zastanawiając się co nas tam może czekać. Na razie jest dobrze, niczego się nie spodziewamy. Może to taka nazwa, po prostu ''Dom strachu'', żeby zachęcić ludzi.
Idziemy po cukierkowym lesie. Nie wiem czy mam zwymiotować, czy jak mała dziewczynka cieszyć się na widok słodyczy.
Na drzewach maszynowe wiewiórki, ptaki lecące nad nami, krzaki z leśnymi jagodami. Lu i tom postanowili ich spróbować. Z początku myślałam, że są plastikowe. Nagle niebo z błękitnego stało się czarne, pełne zgrozy. Reflektory wskazywały drzewa migając na jakiś znak. Cofamy się ze strachu po drewnianym pomoście, w kierunku wyjścia. Ręce Toma i Lu stały się fioletowe i opuchnięte. Słyszymy szmery za drzewami. Krzycząc, biegniemy do drzwi jak opętani.
- Aaa coś mnie złapało! - krzyczy ze strachu Jasmine.
Łapiemy ją za ręce i ciągniemy do siebie. Kiedy się udaję, wybiegamy z pokoju.
- O matko! Nigdy więcej. - westchnęła Mia.
- Od teraz Lu nie wybiera żadnych drzwi. - zaprotestował Tom.
Wszyscy chórem się zgadzamy.
- Zniknęła wam opuchlizna. - zauważyła z radością Olivia.
- I kolor. - dodała Lu.
- To musi być jakaś iluzja. - pomyślała Zoe.
- Teraz ja wybieram! - krzyknęła z szerokim uśmiechem Katy.
Kieruję się na wprost pudrowych drzwi i otwiera je gwałtownie.
- Tu nic nie ma. - odwróciła się do nas.
- Katy. - Mii zaczęły drżeć usta. - Nie odwracaj się za siebie.
Jednak nie posłuchała i odwróciła się, a głośny ryk lwa sprawił, że zamknęła mocno przed nim drzwi i szybko przytuliła się do Mii.
- Te drzwi też odpadają.
- Teraz moja kolei. - powiedział Aaron, idąc do złotych drzwi.
Otworzył je i spojrzał.
- Znowu ciemno. - powiedział i zrobił krok do przodu. - Aaa...
Podświetlając latarką z komórki pokój, widzimy Aarona, który leży na podłodze i krzyczy. Z tyłu słyszę chichot Toma i Luke'a.
- Co tu jest? - powiedział z przerażeniem, podnosząc się.
Tom podszedł bliżej i stanął obok niego.
- Podłoga. - odparł z uśmieszkiem.
- No jak? Przecież spadałem.
- To tylko iluzja. - klepnęła go ręką w brzuch Lu. - Nie spadałeś tylko leżałeś na podłodze, a efekty zrobiły swoje.
- Te drzwi wyglądają normalnie. - odezwała się za naszymi plecami Tina, pokazując nam stare drzwi.
Chwyta za klamkę i ciągnie ją w dół. Idziemy do góry, ostrożnie mijając setki przeszkód, krawędzi czy łamiących się pod nami schodków. Światła raz długo się świecą, a raz na krótki moment gasną. Ciągle coś spada nam na głowy, albo chodzi pod nogami.
- Boisz się? - szepnął do mnie Luke.
- Trochę.
- Możesz mnie złapać za rękę, jeśli chcesz. - przysuwa się bardzo blisko, znów dotykając palcami moich opuszków, co sprawia, że mam w brzuchu motylki.
Pomału wyciągam do niego swoją dłoń, gdy nagle Aaron chwycił Luke'a, by pokazać mu jedno miejsce.
- Specjalnie to zrobił. - podchodzi do mnie Olivia i szepczę mi do ucha.
- Myślisz?
- To mój brat. - spojrzała na niego. - Nie przejmuj się nim. On zawsze taki był.
- Jaki?
- Zazdrosny - powiedziała bez wahania.
- Zazdrosny? - pomyślałam. - O mnie?
- Widać, że od samego początku mu się podobasz. - powiedziała jeszcze ciszej niż wcześniej. - Lepiej nic nie mów Katy. Jest zbyt delikatna. Mogłaby tego nie wytrzymać.
- Czego mogłabym nie wytrzymać? - pyta radośnie Katy.
- Znaleźliśmy wyjście! - krzyknął z góry Luke.
- Jesteśmy na miejscu. - powiedziała pełna radości Lu.
- No nareszcie! - westchnął Tom, kładąc się na ziemi.
- Ja, Jasmine i Luke pójdziemy kupić bilety, a wy idźcie po napoje. - wskazuje palcem wskazującymi Lu w stronę sklepu i kasy biletowej.
- Tylko kupcie zimne! - krzyknęła Jasmine z oddali.
Sklep jest dwa metry od nas. Wchodzimy do namiotu i wybieramy z lodówki tanie i dobre napoje.
- Weźmy cole w puszkach, co? - zaproponował Tom.
- Okey. - odpowiadam, przytakując głową.
Każde z nas bierze po dwie, zimne puszki do rąk i kierujemy się prosto do kasy. Kupując napoje, dostrzegam kątem oka, że ktoś się nam przygląda. Tom oczywiście musiał jeszcze pójść po batoniki czekoladowe, więc czekamy na niego, opierając się o blat w stronę sprzedawcy.
- Tina? - odezwałam się zaniepokojona.
- Tak?
- Widzisz tego chłopaka? - wskazuje jej palcem chłopaka tak, by nie zauważył.
- Tak, widzę. - rozgląda się wokoło, udając że czegoś szuka.
- Ciągle się na nas patrzy.
- Już jestem! - przerwał zmachany Tom.
Kupiliśmy produkty i wychodzimy ze sklepu, idąc do pozostałych.
- To wasze bilety. - rozdaje po kolei Lu.
Koncert jest na otwartej przestrzeni, więc możemy podziwiać granatowe niebo, pełne blasku gwiazd. Jedną spadającą gwiazdę już widziałam, gdy wysiadaliśmy, więc może będzie okazja zobaczyć więcej.
Czuję wibracje w torebce. Wyciągam komórkę i przykładam do ucha.
- Jesteście już? - spytała Katy.
- Co? - krzyknęłam, zatykając sobie jedno ucho palcem.
- Pytam, czy już jesteście na koncercie?
- Tak, a wy?
- Tak, gdzie stoicie?
- Widzisz dmuchanego ludzika, a obok niego stoisko z piwem?
- Tak.
- To tutaj jesteśmy. Chodźcie do nas! - krzyknęłam, wyszukując Katy.
- Okey. Chyba cię widzę. - dodała, rozłączając się.
Czekam, aż do nas dołączą. Muszę ich wszystkich sobie przedstawić.
- Ines! - krzyknęła Katy, biegnąc do mnie.
- Katy! - przytuliłam ją bardzo mocno.
- Tak dawno się nie widziałyśmy!
Po chwili zza jej pleców rzuciły się na mnie Mia, Zoe i Olivia. Piszczałyśmy i skakałyśmy przez może dwie minuty, ciesząc się spotkaniem. Ludzie patrzą na nas jak na wariatki. Gdy trochę ochłonęłyśmy, przedstawiam ich wszystkich sobie.
- Jeszcze jest jedna osoba, którą musicie poznać. - uśmiechnęła się Katy.
- Tutaj jest twój sok. - powiedział nieznajomy, podając Katy plastikowy kubek.
- To jest Aaron. Mój chłopak.
Stoję nieruchomo, patrząc na niego i słysząc wokoło powitanie chłopaka przez wszystkich.
- Czy to nie... - urwała Tina, patrząc na niego i podchodząc bliżej mnie.
- Chyba tak.
To ten sam chłopak, który patrzył na nas w sklepie. Ma dziewiętnaście lat, czarne, zgolone po bokach włosy i lekko podniesione do góry. Jego piwne oczy, przykuwają moją uwagę. Biały, okrągły kolczyk w lewym uchu. Ubrany jest na sportowo w szare spodnie dresowe, buty nike i najzwyklejszą czarną bluzę. Jest starszy, przystojny i wysoki. Trenuję koszykówkę i hokej. Mimo że jest idealny, to mu nie ufam. Wydaję się być bardzo podejrzany.
- Chodźcie, zaraz będą zaczynać! - machnęła ręką Lu.
Próbując przepchać się przez tłum, niemal mnie nie staranowali. Bycie niskim, to ciężkie życie. Docieramy do połowy i nie mam zamiaru przeciskać się jeszcze dalej. Są telebimy, więc uda się cokolwiek zobaczyć. Z prawej strony stoi Luke'a , a z lewej Katy z Aaronem. Reszta stoi gdzieś w tyle, próbując się przedostać.
Koncert jest niesamowity. Coldplay, to mój ulubiony zespół, zawsze chciałam zobaczyć ich na żywo. Wszyscy śpiewają, tańczą, krzyczą, machają. To jest coś. Mimo świetnej zabawy, ciągle czuję wzrok Aarona na moim ciele. To bardzo niezręczne. Luke chyba zauważył co się dzieje, bo za każdym razem, kiedy Aaron na mnie spogląda, to mówi coś do mnie, by odciągnąć od niego moją uwagę.
Na koniec koncertu wybuchają konfetti, a wraz z nimi fajerwerki. Wszyscy patrzymy w górę, kiedy nagle poczułam ciepłe palce Luke'a na moich opuszkach. Nie trwało to długo.
- I jak się bawicie? - przerywa nam Aaron, obejmując nasze ramiona i stojąc między nami.
- Fajnie. - odpowiadam niechętne.
- Super. - odwrócił głowę Luke z miną mordercy.
- Widzę resztę! - krzyczy Katy.
Podchodzimy do nich i jedno po drugim opisujemy nasze relacje z koncertu.
Idziemy się przejść. Jasmine proponuje, abyśmy poszli do wesołego miasteczka. Wszyscy jednogłośnie zgadzamy się na ten pomysł.
Obok mnie idzie Luke i Aaron z Katy, za nami Olivia, Zoe, Jasmine i Tom, a przed nami roześmiane wniebogłosy Tina, Mia i Lu. Ciesze się, że wszyscy tak dobrze się dogadują.
Droga była trochę długa, a Jasmine miała dość chodzenia, więc kawałek podjechaliśmy autobusem na gapę. Przeszliśmy parę kroków i docieramy wreszcie do celu. Duże wejście zamknięte bramkami kasowymi, a za nimi pełne przygód maszyny i budowle.
Kupujemy bilety i wchodzimy przez bramki. Każde z nas dostało po dwadzieścia pięć małych bilecików, których mogliśmy użyć po razie na każdą rzecz. Rozdzielamy się. Jasmine idzie z Zoe i Olivią na koło śmierci. Luke razem z Tiną, Tomem i Mią kierują się do kina 4D na "Tajemnicze zagadki górnika". Dość zabawnie to brzmi. Katy i Aaron pomyśleli o czymś bardziej romantycznym, jak łabędzie łódki, a ja w raz z Lu mamy zamiar wybrać się na wyzwania.
Na początek gry zespołowe. Piłkarzyki zawsze były moją mocną stroną. Wygrałam z Lu 4:1, ale muszę przyznać, że bałam się przegranej już na samym początku, kiedy pierwsza wbiła mi gola. Rozglądamy się co jeszcze nas może zaciekawić i znajdujemy się na matach tanecznych. Na ekranach pokazują się strzałki, które każą nam stanąć w odpowiednim miejscu. Tańczymy do piosenki Eda Sheeran'a - Don't, ale zdolności taneczne Lu, pozwoliły jej na wygraną. Następnie wybrałyśmy maszyny, gdzie piłeczką tenisową musiałyśmy zrzucić wszystkie plastikowe kubki z półki, a później przeniosłyśmy się na zbijaniu postaci ze "Scooby doo'', które pojawiały się i znikały. Zostało nam jeszcze kilka bilecików, które chciałyśmy odłożyć na na czarną godzinę.
- Idziecie tu? - pyta Luke patrząc na dom strachów.
- Tak, a wy? - odpowiada pytaniem Lu.
- Tak.
- My też idziemy. - krzyczy Katy, idąc z Aaronem w naszą stronę.
- I my! - dodała z oddali Olivia.
- Czyli wszyscy. To fajnie, chodźcie! - maszeruję jako pierwsza Luiza.
Idziemy jedno za drugim po drewnianych kłodach, przez wodę pełną piranii na baterie, które skaczą z każdym naszym ruchem. Wkładamy bileciki do maszyny, która w mgnieniu oka je wszystkie pochłania. Po chwili otwierają się przed nami skrzypiące drzwi. Wchodzimy trzymając się blisko siebie. Drzwi zatrzaskują się za naszymi plecami hukiem, co bardzo przeraziło Katy.
Kierujemy się prosto idąc za strzałkami. Mijamy sterty pajęczyn i maszynowych pająków pełzających po ścianach. Nietoperze ujawniają nam swoją obecność.
Idziemy schodami w górę, które mechanicznie po paru naszych krokach w niewidocznych dla nas miejscach łamią się. Po raz pierwszy wiem jak to jest doznać zaburzenia arytmii serca.
Przed nami do wyboru kilka drzwi w różnych kolorach i o różnych symbolach.
Na pudrowych drzwiach zwisają lśniące lizaki, a obok czarnych postawiono trumnę. Przy złotych widnieją hieroglify egipskie. Prócz nich jest jeszcze siedem innych wejść. Nie wiemy, które wybrać, więc kierujemy się za instynktem Luizy.
- Jesteście pewni, że Lu powinna wybierać? - szepnął po cichu Tom.
Wszyscy patrzymy na zaciekawioną drzwiami koleżankę i kręcimy jednocześnie głową.
Luiza wybrała czerwone drzwi przy których wiszą truskawki. Wyglądały bajecznie, ale co się za nimi kryje?
Chwyciła za klamkę, powoli otwierając drzwi. Wchodzimy gęsiego nie zastanawiając się co nas tam może czekać. Na razie jest dobrze, niczego się nie spodziewamy. Może to taka nazwa, po prostu ''Dom strachu'', żeby zachęcić ludzi.
Idziemy po cukierkowym lesie. Nie wiem czy mam zwymiotować, czy jak mała dziewczynka cieszyć się na widok słodyczy.
Na drzewach maszynowe wiewiórki, ptaki lecące nad nami, krzaki z leśnymi jagodami. Lu i tom postanowili ich spróbować. Z początku myślałam, że są plastikowe. Nagle niebo z błękitnego stało się czarne, pełne zgrozy. Reflektory wskazywały drzewa migając na jakiś znak. Cofamy się ze strachu po drewnianym pomoście, w kierunku wyjścia. Ręce Toma i Lu stały się fioletowe i opuchnięte. Słyszymy szmery za drzewami. Krzycząc, biegniemy do drzwi jak opętani.
- Aaa coś mnie złapało! - krzyczy ze strachu Jasmine.
Łapiemy ją za ręce i ciągniemy do siebie. Kiedy się udaję, wybiegamy z pokoju.
- O matko! Nigdy więcej. - westchnęła Mia.
- Od teraz Lu nie wybiera żadnych drzwi. - zaprotestował Tom.
Wszyscy chórem się zgadzamy.
- Zniknęła wam opuchlizna. - zauważyła z radością Olivia.
- I kolor. - dodała Lu.
- To musi być jakaś iluzja. - pomyślała Zoe.
- Teraz ja wybieram! - krzyknęła z szerokim uśmiechem Katy.
Kieruję się na wprost pudrowych drzwi i otwiera je gwałtownie.
- Tu nic nie ma. - odwróciła się do nas.
- Katy. - Mii zaczęły drżeć usta. - Nie odwracaj się za siebie.
Jednak nie posłuchała i odwróciła się, a głośny ryk lwa sprawił, że zamknęła mocno przed nim drzwi i szybko przytuliła się do Mii.
- Te drzwi też odpadają.
- Teraz moja kolei. - powiedział Aaron, idąc do złotych drzwi.
Otworzył je i spojrzał.
- Znowu ciemno. - powiedział i zrobił krok do przodu. - Aaa...
Podświetlając latarką z komórki pokój, widzimy Aarona, który leży na podłodze i krzyczy. Z tyłu słyszę chichot Toma i Luke'a.
- Co tu jest? - powiedział z przerażeniem, podnosząc się.
Tom podszedł bliżej i stanął obok niego.
- Podłoga. - odparł z uśmieszkiem.
- No jak? Przecież spadałem.
- To tylko iluzja. - klepnęła go ręką w brzuch Lu. - Nie spadałeś tylko leżałeś na podłodze, a efekty zrobiły swoje.
- Te drzwi wyglądają normalnie. - odezwała się za naszymi plecami Tina, pokazując nam stare drzwi.
Chwyta za klamkę i ciągnie ją w dół. Idziemy do góry, ostrożnie mijając setki przeszkód, krawędzi czy łamiących się pod nami schodków. Światła raz długo się świecą, a raz na krótki moment gasną. Ciągle coś spada nam na głowy, albo chodzi pod nogami.
- Boisz się? - szepnął do mnie Luke.
- Trochę.
- Możesz mnie złapać za rękę, jeśli chcesz. - przysuwa się bardzo blisko, znów dotykając palcami moich opuszków, co sprawia, że mam w brzuchu motylki.
Pomału wyciągam do niego swoją dłoń, gdy nagle Aaron chwycił Luke'a, by pokazać mu jedno miejsce.
- Specjalnie to zrobił. - podchodzi do mnie Olivia i szepczę mi do ucha.
- Myślisz?
- To mój brat. - spojrzała na niego. - Nie przejmuj się nim. On zawsze taki był.
- Jaki?
- Zazdrosny - powiedziała bez wahania.
- Zazdrosny? - pomyślałam. - O mnie?
- Widać, że od samego początku mu się podobasz. - powiedziała jeszcze ciszej niż wcześniej. - Lepiej nic nie mów Katy. Jest zbyt delikatna. Mogłaby tego nie wytrzymać.
- Czego mogłabym nie wytrzymać? - pyta radośnie Katy.
- Znaleźliśmy wyjście! - krzyknął z góry Luke.
piątek, 3 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ VI
Minął już tydzień, a ja nadal tkwię zamknięta w czterech ścianach. Głośna muzyka i czasopisma modowe wcale mnie nie pocieszają. Czuje się jak w izolatce.
Aktualnie zajmuję się malowaniem paznokci. W mieście to normalne się malować, ale na wsi to jest raczej zbędne.
- Mogę wejść? - zapukał do drzwi tato.
- Jak chcesz. - odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
- Nadal jesteś na mnie obrażona?
- Nie. - skłamałam.
- Wiem, że masz prawo być na mnie zła, ale musisz mnie zrozumieć. Nie bez powodu dałem ci szlaban. - siada obok mnie.
- Rozumiem.
- Ines, spójrz na mnie.
Patrzę na tatę nie wypowiadając ani słowa.
- Obiecałem sobie i twojej mamie, że zaopiekuje się tobą jak najlepiej. Karanie dzieci to nie jest przyjemność dla rodziców, ale robimy to po to, abyście przemyśleli swoje błędy.
- Tak, wiem tato. - odwracam głowę i kończę malowanie.
- Rozumiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać. - wstaję z krzesła i kieruję się w stronę wyjścia. - Już nie masz szlabanu.
Kiedy tato wyszedł, oparłam się o krzesło i zrobiłam głęboki wydech. Wiem, że tato chce dla mnie dobrze. Może ja za bardzo dramatyzuję.
- Ines, obiad! - krzyczy ciocia.
Schodzę na dół do kuchni i siadam na krześle obok taty.
- Chcesz dzisiaj potrenować? - pyta połykając zupę.
- Dzisiaj nie. Umówiłam się już z koleżanką.
Przytaknął głową i spuścił ją, by podmuchać zupę na łyżce.
Gdy zjadłam obiad, poszłam do pokoju się przebrać, wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam na dwór kierując się do domu Luizy. Stojąc pod jej drzwiami, zapukałam.
- Wejdź! - krzyknęła zmęczonym głosem.
- Co ty robisz? - zaśmiałam się widząc Lu.
- Jogga. Nie słyszałaś nigdy o tym?
- Słyszałam, ale nie wiedziałam, że można zrobić tak z nogą.
- Skończył Ci się szlaban? - spytała próbując się "rozplątać".
- Tak, wreszcie. - usiadłam na kanapie. - Idziemy dziś, tak?
- Tak, ale wieczorem.
- Okey. - spuszczam głowę w dół.
- Co jest?
- Nic. Zastanawiam się, z którym koniem dzisiaj pójdę. - pomyślałam. - Jak zniknie Beth, to tato będzie wiedział, że go wzięłam, ale to jest mały koń, który nie jest najlepszym biegaczem.
- To weź Pioruna. - zaproponowała.
- No niby tak, ale... - przerywam nie dokańczając zdania.
- Ale twój tato nigdy nie zagląda do zagrody, prawda? - spojrzała na podłogę, a później na mnie. - Więc... jeśli nigdy nie zagląda do zagrody, to możesz go bez problemu wziąć.
- No tak. - ugryzłam wargę z nerwów.
- Przecież, to jest najszybszy koń jakiego widziałam, a twój tato i tak na niego nie zwraca uwagi.
- Może masz rację. - spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się, przytulając się do niej.
Siedzimy u niej jeszcze dość długą chwilę, oglądając seriale w telewizji, rozmawiając i śmiejąc się. Luke napisał mi SMS-a, że za dwie godziny mamy spotkać się w jego stadninie. Lu wiedziała, gdzie się znajduje.
Wróciłam do domu. Tato jest w pracy, dzisiaj ma nocną zmianę. Uff. Tato mimo, że miał ukończoną szkołę średnią gastronomiczną, to ukończył też wyższą szkołę policyjną. Jednak nie chciał zostać policjantem. Chciał otworzyć swoją restaurację i udało mu się to. Teraz kiedy musieliśmy ją sprzedać, tato dostał pracę jako mechanik. Trochę wtopa, ale na początek dobre i to.
Idę zobaczyć czy nie ma przypadkiem cioci w salonie. Przypięła mi na lodówce kartkę, że poszła do sąsiadki i nie wie kiedy wróci. Bogu dzięki!
Sąsiadka, do której poszła ciocia mieszka z prawej strony, a zagroda jest z lewej. Nikt mnie nie zobaczy. Chwytam za klamkę, pociągam i wychodzę, zamykając za sobą drzwi. Podbiegam do zagrody, otwieram ją i szybko dosiadam Pioruna, który nie stawia oporu. W mgnieniu oka znajdujemy się u Lu.
- Gotowa? - spytałam z pełną energią.
- Już tak.
Jedziemy tak jak ostatnio. Tyle, że nie wjeżdżałyśmy do lasu, a okrążyłyśmy go. Raz, dwa znajdujemy się w stadninie, gdzie czeka na nas Luke. Za nim odbywają się treningi jeździeckie. Ludzie w wieku 12-20 lat galopują na koniach - pewnie kursancie, a obok nich w takich samych, odblaskowych strojach - zapewne trenerzy.
- Cześć dziewczyny. - uśmiechnął się. - To zaczynamy?
- Pewnie! - odparła z zadowoleniem Lu.
- Daj chwilę. Dopiero przyjechałyśmy. - śmieję się i schodzę z Pioruna, bo tyłek boli mnie szalenie.
Luke idzie gdzieś, zostawiając nas same, a po chwili wraca z ciuchami podobnymi do tych, które ma na sobie.
- To strój dla śmieciarzy?
- Nie. To nasze stroje. - uśmiecha się szeroko. - Ubierz, bo za ładne masz ciuchy, by je wybrudzić.
- Heh. - prycham i idę z Lu się przebrać.
Luke na razie oprowadza nas po terenie. Pokazuję, gdzie będziemy jeździć przez pewien czas, a gdy już będę w prawie, pójdziemy w teren. Chwilę później kazał nam wskoczyć na konie i pokazywał łatwe do wykonania ćwiczenia. Przez pierwsze chwile było fajnie, nie licząc tego ile razy upadłam, ale nie z winy Pioruna tylko z mojej. On jest na prawdę świetnym koniem, mimo wieku to kondycję ma niesamowitą.
- Gotowa na fory?
- Nazywaj mnie swoim mistrzem chłopczyku. - odsuwam go z drogi i ponownie dosiadam Pioruna.
Ustawiamy się na narysowanej krzywo linii. Lu przygotowuje nas do startu i spuszcza rękę, na znak byśmy ruszyli. Na razie jedziemy na równi i spoglądamy na siebie z uśmiechami, później wracamy do normalnej miny i skupiamy się na torze. Mamy do objechania duże pole, niekiedy nie równe. Nie wiem czy Piorun da sobie radę, mam lekkie wątpliwości, ale skrywam je tak głęboko, by nie były moją przewodnią. Skręcamy w prawo i robimy dużo kółko. Piorunowi nieco zjechała tylna noga, co sprawiło, że zachwialiśmy się oboje, ale wrócił do pionu i próbujemy nadrobić straty. Następnie robimy znów duże kółko i kolejne, aż jesteśmy pierwsi. To dzięki temu wślizgowi Pioruna, tuż przy mecie.
- Jest niesamowity! - Odzywa się ze zdyszanym głosem Luke.
- Wiem. - głaszczę Pioruna po grzywie i zrywam jabłko z drzewa, dając koniu do pyska.
- Ty też.
Spoglądam na niego i rumienie się. Za każdym razem, kiedy się odzywa mam ochotę założyć maskę i przeczekać, aż emocje opadną.
- I jak wam się dzisiaj podobało?
- Dla mnie super. - odpowiedział Lu, unosząc rękę do góry.
- A mnie boli tyłek.
- Haha. To kiedy znowu chcecie się spotkać?
- Może pojutrze? - zaproponowała Lu. - Jutro moglibyśmy z Tiną, Tomem i Jasmine pojechać do miasta na koncert.
- To nie jest zły pomysł. - odparł Luke, wzruszając ramionami.
- Dla mnie świetnie. Może przyjadą moje przyjaciółki.
Luke odprowadził nas kawałek i wracamy do domów całe spocone.
Zamykam Pioruna w zagrodzie, wchodzę do domu, robiąc sobie kanapki i wpełzam do salonu oglądnąć jakiś film. Ciocia wraca chwile po mnie.
- Jak ci minął dzień?
- Dobrze, a tobie? - mówię z buzią pełną jedzenia.
- A też dobrze. - uśmiecha się i wchodzi do kuchni. - Jakieś plany na jutro?
- No właśnie miałam się Ciebie zapytać. - chrząkam do zaciśniętej pięści. - Mogę jutro jechać na koncert ze znajomymi?
- Jeśli chcesz, to czemu nie. - spojrzała na mnie, a z jej wzroku wysuwa jedno pytanie, o które mnie zaraz zapyta. - A pytałaś już taty?
No właśnie o to pytanie mi chodziło.
- Jeszcze nie. - bawiłam się palcami. - Może ty byś mogła zapytać. Hmm?
- Dobrze, zapytam. - odpowiada bez zastanowienia i puszcza mi perskie oko.
Uśmiecham się i rzucam na oparcie kanapy. Kilka minut później, razem z ciocią oglądamy filmy do późna. Taka noc filmowa.
Jeszcze chwilę przed zaśnięciem, byłam świadoma, która jest godzina, dopiero później naszła mnie senność.
Słońce przedzierające się przez zasłony, razi mnie w oczy. Koguta nie słychać, dlatego jestem przy zdaniu, że właściciel wreszcie się zlitował i zrobił z niego obiad.
- Nie wiem czy to dobry pomysł. - odparł tato.
Przecieram oczy dłońmi i przez ramię kanapy, spoglądam na kuchnię, gdzie tato i ciocia przeprowadzają dialog.
- Jest już duża, a do miasta nie jest, aż tak daleko.
Pewnie rozmawiają o dzisiejszym koncercie.
- Martwię się, że zrobi jakieś głupstwo, jak to nastolatkowie w jej wieku. Nie sądzę, by była inna od reszty.
- Jesteś jej ojcem. Masz prawo się o nią martwić, ale nie jedzie tam sama. Więcej zaufania. Jest w wieku, w którym dzieci jak one przechodzą różne bunty, potrzebują adrenaliny, potrzebują się zabawić, ale to zawsze będzie twoja córeczka, dla której będziesz ważny. - tłumaczy ciocia.
To jest wzruszające, aż mam ochotę uronić łzę. I prawdziwe, bo mimo wszystko, potrzebuję taty i tego jego mądrości rodzicielskich.
- No może masz rację. - przesunął głośno krzesło, zbliżając się do salonu. - Wstałaś już?
- Tak. - uśmiecham się szeroko. - O czym rozmawialiście?
- O koncercie. Chcesz jechać, tak?
- Tak.
- Jeśli mi obiecasz, że nie zrobisz żadnych głupot, to pozwolę Ci jechać. - uśmiechnął się lekko, ale prawdziwie.
- Obiecuje. - rzucam mu się na szyję, dając ciepłego całusa w policzek. - Kocham cię.
- Ja ciebie też. - przytulił mnie mocno.
Szybko podrywam się z kanapy, wbiegam do kuchni, by przytulić ciocię i szybko wchodzę do pokoju. Szukam telefonu i kiedy go znajduję pod łóżkiem, już nie wstając z podłogi, wybieram numer do Katy, by powiedzieć jej o koncercie. Też się na niego wybiera z dziewczynami.
Pół dnia przesiedziałam w piżamie, latając z pokoju do łazienki i z łazienki do kuchni. Byłam strasznie szczęśliwa. O 18:00 mamy się spotkać pod moim domem, bo ode mnie było najbliżej do przystanku. Aktualnie jest 16:48 i w tym czasie już się umyłam, uczesałam, umyłam zęby zrobiłam sobie lekki, jasny makijaż i założyłam dodatki. Białe kolczyki perełki pasowały mi do makijażu, srebrny wisiorek z sercem pasował do srebrnej bransoletki. Włosy postanowiłam zostawić rozpuszczone, ale lekko je podkręciłam. Ubrałam na siebie biały, cienki sweterek jeansowe krótkie spodenki z wysokim stanem i białe conversy. Z przodu wsadziłam kawałek sweterka do spodenek i teraz tuż przed wyjściem robię jeszcze kilka poprawek. Zabieram torebkę z krzesła i schodzę na dół, żegnając się z ciocią, bo tato jest już w pracy.
Stoję na werandzie i widzę wszystkich czekających na mnie.
- Idziemy? - pytam pokazując kciukiem kierunek przystanku.
- Tak. - odpowiadają jedno po drugim.
- Ładnie wyglądasz. - szepnął do mnie Luke, idąc obok. Zbyt blisko, żeby nie czuć jego obecności.
- Dziękuje. - zagryzam dolną wargę, zmywając z niej trochę jasno-brązowej szminki.
Stoimy na przystanku. Autobus nieco się spóźnia, co bardzo nas irytuję.
- Dobra, jedzie! - krzyczy Lu.
Od razu, gdy siadam na fotelu niestety obok Luke - co bardzo mnie krępuje, bo ciągle na mnie patrzy - dzwonię do Katy, którą informuję o naszej lokalizacji i mniej więcej mówię o której będziemy na miejscu.
Aktualnie zajmuję się malowaniem paznokci. W mieście to normalne się malować, ale na wsi to jest raczej zbędne.
- Mogę wejść? - zapukał do drzwi tato.
- Jak chcesz. - odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
- Nadal jesteś na mnie obrażona?
- Nie. - skłamałam.
- Wiem, że masz prawo być na mnie zła, ale musisz mnie zrozumieć. Nie bez powodu dałem ci szlaban. - siada obok mnie.
- Rozumiem.
- Ines, spójrz na mnie.
Patrzę na tatę nie wypowiadając ani słowa.
- Obiecałem sobie i twojej mamie, że zaopiekuje się tobą jak najlepiej. Karanie dzieci to nie jest przyjemność dla rodziców, ale robimy to po to, abyście przemyśleli swoje błędy.
- Tak, wiem tato. - odwracam głowę i kończę malowanie.
- Rozumiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać. - wstaję z krzesła i kieruję się w stronę wyjścia. - Już nie masz szlabanu.
Kiedy tato wyszedł, oparłam się o krzesło i zrobiłam głęboki wydech. Wiem, że tato chce dla mnie dobrze. Może ja za bardzo dramatyzuję.
- Ines, obiad! - krzyczy ciocia.
Schodzę na dół do kuchni i siadam na krześle obok taty.
- Chcesz dzisiaj potrenować? - pyta połykając zupę.
- Dzisiaj nie. Umówiłam się już z koleżanką.
Przytaknął głową i spuścił ją, by podmuchać zupę na łyżce.
Gdy zjadłam obiad, poszłam do pokoju się przebrać, wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam na dwór kierując się do domu Luizy. Stojąc pod jej drzwiami, zapukałam.
- Wejdź! - krzyknęła zmęczonym głosem.
- Co ty robisz? - zaśmiałam się widząc Lu.
- Jogga. Nie słyszałaś nigdy o tym?
- Słyszałam, ale nie wiedziałam, że można zrobić tak z nogą.
- Skończył Ci się szlaban? - spytała próbując się "rozplątać".
- Tak, wreszcie. - usiadłam na kanapie. - Idziemy dziś, tak?
- Tak, ale wieczorem.
- Okey. - spuszczam głowę w dół.
- Co jest?
- Nic. Zastanawiam się, z którym koniem dzisiaj pójdę. - pomyślałam. - Jak zniknie Beth, to tato będzie wiedział, że go wzięłam, ale to jest mały koń, który nie jest najlepszym biegaczem.
- To weź Pioruna. - zaproponowała.
- No niby tak, ale... - przerywam nie dokańczając zdania.
- Ale twój tato nigdy nie zagląda do zagrody, prawda? - spojrzała na podłogę, a później na mnie. - Więc... jeśli nigdy nie zagląda do zagrody, to możesz go bez problemu wziąć.
- No tak. - ugryzłam wargę z nerwów.
- Przecież, to jest najszybszy koń jakiego widziałam, a twój tato i tak na niego nie zwraca uwagi.
- Może masz rację. - spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się, przytulając się do niej.
Siedzimy u niej jeszcze dość długą chwilę, oglądając seriale w telewizji, rozmawiając i śmiejąc się. Luke napisał mi SMS-a, że za dwie godziny mamy spotkać się w jego stadninie. Lu wiedziała, gdzie się znajduje.
Wróciłam do domu. Tato jest w pracy, dzisiaj ma nocną zmianę. Uff. Tato mimo, że miał ukończoną szkołę średnią gastronomiczną, to ukończył też wyższą szkołę policyjną. Jednak nie chciał zostać policjantem. Chciał otworzyć swoją restaurację i udało mu się to. Teraz kiedy musieliśmy ją sprzedać, tato dostał pracę jako mechanik. Trochę wtopa, ale na początek dobre i to.
Idę zobaczyć czy nie ma przypadkiem cioci w salonie. Przypięła mi na lodówce kartkę, że poszła do sąsiadki i nie wie kiedy wróci. Bogu dzięki!
Sąsiadka, do której poszła ciocia mieszka z prawej strony, a zagroda jest z lewej. Nikt mnie nie zobaczy. Chwytam za klamkę, pociągam i wychodzę, zamykając za sobą drzwi. Podbiegam do zagrody, otwieram ją i szybko dosiadam Pioruna, który nie stawia oporu. W mgnieniu oka znajdujemy się u Lu.
- Gotowa? - spytałam z pełną energią.
- Już tak.
Jedziemy tak jak ostatnio. Tyle, że nie wjeżdżałyśmy do lasu, a okrążyłyśmy go. Raz, dwa znajdujemy się w stadninie, gdzie czeka na nas Luke. Za nim odbywają się treningi jeździeckie. Ludzie w wieku 12-20 lat galopują na koniach - pewnie kursancie, a obok nich w takich samych, odblaskowych strojach - zapewne trenerzy.
- Cześć dziewczyny. - uśmiechnął się. - To zaczynamy?
- Pewnie! - odparła z zadowoleniem Lu.
- Daj chwilę. Dopiero przyjechałyśmy. - śmieję się i schodzę z Pioruna, bo tyłek boli mnie szalenie.
Luke idzie gdzieś, zostawiając nas same, a po chwili wraca z ciuchami podobnymi do tych, które ma na sobie.
- To strój dla śmieciarzy?
- Nie. To nasze stroje. - uśmiecha się szeroko. - Ubierz, bo za ładne masz ciuchy, by je wybrudzić.
- Heh. - prycham i idę z Lu się przebrać.
Luke na razie oprowadza nas po terenie. Pokazuję, gdzie będziemy jeździć przez pewien czas, a gdy już będę w prawie, pójdziemy w teren. Chwilę później kazał nam wskoczyć na konie i pokazywał łatwe do wykonania ćwiczenia. Przez pierwsze chwile było fajnie, nie licząc tego ile razy upadłam, ale nie z winy Pioruna tylko z mojej. On jest na prawdę świetnym koniem, mimo wieku to kondycję ma niesamowitą.
- Gotowa na fory?
- Nazywaj mnie swoim mistrzem chłopczyku. - odsuwam go z drogi i ponownie dosiadam Pioruna.
Ustawiamy się na narysowanej krzywo linii. Lu przygotowuje nas do startu i spuszcza rękę, na znak byśmy ruszyli. Na razie jedziemy na równi i spoglądamy na siebie z uśmiechami, później wracamy do normalnej miny i skupiamy się na torze. Mamy do objechania duże pole, niekiedy nie równe. Nie wiem czy Piorun da sobie radę, mam lekkie wątpliwości, ale skrywam je tak głęboko, by nie były moją przewodnią. Skręcamy w prawo i robimy dużo kółko. Piorunowi nieco zjechała tylna noga, co sprawiło, że zachwialiśmy się oboje, ale wrócił do pionu i próbujemy nadrobić straty. Następnie robimy znów duże kółko i kolejne, aż jesteśmy pierwsi. To dzięki temu wślizgowi Pioruna, tuż przy mecie.
- Jest niesamowity! - Odzywa się ze zdyszanym głosem Luke.
- Wiem. - głaszczę Pioruna po grzywie i zrywam jabłko z drzewa, dając koniu do pyska.
- Ty też.
Spoglądam na niego i rumienie się. Za każdym razem, kiedy się odzywa mam ochotę założyć maskę i przeczekać, aż emocje opadną.
- I jak wam się dzisiaj podobało?
- Dla mnie super. - odpowiedział Lu, unosząc rękę do góry.
- A mnie boli tyłek.
- Haha. To kiedy znowu chcecie się spotkać?
- Może pojutrze? - zaproponowała Lu. - Jutro moglibyśmy z Tiną, Tomem i Jasmine pojechać do miasta na koncert.
- To nie jest zły pomysł. - odparł Luke, wzruszając ramionami.
- Dla mnie świetnie. Może przyjadą moje przyjaciółki.
Luke odprowadził nas kawałek i wracamy do domów całe spocone.
Zamykam Pioruna w zagrodzie, wchodzę do domu, robiąc sobie kanapki i wpełzam do salonu oglądnąć jakiś film. Ciocia wraca chwile po mnie.
- Jak ci minął dzień?
- Dobrze, a tobie? - mówię z buzią pełną jedzenia.
- A też dobrze. - uśmiecha się i wchodzi do kuchni. - Jakieś plany na jutro?
- No właśnie miałam się Ciebie zapytać. - chrząkam do zaciśniętej pięści. - Mogę jutro jechać na koncert ze znajomymi?
- Jeśli chcesz, to czemu nie. - spojrzała na mnie, a z jej wzroku wysuwa jedno pytanie, o które mnie zaraz zapyta. - A pytałaś już taty?
No właśnie o to pytanie mi chodziło.
- Jeszcze nie. - bawiłam się palcami. - Może ty byś mogła zapytać. Hmm?
- Dobrze, zapytam. - odpowiada bez zastanowienia i puszcza mi perskie oko.
Uśmiecham się i rzucam na oparcie kanapy. Kilka minut później, razem z ciocią oglądamy filmy do późna. Taka noc filmowa.
Jeszcze chwilę przed zaśnięciem, byłam świadoma, która jest godzina, dopiero później naszła mnie senność.
Słońce przedzierające się przez zasłony, razi mnie w oczy. Koguta nie słychać, dlatego jestem przy zdaniu, że właściciel wreszcie się zlitował i zrobił z niego obiad.
- Nie wiem czy to dobry pomysł. - odparł tato.
Przecieram oczy dłońmi i przez ramię kanapy, spoglądam na kuchnię, gdzie tato i ciocia przeprowadzają dialog.
- Jest już duża, a do miasta nie jest, aż tak daleko.
Pewnie rozmawiają o dzisiejszym koncercie.
- Martwię się, że zrobi jakieś głupstwo, jak to nastolatkowie w jej wieku. Nie sądzę, by była inna od reszty.
- Jesteś jej ojcem. Masz prawo się o nią martwić, ale nie jedzie tam sama. Więcej zaufania. Jest w wieku, w którym dzieci jak one przechodzą różne bunty, potrzebują adrenaliny, potrzebują się zabawić, ale to zawsze będzie twoja córeczka, dla której będziesz ważny. - tłumaczy ciocia.
To jest wzruszające, aż mam ochotę uronić łzę. I prawdziwe, bo mimo wszystko, potrzebuję taty i tego jego mądrości rodzicielskich.
- No może masz rację. - przesunął głośno krzesło, zbliżając się do salonu. - Wstałaś już?
- Tak. - uśmiecham się szeroko. - O czym rozmawialiście?
- O koncercie. Chcesz jechać, tak?
- Tak.
- Jeśli mi obiecasz, że nie zrobisz żadnych głupot, to pozwolę Ci jechać. - uśmiechnął się lekko, ale prawdziwie.
- Obiecuje. - rzucam mu się na szyję, dając ciepłego całusa w policzek. - Kocham cię.
- Ja ciebie też. - przytulił mnie mocno.
Szybko podrywam się z kanapy, wbiegam do kuchni, by przytulić ciocię i szybko wchodzę do pokoju. Szukam telefonu i kiedy go znajduję pod łóżkiem, już nie wstając z podłogi, wybieram numer do Katy, by powiedzieć jej o koncercie. Też się na niego wybiera z dziewczynami.
Pół dnia przesiedziałam w piżamie, latając z pokoju do łazienki i z łazienki do kuchni. Byłam strasznie szczęśliwa. O 18:00 mamy się spotkać pod moim domem, bo ode mnie było najbliżej do przystanku. Aktualnie jest 16:48 i w tym czasie już się umyłam, uczesałam, umyłam zęby zrobiłam sobie lekki, jasny makijaż i założyłam dodatki. Białe kolczyki perełki pasowały mi do makijażu, srebrny wisiorek z sercem pasował do srebrnej bransoletki. Włosy postanowiłam zostawić rozpuszczone, ale lekko je podkręciłam. Ubrałam na siebie biały, cienki sweterek jeansowe krótkie spodenki z wysokim stanem i białe conversy. Z przodu wsadziłam kawałek sweterka do spodenek i teraz tuż przed wyjściem robię jeszcze kilka poprawek. Zabieram torebkę z krzesła i schodzę na dół, żegnając się z ciocią, bo tato jest już w pracy.
Stoję na werandzie i widzę wszystkich czekających na mnie.
- Idziemy? - pytam pokazując kciukiem kierunek przystanku.
- Tak. - odpowiadają jedno po drugim.
- Ładnie wyglądasz. - szepnął do mnie Luke, idąc obok. Zbyt blisko, żeby nie czuć jego obecności.
- Dziękuje. - zagryzam dolną wargę, zmywając z niej trochę jasno-brązowej szminki.
Stoimy na przystanku. Autobus nieco się spóźnia, co bardzo nas irytuję.
- Dobra, jedzie! - krzyczy Lu.
Od razu, gdy siadam na fotelu niestety obok Luke - co bardzo mnie krępuje, bo ciągle na mnie patrzy - dzwonię do Katy, którą informuję o naszej lokalizacji i mniej więcej mówię o której będziemy na miejscu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)