Wszyscy poszli zamówić sobie jakieś fast food'y. Mi nie bardo odpowiada takie jedzenie, więc po prostu zamówiłam shake'a i frytki. Siedzę na wprost mlaskającej Lu. Tom w pewnym momencie nie wytrzymał i powiedział, aby przestała to robić. Spojrzeliśmy wszyscy na siebie i tak zrobiła. Po pół godzinie wyszliśmy i wróciliśmy do samochodów. Mijaliśmy różne małe miasteczka. Ludzie przygotowują się do Halloween. Dzieciaki już biegają na dworze w przebraniach.
- Może my też dzisiaj postraszymy parę osób? - spytała Jasmine.
- To nie jest najgorszy pomysł. - powiedziała z przodu Katy.
- A stroje? - spytałam.
- Coś się wykombinuje.
Po dwóch godzinach dojechaliśmy nad jakieś odludzie. Szliśmy przez las, aż nad jezioro. Rzuciliśmy z pleców ciężkie bagaże i usiedliśmy na Ziemi.
- Czas się rozpakować. - oznajmiła Jasmine.
- Daj odpocząć. - powiedział Matthew przeciągając się.
Zoe i Lu pobiegły do jezioro wskakując do niego.
- Chodźcie! Super woda. - krzyczy Zoe, dając nura.
Śmialiśmy się, ale żadne z nas nie poszło. Kilkoro rzuciło się na trawę i odpoczywało. Ja byłam w grupie opierających się podziwiaczy chmur. Jakaś chmurka nade mną miała kształt małej świnki. A druga obok niej to wielki Pan morderca, który goni tą świnkę. Niczym w oka mgnieniu połączyły się w spójną plamę. Pa, pa świnko. Będziesz smaczną szyneczką.
Po piętnastu minutach obijania się, ruszyliśmy się wreszcie do pracy. Chłopaki poszli po drewno na ognisko. A my podzieliłyśmy się na dwie grupy. Jedna grupa rozkładała namioty, druga... W sumie to nie wiem co robiła druga.
Ja i Katy zajęłyśmy się jedną stroną namiotu. Wbijanie gwoździ to pestka, ale żeby ten namiot jeszcze stał... Z naszym szczęściem długo się nie utrzyma. Dziewczyny weszły do środka i skręcały rury. Podtrzymywałyśmy im materiał, żeby lepiej im się pracowało. Przyszli chłopcy, którzy od razu przygotowywali ognisko. Rozpalili ogień i razem z dziewczynami przynieśli pniaki, by można było sobie usiąść. Wyjęli jedzenie i zaczęli jeść.
- Fajnie, że na nas czekacie!
- Fajnie, że nam pomagacie!
- Nie ma za co! - krzyczą chórem, po czym się podnieśli i pomogli nam z namiotami.
Kilka minut później siedzimy razem nam ogniskiem. Nadziałam kilka pianek na kij i podpiekam je. Do pianek najlepsze jest kakao, ale nikt o tym nie pomyślał.
- To idziemy straszyć? - zaczęła Olivia.
- No tak, ale co z tymi przebraniami? - spytała Katy.
- Musimy się przebierać?
- No nie wiem. - wzruszyła ramionami Katy.
- Przebierzmy się za Gryzli. - Zoe zgięła palce u dłoni w powietrzy, pokazując swoje mleczaki.
- Albo za Yeti! - zaproponowała Lu.
- Albo wiecie co? - wpadła na coś Mia. - W ogóle nie idźmy.
- Czemu?
- Bo to jest dziecinne. - zrobiła kwaśną minę. - Po co wam to? Żeby ludzie zawału dostali.
- Cukierki! I dobra zabawa.
- W sklepie masz cukierki.
- Jesteś drętwa. - obczaiła ją wzrokiem Lu.
Olivia tylko przewróciła oczami i nie odezwała się więcej.
- Zjedzmy pianki i coś wykombinujemy. - uśmiechnęła się Tina.
Kiedy byliśmy gotowi do straszenia, odwiedziliśmy pierwszy dom. Przebraliśmy się za... Za siebie, tylko dziewczyny nas trochę pomalowały.
- Cukierek albo psikus. - powiedzieliśmy głośno.
Starsza pani uśmiechnęła się i wsypała nam do koszyczka kilka słodkości.
Poszliśmy do następnego domu, ale nikt nam nie otworzył, więc poszliśmy do jeszcze następnego.
- Cukierek albo figielek. - znów powiedzieliśmy chórem.
Młoda kobieta z dzieckiem na ręka także się uśmiechnęła i dała nam jabłka w karmelu na patyku. Mniam!
Po chwili z jej nóg przepchał się mały chłopiec, trzymający w dłoni to co dostaliśmy.
- Wcale nie jesteście straszni. - powiedział bez dwóch przednich zębów.
Lu schyliła się do niego.
- Ty mały głuptasie. - szturchnęła go w nos.
I tak chodziliśmy do każdego domu. Zebraliśmy tyle słodyczy, że nawet nie zliczę.
Podzieliliśmy się nimi i zaczęliśmy jeść. Trafiłam na mordoklejkę. Aż mnie mdli.
- Co robimy? - spytała Tina, brudząc koszulę Toma swoim makijażem.
- Chodźcie się wykąpać. - zaproponowała Mia.
- Dobry pomysł. - potwierdziła Jasmine, chwytając dłoń Matthew'a i prowadząc go do jeziora.
Przeszłam za nimi wzrokiem, po czym przestałam, kiedy się zorientowałam, że to robię.
- Wszystko w porządku? - spytała Tina, głaszcząc mnie po plecach.
- Nie. Tęsknie za Luke'em.
- Jak my wszyscy. - oparła głowę o moją.
- A ten facet się odzywał?
- Dzisiaj jakimś cudem nie. To dziwne.
- Hmm...
- Chciałabym, żeby to wszystko się szybko wyjaśniło.
- Chodźcie! - krzyczy do nas Lu.
- Chodź. - wstała i podała mi dłoń. - Dobrze ci to zrobi.
Uśmiechnęłam się i pomogła mi wstać.
Ściągnęłyśmy jak reszta koszulki i spodnie i w bieliźnie wskoczyłyśmy do wody.
Pluskaliśmy się, skakaliśmy ze skał, nurkowaliśmy. Jest nie zła zabawa, a ja na prawdę zapomniałam o problemach.
- Uwaga! Luiza będzie skakała. - informuje nas Tom.
- Cała woda wypłynie! - zażartowała sobie Zoe.
Siedzę owinięta ręcznikiem na kocu przed jeziorem. Ognisko się pali, więc jest mi ciepło. Patrzę na zachód słońca, który jest na wyciągnięcie mojej ręki. Ta noc jest piękna, chociaż upiorna.
- Chcesz? - spytał Matthew, siadając obok mnie i proponując M&M's.
- Nie dzięki. Mam dość słodyczy.
Zajadał je w ciszy. Słyszałam tylko jak przeżuwa je w buzi. Po chwili się odezwał.
- Jakieś wieści od Luke'a?
- Nie. Żadnych. - spojrzałam na dół. - Przepraszam za wczoraj.
- Nie szkodzi. Masz prawo tak uważać i nie będę tego kwestionował.
- Strasznie mi głupio. Nie chce się z tobą, czy z kimkolwiek kłócić.
- Rozumiem.
Nastała cisza przed burzą. Przysunął się bliżej mnie i objął mnie w pasie jedną ręką. Swobodnie położyłam głowę na jego ramieniu. Drugą dłonią trzymał moją dłoń, głaszcząc delikatnie moje palce.
- Piękna noc. - powiedział stanowczym, ale uroczym głosem.
- Racja. - spojrzałam na niebo.
- Ines?
- Tak? - spojrzałam na jego dłonie, które zaczęły się trząść.
- Chyba cię kocham.
Chyba? Chyba?! Co ma znaczyć chyba? Nie da się "CHYBA" kogoś kochać. Albo się kocha, albo nie. To tak jak z myciem się. Albo się umyje i będę pachnieć, albo się nie umyje i będę śmierdzieć.
Spojrzałam na niego, po czym przysunął twarz bliżej mojej. Zetknęliśmy się czołami. Palcami muskał moje policzki, więc zamknęłam oczy. Mam motyle w brzuchu, czuje podniecenie, ale to nic nie zmienia. Kocham Luke'a, chociaż Matthew zastępuje go w czynnościach. Myślę o Luke, ale blisko mnie jest Matthew. Trochę to niesprawiedliwe z mojej strony. Albo ten, albo ten. Tak samo kocha, albo nie kocha. Trudno wybrać, kiedy dwóch przystojnych facetów domaga się twojego serca. Moje uczucia to nie jakaś licytacja. Nie jestem na sprzedaż. Jestem bardziej jak jakiś eksponat. Taki dotykalny/namacalny, unikatowy i łatwo się do niego dostać. Chore!
- Nie możesz mnie kochać.
- Muszę.
- Nie musisz.
- Ale powinienem.
- Nie powinieneś.
- Nic mi nie pozostało w życiu, jak tylko darzyć kogoś uczuciem.
- Ale nie mnie. Jestem jak zasięg - nieosiągalna Matthew.
- Tylko dla mnie? - przełknął ciężko ślinę.
- Zwłaszcza dla ciebie. - spojrzałam na niego prawie ze łzami w oczach.
- Widzę, że nie tego chcesz.
- Co ty możesz wiedzieć o tym czego ja chce. - odsunęłam się od niego.
- Chcesz szczęścia, miłości, troski... Chcesz kogoś kto ci to da. A kiedy to chcesz to twojego chłopaka nie ma, ale zjawiam się ja, ten koleś, który oddałby dla ciebie życie.
- Nie rozumiesz.
- No to mi wytłumacz. - spojrzał na mnie poważnie. - Gdzie twój Romeo?
- Niech cię szlak Matthew! - wstałam i pobiegłam, gdzieś gdzie zostanę sama.
Siedzę, gdzieś między drzewami, opierając się o korę. Łzy spływają mi policzkach tak gęsto, że paczka chusteczek to dla nich za mało. Chowam głowę w dłoniach, by być niewidoczna dla świata. Taka opcja: "włącz", "wyłącz". Sterownik uczuć, to chyba najlepsza dla mnie opcja. Zacznę popierać dzisiejsze technologię.
Liść opadł z gałęzi, tuż nad moją głową. Podnoszę go i kręcę. Żółty-żółty-żółty-żółty, tyle widzę jak go obracam. Monotonny, jednoznaczny klapowany liść. Ale ma kolor. Moje serce też ma kolor. Więcej mam wspólnego z liściem, niż z kimkolwiek. Kim dla nich wszystkich jestem? Czuje się jak szmata, która skacze z kwiatka na kwiatek.
Gdzieś w myślach tkwi mi jeszcze melodia śpiewana przez Lu: "Zakochana para, Ines i Luke'a". Gówno nie zakochana! Krzyczę wewnątrz, rzucając przed siebie liść. Strzelam focha na cały świat jak mała, rozpieszczona dziewczynka. Raczej zagubiona i niedowartościowana suka. Przepraszam świecie, że musisz ze mną wytrzymywać, ale gdybyś mi pomógł, to szybciej bym zniknęła. Tak to oboje długo jeszcze ze sobą pożyjemy. Przewracam oczami i widzę miganie, gdzieś w oddali. Rozprasza się dym, albo moje oczy zamieniły się w gęstą ciecz. Coś się wyłania.
- Piorun? - wstaję powoli i potrząsam głową.
Nie znika. Stoi jakby bał się podejść.
- Chodź do mnie Piorun. - wołam, ale nie reaguje.
- Tutaj jest!
Ktoś krzyczy, a Piorun znika. Nie wiem gdzie, bo tak nagle to się stało. Szukam go, ale widzę tylko biegnących w moją stronę przyjaciół.
- Nic ci nie jest? - spytała zmartwiona Katy.
- Nie. - pokręciłam przecząco głową.
Nagle dzwonek mojego telefonu przerwał nam rozmowę.
- Wesołego Halloween śliczna. - powiedział znów ten głos.
- Czego ty chcesz znowu?!
- Już ci nie zależy na chłopaku? No dobra, to cześć.
- Nie! Co mam zrobić?
- No i grzecznie. Hmm... Na razie nic. Odezwę się za kilka dni.
- Za ile? I dlaczego dzwonisz z telefonu Luke'a!
- Za niedługo. Czekaj z niecierpliwością kwiatuszku.
- Nie zróbcie mu krzywdy.
- To się jeszcze okaże. Będziesz posłuszna, to może coś da się zrobić.
- Daj go do telefonu. Chce go usłyszeć.
- Bla-bla-bla. Wy tylko piszczycie i stawiacie warunki.
- Daj go do tego cholernego telefonu! krzyknęłam cała podenerwowana.
Cisza. Mijają minuty.
- Ines?
Słyszę jego głos.
To on! Wszyscy ledwo stoją tak samo zszokowani jak ja.
- Wszystko w porządku?
- Tak. Nie martw się o mnie.
- Znajdę cię obiecuje.
- Kocham cię Ines.
- A ja ciebie. Czy oni robią ci krzywdę? Gdzie jesteś?
Nagle męski głos przerwał nam rozmowę.
- Bez takich księżniczko. Twojemu chłopaczkowi nic nie jest i nie będzie, jak będziesz posłuszna. Do następnego.
Rozłączył się, a ja stałam w bezruchu. Katy mnie przytrzymywała, bym nie upadła.
- Czy ktoś byłby tak uprzejmy i wyjaśnił o co chodzi? - spytała Olivia.
- No właśnie, bo chyba nie rozumiem tutaj czegoś. - powiedział Tom.
Matthew i ja patrzyliśmy na siebie. Łzy opadały mi swobodnie na bluzę, a jego mina robiła się z każdym ich spadaniem słabsza. Chyba chciał uciec, ale tego nie zrobił. Moje życie zamieniło się w koszmar. A to dopiero początek.
Dotknąć marzeń
niedziela, 1 listopada 2015
piątek, 23 października 2015
ROZDZIAŁ VIII
Stałam wpatrzona w niebo, mając chęć wykrzyczeć miłości "Co ty kurw.a robisz?!".
- Idziesz Ines? - spytała Katy.
- Jasne. - uśmiechnęłam się.
Pies sąsiadów zbudził mnie przed dziesiątą. Przetarłam oczy i rozbudziłam się. Od razu zadzwonił mój telefon.
- Cześć tato.
- Dzień dobry Ines. - mówił za pewne uśmiechnięty. - Co u ciebie?
- Dobrze, a u was? Jak ciocia i Piorun?
- U mnie dobrze, ciocia też jakoś się trzyma, a Piorun jak zawsze. Chyba tęskni.
- Kiedy mogę przyjechać?
- Za niedługo na święta.
- Na święta?! - uniosłam głos. - Przecież to ze cztery miesiące jeszcze
- Musisz się uczyć, pomagać w obowiązkach cioci.
- Przecież to robię. Kilka dni opuszczę to nikt nie umrzę.
- Ines... Na święta... - odrzekł stanowczo.
- Super. - wkurzona podłożyłam brodę pod dłoń, którego łokieć trzymałam na udzie.
Chwile
rozmawialiśmy i rozłączyłam się. Poszperałam w szafie i wyciągnęłam
jakiekolwiek ciuchy. Poszłam się przebrać i zeszłam na dół do kuchni.
Kompletnie zapomniałam, że wszyscy śpią w domu. Kilka osób jeszcze drzemało, a kilka po cichu szeptało robiąc śniadanie.
- O Ines. - uśmiechnęła się Jasmine mieszając jajecznice na patelni.
Odpowiedziałam
jej uśmiechem, po czym nalałam soku do szklanki. Oparłam plecy o brzeg
blatu i patrzyłam na wszystkich zza szklanki.
- Wstawać! - krzyczała Lu waląc łyżką o garnki.
- Zamknij się!
- Wyłączcie to!
Krzyczeli obudzeni.
- Wstawać bo mam do was pytanie.
- Jakie? - spytała trzymająca się za głowę Tina.
- Może pojedziemy pod namioty?
- Dzisiaj?
- No, a co?
- Zwariowałaś chyba. - powiedziała Olivia rzucając twarz na poduszkę.
- Niektórzy się zgodzili.
- Ja mam naukę. - uniosła do góry rękę Tina.
- Ja mam korki wieczorem. - oznajmił Aaron.
- Ja mam szlaban. - odrzekłam.
- No weźcie no...
- Co wam szkodzi jak opuścicie dwie noce?
- Pewnie... Mierny ze sprawdzianu? - przedrzeźniała ją Mia.
- Nie zawsze musicie być idealni.
- Ehh...
- No co? - spytała Lu.
- Nic. Dobra!
- powiedziała Katy.
- Serio? - skrzywiła się Mia.
- No, niech jej będzie. Może będzie fajnie.
- Musi być. - sprostowała Zoe.
Ze schodów właśnie zszedł Matthew. Wymieniliśmy się tylko kontaktem wzrokowym i poszedł do picie.
- A ty? - spytała Jasmine.
- Co ja?
- No... Czy chcesz jechać pod namioty?
- Obojętne. - wzruszył ramionami.
Przewróciłam oczami i dopijając sok wrzuciłam szklankę do zlewu.
- No to super. A ma ktoś jakieś namioty?
- Ciocia ma trzy duże w piwnicy. - powiedziałam bez żadnego zainteresowania.
- Git, a jedzenie, picie?
- Pojedziemy z Aaronem na zakupy.
- Dołączymy się. - powiedziała Tina w imieniu swoim i Toma.
- A reszta co ma robić? - spytała Zoe do Lu.
- Jakieś jedzenie, niech coś przygotują.
- Okey.
Wszyscy
mieli zajęcie na dzisiaj. Chodziłam po salonie udając, że coś robię.
Zastanawiałam się czy ciocia pozwoli mi na wypad z przyjaciółmi.
Dostałam SMS-a.
- I co? Nadal chcesz odzyskać chłopaka?
- To znowu ty?
- Źle ci? Myślałem, że ci na nim zależy.
- Bo zależy. Gdzie on jest.
- Uspokój się, ochłoń. Bez nerwów. Spotkajmy się za godzinę w kinie.
- Czemu tam?
- Bo może chce cię zaprosić na film?
- Nie potrzebuje twojej dobroci. Daj mi Luke i skończ z tym wszystkim jak nie chcesz kłopotów.
- Grozisz mi?
- A nie mogę?
- A byłaś taka fajna.
- Jaką mam pewność, że masz Luke'a?
- Nie wierzysz mi?
- No raczej nie.
- Za godzinę w kinie.
Wkurzona schowałam telefon do kieszeni i poszłam do pokoju się przebrać.
Kilka minut później do pokoju weszła Tina.
- Co się dzieje? - spytała, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- To znowu ten koleś. - spojrzałam w dół.
- Chce się spotkać?
- Tak.
- Iść z tobą?
- Nie. I tak nie przyjdzie jak ostatnio.
- Będzie dobrze. - przytuliła mnie. - Zobaczysz.
Do pokoju weszła Katy.
- Tu jesteście. - spojrzała na mnie. - Co się dzieje?
- Nic takiego. - otarłam łzy.
- No widzę właśnie. - spojrzała na Tinę. - Co jest.
- Przejmuje się egzaminami. Za niedługo je ma i ma stresa.
- Rozumiem. Zdasz spokojnie. - położyła dłoń na moich plecach. - Idziemy na te zakupy. Idziesz Tina?
- Tak.
Kiedy
wyszły przebrałam się, ogarnęłam do wyjścia i wyszłam idąc powoli. Mam
jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam się przejść niż jechać
autobusem.
Siedzę
w parku, patrząc na fontannę przed sobą. Myślę o Luke'u. Dlaczego ta
miłość jest dla mnie okrutna? Gdzie moja szczęście, które obiecywał mi
Luke'u?
Już trace nadzieje na cokolwiek. Wstaje i ruszam w kierunku kina.
Stoją w środku, kręcąc się w około. Ludzi jest mało, więc mogę swobodnie wypatrywać kogoś kto wyglądałby inaczej niż wszyscy.
Chodzę
powoli, udając że czytam plakaty. Przesuwam się w lewo, a po chwili
obracam się by iść dalej. Wpadam na kogoś, zahaczając o jego ramię.
- Bardzo przepraszam. - wyjąkałam, ale poszedł dalej obojętnie.
Wodziłam za nim wzrokiem i ruszyłam. Stanęłam na kartce, po którą się schyliłam. Otworzyłam i spojrzałam na tekst: "E,C,A''.
Uniosłam brew do góry i spojrzałam do tyłu, mając wrażenie, że ten ktoś nadal tam może być.
Wróciłam
do domu. Wszyscy przygotowują się do wyprawy. Z kuchni dobiegają pyszne
zapachy. Lu, Jasmine i Olivia składają śpiwory, a chłopaki pakują
namioty do samochodów.
- I jak? - spytała szeptem Tina.
Podałam jej kartkę, spojrzała na mnie i zerknęła na kartkę, po czym zrobiła ten sam wyraz twarzy co ja w kinie.
- Zbierajcie się! - mówiła Mia.
- Co? Obiadu nawet nie jedliśmy. - powiedziała Lu.
- No właśnie. - dodała Zoe z miną szczeniaczka.
- To wstąpimy gdzieś.
- Dobra. Chce hamburgera. - uśmiechnęła się szeroko Lu.
- Z zestawem dla dzieci. - przybiła sobie piątkę z Lu.
- Dobra faktycznie chodźcie, bo nie chce żeby ciocia mnie zauważyła.
- Będzie wściekła co? - spytała zaciekawiona Olivia.
- No pewnie tak, ale wole żeby się wydarła tam, niż przy was.
- Dobra, to faktycznie zbierajmy się.
Zabraliśmy wszystkie torby, koszyki, itd. I wyszliśmy z domu.
- Tylko dwa samochody? - skrzywiła się Jasmine.
- No, a ile byś chciała? - zaśmiał się Aaron.
- Jest tylko dziesięć miejsc, a nas jest jedenaście. - wtrąciła się Lu.
- To usiądzie ci na kolanach Katy już. - pomyślała Mia.
- Ale ja prowadzę. Tom też. - powiedział Aaron.
- To Ines usiądzie na kolanach Matthew i już. - wzruszyła ramionami Katy.
- Nie dzięki, wole siedzieć normalnie. Nie wygodnie mi na kolanach.
- To ja usiądę. - uśmiechnęła się uroczo Jasmine.
Matthew stał obojętnie obok samochodu.
Wsiedliśmy i pojechaliśmy do Mcdonald's.
niedziela, 11 października 2015
ROZDZIAŁ VII
Tina wysłała SMS-a wszystkim dziewczynom. Nawet do Katy, Zoe, Mii i Olivii. Byłby fajnie, gdyby przyjechały. Tak strasznie się za nimi stęskniłam.
- Okey, wysłane. - uśmiechnęła się. - To pasowałoby tu trochę ogarnąć i na jakieś zakupy iść.
- Yhym. - podparłam dłoń o brodę.
- Ines, daj już spokój z tym. - pociągnęła mnie za nadgarstek drugiej ręki. - Chodź!
Jesteśmy w sklepie. Tina podaję mi wózek i powoli, od niechcenia go wiozę przed siebie. Położyłam łokieć na rurce, którą trzymałam drugą ręką i lekko ugięta patrzyła ze zmrużonymi oczami na sięgającą do wyższych półek Tinę. Byłam zmęczona, ale próbowałam za bardzo tego nie pokazywać.
- Kurczę, zapomniałam wziąć portfel. - poklepywała się po kieszeniach.
- Na mnie nie patrz. - mówiłam z dłonią przyciśnięta na policzku.
- Ja zapłacę. - powiedział mężczyzna stojący za nami w kasie.
- Nie, nie możemy tego... - mówiła Tina.
- Spokojnie. - sprostował z uśmiechem.
Tina patrzyła na niego i uśmiechała się, a moja poza nadal był niezmienna.
Wyszliśmy razem ze sklepu. Coś tam rozmawiali ze sobą, ale nie chciało mi się ich słuchać. Tina tylko chichotała pod nosem. Stanęliśmy przed jego samochodem, w którym siedziało dwóch mężczyzn. Z tego co udało mi się wychwycić, kiedy mówili to to, jak mają na imię i że cała ich trójka ma 25-26 lat.
- Tina czas wracać. - upomniałam ją.
- Już, już.
- Może podwieziemy? - zaproponował jeden z nich.
- Czemu nie. - spojrzała na mnie.
- Tina! - ogarnęłam się. - Wam nikt nie powiedział, że na przejażdżkę dziewczyny nie poderwiecie.
- A ktoś tu mówił o podrywaniu? - powiedział drugi z nich.
- Daj spokój Ines. Chodź.
Nie chciałam puszczać Tiny samą z tymi kolesiami, więc się zgodziłam. Ale jak najszybciej chciałam stamtąd wyjść. ina ciągle się podlizywała, a oni patrzyli na mnie i na Tinę, jak tygrys na łanię. Okropne uczucie, kiedy siedzisz pomiędzy dwoma tygrysami i jesteś bezbronna. Nie wiedziałam co to za kolesie i mam nadzieję, że się nie dowiem.
- Powiedziałam specjalnie, żeby zatrzymali się kilka domów przed domem cioci, by nie poznali naszej lokalizacji. Tina na szczęście była tak zajęta flirtowaniem z facetem, który zapłacił za nasze zakupy, że nie sprostowała adresu zamieszkania.
- Może pomożemy z zakupami.
- Nie dzięki. Damy sobie radę. - odpowiedziałam nieco wulgarnie.
Poczekałyśmy, aż odjadą i ruszyłyśmy ostrożnie do drzwi.
- Na głowę upadłaś?!
- O co ci chodzi? - nadal była rozkojarzona. - Widziałaś jakie ciacha?
- Taa... I dużo starsi.
- I co z tego. - spojrzała na mnie. - Mogłabyś do któregoś zagadać. Tylko Michael jest mój.
- Z tego co wiem to jesteś z Tomem.
- A ty z Luke'em.
Stanęłam rozkojarzona. Faktycznie to co miało się zdarzyć z Matthew'em nie powinno mieć miejsca. To kompletnie nie fair.
- Ines, przepraszam... - Jąkała się. - Ja nie chciałam tego powiedzieć.
- Yhmm... - pokręciłam głową. - Masz rację.
Siedzę w kuchni i rozpakowuje reklamówki. Tina wzięła się za sprzątanie całego domu. Poprosiła mnie, bym upiekła babeczki, na szczęście to nie filozofia bo są z pudełka.
Rach ciach i zrobione. Teraz Tina zajęła miejsce w kuchni, a ja poszłam do swojego pokoju przygotować śpiwory i materace. Chwilę później przyniosła miski z przekąskami, napoje i razem przeniosłyśmy X-BOX do pokoju. Poszperałam w jej płytach z muzyką, ale samo średniowiecze.
- Nie masz nic lepszego? - krzyknęłam.
Pokręciła głową, bo odpisywała po kryjomu SMS-y.
- Z kim tak romansujesz?
- Z Tomem.
- Yhym. - uśmiechnęłam się. - Pozdrów go.
- Okey.
Pół godziny później zaczęło się dzwonienie do drzwi. Dziewczyny przyniosły torby pełne jedzenia, ubrania na przebranie i kosmetyki. Jasmine miała z nich wszystkich najbardziej przepełnioną torbę, co mnie nie zdziwiło.
Spojrzałam na telefon, na którym znalazły się dwa SMS-y od Matthew'a i kilka nieodebranych połączeń od cioci.
Zadzwoniłam do niej, bo nie wiem o co chodzi, skoro tyle razy chcieli się ze mną skontaktować.
- Dlaczego nie dobierasz? - zaczęła ciocia.
- Nie słyszałam dzwonka. Przepraszam, a coś się stało?
- Tak. Czekamy z Matthew'em na ciebie na lotnisku.
- Na lotnisku? - wytrzeszczyłam oczy.
- Matthew napisał do ciebie SMS-a. Miałam was zabrać na weekend.
- Jeju. - zakryłam usta dłońmi ze wstydu. - Tak mi przykro. Przepraszam.
- Za godzinę wracamy, więc siedź w domu. - powiedziała z wściekłym głosem.
Pierwszy raz słyszę ją taką wściekła. Zawsze jest taka miła, szczególnie dla mnie.
- Czyli nie mogę zaprosić koleżanek na noc?
- Nie denerwuj mnie.
Rozłączyłam się i poszłam otworzyć drzwi. Przede mną stała Katy, Zoe, Mia i Olivia.
Rzuciły się na mnie od razu, kiedy otworzyła drzwi. Weszły do środka i przywitały się z resztą.
Otworzyłam lekko usta, by je poinformować, że impreza odwołana, ale dziewczyny tyle jechały, że nie miałabym serca im tego powiedzieć. Kiedy zamykałam drzwi, ktoś złapał moje ramię.
- Cześć Ines. - powiedział znany mi już głos.
Odwróciłam się, by sprawdzić czy mój słuch ma rację. I tak. Ma całkowitą rację.
- Co ty tu robisz?!
- Nie krzycz Ines. - uspokajała mnie Katy. - Aaron nas tu przywiózł.
- Jak... Ty... Co? - byłam w szoku. Zamurowało mnie totalnie. - Ty tak spokojnie mówisz.
- Tak. - spojrzeli na siebie i złapali się za dłonie.
- No nie wierzę. Po tym jak cię zranił, tu mu wybaczyłaś?
- Ines... On tak strasznie się starał, nie dawał mi spokoju i.. na prawdę się zmienił.
- Daj mi szansę Ines. - wtrącił się.
Otrzepałam głową, zamknęłam oczy i przez sekundę próbowałam się obudzić.
- Dobra... - uniosłam dłonie równo do klatki piersiowej. - To wasze życie. Jeśli z nim jesteś szczęśliwa to zaakceptuje to, ale jeśli ją znowu zranisz...
- Nie zranię. - sprostował.
Weszli do środka i usiedli na kanapie.
- Zadzwońcie po Toma. - ktoś krzyknął z grupy.
- A Luke nie mógł przyjechać? - spytała Zoe.
Spojrzałam na Tinę, a ona na mnie.
- Niestety nie mógł. - wytłumaczyła Tina.
Łza poleciała mi z oka i chyba Katy z Mią zwróciły na to uwagę. Odeszłam kawałek, by uspokoić ból i łzy.
Godzinę później siedzimy w moim pokoju oglądając jak Zoe i Lu tańczą Break dance na X-BOX.Tom przyszedł dosłownie dziesięć minut temu. Słyszę jak ktoś wchodzi do drzwi.
Schodzę na dół, by poinformować ciocię o imprezie.
- Wiesz ciociu...
- Nie wygoniłaś ich?
- Nie, nie miałam serca, bo przyjechała Katy i reszta.
- Niech zostaną. I tak Jack zaprosił mnie na dzisiaj, więc na razie ci odpuszczam, ale od jutra masz szlaban.
- Okey. - skinęłam głową.
Ciocia poszła na górę do swojego pokoju, a ja zostałam sama z Matthew'em. Poszedł po szklankę soku pomarańczowego do kuchni. Weszłam do salonu i wzięłam duże poduszki takie jakby płaskie pufy, czy coś w tym rodzaju. Były trzy, więc Matthew pomógł mi się z nimi zabrać.
- Mogę się dołączyć do was?
- Jeśli chcesz.
- A ty chcesz?
Wzruszyłam ramionami.
- Masz Lu. - rzuciłam do niej jedną poduszkę.
- Dzięki. - krzyknęła roześmiana.
- Ja też chce.- podbiegła do mnie Zoe, wyrywając mi z ręki drugą poduszkę.Przecież położyłam gdzieś w wolnym miejscu i usiadłam razem z Matthew'em, który dosiadł się nie proszony. Usiadł za mną, trzymając mnie delikatnie, ale nieco mocniej w tali. To było miłe uczucie, ale nie warte zapamiętania.
- Wychodzę. - powiedziała ciocia, wchodząc do pokoju.
- Dzień dobry. - wszyscy mówili jedno za drugim.
Ciocia patrzyła na mnie, ale w głębi duszy poznaję ten wzrok: ''Ines tylko się nie zakochaj''. I wyszła. Ma rację. Jestem za bardzo uczuciowa, za bardzo rozkojarzona i za bardzo pełna nadzieii. To samo czynię w przeciwną stronę.
- Oglądnijmy coś! - zaproponowała Olivia.
- Właśnie! - krzyknęła Mia.
- Co na przykład? - spytałam.
- ''Pięćdziesiąt twarzy Grey'a?'' - zasugerowała Zoe.
- Nie masz skończonych szesnastu lat.
- To co?
- Ja jestem za. - uniosła rękę Lu. - Ktoś jeszcze?
Powoli wszystkie dłonie podnosiły się do góry, więc odpuściłam i sama podniosłam.
Zeszliśmy na dół. Katy zapoznała Matthew z Aaronem. Katy i reszta dobrze znają Matthew'a.
Kanapa była dość szeroka, więc kilku osobom udało się swobodnie usadowić. Dwa fotele leżały po bokach kanapy. Zoe i Lu przyniosły dla siebie z góry poduszki, które wcześniej przyniosłam. Chłopaki wyszukiwali filmu na bezpłatnej stronie i bez logowania. Ja, Mia, Jasmine, Olivia i Katy poszłyśmy po przekąski. Wzięłyśmy chipsy, popcorn, słone orzeszki, chrupki kukurydziane i napoje. Fotele były zajęte, więc usiadłam gdzieś po środku na kanapie. Było wolne miejsce obok mnie. Nie za duże, ale było. Wiedziałam, że Matthew koło mnie usiądzie. Nie przegapiłby takiej okazji. Ale tak się nie stało. Miejsce obok mnie zajęła Katy, koło której już wcześniej siedział Aaron. Matthew rozgląda się i patrzy czy są wolne miejsca. Szperam w komórce, by odizolować się od tej sytuacji. Nagle Katy krzyczy, że film się zaczyna i żebyśmy byli cicho. Jasmine mówi Matthew, aby usiadł obok mnie. Więc Jasmine i Mia robią mu miejsce, schodząc parter niżej prosto na dywan. Tina i Tom także zeszli na dół po drugiej stronie kanapy. Poszłam po koce, bo w domu robiło się chłodniej. Dałam wszystkim i zaczęliśmy oglądać film. Musiałam podzielić się z Matthew kocem, bo na moje na szczęście, ciocia nie potrzebowała tylu koców w domu. Mijają minuty, a mi co raz zimniej. Tom obejmuje Tinę, która kładzie głowę na jego ramieniu. Katy obejmuje dłońmi żebra Aarona, po czym delikatnie kładzie skroń na jego klatce piersiowej. Matthew próbuje także być romantyczny. Sięga dłonią do mojego ramienia, a drugą ręką próbuje znaleźć moją pod kocem. Schlebia mi to, ale myśli o Luke'u tłumią wszystkie uczucia. Powtarzam sobie w myślach: ''Nie kocham Matthew'a, nie kocham Matthew'a'', po czym mówię na głos, ale szeptem do jego ucha: Nie mogę. Odsuwa się, a po chwili znów sięga do mojego ramienia, jakby to co mówię w ogóle nie miła dla niego znaczenia. Obejmuje mnie i trzyma mnie za dłoń pod kocem, którą delikatnie muska opuszkami palców. Przyjemne, ale niebezpieczne dla moich uczuć. Potrzebuje Luke'a. Właśnie teraz. Jednak to o potrzebuje mnie. Właśnie teraz, a co ja robię? Pozwalam kolesiowi rozwalić mój związek.
- Oooo Zoe nie patrz! - odezwała się Mia.
- Trudno. - mówiła. - Kiedyś też tak skończę.
- Jeśli w ogóle.
- Dla ciebie zostanę lesbijką. - wspierała ja Lu.
- Ha,ha. - zaśmialiśmy się.
- Cicho! Teraz najlepszy moment... - powiedziała Tina.
Ciepła dłoń Matthew'a jeździła mi po udzie, przez co dostałam gęskiej skórki. Jechał wyżej, aż łzy same chciały spływać mi po policzkach. Wstałam, tak by nikomu nie zakłócić oglądania i poszłam na górę niezauważalnie. Czułam na plecach wgapiony we mnie jego wzrok. Poszłam do swojego pokoju na balkon. Stanęłam przy barierce i patrzyłam w dół, by łzy mogły swobodnie spływać mi po twarzy. Nie ukrywam emocji, bo jestem tu tylko ja. Przynajmniej byłam.
- Co się dzieje? - Jego dłoń spoczęła na moim ramieniu.
- Nic. - wytarłam ręką łzy.
- Przecież widzę.
- Daj mi spokój.
- Nie mogę.
- Możesz.
- Mogę, ale nie potrafię.
- O co ci chodzi?
- O nic.
- To czego ty chcesz.
- Tylko ciebie.
Mój wzrok utkwił w jego oczach przez krótki moment.
- Nie możemy być razem.
- Dlaczego?
- Bo nadal go kocham.
- Zostawił cię.
- Nie zostawił! - krzyknęłam, po czym spuściłam ton. - To ja go zostawiłam.
- Nie rozumiem.
- To jest skomplikowane.
- Opowiedz mi o tym.
- Przykro mi, ale jesteś ostatnią osobą, której miałabym zamiar o tym opowiedzieć.
- Dlaczego? - jego głos robił się co raz bledszy i cichszy.
- Bo oczekujesz ode mnie czegoś, czego nie chcę.
- A tamta noc? - pogłaskał mnie po twarzy.
- Nic nie znaczy dla mnie.
Przez chwile zapadła niezręczna cisza. Jego ręka odsunęła się ode mnie, tak jak i jego ciało. Spojrzał do góry na gwiazdy, wydychając dym z ust.
- Szkoda... - powiedział urywającym głosem. - Dla mnie miała wielkie znaczenie.
- Przykro mi.
- Mi też. - powiedział i odszedł.
- Okey, wysłane. - uśmiechnęła się. - To pasowałoby tu trochę ogarnąć i na jakieś zakupy iść.
- Yhym. - podparłam dłoń o brodę.
- Ines, daj już spokój z tym. - pociągnęła mnie za nadgarstek drugiej ręki. - Chodź!
Jesteśmy w sklepie. Tina podaję mi wózek i powoli, od niechcenia go wiozę przed siebie. Położyłam łokieć na rurce, którą trzymałam drugą ręką i lekko ugięta patrzyła ze zmrużonymi oczami na sięgającą do wyższych półek Tinę. Byłam zmęczona, ale próbowałam za bardzo tego nie pokazywać.
- Kurczę, zapomniałam wziąć portfel. - poklepywała się po kieszeniach.
- Na mnie nie patrz. - mówiłam z dłonią przyciśnięta na policzku.
- Ja zapłacę. - powiedział mężczyzna stojący za nami w kasie.
- Nie, nie możemy tego... - mówiła Tina.
- Spokojnie. - sprostował z uśmiechem.
Tina patrzyła na niego i uśmiechała się, a moja poza nadal był niezmienna.
Wyszliśmy razem ze sklepu. Coś tam rozmawiali ze sobą, ale nie chciało mi się ich słuchać. Tina tylko chichotała pod nosem. Stanęliśmy przed jego samochodem, w którym siedziało dwóch mężczyzn. Z tego co udało mi się wychwycić, kiedy mówili to to, jak mają na imię i że cała ich trójka ma 25-26 lat.
- Tina czas wracać. - upomniałam ją.
- Już, już.
- Może podwieziemy? - zaproponował jeden z nich.
- Czemu nie. - spojrzała na mnie.
- Tina! - ogarnęłam się. - Wam nikt nie powiedział, że na przejażdżkę dziewczyny nie poderwiecie.
- A ktoś tu mówił o podrywaniu? - powiedział drugi z nich.
- Daj spokój Ines. Chodź.
Nie chciałam puszczać Tiny samą z tymi kolesiami, więc się zgodziłam. Ale jak najszybciej chciałam stamtąd wyjść. ina ciągle się podlizywała, a oni patrzyli na mnie i na Tinę, jak tygrys na łanię. Okropne uczucie, kiedy siedzisz pomiędzy dwoma tygrysami i jesteś bezbronna. Nie wiedziałam co to za kolesie i mam nadzieję, że się nie dowiem.
- Powiedziałam specjalnie, żeby zatrzymali się kilka domów przed domem cioci, by nie poznali naszej lokalizacji. Tina na szczęście była tak zajęta flirtowaniem z facetem, który zapłacił za nasze zakupy, że nie sprostowała adresu zamieszkania.
- Może pomożemy z zakupami.
- Nie dzięki. Damy sobie radę. - odpowiedziałam nieco wulgarnie.
Poczekałyśmy, aż odjadą i ruszyłyśmy ostrożnie do drzwi.
- Na głowę upadłaś?!
- O co ci chodzi? - nadal była rozkojarzona. - Widziałaś jakie ciacha?
- Taa... I dużo starsi.
- I co z tego. - spojrzała na mnie. - Mogłabyś do któregoś zagadać. Tylko Michael jest mój.
- Z tego co wiem to jesteś z Tomem.
- A ty z Luke'em.
Stanęłam rozkojarzona. Faktycznie to co miało się zdarzyć z Matthew'em nie powinno mieć miejsca. To kompletnie nie fair.
- Ines, przepraszam... - Jąkała się. - Ja nie chciałam tego powiedzieć.
- Yhmm... - pokręciłam głową. - Masz rację.
Siedzę w kuchni i rozpakowuje reklamówki. Tina wzięła się za sprzątanie całego domu. Poprosiła mnie, bym upiekła babeczki, na szczęście to nie filozofia bo są z pudełka.
Rach ciach i zrobione. Teraz Tina zajęła miejsce w kuchni, a ja poszłam do swojego pokoju przygotować śpiwory i materace. Chwilę później przyniosła miski z przekąskami, napoje i razem przeniosłyśmy X-BOX do pokoju. Poszperałam w jej płytach z muzyką, ale samo średniowiecze.
- Nie masz nic lepszego? - krzyknęłam.
Pokręciła głową, bo odpisywała po kryjomu SMS-y.
- Z kim tak romansujesz?
- Z Tomem.
- Yhym. - uśmiechnęłam się. - Pozdrów go.
- Okey.
Pół godziny później zaczęło się dzwonienie do drzwi. Dziewczyny przyniosły torby pełne jedzenia, ubrania na przebranie i kosmetyki. Jasmine miała z nich wszystkich najbardziej przepełnioną torbę, co mnie nie zdziwiło.
Spojrzałam na telefon, na którym znalazły się dwa SMS-y od Matthew'a i kilka nieodebranych połączeń od cioci.
Zadzwoniłam do niej, bo nie wiem o co chodzi, skoro tyle razy chcieli się ze mną skontaktować.
- Dlaczego nie dobierasz? - zaczęła ciocia.
- Nie słyszałam dzwonka. Przepraszam, a coś się stało?
- Tak. Czekamy z Matthew'em na ciebie na lotnisku.
- Na lotnisku? - wytrzeszczyłam oczy.
- Matthew napisał do ciebie SMS-a. Miałam was zabrać na weekend.
- Jeju. - zakryłam usta dłońmi ze wstydu. - Tak mi przykro. Przepraszam.
- Za godzinę wracamy, więc siedź w domu. - powiedziała z wściekłym głosem.
Pierwszy raz słyszę ją taką wściekła. Zawsze jest taka miła, szczególnie dla mnie.
- Czyli nie mogę zaprosić koleżanek na noc?
- Nie denerwuj mnie.
Rozłączyłam się i poszłam otworzyć drzwi. Przede mną stała Katy, Zoe, Mia i Olivia.
Rzuciły się na mnie od razu, kiedy otworzyła drzwi. Weszły do środka i przywitały się z resztą.
Otworzyłam lekko usta, by je poinformować, że impreza odwołana, ale dziewczyny tyle jechały, że nie miałabym serca im tego powiedzieć. Kiedy zamykałam drzwi, ktoś złapał moje ramię.
- Cześć Ines. - powiedział znany mi już głos.
Odwróciłam się, by sprawdzić czy mój słuch ma rację. I tak. Ma całkowitą rację.
- Co ty tu robisz?!
- Nie krzycz Ines. - uspokajała mnie Katy. - Aaron nas tu przywiózł.
- Jak... Ty... Co? - byłam w szoku. Zamurowało mnie totalnie. - Ty tak spokojnie mówisz.
- Tak. - spojrzeli na siebie i złapali się za dłonie.
- No nie wierzę. Po tym jak cię zranił, tu mu wybaczyłaś?
- Ines... On tak strasznie się starał, nie dawał mi spokoju i.. na prawdę się zmienił.
- Daj mi szansę Ines. - wtrącił się.
Otrzepałam głową, zamknęłam oczy i przez sekundę próbowałam się obudzić.
- Dobra... - uniosłam dłonie równo do klatki piersiowej. - To wasze życie. Jeśli z nim jesteś szczęśliwa to zaakceptuje to, ale jeśli ją znowu zranisz...
- Nie zranię. - sprostował.
Weszli do środka i usiedli na kanapie.
- Zadzwońcie po Toma. - ktoś krzyknął z grupy.
- A Luke nie mógł przyjechać? - spytała Zoe.
Spojrzałam na Tinę, a ona na mnie.
- Niestety nie mógł. - wytłumaczyła Tina.
Łza poleciała mi z oka i chyba Katy z Mią zwróciły na to uwagę. Odeszłam kawałek, by uspokoić ból i łzy.
Godzinę później siedzimy w moim pokoju oglądając jak Zoe i Lu tańczą Break dance na X-BOX.Tom przyszedł dosłownie dziesięć minut temu. Słyszę jak ktoś wchodzi do drzwi.
Schodzę na dół, by poinformować ciocię o imprezie.
- Wiesz ciociu...
- Nie wygoniłaś ich?
- Nie, nie miałam serca, bo przyjechała Katy i reszta.
- Niech zostaną. I tak Jack zaprosił mnie na dzisiaj, więc na razie ci odpuszczam, ale od jutra masz szlaban.
- Okey. - skinęłam głową.
Ciocia poszła na górę do swojego pokoju, a ja zostałam sama z Matthew'em. Poszedł po szklankę soku pomarańczowego do kuchni. Weszłam do salonu i wzięłam duże poduszki takie jakby płaskie pufy, czy coś w tym rodzaju. Były trzy, więc Matthew pomógł mi się z nimi zabrać.
- Mogę się dołączyć do was?
- Jeśli chcesz.
- A ty chcesz?
Wzruszyłam ramionami.
- Masz Lu. - rzuciłam do niej jedną poduszkę.
- Dzięki. - krzyknęła roześmiana.
- Ja też chce.- podbiegła do mnie Zoe, wyrywając mi z ręki drugą poduszkę.Przecież położyłam gdzieś w wolnym miejscu i usiadłam razem z Matthew'em, który dosiadł się nie proszony. Usiadł za mną, trzymając mnie delikatnie, ale nieco mocniej w tali. To było miłe uczucie, ale nie warte zapamiętania.
- Wychodzę. - powiedziała ciocia, wchodząc do pokoju.
- Dzień dobry. - wszyscy mówili jedno za drugim.
Ciocia patrzyła na mnie, ale w głębi duszy poznaję ten wzrok: ''Ines tylko się nie zakochaj''. I wyszła. Ma rację. Jestem za bardzo uczuciowa, za bardzo rozkojarzona i za bardzo pełna nadzieii. To samo czynię w przeciwną stronę.
- Oglądnijmy coś! - zaproponowała Olivia.
- Właśnie! - krzyknęła Mia.
- Co na przykład? - spytałam.
- ''Pięćdziesiąt twarzy Grey'a?'' - zasugerowała Zoe.
- Nie masz skończonych szesnastu lat.
- To co?
- Ja jestem za. - uniosła rękę Lu. - Ktoś jeszcze?
Powoli wszystkie dłonie podnosiły się do góry, więc odpuściłam i sama podniosłam.
Zeszliśmy na dół. Katy zapoznała Matthew z Aaronem. Katy i reszta dobrze znają Matthew'a.
Kanapa była dość szeroka, więc kilku osobom udało się swobodnie usadowić. Dwa fotele leżały po bokach kanapy. Zoe i Lu przyniosły dla siebie z góry poduszki, które wcześniej przyniosłam. Chłopaki wyszukiwali filmu na bezpłatnej stronie i bez logowania. Ja, Mia, Jasmine, Olivia i Katy poszłyśmy po przekąski. Wzięłyśmy chipsy, popcorn, słone orzeszki, chrupki kukurydziane i napoje. Fotele były zajęte, więc usiadłam gdzieś po środku na kanapie. Było wolne miejsce obok mnie. Nie za duże, ale było. Wiedziałam, że Matthew koło mnie usiądzie. Nie przegapiłby takiej okazji. Ale tak się nie stało. Miejsce obok mnie zajęła Katy, koło której już wcześniej siedział Aaron. Matthew rozgląda się i patrzy czy są wolne miejsca. Szperam w komórce, by odizolować się od tej sytuacji. Nagle Katy krzyczy, że film się zaczyna i żebyśmy byli cicho. Jasmine mówi Matthew, aby usiadł obok mnie. Więc Jasmine i Mia robią mu miejsce, schodząc parter niżej prosto na dywan. Tina i Tom także zeszli na dół po drugiej stronie kanapy. Poszłam po koce, bo w domu robiło się chłodniej. Dałam wszystkim i zaczęliśmy oglądać film. Musiałam podzielić się z Matthew kocem, bo na moje na szczęście, ciocia nie potrzebowała tylu koców w domu. Mijają minuty, a mi co raz zimniej. Tom obejmuje Tinę, która kładzie głowę na jego ramieniu. Katy obejmuje dłońmi żebra Aarona, po czym delikatnie kładzie skroń na jego klatce piersiowej. Matthew próbuje także być romantyczny. Sięga dłonią do mojego ramienia, a drugą ręką próbuje znaleźć moją pod kocem. Schlebia mi to, ale myśli o Luke'u tłumią wszystkie uczucia. Powtarzam sobie w myślach: ''Nie kocham Matthew'a, nie kocham Matthew'a'', po czym mówię na głos, ale szeptem do jego ucha: Nie mogę. Odsuwa się, a po chwili znów sięga do mojego ramienia, jakby to co mówię w ogóle nie miła dla niego znaczenia. Obejmuje mnie i trzyma mnie za dłoń pod kocem, którą delikatnie muska opuszkami palców. Przyjemne, ale niebezpieczne dla moich uczuć. Potrzebuje Luke'a. Właśnie teraz. Jednak to o potrzebuje mnie. Właśnie teraz, a co ja robię? Pozwalam kolesiowi rozwalić mój związek.
- Oooo Zoe nie patrz! - odezwała się Mia.
- Trudno. - mówiła. - Kiedyś też tak skończę.
- Jeśli w ogóle.
- Dla ciebie zostanę lesbijką. - wspierała ja Lu.
- Ha,ha. - zaśmialiśmy się.
- Cicho! Teraz najlepszy moment... - powiedziała Tina.
Ciepła dłoń Matthew'a jeździła mi po udzie, przez co dostałam gęskiej skórki. Jechał wyżej, aż łzy same chciały spływać mi po policzkach. Wstałam, tak by nikomu nie zakłócić oglądania i poszłam na górę niezauważalnie. Czułam na plecach wgapiony we mnie jego wzrok. Poszłam do swojego pokoju na balkon. Stanęłam przy barierce i patrzyłam w dół, by łzy mogły swobodnie spływać mi po twarzy. Nie ukrywam emocji, bo jestem tu tylko ja. Przynajmniej byłam.
- Co się dzieje? - Jego dłoń spoczęła na moim ramieniu.
- Nic. - wytarłam ręką łzy.
- Przecież widzę.
- Daj mi spokój.
- Nie mogę.
- Możesz.
- Mogę, ale nie potrafię.
- O co ci chodzi?
- O nic.
- To czego ty chcesz.
- Tylko ciebie.
Mój wzrok utkwił w jego oczach przez krótki moment.
- Nie możemy być razem.
- Dlaczego?
- Bo nadal go kocham.
- Zostawił cię.
- Nie zostawił! - krzyknęłam, po czym spuściłam ton. - To ja go zostawiłam.
- Nie rozumiem.
- To jest skomplikowane.
- Opowiedz mi o tym.
- Przykro mi, ale jesteś ostatnią osobą, której miałabym zamiar o tym opowiedzieć.
- Dlaczego? - jego głos robił się co raz bledszy i cichszy.
- Bo oczekujesz ode mnie czegoś, czego nie chcę.
- A tamta noc? - pogłaskał mnie po twarzy.
- Nic nie znaczy dla mnie.
Przez chwile zapadła niezręczna cisza. Jego ręka odsunęła się ode mnie, tak jak i jego ciało. Spojrzał do góry na gwiazdy, wydychając dym z ust.
- Szkoda... - powiedział urywającym głosem. - Dla mnie miała wielkie znaczenie.
- Przykro mi.
- Mi też. - powiedział i odszedł.
piątek, 9 października 2015
ROZDZIAŁ VI
Dzień był monotonny, czyli taki jak zawsze. W szkole albo było duszno, albo ja dostałam napadu dusznicy. Pan od wf kazał mi robić sto przysiadów za niewykonanie wydanych przez niego ćwiczeń. Skandal! Ma problem, bo szybko się męczę. Niech porozmawia z moim od spełna kryzysów serca, bo to ono jest winne temu napadu. Że on jeszcze tu uczy. Szkoda, że dyra nic o tym nie wie. Chodzą plotki, że oni ze sobą kręcą, ale czy ja wiem. Może jakiś bujdy na resorach.
Wychodzę ze szkoły z Isabell. Jest piątek i jak zawsze idziemy na deser lodowy, na który dostajemy zawsze po zakupionych deserach bony na następny tańszy, ale taka sama duża porcja. Opłaca się wydać parę miedziaków na chwile przyjemności. Szybko topiąca się ciecz, ale jak cieszy.
- Przepraszam, muszę odebrać. - powiedziała Isabell, odchodząc od stolika.
Siedzę i poruszam nogami, które zwisają mi swobodnie na krześle barowym. Ekran komórki daje sie we znaki. Tapeta w serduszka na ekranie blokady... Hmm?! Muszę ją wreszcie zmienić.
- Co się dzieje? - zaczęłam.
- Spotykamy się dzisiaj? - mówi Jasmine.
- Czemu nie. - wzruszyłam ramionami. - O której?
- Szesnasta?
- Jasne.
- To do zobaczenia.
- Pa. - rozłączyłam się, kiedy Isabell usiadła przede mną.
- Rozmawiaj. Nie przeszkadza mi to.
- Ale i tak już nie było o czym. O szesnastej muszę wyjść.
- Pewnie. Dojemy lody i pójdziemy.
Zjadłyśmy, zostawiłyśmy pieniądze na stoliku i wyszłyśmy. Wstąpiłyśmy do biblioteki, bo Isabell miesiąc przetrzymuje "Pięćdziesiąt twarzy Grey'a". Nie wnikam dlaczego.
Pożegnałyśmy się i poszłyśmy w dwóch innych kierunkach. Przypomniał mi się dzisiejszy list. Nie była na nim podana godzina. Muszę teraz szybko wykombinować, co zrobić, by ani się nie spóźnić, ani długo nie czekać. Jednak mam obawy. Nie znam tego kogoś, a sama muszę tam iść. Z drugiej strony bardzo zależy mi na Luke'u i muszę coś zrobić, a nie bezczynnie siedzieć.
- Cześć Tina. - zaczęłam.
- Możemy spotkać się za 10 minut obok twojego internatu? Musimy porozmawiać.
- Jasne. Zaraz będę.
Czekam 7 siedem minut, oparta o murek. Rozglądam się, bo mój mózg tak chce. Wzrokiem śledzę kroki przechodni.
- Jestem. - przytuliła mnie na powitanie. - To o czym chciałaś porozmawiać.
- O Luke'u. - pociągnęłam ją za nadgarstek.
W dwadzieścia minut skróciłam jej ostatnie informacje plus-minus pięć minut na wczorajszą poprawka dzisiejszą noc z Matthew'em.
- Huhu dziewczyno. - przykryła usta dłońmi. - Nie poznaje cię tygrysico.
- Weź przestań. To poważna sprawa. - Nie wiem co mam robić.
- Hmm... Musisz na pewno coś zrobić, by dowiedzieć się co jest z Luke'em. Skup się na nim, a nie na przyjemnościach. Pamiętaj, że możesz kochać tylko jednego z nich. Wybór należy do ciebie, a co z nim zrobisz to już nie mój biznes. Jednak dobrze się zastanów.
- Nie pomagasz.
- Pójdziemy na to spotkanie razem. Ukryje się gdzieś na wszelki wypadek. Też chce wiedzieć co się z nim dzieje. Wisi mi piątaka.
- Przestań! - lekko się zaśmiałam. - Ale dzięki, że ze mną tam pójdziesz.
- A o której?
- Nie wiem. Pójdziemy tam o dziewiętnastej.
- Jasne.
- Dobra chodź, bo umówiłam się z Jasmine i resztą.
Na umówionym spotkaniu Jasmine zaprosiła nas do kina. W sumie to nie jest zły pomysł. Jednogłośnie się zgodziliśmy i ruszyliśmy czwartą aleją, aż dotarliśmy do kina. Chłopaki z Jasmine poszli kupić bilety, a my zajęłyśmy kolejkę do przekąsek. Stoimy rozproszone w kolejce obok siebie. Tak na prawdę wyglądało, jakby tylko Tina w niej stała, a my towarzyszymy jej. Śmiech mnie nie opuszcza. Jest mi strasznie wstyd za Lu, która naśladuje starszego faceta przed nią, o nietypowych gestykulacjach.
- Ines chyba dzwoni ci telefon. - krzyknęła Lu.
- Faktycznie. - patrze na ekran komórki. Nieznany numer.
Idę kawałek za wielki marmurowy słup. Odbieram i natychmiast przykładam słuchawkę do ucha.
- Tak? - zaczęłam.
- Oj nie ładnie cukiereczku...
- Kto mówi?
- Pamiętasz o naszym spotkaniu?
- Nie podałeś godziny. I z kim rozmawiam?
- Ja na twoim miejscu stałbym pod umówionym miejscem nawet cały dzień dla ukochanego. Najwidoczniej ci nie zależy. Ja już dobrze wiem, co z nim zrobić, ale się upiera, że tobie zależy... Nie ładnie...
- Zamknij się! Cholernie mi na nim zależy, a jeśli go skrzywdzisz...
- No, no, no. - przerwał pieszczotliwym głosem. - To co mi zrobisz?
- Gdzie jest Luke?!
- Sekret.
- Przestań chrzanić!
- Nie grzeczna.... Lubię takie. Może pójdziemy na jakiś układ. Co ty na to? - zaśmiał się szyderczo.
- Na nic z tobą nie pójdę. Daj nam spokój wreszcie. Co on ci zrobił?
- On? Nic...
- To po co to robisz?
- Nie jesteś moją matką.
- Mam cię już dość. Przestań ze mną grać. Masz go wypuścić!
- Ja wciąż czekam, a czas ucieka cukiereczku. TIK-TAK.
- Czekaj tam gnoju!
Rozłączyłam się i uciekłam niezauważalnie z kina. Kierowałam się siódmą aleją, aż dotarłam na miejsce. Stare wysypisko śmieci. Rozglądam się, by dostrzec jakąkolwiek żywą istotę. Ciemne chmury zasłoniły całe światło. Mrok się rozprzestrzenił na całą powierzchnie. Chyba będzie padać. W powietrzu, aż czuć deszcz... I odór odpadków. Idę obracając się wokoło.
Kurczę jak tu cuchnie. Mówię do siebie, by nie zdradzić swojej lokalizacji. Wibruje telefon w kieszeni. Wyłączyłam dźwięk, by nie dawać znaków życia.
- Idź w lewo, aż dojdziesz do kontenera z plakietką "szkło".
Czytam,analizuje,idę. Dochodzę do kontenera. Nikogo nie widzę, nie słyszę szeptów, czy kroków. Jestem tu sama? Zastanawiam się. Strach już dawno mnie opuścił. Próbuje uporać się z myślami o Luke'u. Nadal go kocham. Nadal jest częścią mnie i wiem, że ja jego też. Sięgam do kontenera. Stoję na palcach i przeszukuje wierzch śmieci. Widzę kartkę w środku butelki. Patrze na nią, rozglądam się i biegnę do wyjścia.
Jestem już w domu. Telefon podłączyłam do ładowania. Miałam cztery nieodebrane połączenia od znajomych. Kurczę mam nadzieje, że niczego nie spartaczyłam. Ktoś przekręca kluczyk w zamku. To Matthew.
- I jak film? - pytam na wstępie, by przewietrzyć złą atmosferę.
- Ni jak.
- Nie rozumiem?
- Dlaczego cię nie było? - sięgnął po czekoladowe mleko z lodówki.
- Miałam pilny telefon od wychowawczyni.
- Ukrywasz coś przede mną.
- Nic nie ukrywam.
Podszedł do mnie, stanął na wprost mnie i przyjrzał się uważnie moim oczom. Krople deszczu doszczędnie zmoczyły jego włosy i ubrania. Końcówki opadały mu na czoło. Mokra bluza dotykała moich gołych ramion. Przeszła mnie gęsia skórka.
- Idź się przebierz, bo będziesz chory.
- Nie zmieniaj tematu.
- Idź. - odepchnęłam go lekko.
Zrobił to co mu powiedziałam. Przebrał się w mgnieniu oka i zszedł na dół. Akurat zdążyłam z kanapkami. Podałam mu talerz, kiedy siadał na krzesło barowe. Otrzepałam dłonie o siebie i powoli idę w kierunku salonu.
- Stój Ines. - zatrzymał mnie łapiąc jedną ręką w tali. Przysunął do siebie, a później obrócił, by mieć ze mną kontakt wzrokowy. - Powiedz mi co się dzieje. Chce wiedzieć.
- Nie mogę.
- Chodzi o Luke'a?
- Hmm... - mruknęłam. - Nie...
- Nie kłam. Odzywał się?
- Powiedzmy.
- Dlaczego nie mówiłaś?
- To jest sprawa moja i jego. Bez osób trzecich.
- Kochasz go? Nadal go kochasz prawda?
- Matthew... - pokiwałam głową.
- Odpowiedz mi.
Wzięłam głęboki wdech, ale za nim mu odpowiedziałam, zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Stój tu. Pójdę sprawdzić kto to. - powiedział z pełną odwagą.
Jest na prawdę późno, więc nie mam bladego pojęcia kto to może być. Toffu szczeka na zamknięte drzwi.
Chwile później do kuchni przychodzi Matthew.
- Kto to?
- Ktoś sobie żartuje.
- Yhym...
Stoimy chwilę w ciszy. Pierwszy krok zrobił on. Podszedł po talerz i wziął go na górę. Nie wraca do tematu i raczej nie wróci. Ja sama nie wiem co miałabym mu odpowiedzieć. To wszystko jest pochrzanione.
Wchodzę do pokoju, a przede mną otwarty balkon. Przecież zawsze go zamykam. Dziwne. Zamykam drzwi balkonowe, poprawiam zasłony i przechodzę obok łóżka po laptopa. Wchodzę na facebook'a. Isabell napisała mi zadanie z matematyki. Dobrze jest mieć koleżankę prymusa. Sięgam do stolika nocnego po kartkę i długopis. Na wierchu leży niechlujna kartka.
"Otwórz"
Duże, drukowane litery mnie przerażają. Wytrzeszczam oczy i sięgam do torebki. Wyciągam butelkę i jej zawartość.
"Cześć Ines. Wiem, nie odzywałem się, ale musiałem pilnie wyjechać. Rodzice dostali umowę, więc nie miałem prawa głosu w tej sprawie. Ale kocham cię i nie ważne, czy miałby to być koniec świata, czy najdłuższa podróż w kosmos. Zawsze przy tobie będę, a moja miłość do ciebie nie będzie miała prawa zgasnąć. Chciałbym mieć z tobą częstsze kontakty, móc rozmawiać godzinami jak kiedyś, ale tutaj mam rygor. Koszmarne piekło, koszmarny kraj. Ale jako tako nie jest najgorzej. Poznałem kilku ludzi. Szkoła też nie najgorsza, ale wiedząc że moja ukochana siedzi ze łzami w oczach, zamknięta w pokoju i myśli gdzie jestem to boli mnie serce. Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało i jesteś tą jedyną, na którą warto było tyle czekać. Mimo kilometrów nasza miłość nie powinna mieć tak wielkiego znaczenia. Robię wszystko, by na święta wrócić do USA i stanąć przed drzwiami twojego pokoju. Tylko na to czekam od kąt tu jestem. Kocham cię Ines. Czekam na odpowiedź. Bądź dzielna księżniczko.
P.S. Na zawsze razem. Jak nasza obietnica."
Łzy kręciły mi się w oku. Dlaczego list został zaadresowany do mnie, a wdarł się w ręce brudnego kolesia z telefonu.
Na odwrocie kartki widnieje: "S,R,1". Co to ma niby znaczyć?!
- "S,R,1" - pyta zdziwiona Tina. - co to niby znaczy?
- No właśnie nie wiem, dlatego przychodzę z tym do ciebie.
- Wiesz, że na takim czymś to najlepiej zna się...
- Tom... - przewróciłam oczami. - Tak wiem, ale jest za wcześnie by im mówić.
- Za wcześnie? Chyba za późno... - zaczęła szybko mówić.
- Wszystko w swoim czasie. - przegłuszyłam ją.
- Ines...
- Tina, na razie muszę ogarnąć o co chodzi.
- Ale nie dzisiaj.
- Czemu?
- Jest sobota, odpręż się trochę, bo za dużo się u ciebie ostatnio dzieje. - zaczęła masować moje ramiona.
- Hmm... - zamknęłam oczy. - Mam tak po prostu się odprężyć, kiedy Luke'u może być w niebezpieczeństwie.
- Na razie dostajesz podpowiedzi, więc musisz tylko czekać. To ci pozostało.
- Nie zawsze będę szła na łatwiznę Tina. Boje się o niego. Jeszcze ten list.
- Ja też się boje, ale będzie dobrze. Zobaczysz jeszcze wróci do nas i będziecie znowu razem.
Razem? Bardzo chcę, ale jeśli Matthew zniknie z mojego punktu widzenia. Oboje mieszają mi w głowie. Tina ma racje... Nie ma miejsca dla nich obojga w moim życiu. Jednak Luke'a mimo wszystko i tak mam zamiar znaleźć. Za bardzo jest dla mnie ważny. Najważniejszy. Teraz chyba żałuje tej niedoszłej nocy z Matthew'em. Yhh...
- Może zrobimy sobie babski wieczór? - zaproponowała Tina.
- No nie wiem.
- Ines. Zrelaksuj się. Te problemy cię wykończą.
- No dobra.
Zgodziłam się. Może to dobry pomysł.
Wychodzę ze szkoły z Isabell. Jest piątek i jak zawsze idziemy na deser lodowy, na który dostajemy zawsze po zakupionych deserach bony na następny tańszy, ale taka sama duża porcja. Opłaca się wydać parę miedziaków na chwile przyjemności. Szybko topiąca się ciecz, ale jak cieszy.
- Przepraszam, muszę odebrać. - powiedziała Isabell, odchodząc od stolika.
Siedzę i poruszam nogami, które zwisają mi swobodnie na krześle barowym. Ekran komórki daje sie we znaki. Tapeta w serduszka na ekranie blokady... Hmm?! Muszę ją wreszcie zmienić.
- Co się dzieje? - zaczęłam.
- Spotykamy się dzisiaj? - mówi Jasmine.
- Czemu nie. - wzruszyłam ramionami. - O której?
- Szesnasta?
- Jasne.
- To do zobaczenia.
- Pa. - rozłączyłam się, kiedy Isabell usiadła przede mną.
- Rozmawiaj. Nie przeszkadza mi to.
- Ale i tak już nie było o czym. O szesnastej muszę wyjść.
- Pewnie. Dojemy lody i pójdziemy.
Zjadłyśmy, zostawiłyśmy pieniądze na stoliku i wyszłyśmy. Wstąpiłyśmy do biblioteki, bo Isabell miesiąc przetrzymuje "Pięćdziesiąt twarzy Grey'a". Nie wnikam dlaczego.
Pożegnałyśmy się i poszłyśmy w dwóch innych kierunkach. Przypomniał mi się dzisiejszy list. Nie była na nim podana godzina. Muszę teraz szybko wykombinować, co zrobić, by ani się nie spóźnić, ani długo nie czekać. Jednak mam obawy. Nie znam tego kogoś, a sama muszę tam iść. Z drugiej strony bardzo zależy mi na Luke'u i muszę coś zrobić, a nie bezczynnie siedzieć.
- Cześć Tina. - zaczęłam.
- Możemy spotkać się za 10 minut obok twojego internatu? Musimy porozmawiać.
- Jasne. Zaraz będę.
Czekam 7 siedem minut, oparta o murek. Rozglądam się, bo mój mózg tak chce. Wzrokiem śledzę kroki przechodni.
- Jestem. - przytuliła mnie na powitanie. - To o czym chciałaś porozmawiać.
- O Luke'u. - pociągnęłam ją za nadgarstek.
W dwadzieścia minut skróciłam jej ostatnie informacje plus-minus pięć minut na wczorajszą poprawka dzisiejszą noc z Matthew'em.
- Huhu dziewczyno. - przykryła usta dłońmi. - Nie poznaje cię tygrysico.
- Weź przestań. To poważna sprawa. - Nie wiem co mam robić.
- Hmm... Musisz na pewno coś zrobić, by dowiedzieć się co jest z Luke'em. Skup się na nim, a nie na przyjemnościach. Pamiętaj, że możesz kochać tylko jednego z nich. Wybór należy do ciebie, a co z nim zrobisz to już nie mój biznes. Jednak dobrze się zastanów.
- Nie pomagasz.
- Pójdziemy na to spotkanie razem. Ukryje się gdzieś na wszelki wypadek. Też chce wiedzieć co się z nim dzieje. Wisi mi piątaka.
- Przestań! - lekko się zaśmiałam. - Ale dzięki, że ze mną tam pójdziesz.
- A o której?
- Nie wiem. Pójdziemy tam o dziewiętnastej.
- Jasne.
- Dobra chodź, bo umówiłam się z Jasmine i resztą.
Na umówionym spotkaniu Jasmine zaprosiła nas do kina. W sumie to nie jest zły pomysł. Jednogłośnie się zgodziliśmy i ruszyliśmy czwartą aleją, aż dotarliśmy do kina. Chłopaki z Jasmine poszli kupić bilety, a my zajęłyśmy kolejkę do przekąsek. Stoimy rozproszone w kolejce obok siebie. Tak na prawdę wyglądało, jakby tylko Tina w niej stała, a my towarzyszymy jej. Śmiech mnie nie opuszcza. Jest mi strasznie wstyd za Lu, która naśladuje starszego faceta przed nią, o nietypowych gestykulacjach.
- Ines chyba dzwoni ci telefon. - krzyknęła Lu.
- Faktycznie. - patrze na ekran komórki. Nieznany numer.
Idę kawałek za wielki marmurowy słup. Odbieram i natychmiast przykładam słuchawkę do ucha.
- Tak? - zaczęłam.
- Oj nie ładnie cukiereczku...
- Kto mówi?
- Pamiętasz o naszym spotkaniu?
- Nie podałeś godziny. I z kim rozmawiam?
- Ja na twoim miejscu stałbym pod umówionym miejscem nawet cały dzień dla ukochanego. Najwidoczniej ci nie zależy. Ja już dobrze wiem, co z nim zrobić, ale się upiera, że tobie zależy... Nie ładnie...
- Zamknij się! Cholernie mi na nim zależy, a jeśli go skrzywdzisz...
- No, no, no. - przerwał pieszczotliwym głosem. - To co mi zrobisz?
- Gdzie jest Luke?!
- Sekret.
- Przestań chrzanić!
- Nie grzeczna.... Lubię takie. Może pójdziemy na jakiś układ. Co ty na to? - zaśmiał się szyderczo.
- Na nic z tobą nie pójdę. Daj nam spokój wreszcie. Co on ci zrobił?
- On? Nic...
- To po co to robisz?
- Nie jesteś moją matką.
- Mam cię już dość. Przestań ze mną grać. Masz go wypuścić!
- Ja wciąż czekam, a czas ucieka cukiereczku. TIK-TAK.
- Czekaj tam gnoju!
Rozłączyłam się i uciekłam niezauważalnie z kina. Kierowałam się siódmą aleją, aż dotarłam na miejsce. Stare wysypisko śmieci. Rozglądam się, by dostrzec jakąkolwiek żywą istotę. Ciemne chmury zasłoniły całe światło. Mrok się rozprzestrzenił na całą powierzchnie. Chyba będzie padać. W powietrzu, aż czuć deszcz... I odór odpadków. Idę obracając się wokoło.
Kurczę jak tu cuchnie. Mówię do siebie, by nie zdradzić swojej lokalizacji. Wibruje telefon w kieszeni. Wyłączyłam dźwięk, by nie dawać znaków życia.
- Idź w lewo, aż dojdziesz do kontenera z plakietką "szkło".
Czytam,analizuje,idę. Dochodzę do kontenera. Nikogo nie widzę, nie słyszę szeptów, czy kroków. Jestem tu sama? Zastanawiam się. Strach już dawno mnie opuścił. Próbuje uporać się z myślami o Luke'u. Nadal go kocham. Nadal jest częścią mnie i wiem, że ja jego też. Sięgam do kontenera. Stoję na palcach i przeszukuje wierzch śmieci. Widzę kartkę w środku butelki. Patrze na nią, rozglądam się i biegnę do wyjścia.
Jestem już w domu. Telefon podłączyłam do ładowania. Miałam cztery nieodebrane połączenia od znajomych. Kurczę mam nadzieje, że niczego nie spartaczyłam. Ktoś przekręca kluczyk w zamku. To Matthew.
- I jak film? - pytam na wstępie, by przewietrzyć złą atmosferę.
- Ni jak.
- Nie rozumiem?
- Dlaczego cię nie było? - sięgnął po czekoladowe mleko z lodówki.
- Miałam pilny telefon od wychowawczyni.
- Ukrywasz coś przede mną.
- Nic nie ukrywam.
Podszedł do mnie, stanął na wprost mnie i przyjrzał się uważnie moim oczom. Krople deszczu doszczędnie zmoczyły jego włosy i ubrania. Końcówki opadały mu na czoło. Mokra bluza dotykała moich gołych ramion. Przeszła mnie gęsia skórka.
- Idź się przebierz, bo będziesz chory.
- Nie zmieniaj tematu.
- Idź. - odepchnęłam go lekko.
Zrobił to co mu powiedziałam. Przebrał się w mgnieniu oka i zszedł na dół. Akurat zdążyłam z kanapkami. Podałam mu talerz, kiedy siadał na krzesło barowe. Otrzepałam dłonie o siebie i powoli idę w kierunku salonu.
- Stój Ines. - zatrzymał mnie łapiąc jedną ręką w tali. Przysunął do siebie, a później obrócił, by mieć ze mną kontakt wzrokowy. - Powiedz mi co się dzieje. Chce wiedzieć.
- Nie mogę.
- Chodzi o Luke'a?
- Hmm... - mruknęłam. - Nie...
- Nie kłam. Odzywał się?
- Powiedzmy.
- Dlaczego nie mówiłaś?
- To jest sprawa moja i jego. Bez osób trzecich.
- Kochasz go? Nadal go kochasz prawda?
- Matthew... - pokiwałam głową.
- Odpowiedz mi.
Wzięłam głęboki wdech, ale za nim mu odpowiedziałam, zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Stój tu. Pójdę sprawdzić kto to. - powiedział z pełną odwagą.
Jest na prawdę późno, więc nie mam bladego pojęcia kto to może być. Toffu szczeka na zamknięte drzwi.
Chwile później do kuchni przychodzi Matthew.
- Kto to?
- Ktoś sobie żartuje.
- Yhym...
Stoimy chwilę w ciszy. Pierwszy krok zrobił on. Podszedł po talerz i wziął go na górę. Nie wraca do tematu i raczej nie wróci. Ja sama nie wiem co miałabym mu odpowiedzieć. To wszystko jest pochrzanione.
Wchodzę do pokoju, a przede mną otwarty balkon. Przecież zawsze go zamykam. Dziwne. Zamykam drzwi balkonowe, poprawiam zasłony i przechodzę obok łóżka po laptopa. Wchodzę na facebook'a. Isabell napisała mi zadanie z matematyki. Dobrze jest mieć koleżankę prymusa. Sięgam do stolika nocnego po kartkę i długopis. Na wierchu leży niechlujna kartka.
"Otwórz"
Duże, drukowane litery mnie przerażają. Wytrzeszczam oczy i sięgam do torebki. Wyciągam butelkę i jej zawartość.
"Cześć Ines. Wiem, nie odzywałem się, ale musiałem pilnie wyjechać. Rodzice dostali umowę, więc nie miałem prawa głosu w tej sprawie. Ale kocham cię i nie ważne, czy miałby to być koniec świata, czy najdłuższa podróż w kosmos. Zawsze przy tobie będę, a moja miłość do ciebie nie będzie miała prawa zgasnąć. Chciałbym mieć z tobą częstsze kontakty, móc rozmawiać godzinami jak kiedyś, ale tutaj mam rygor. Koszmarne piekło, koszmarny kraj. Ale jako tako nie jest najgorzej. Poznałem kilku ludzi. Szkoła też nie najgorsza, ale wiedząc że moja ukochana siedzi ze łzami w oczach, zamknięta w pokoju i myśli gdzie jestem to boli mnie serce. Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało i jesteś tą jedyną, na którą warto było tyle czekać. Mimo kilometrów nasza miłość nie powinna mieć tak wielkiego znaczenia. Robię wszystko, by na święta wrócić do USA i stanąć przed drzwiami twojego pokoju. Tylko na to czekam od kąt tu jestem. Kocham cię Ines. Czekam na odpowiedź. Bądź dzielna księżniczko.
P.S. Na zawsze razem. Jak nasza obietnica."
Łzy kręciły mi się w oku. Dlaczego list został zaadresowany do mnie, a wdarł się w ręce brudnego kolesia z telefonu.
Na odwrocie kartki widnieje: "S,R,1". Co to ma niby znaczyć?!
- "S,R,1" - pyta zdziwiona Tina. - co to niby znaczy?
- No właśnie nie wiem, dlatego przychodzę z tym do ciebie.
- Wiesz, że na takim czymś to najlepiej zna się...
- Tom... - przewróciłam oczami. - Tak wiem, ale jest za wcześnie by im mówić.
- Za wcześnie? Chyba za późno... - zaczęła szybko mówić.
- Wszystko w swoim czasie. - przegłuszyłam ją.
- Ines...
- Tina, na razie muszę ogarnąć o co chodzi.
- Ale nie dzisiaj.
- Czemu?
- Jest sobota, odpręż się trochę, bo za dużo się u ciebie ostatnio dzieje. - zaczęła masować moje ramiona.
- Hmm... - zamknęłam oczy. - Mam tak po prostu się odprężyć, kiedy Luke'u może być w niebezpieczeństwie.
- Na razie dostajesz podpowiedzi, więc musisz tylko czekać. To ci pozostało.
- Nie zawsze będę szła na łatwiznę Tina. Boje się o niego. Jeszcze ten list.
- Ja też się boje, ale będzie dobrze. Zobaczysz jeszcze wróci do nas i będziecie znowu razem.
Razem? Bardzo chcę, ale jeśli Matthew zniknie z mojego punktu widzenia. Oboje mieszają mi w głowie. Tina ma racje... Nie ma miejsca dla nich obojga w moim życiu. Jednak Luke'a mimo wszystko i tak mam zamiar znaleźć. Za bardzo jest dla mnie ważny. Najważniejszy. Teraz chyba żałuje tej niedoszłej nocy z Matthew'em. Yhh...
- Może zrobimy sobie babski wieczór? - zaproponowała Tina.
- No nie wiem.
- Ines. Zrelaksuj się. Te problemy cię wykończą.
- No dobra.
Zgodziłam się. Może to dobry pomysł.
niedziela, 4 października 2015
ROZDZIAŁ V
- Myślisz, że dobrze robimy? - zaczęłam, a głos urywał się po każdym słowie.
- A dlaczego nie?
- No nie wiem. - kręciłam palcem wskazującym po jego torsie. - Trochę się krępuje i...
- I? - przesuwał dłonią po moim policzku. Lekko ją przytrzasnęłam między policzkiem i ramieniem.
- I... - zamknęłam oczy, ocierając policzkiem jego wewnętrzną stronę dłoni. - Nigdy tego nie robiłam. Trochę się boje.
-
Jeśli pocieszy cię fakt, że też jestem amatorem, to było by super.
Lubię jak się uśmiechasz. Jesteś taka urocza i masz seksowne dołeczki w
policzkach. - lekko uderzył czołem o moje czoło.
Zachichotałam.
- Jest ciemno, więc i tak nic nie będziemy widzieć. Na dworze też ciemno więc drugi plus.
- Ale będziemy się dotykać. - wymamrotałam.
- Nie zrobię ci krzywdy. - powiedział spokojnym i wiarygodnym głosem. - Nie chcę cię skrzywdzić Ines.
- Wiem. - przytaknęłam głową.
Nastałam chwila ciszy. Czułam jego ciepły oddech na ustach, później na karku, ramieniu i co raz niżej.
- Jeśli nie chcesz...
- Chcę. - powiedziałam stanowczo. - Tylko muszę się przygotować.
- Dobrze.
Podniósł
moją koszulkę i wsadził pod nią głowę, muskając delikatnie mój brzuch.
Kierował się do góry, nie przestawając ślinić mojego ciała. Było mi
przyjemnie, co powodowało mętlik w mojej głowie. Boje się, ale chce
tego. Nie wiem czy Matthew, to właśnie ta osoba, z którą tego chce,
ale... Chce tego... Chce tego z nim, ale nie wiem czy on jest
odpowiednim kandydatem. To nie logiczne. Nie spójne, ale co może być
racjonalne dla 16-latki... Chce zapomnieć o problemach, o Luke'u i o
wszystkim i wszystkich. Chce czuć to uczucie, tą namiętność, ten
rozrywający dech w piersiach... To chyba miłością. Ludzie to robią
najczęściej z miłości, a nie z samego pożądania... Ja jednak nie wiem
czym się kieruje. Z jednej strony... Bardzo go lubię, chociaż nie
cierpię, ale jest mi bliski, taki przyjacielski... Jest mi z nim dobrze.
Z drugiej strony nienawidziłam go, teraz zaspokajam nim myśli, by
zapomnieć o Luke'u, co nie jest na miejscu. Nie jestem taka. Albo nie
byłam. Jestem inna i z każdym dniem się zmieniam. Moje uczucie chyba
też. Luke idzie w odstawkę, a na jego miejsce wchodzi tak po prostu
Matthew. Przeraża mnie ta rzeczywistość... To realne złudzenie, ale
realne... To się dzieje. Przecież myśleliśmy z Luke'em jeszcze nie dawno
o przyszłości, o studiach, o rodzinie... Teraz mam znów układać sobie
plany na życie z kimś innym? Przecież to z Luke'em chciałam mieć swój
pierwszy raz... Teraz już sama nie wiem.
- Wszystko w porządku? - zaczął, zostając w tej samej pozycji.
- Czy ty chcesz to zrobić z miłości do mnie, czy wykorzystujesz nieobecność cioci i moją naiwność?
Powoli wyszedł spod mojej koszulki i podniósł się, znów stykając czoło o moje czoło.
-
Od zawsze cię kochałem. Myślisz, że te wszystkie złe rzeczy, kiedy
byliśmy mali robiłem, by patrzeć jak płaczesz? - otarł moje łzy, kiedy
wypowiedział te zdania. - Kocham cię, kochałem i zawsze będę cię kochać,
choćby nie wiem co. I chce to zrobić z miłości, chce cię uszczęśliwić i
pomóc ci zapomnieć o tym niesprawiedliwym świecie, o tym dupku i... O
tym wszystkim co cię spotkało.
Dupku?
Co dziwne... Nie zabolało mnie to. Może ma racje. Może Luke odszedł, bo
miał mnie dość. Może kilometry, które nas dzieliły za bardzo go
przytłaczały. Nie chce dopuścić innej myśli do głowy. Niech będzie jak
jest.
-
Wiesz... Ale ja nie wiem co do ciebie czuje. - łzy spływały mi
ciurkiem. - Nie chce zrobić tego od tak, ale wszystko dzieje się tak
szybko...
-
Rozumiem i nie mam i tego za złe. - otarł moje łzy. - Kiedyś zrozumiesz
co do mnie czujesz, a ja będę czekać na ciebie. Zadbam o ciebie, o
twoje uczucia. Nie jestem draniem, który by cię tylko wykorzystał.
Zależy mi na tobie jak na nikim dotychczas. Będę delikatny, czuły,
opanowany. Zadbam o ciebie jak o księżniczkę, której należy się wszystko
co najlepsze. Tylko... Musisz mi pozwolić się do siebie zbliżyć. Może
nie koniecznie o taki sposób mi chodzi, ale o wszystko. Uszczęśliwię
cię... Więc jak.
Wahałam
się przez moment. Kalkuluje wszystko co powiedział. Cieszy mnie to.
Ciesze się, że to powiedział, bo teraz wiem, że mu na prawdę na mnie
zależy.
- Dobrze. - musnęłam jego usta.
Odwzajemnił
pocałunek. Delikatnie zsuwa dłoń z mojego policzka, ocierając się o
ramię i spuszczając rękaw bluzy z mojej ręki. Bardzo powolny ruch, taki
precyzyjny. Nie śpieszymy się. Całujemy się delikatnie, lekko unosimy,
by mógł zdjąć bluzę z moich ramion. Strzela gdzieś nią po pokoju i tylko
słychać uderzający zamek o panele. Pomagam mu zdjąć koszulkę.
Przejeżdżam opuszkami palców po jego skórze. W górę i w dół, w dół i w
górę. Przekładam jedną nogę przez jego biodra i lekko kładę go na łóżko.
Muskam jego szyję, później ramiona, klatkę piersiową, a później do góry
ocierając swoje wargi o jego. Oddychamy powoli, spokojnie, opanowując
emocję. Jeździ dłońmi po moich udach, kierując się wyżej. Dotyka guzika
od rozporka i odpina go. Z łatwością rozsuwa nieco stary zamek od spodni
i zsuwa je nisko, aż do kolan. Zdejmuje je, a on się podnosi, tak że
siedzę na jego udach, nie odrywając ust, od jego ust. Zwija od dołu
koszulkę w palcach i ściąga mi ją zręcznie przez głowę. Kładę delikatnie
ręce na jego umięśnionych ramionach i przedramionami macam jego
obojczyki. Całuje moją szyję, później schodzi w dół, aż do piersi.
Unoszę lekko głowę do góry i zamykam oczy, rozluźniając wszystkie
napięte mięśnie. Wciągam i wypuszczam powietrze z każdym ruchem jego
muskania ustami. Serce bij mi mocniej, a później znów wraca do stanu
spoczynku. Próbuje dobrać się do zapięcia. Lekko wchodzi palcami do góry
po moich plecach, jak zwinny człowiek-amator wspinający się na ściankę.
Dotyka zapięcia i z łatwością je odpina. Powoli ściąga z moich ramion
ramiączka, a stanik opada niżej.
- Cholera jasna! - ktoś krzyknął z dołu. - Szlak by go!
- Ciocia? - powiedziałam cicho, trzymając biustonosz na piersiach.
- Miała wrócić jutro.
- Schowaj się pod łóżko! - powiedziałam donośnym, ale cichym głosem.
Zeszłam z niego i przykryłam się kołdrą, zapinając biustonosz. Matthew spadł na podłogę z czego zrobił głośny hałas.
- Co się dzieje? - krzyknęła ciocia.
- Cholera! Idzie tu! - krzyczę szeptem.
Zapalam światło, by Matthew mógł pozbierać ubrania z podłogi.
Ciocia szarpnęła za klamkę i otworzyła drzwi.
- Co się tu dzieje? - spytała zapalając duże światło.
- Nic.
- A ten hałas?
- Spadła mi książka, ale już podniosłam. - uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie śpisz jeszcze?
- nie mogę jakoś.
- No dobrze. To spróbuj przynajmniej. Jeszcze zajrzę do Matthew'a.
- Nie! - krzyknęłam.
- Dlaczego? - uniosła jedną brew do góry.
-
Bo... - kierowałam wzrokiem po pokoju. - Bo... Ehh dziewczyna z nim
zerwała i przeżywa to strasznie, więc lepiej tam nie wchodzić.
- To on miał dziewczynę? Nic nie mówił.
- No ja też o Luke'u szybko ci nie powiedziałam.
- No w sumie racja. - zrobiła wzrok myśliciela. - Dobrze, no to idź spać. Jutro cię wcześnie budzę.
- Jasne. - puściłam jej oczko.
Zgasiła światło i zamknęła drzwi.
Chwile poczekałam, aż zejdzie i pozwoliłam wyjść Matthew spod łóżka.
- Teren czysty.
- Myślałem, że nie wyjdzie. - przewrócił oczami.
- No ciocia to gaduła.
Podał mi moje ubrania i położyłam je obok siebie. Przeszedł obok łóżka i usiadł na wprost mnie.
- Coś nam nie wyszło. - lekko się uśmiechnął, łapiąc moją dłoń.
- No trochę. - zrobiłam to samo. - Ale i tak bardzo mi się podobało.
- Mi też. - musnął moje ramię.
- Chyba powinniśmy iść spać. - zaproponowałam.
- Teraz to nie zasnę. Będę myślał o tym wieczorze.
- Ja też. - przejechałam dłonią po jego klatce piersiowej.
Przechyliłam
się do przodu, tak że nie miałam wyboru i położyłam się na łóżku.
Przysunął się do góry i położył rękę na moim biodrze, bawiąc się palcami
koronką majtek. Skierowałam głowę w jego stronę i jeździłam dłonią po
jego brzuchu. Obróciłam się na bok i przysunęłam bliżej niego. Głowę
oparłam na jego sercu. Biło tak spokojnie, a moje dudniło jak dzwon
kościelny. Zjechał dłonią niżej po plecach, aż na pośladki. Powoli
opuszczał je niżej. Czułam jak jego opuszki palców tańczą na moich
pośladkach. Zamknęłam oczy.
- Musisz już iść. - wymamrotałam niechętnie.
Spojrzał
mi prosto w oczy, nie wypowiadając żadnego słowa. Podniósł się
ostrożnie, wziął swoje ubrania i przykrył mnie kołdrą, dając ciepłego
całusa w policzek.
- Śpij dobrze księżniczko. Bardzo cię kocham.
Patrzyłam na okno i usłyszałam tylko zamykające się lekko drzwi. Zamknęłam oczy i dałam się ponieść wyobraźni.
-
Wstawać małolaty! Szkoła nadchodzi! Dzisiaj ostatni dzień przed
weekendem! - krzyczała ciocia, tłukąc się garnkami po korytarzu.
-
Matko! Znowu ten pieprzony piątek. Po co mi szkoła... - zgasił lampkę,
która całą noc się świeciła i w samej bieliźnie okrążyłam pokój, by
sięgnąć do szafki. Okryłam się długim sweterkiem i wyszłam z pokoju,
idąc do łazienki.
- Wyścig? - zaproponował uradowany Matthew, stojąc w samych spodenkach w progu swojego pokoju.
- Jasne. - ruszyłam pierwsza.
Miałam
tylko 1m przewagi od pokoju do łazienki. Lekko krzyknęłam zauważając go
tuż za sobą. Złapał mnie za biodra i ułożył plecami o ścianę tuż przy
drzwiach łazienki. Uniosłam lekko ręce do góry, tak aby dłonie znalazły
się na równi z głową.
- Masz mnie. - uśmiechnęłam się najsłodziej jak umiem.
-
No mam. - przysunął się bliżej. Splótł palce lewej dłoni z moimi z
prawej ręki i przyłożył czoło do mojego czoła. Pokręcił nim delikatnie.
Zamknęłam oczy i oddychałam powoli. Czułam motylki z brzuchu.
- I co ze mną zrobisz? - prowokowałam go słownie.
- Dobrze wiesz co. - zaśmiał się cicho, podnosząc do góry prawą ręką sweterek, który opadał mi do połowy uda.
Zagryzłam wargę i odczepiłam się delikatnie od ściany, muskając jego usta.
- Zbieracie się?! - krzyknęła ciocia z kuchni.
- Tak. - powiedziałam. - To kto pierwszy?
- Chodźmy razem. - zaśmiał się.
- Chciałbyś. - pchnęłam go delikatnie do tyłu.
-
Nie zaprzeczę. - podrapał się w tył głowy, zmrużając przy tym oczy.
Spojrzał na mnie, obczajając mnie od stóp do głowy. - Jesteś piękna.
- A ty nachalny. - znów zagryzłam wargę. - Idę, bo się jeszcze spóźnimy.
Skinął głową i odszedł kawałek.
Ogarnęłam
się szybko i wyszłam. Nie zastałam go na korytarzu. Zeszłam do kuchni
na śniadanie. Pachniało naleśnikami i syrop klonowym. Mniam!
- Jak ty to? - patrzyłam na jedzącego Matthew'a.
- Nie doczekałem się, aż wyjdziesz.
- Dobra, nie wnikam. - zaśmiałam się i usiadłam obok niego.
- Odwiozę was jak zjecie.
- Okey. - wymamrotał z pełnymi ustami Matthew.
- Dlaczego tak wcześnie przyszłaś? - spytałam.
- Jack, ten pajac dobierał się do mnie. Pff
Spojrzeliśmy z Matthew'em z uśmieszkami na siebie.
- To źle?
- No wiesz... Jest przystojny, boski, umięśniony i ten... - oparła brodę o dłoń i spojrzała na sufit. - uśmiech.
Skądś to znam...
- Ale... Nie byłam pewna czy tego chce.
I to też znam.
- Może warto było dać mu szansę. - powiedział Matthew, łapiąc moją dłoń pod stołem.
- Teraz to przemyślałam i może... Po prostu musimy się bardziej poznać.
Hmm... Coś w tym jest.
- Dobra! Zbierajcie się, bo się spóźnimy.
Zjedliśmy, wypiliśmy kakao i ruszyliśmy z plecakami do wyjścia.
- Siemanko Isabell! - podniosłam dłoń, na wprost jej twarzy.
- Yyy... No cześć. - zgubiła wzrok w moich oczach. - Co ty taka uchachana?
Uchachana?!
- Aaa... Bo jest super, świetnie, fajnie i w ogóle.
- Yhym. Okey.
Zadzwonił dzwonek.
- Chodź. - złapała mnie za dłoń i pociągnęła do klasy.
Siedzimy na geografii. Trochę się nudzimy, więc jak reszta, piszę SMS-y z przyjaciółmi.
Właśnie dostałam wiadomość od Matthew'a.
Matthew: Kocham cię.
I serduszko na końcu zdania. Jest taki uroczy. Uśmiech sam pojawił mi się na twarzy.
Ja: (serce)
Przez dziesięć minut pisał mi o uczuciach do mnie. Coś tam dodał o wczorajszej nocy. Musiałam niezauważalnie czytać te SMS-y.
Po
chwili jakiś numer do mnie zadzwonił. Szybko się rozłączył. Ciekawe kto
to. To nie numer Luke'a, ale... Czyżby przypuszczenia mnie nie myliły?
Dzwonek.
Wychodzę i szybko oddzwaniam na ten numer siedząc w toalecie. Ktoś
odbiera. Huczy powietrze w słuchawce. Serce wali mi jak dzwon.
- Cześć Ines tutaj ciocia.
Uff...
-
Przepraszam, że dzwonie z innego numeru, ale zapomniałam telefonu. Będę
dzisiaj wcześniej, a później wychodzę do Jack'a. Dzisiaj na pewno nie
wrócę, nie musicie się zamartwiać. Możecie zaprosić znajomych, ale dom
mam zastać w idealnym stanie.
- Pewnie. Powodzenia. - zaśmiałam się.
- Buziaczki.
Wychodzę z toalety i idę do szafki. Otwieram, a przed moimi oczami wylatuje kartka. Rozglądam się i otwieram.
"Jeśli chcesz odzyskać ukochanego, spotkajmy się dzisiaj na czwartej ulicy. Powiem ci co masz zrobić.
P.S. Jeśli komuś coś powiesz..."
Przełknęłam
ciężko ślinę. Rozglądnęłam się uważnie, by sprawdzić kto mógł podrzucić
kartkę. Było tyle ludzi, że nie mogłam się skupić.
- Ines, chodź! - woła mnie Isabell.
sobota, 26 września 2015
ROZDZIAŁ IV
Opadłam na łóżku ze łzami spływającymi mi gęsto po policzkach. Zakryłam je dłońmi i dałam się ponieść emocjom. Tak bardzo boje się o Luke'a, ale kompletnie nie wiem gdzie jest i co się z nim dzieje. Muszę natychmiast się tego dowiedzieć.
Sięgam po telefon i przecieram rękawem bluzy mocno oczy, aż zrobiły się czerwone. Wystukałam numer Luke'a i trzy razy dzwoniłam do niego, ale nic. Kompletnie nic. Rzuciłam telefonem o łóżko, uklękłam przy nim i zaczęłam się modlić do Boga. Byle, by tylko coś to dało. Boże miej go w opiece!
- Świetnie!!! Pada deszcz. - obudziłam się przez uderzające silnie krople deszczu o rynnę.
Wstałam od niechcenia i sięgnęłam po ubrania, które wczoraj przed spaniem porozrzucałam po podłodze. Wyszłam z pokoju i natknęłam się na Matthew'a, który stoi przede mną ze swoim boskim uśmiechem i w samych bokserkach w statki.
- Khym. - odchrząknęłam speszona. - Ładne...
Spojrzałam na jego umięśnione ciało. Luke miał o wiele lepsze, w sumie sportowiec... Ale Matthew co bądź też jest nie zły. Co ja chrzanie!
- Muszę iść. - minęłam go, zahaczając łokciem o jego łokieć.
- Wszystko w porządku? - spytał, zmieniając wyraz twarzy na poważniejszy i łapiąc mnie za przedramię.
- Tak. - pokiwałam głową.
- A u ciebie? - spytałam, zmieniając kontekst pytania.
- Yhym. - patrzył mi w oczy wyszukując odpowiedzi, po czym puścił moją rękę i dał mi wejść do łazienki.
Kilka minut później ogarnęłam się i zeszłam coś zjeść. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, na który dzisiaj nie miałam w ogóle ochoty. Ale żeby nie zemdleć i później nie opowiadać całej historii, która przeżywam, po prostu muszę zamknąć oczy, zatkać nos i wziąć kilka łyżek jogurtu naturalnego. Chowam do torebki dwa banany i wychodzę razem z Mtthew'em z domu. Idziemy na metro i czekamy na ławce. Nie odzywamy się do siebie, tylko patrzymy na wprost jak ludzie mijają się w biegu. Kobieta w płaszczu z kubkiem kawy mija mężczyznę w garniturze, czarnym płaszczu, kapeluszem i walizką w ręce. Matka ciągnie córkę za rękę, która porusza się bardzo wolno, jedząc pomału drożdżówkę. Po prawej stronie chłopak nieco starszy ode mnie wyciąga z pokrowca skrzypce, kręcąc głową w lewo i prawo za pewne po to, by ją rozciągnąć. O! Nasze metro już jest.
Wstaję równo z Matthew'em i stoimy za przepychającymi się ludźmi. Trzymamy się słupa i jedziemy, trzepocząc się na wszystkie strony.
Wysiadamy i rozdzielamy się w swoje strony. Pożegnał się, ale mu nie odpowiedziałam. Nawet nie skupiłam się na tym. Coś innego pląta mi się w głowie.
- Ines, może ty nam opowiesz o Rewolucji francuskiej. - powiedziała głośno historyczka.
Spoglądnęłam na nią i pokiwałam sprzecznie głową.
- Przykro mi.
Znów spuściłam wzrok na dłonie i tylko w tle miałam szmery mówiącej historyczki...
Chemia, to przedmiot w którym nigdy nie byłam dobra, ale mimo to lubię go. Na prawdę go lubię.
- Ines, podasz mi H2O. - spytała Isabell, wlewając substancję z fiolki do flakoniko-podobnego czegoś.
- Hmm? - ocknęłam się, łapiąc się za głowę.
- Podasz mi wodę? Leży obok ciebie. - wskazała dłonią.
- Yhym. Jasne.
- Wszystko w porządku?
- Tak, tak.
Zabrzmiał dźwięk dzwonka. Chwyciłam torebkę i pierwsza wyszłam w klasy, rzucając na biurko nauczycielki biały fartuch. Szybkim krokiem poszłam do szafki, wyciągnęłam z torebki niepotrzebne książki i wrzuciłam je do szafki. List od Luke wysuwał się spod książek. Wyciągnęłam go i schowałam do torebki.
- I jak się czujesz? - zabrzmiał dźwięk SMS-a z mojej komórki.
- Średnio. Nic im nie mówiłaś?
- Nie. Ale moim zdaniem powinnaś im powiedzieć. To też przyjaciele Luke'a.
- Nie teraz. W swoim czasie. Musze kończyć.
Wyciągnęłam z torebki banana i poszłam na lekcję. Dzisiaj musiałam zostać dłużej. Mam ćwiczenia przed sprawdzianem z starszymi dziewczynami. Mam nadzieje, że myśli o Luke'u nie przeszkodzą mi w ich wykonywaniu. Poszło po mojej myśli. Wszystko było dobrze, nawet nie myślałam o nim. Skupiłam się tylko na ruchach. Jezioro łabędzie to dobry początek, ale na egzamin to się nie nada. Na szczęście dziewczyny pomogą mi z podkładem. Isabell została ze mną, a nawet ćwiczyła. Później powaga zamieniła się w zabawę. Humor przez to bardzo mi się poprawił. Dwie godziny nie myślenia o złym... o najgorszym. Wreszcie żyje szczęściem.
- Idziesz w tamtą stronę? - spytała Isabell.
- Tak. Ty też?
- Tak. - uśmiechnęła się. - To chodźmy.
Zatrzymałyśmy się w parku na lodach. Wreszcie słońce wyszło. Rozpromieniało cały park, aż chciało się zostać i szukać tęczy na niebie. Wytarłyśmy chusteczkami krzesła i usiadłyśmy na nich. Dostałam SMS-a od Tiny. Spytała gdzie jestem, na co nie odpisałam. Dobrze rozmawiało mi się z Isabell, a rzadko kiedy razem wychodzimy, więc postanowiłam ten czas poświęcić jej. I minął niesamowicie. Poszłyśmy do niej, gdzie przesiedziałam długi czas. Ma ogromny dom. Trzech starszych braci i jednego młodszego. Jej rodzice są na prawdę mili i utalentowani. Jej mama jest projektantką wnętrz i pokazała mi niektóre projekty, a jej tato tworzy muzykę. Pracuje w filharmonii. Dziś po raz pierwszy usłyszałam dźwięk wydawany z ukulele i jestem bardzo wdzięczna jej tacie, że dla mnie to zrobił. Niby mały, zapomniany instrument, ale na prawdę jest dużo warty w muzyce. Nie koniecznie w filharmonii, ale w ogóle.
Właśnie skończyliśmy jeść kolację. Podziękowałam za wszystko i razem z jej tatą weszliśmy do samochodu.
- Wróciłam! - krzyknęłam, głaszcząc Toffu za uszami. - Cieść piesiećku!
- Nie ma cioci. - zszedł do mnie Matthew.
- A gdzie jest? - weszłam do kuchni i zajrzałam do lodówki.
- Wróci jutro wieczorem.
- Że co? - wypiłam łyk mleka z butli.
- Chłopak i te sprawy... - założył ręce na piersiach i oparł się plecami o blat.
- Yhym. - skinęłam głową wyciągając jajka w pudełka.
- Czemu nie odbierałaś od Tiny?
- Bo byłam z koleżanką.
- No i co?
- I to... - rozbiłam jajka na patelni. - Że chciałam z nią spędzić czas.
- To przecież z nami też mogłaś.
- No mogłam, ale jutro też mogę.
- Wszystko dobrze Ines? - zbliżył się, kładąc dłoń na moim biodrze. - Wyglądasz...
- No jak wyglądam? - podniosłam ton.
- Przepraszam... - wycofał dłoń i odsunął się lekko, spuszczając głowę w dół.
- Nie... - wyłączyłam gaz. - To ja przepraszam. Chodzi o Luke'a.
- Odzywał się? - usiadł na krześle przede mną.
- Powiedzmy... Ale nie chce nic na razie mówić.- zgarnęłam trochę jajecznicy na talerz. - Chcesz?
- Jasne. - położył drugi talerz pod patelnię.
W ciszy przeżuwaliśmy jedzenie. Czasem zerkał na mnie, ale ja nie odwzajemniałam kontaktu. Chciałabym im wszystkim powiedzieć co się dzieje. Nie ukrywać tego wszystkiego. Faktycznie to też jest ich przyjaciel i chcą wiedzieć co się z nim dzieje, ale teraz jest za wcześnie. Może i będą mieć potem do mnie żal, ale nic mnie to póki co nie obchodzi.
Siedzę w salonie na kanapie razem z Matthew'em, który obejmuję mnie jedną ręką na ramieniu. Drugą stuka w klawiaturę laptopa. Będziemy teraz oglądać film. Niby nie lubię horrorów, ale oglądnę. Raz się żyje.
Kilka razy podskakiwałam z przerażenia. Zakryłam się kocem i czasem wypatrywałam ciemnych postaci na podłodze czy ścianach. W tuliłam się w Matthew'a tak, że chyba ledwo dychał. W pewnym momencie złapał mnie za rękę i tak przez dobre kilka minut siedzimy splątani palcami. Jest mi teraz dobrze. Nie myślę o Luke'u... Myślę o czymś miłym. Czymś przyjemnym, coś co mnie uszczęśliwia, powoduje że uśmiech na twarzy sam się pojawia z własnej woli. Jednak wyrzuty sumienia na pewno pojawią się od jutra. Ja się dobrze bawię, a Luke może mieć kłopoty... i nic z tym nie robię. Ale moje ciało i mózg nie chcą nic z tym robić. Chcą odpocząć... chcą być szczęśliwymi. Czy to jest słuszne? Czy ja tak mogę? Przecież Luke tyle dla mnie znaczy, ale... jest tak daleko... albo blisko... już sama tego nie rozumem.
Znów podskakuje, ale Matthew trzyma mnie jeszcze mocniej. Przysuwa mnie jeszcze bliżej siebie i jeszcze bardziej słyszę kołatanie jego serca. TU-DUM!, TU-DUM! Tak pięknie brzmi. Tak pięknie jak ukulele taty Isabell. Ten dźwięk, który chce się słuchać. Zamknąć oczy, wyostrzyć słuch i unieść delikatnie twarz równo z uniesieniem jego serca. Jeszcze pachniał tak przyciągająco. Dlaczego Boże mi to robisz? Czemu kryjesz przede mną Luke'a, a odsłaniasz Matthew'a. Czy chronisz mnie przed jednym, bym mogła spróbować coś z drugim? To jak zakazany owoc, który nigdy nie powinien był być spróbowany. Ale jednak... czy ze mną też tak będzie? Czy oprę się pokusie i... NIE! TAK! NIE! krzyczało sumienie. Głupie, bezduszne sumienie. Zawsze byłaś tak blisko, taka pomocna, a teraz egoistyczna suko sprawiasz, że mam mętlik w głowię! Niech cię szlak!
- Śpisz? - spytał Matthew.
- Trochę. - przetarłam oczy rękawem jego bluzy, którą mi zarzucił podczas pierwszych minut filmu.
- Zaniosę cię do łóżka. - wyłączył pilotami telewizor i uniósł mnie na rekach idąc do mojego pokoju.
Oparłam głowę na jego ramieniu. Trzymałam mocno jego kark i czułam się tak delikatnie. Jak piórko... Takie bezradne, delikatne, małe piórko. A on... taki silny, twardy, ale emocjonalny i... idealny.
- Zostawić ci włączone światło? - spytał, kładąc mnie delikatnie na łóżku i przykrywając kołdrą.
- Nie, nie musisz. - podłożyłam ciepłą pod rękawem bluzy dłoń pod policzek. Patrzyłam na niego ze zmrużonymi lekko oczami. Biała koszula z krótkimi rękawami, ukazywała detale silnych mięśni. Czarne spodnie lekko za duże, ale podobały mi się na nim. Taki skate... i te włosy... uniesione zawsze do góry, lekko opadły. Chciałam wepchnąć w nie swoje palce i przeczesać, by opadły jeszcze niżej.
Powoli ruszył w stronę drzwi, jakby chciał mi powiedzieć, że czeka na moją kolej. Żebym się odezwała.
- Zaczekaj. - powiedziałam cicho, unosząc się lekko i opierając ciało na przedramieniu. - Zostaniesz ze mną? Tylko dzisiaj. Po prostu boję się przez ten horror, a mam zamiar się wyspać. Jutro szkoła i wiesz...
Próbowałam wymyślić cokolwiek, tylko po to, by dzisiejszą noc spędzić z nim. Tylko z nim...
- Jasne. - przytaknął głową i uśmiechnął się lekko.
Powoli ruszył się w moją stronę. Położył się obok mnie bardzo wolno i delikatnie. Miał ciepłe, wolne ruchy. Bez żadnych intencji. Bez żadnych myśli. Nie chciał mnie zranić, co poczułam od kąt mnie przytulił przy filmie. Chyba mu się podobam, co mnie w żaden sposób nie przygnębia. Wręcz przeciwnie... Dobrze mi z tym... Z tym i z nim.
Wsunął delikatnie rękę pod moją głowę, tak że leżałam na jego ramieniu tuż przy jego twarzy. Od niechcenia mrugałam powiekami, dając mu znak, że jestem bardzo zmęczona dzisiejszym dniem, ale też daje mu znak, że chce mu się podobać. Taka właśnie. Taka zmęczona, przerażona myślami, ale chce być urocza. Chce mu się podobać. Chcę, by mnie pocałował... właśnie teraz. Tylko raz... by poczuć smak jego ust, poczuć te chwilę. Jakby wyglądała, gdyby Bóg jednak sprowadził mnie na jego drogę. Może droga Luke'a to przepaść, którą mam za wszelką cenę ominąć. Ale co jeśli to błąd? Taki wirus jak w grach... A jaką mam pewność, że droga Matthew'a jest prosta? Może są schody, których nikt nigdy nie przeszedł i nie przejdzie. Zgubię się w ich połowię, albo złudzenie optyczne, które skieruję moje myśli w dwa różne kierunki. Co jeśli... PRZESTAŃ! mówię sobie w myślach. Powieki mocno się zacisnęły, a jego dłoń opadła na moim policzku. Jego palce rozsunęły się w jego różne części, a mnie przeszły ciarki na całym ciele. Lekko otworzyłam oczy, by spojrzeć znowu w jego źrenice. Powiększyły się, ale nadal jego oczy były piękne. Nie widać w nich było żadnej iskierki, ale migotały. Co raz bardziej chce jego bliskości. Co nam szkodzi... jesteśmy sami. S A M I...
Zgasił światło, nie spuszczając ze mnie wzroku i przysunął twarz do mojej jeszcze bliżej niż była. Czułam czubek jego nosa na swoim nosie. Poruszał nim lekko w jedną i w drugą stronę muskając mój czubek nosa. Była cisza i ciemność. Nic nie widziałam, ale czułam wydychające powietrze z jego nozdrzy. Dziwnie to brzmi... Nozdrza.... ale nie przeszkadza mi to... Przy nim nie krempuje mnie nic. Bałam się swojego pierwszego razu i nadal się boje, ale czuję, że on nie będzie mnie krępował.
Odgarnął mój kosmyk włosów za ucho i opuszkami palców dotykał mojego ucha. Poruszał kciukiem raz w górę raz w dół. Był taki delikatny, pewny siebie... a moje serce próbowało wyrwać się z klatki.
- Ines? - szepnął mi cicho do ucha.
- Tak? - wymamrotałam, pełna zachwytu.
- Chcesz tego? - musnął delikatnie moje ucho.
- A ty?
Po momentalnej ciszy, usłyszałam znów jego głos.
- Cholernie... - zaśmiał się, wypluwając ciepłe powietrze w mój policzek.
- Ja też... - uniosłam lekko głowę, tak że nasze usta lekko się musnęły. Dałam się ponieść chwili. Ale czy dobrze robię?
Sięgam po telefon i przecieram rękawem bluzy mocno oczy, aż zrobiły się czerwone. Wystukałam numer Luke'a i trzy razy dzwoniłam do niego, ale nic. Kompletnie nic. Rzuciłam telefonem o łóżko, uklękłam przy nim i zaczęłam się modlić do Boga. Byle, by tylko coś to dało. Boże miej go w opiece!
- Świetnie!!! Pada deszcz. - obudziłam się przez uderzające silnie krople deszczu o rynnę.
Wstałam od niechcenia i sięgnęłam po ubrania, które wczoraj przed spaniem porozrzucałam po podłodze. Wyszłam z pokoju i natknęłam się na Matthew'a, który stoi przede mną ze swoim boskim uśmiechem i w samych bokserkach w statki.
- Khym. - odchrząknęłam speszona. - Ładne...
Spojrzałam na jego umięśnione ciało. Luke miał o wiele lepsze, w sumie sportowiec... Ale Matthew co bądź też jest nie zły. Co ja chrzanie!
- Muszę iść. - minęłam go, zahaczając łokciem o jego łokieć.
- Wszystko w porządku? - spytał, zmieniając wyraz twarzy na poważniejszy i łapiąc mnie za przedramię.
- Tak. - pokiwałam głową.
- A u ciebie? - spytałam, zmieniając kontekst pytania.
- Yhym. - patrzył mi w oczy wyszukując odpowiedzi, po czym puścił moją rękę i dał mi wejść do łazienki.
Kilka minut później ogarnęłam się i zeszłam coś zjeść. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, na który dzisiaj nie miałam w ogóle ochoty. Ale żeby nie zemdleć i później nie opowiadać całej historii, która przeżywam, po prostu muszę zamknąć oczy, zatkać nos i wziąć kilka łyżek jogurtu naturalnego. Chowam do torebki dwa banany i wychodzę razem z Mtthew'em z domu. Idziemy na metro i czekamy na ławce. Nie odzywamy się do siebie, tylko patrzymy na wprost jak ludzie mijają się w biegu. Kobieta w płaszczu z kubkiem kawy mija mężczyznę w garniturze, czarnym płaszczu, kapeluszem i walizką w ręce. Matka ciągnie córkę za rękę, która porusza się bardzo wolno, jedząc pomału drożdżówkę. Po prawej stronie chłopak nieco starszy ode mnie wyciąga z pokrowca skrzypce, kręcąc głową w lewo i prawo za pewne po to, by ją rozciągnąć. O! Nasze metro już jest.
Wstaję równo z Matthew'em i stoimy za przepychającymi się ludźmi. Trzymamy się słupa i jedziemy, trzepocząc się na wszystkie strony.
Wysiadamy i rozdzielamy się w swoje strony. Pożegnał się, ale mu nie odpowiedziałam. Nawet nie skupiłam się na tym. Coś innego pląta mi się w głowie.
- Ines, może ty nam opowiesz o Rewolucji francuskiej. - powiedziała głośno historyczka.
Spoglądnęłam na nią i pokiwałam sprzecznie głową.
- Przykro mi.
Znów spuściłam wzrok na dłonie i tylko w tle miałam szmery mówiącej historyczki...
Chemia, to przedmiot w którym nigdy nie byłam dobra, ale mimo to lubię go. Na prawdę go lubię.
- Ines, podasz mi H2O. - spytała Isabell, wlewając substancję z fiolki do flakoniko-podobnego czegoś.
- Hmm? - ocknęłam się, łapiąc się za głowę.
- Podasz mi wodę? Leży obok ciebie. - wskazała dłonią.
- Yhym. Jasne.
- Wszystko w porządku?
- Tak, tak.
Zabrzmiał dźwięk dzwonka. Chwyciłam torebkę i pierwsza wyszłam w klasy, rzucając na biurko nauczycielki biały fartuch. Szybkim krokiem poszłam do szafki, wyciągnęłam z torebki niepotrzebne książki i wrzuciłam je do szafki. List od Luke wysuwał się spod książek. Wyciągnęłam go i schowałam do torebki.
- I jak się czujesz? - zabrzmiał dźwięk SMS-a z mojej komórki.
- Średnio. Nic im nie mówiłaś?
- Nie. Ale moim zdaniem powinnaś im powiedzieć. To też przyjaciele Luke'a.
- Nie teraz. W swoim czasie. Musze kończyć.
Wyciągnęłam z torebki banana i poszłam na lekcję. Dzisiaj musiałam zostać dłużej. Mam ćwiczenia przed sprawdzianem z starszymi dziewczynami. Mam nadzieje, że myśli o Luke'u nie przeszkodzą mi w ich wykonywaniu. Poszło po mojej myśli. Wszystko było dobrze, nawet nie myślałam o nim. Skupiłam się tylko na ruchach. Jezioro łabędzie to dobry początek, ale na egzamin to się nie nada. Na szczęście dziewczyny pomogą mi z podkładem. Isabell została ze mną, a nawet ćwiczyła. Później powaga zamieniła się w zabawę. Humor przez to bardzo mi się poprawił. Dwie godziny nie myślenia o złym... o najgorszym. Wreszcie żyje szczęściem.
- Idziesz w tamtą stronę? - spytała Isabell.
- Tak. Ty też?
- Tak. - uśmiechnęła się. - To chodźmy.
Zatrzymałyśmy się w parku na lodach. Wreszcie słońce wyszło. Rozpromieniało cały park, aż chciało się zostać i szukać tęczy na niebie. Wytarłyśmy chusteczkami krzesła i usiadłyśmy na nich. Dostałam SMS-a od Tiny. Spytała gdzie jestem, na co nie odpisałam. Dobrze rozmawiało mi się z Isabell, a rzadko kiedy razem wychodzimy, więc postanowiłam ten czas poświęcić jej. I minął niesamowicie. Poszłyśmy do niej, gdzie przesiedziałam długi czas. Ma ogromny dom. Trzech starszych braci i jednego młodszego. Jej rodzice są na prawdę mili i utalentowani. Jej mama jest projektantką wnętrz i pokazała mi niektóre projekty, a jej tato tworzy muzykę. Pracuje w filharmonii. Dziś po raz pierwszy usłyszałam dźwięk wydawany z ukulele i jestem bardzo wdzięczna jej tacie, że dla mnie to zrobił. Niby mały, zapomniany instrument, ale na prawdę jest dużo warty w muzyce. Nie koniecznie w filharmonii, ale w ogóle.
Właśnie skończyliśmy jeść kolację. Podziękowałam za wszystko i razem z jej tatą weszliśmy do samochodu.
- Wróciłam! - krzyknęłam, głaszcząc Toffu za uszami. - Cieść piesiećku!
- Nie ma cioci. - zszedł do mnie Matthew.
- A gdzie jest? - weszłam do kuchni i zajrzałam do lodówki.
- Wróci jutro wieczorem.
- Że co? - wypiłam łyk mleka z butli.
- Chłopak i te sprawy... - założył ręce na piersiach i oparł się plecami o blat.
- Yhym. - skinęłam głową wyciągając jajka w pudełka.
- Czemu nie odbierałaś od Tiny?
- Bo byłam z koleżanką.
- No i co?
- I to... - rozbiłam jajka na patelni. - Że chciałam z nią spędzić czas.
- To przecież z nami też mogłaś.
- No mogłam, ale jutro też mogę.
- Wszystko dobrze Ines? - zbliżył się, kładąc dłoń na moim biodrze. - Wyglądasz...
- No jak wyglądam? - podniosłam ton.
- Przepraszam... - wycofał dłoń i odsunął się lekko, spuszczając głowę w dół.
- Nie... - wyłączyłam gaz. - To ja przepraszam. Chodzi o Luke'a.
- Odzywał się? - usiadł na krześle przede mną.
- Powiedzmy... Ale nie chce nic na razie mówić.- zgarnęłam trochę jajecznicy na talerz. - Chcesz?
- Jasne. - położył drugi talerz pod patelnię.
W ciszy przeżuwaliśmy jedzenie. Czasem zerkał na mnie, ale ja nie odwzajemniałam kontaktu. Chciałabym im wszystkim powiedzieć co się dzieje. Nie ukrywać tego wszystkiego. Faktycznie to też jest ich przyjaciel i chcą wiedzieć co się z nim dzieje, ale teraz jest za wcześnie. Może i będą mieć potem do mnie żal, ale nic mnie to póki co nie obchodzi.
Siedzę w salonie na kanapie razem z Matthew'em, który obejmuję mnie jedną ręką na ramieniu. Drugą stuka w klawiaturę laptopa. Będziemy teraz oglądać film. Niby nie lubię horrorów, ale oglądnę. Raz się żyje.
Kilka razy podskakiwałam z przerażenia. Zakryłam się kocem i czasem wypatrywałam ciemnych postaci na podłodze czy ścianach. W tuliłam się w Matthew'a tak, że chyba ledwo dychał. W pewnym momencie złapał mnie za rękę i tak przez dobre kilka minut siedzimy splątani palcami. Jest mi teraz dobrze. Nie myślę o Luke'u... Myślę o czymś miłym. Czymś przyjemnym, coś co mnie uszczęśliwia, powoduje że uśmiech na twarzy sam się pojawia z własnej woli. Jednak wyrzuty sumienia na pewno pojawią się od jutra. Ja się dobrze bawię, a Luke może mieć kłopoty... i nic z tym nie robię. Ale moje ciało i mózg nie chcą nic z tym robić. Chcą odpocząć... chcą być szczęśliwymi. Czy to jest słuszne? Czy ja tak mogę? Przecież Luke tyle dla mnie znaczy, ale... jest tak daleko... albo blisko... już sama tego nie rozumem.
Znów podskakuje, ale Matthew trzyma mnie jeszcze mocniej. Przysuwa mnie jeszcze bliżej siebie i jeszcze bardziej słyszę kołatanie jego serca. TU-DUM!, TU-DUM! Tak pięknie brzmi. Tak pięknie jak ukulele taty Isabell. Ten dźwięk, który chce się słuchać. Zamknąć oczy, wyostrzyć słuch i unieść delikatnie twarz równo z uniesieniem jego serca. Jeszcze pachniał tak przyciągająco. Dlaczego Boże mi to robisz? Czemu kryjesz przede mną Luke'a, a odsłaniasz Matthew'a. Czy chronisz mnie przed jednym, bym mogła spróbować coś z drugim? To jak zakazany owoc, który nigdy nie powinien był być spróbowany. Ale jednak... czy ze mną też tak będzie? Czy oprę się pokusie i... NIE! TAK! NIE! krzyczało sumienie. Głupie, bezduszne sumienie. Zawsze byłaś tak blisko, taka pomocna, a teraz egoistyczna suko sprawiasz, że mam mętlik w głowię! Niech cię szlak!
- Śpisz? - spytał Matthew.
- Trochę. - przetarłam oczy rękawem jego bluzy, którą mi zarzucił podczas pierwszych minut filmu.
- Zaniosę cię do łóżka. - wyłączył pilotami telewizor i uniósł mnie na rekach idąc do mojego pokoju.
Oparłam głowę na jego ramieniu. Trzymałam mocno jego kark i czułam się tak delikatnie. Jak piórko... Takie bezradne, delikatne, małe piórko. A on... taki silny, twardy, ale emocjonalny i... idealny.
- Zostawić ci włączone światło? - spytał, kładąc mnie delikatnie na łóżku i przykrywając kołdrą.
- Nie, nie musisz. - podłożyłam ciepłą pod rękawem bluzy dłoń pod policzek. Patrzyłam na niego ze zmrużonymi lekko oczami. Biała koszula z krótkimi rękawami, ukazywała detale silnych mięśni. Czarne spodnie lekko za duże, ale podobały mi się na nim. Taki skate... i te włosy... uniesione zawsze do góry, lekko opadły. Chciałam wepchnąć w nie swoje palce i przeczesać, by opadły jeszcze niżej.
Powoli ruszył w stronę drzwi, jakby chciał mi powiedzieć, że czeka na moją kolej. Żebym się odezwała.
- Zaczekaj. - powiedziałam cicho, unosząc się lekko i opierając ciało na przedramieniu. - Zostaniesz ze mną? Tylko dzisiaj. Po prostu boję się przez ten horror, a mam zamiar się wyspać. Jutro szkoła i wiesz...
Próbowałam wymyślić cokolwiek, tylko po to, by dzisiejszą noc spędzić z nim. Tylko z nim...
- Jasne. - przytaknął głową i uśmiechnął się lekko.
Powoli ruszył się w moją stronę. Położył się obok mnie bardzo wolno i delikatnie. Miał ciepłe, wolne ruchy. Bez żadnych intencji. Bez żadnych myśli. Nie chciał mnie zranić, co poczułam od kąt mnie przytulił przy filmie. Chyba mu się podobam, co mnie w żaden sposób nie przygnębia. Wręcz przeciwnie... Dobrze mi z tym... Z tym i z nim.
Wsunął delikatnie rękę pod moją głowę, tak że leżałam na jego ramieniu tuż przy jego twarzy. Od niechcenia mrugałam powiekami, dając mu znak, że jestem bardzo zmęczona dzisiejszym dniem, ale też daje mu znak, że chce mu się podobać. Taka właśnie. Taka zmęczona, przerażona myślami, ale chce być urocza. Chce mu się podobać. Chcę, by mnie pocałował... właśnie teraz. Tylko raz... by poczuć smak jego ust, poczuć te chwilę. Jakby wyglądała, gdyby Bóg jednak sprowadził mnie na jego drogę. Może droga Luke'a to przepaść, którą mam za wszelką cenę ominąć. Ale co jeśli to błąd? Taki wirus jak w grach... A jaką mam pewność, że droga Matthew'a jest prosta? Może są schody, których nikt nigdy nie przeszedł i nie przejdzie. Zgubię się w ich połowię, albo złudzenie optyczne, które skieruję moje myśli w dwa różne kierunki. Co jeśli... PRZESTAŃ! mówię sobie w myślach. Powieki mocno się zacisnęły, a jego dłoń opadła na moim policzku. Jego palce rozsunęły się w jego różne części, a mnie przeszły ciarki na całym ciele. Lekko otworzyłam oczy, by spojrzeć znowu w jego źrenice. Powiększyły się, ale nadal jego oczy były piękne. Nie widać w nich było żadnej iskierki, ale migotały. Co raz bardziej chce jego bliskości. Co nam szkodzi... jesteśmy sami. S A M I...
Zgasił światło, nie spuszczając ze mnie wzroku i przysunął twarz do mojej jeszcze bliżej niż była. Czułam czubek jego nosa na swoim nosie. Poruszał nim lekko w jedną i w drugą stronę muskając mój czubek nosa. Była cisza i ciemność. Nic nie widziałam, ale czułam wydychające powietrze z jego nozdrzy. Dziwnie to brzmi... Nozdrza.... ale nie przeszkadza mi to... Przy nim nie krempuje mnie nic. Bałam się swojego pierwszego razu i nadal się boje, ale czuję, że on nie będzie mnie krępował.
Odgarnął mój kosmyk włosów za ucho i opuszkami palców dotykał mojego ucha. Poruszał kciukiem raz w górę raz w dół. Był taki delikatny, pewny siebie... a moje serce próbowało wyrwać się z klatki.
- Ines? - szepnął mi cicho do ucha.
- Tak? - wymamrotałam, pełna zachwytu.
- Chcesz tego? - musnął delikatnie moje ucho.
- A ty?
Po momentalnej ciszy, usłyszałam znów jego głos.
- Cholernie... - zaśmiał się, wypluwając ciepłe powietrze w mój policzek.
- Ja też... - uniosłam lekko głowę, tak że nasze usta lekko się musnęły. Dałam się ponieść chwili. Ale czy dobrze robię?
poniedziałek, 14 września 2015
ROZDZIAŁ III
Wróciłam do pokoju, by dalej powtarzać lekcje. Szło mi zdecydowanie lepiej niż wcześniej. Położyłam książkę na podłodze i sama położyłam się na brzuchu. Próbowałam zrobić krok po kroku, to co było w książce. Usłyszałam dzwonek telefonu. Szybko się podniosłam i rzuciłam na telefon. To Luke. Odebrałam i przyłożyłam urządzenie do ucha.
- Hallo? - zaczęłam.
Głucha cisza. Czułam się niezręcznie, a nastrój przyprawiał mnie o dreszcze. Słyszałam tylko oddech kogoś z drugiej strony. Chyba jakieś zakłócenia są między nami.
- Luke to ty?
Ktoś się rozłączył. Odłożyłam telefon na biurko i padłam na krzesło z dłońmi na oczach. Chce mi się płakać, ale tylko przecieram oczy opuszkami palców, zjeżdżając na nos i usta. Patrze na telefon i zastanawiam się czy po niego sięgnąć. Może ja teraz spróbuje zadzwonić. Jednak sytuacja się odwróciła. To znowu on. Odebrać, czy nie? Może robi sobie ze mnie nieśmieszne żarciki ze swoimi nowymi znajomymi... Ale Luke? On mnie kocha, nie zrobiłby mi tego. Chyba, że nie znam swojego chłopaka. Przynajmniej tak jakbym ja tego chciała.
Waham się, ale odbieram po kilku sekundach.
- Hallo? - głos mi się załamał. - Jeśli to ty Luke i robisz sobie ze mnie żarty, to wiedz, że nie są śmieszne i wcale mi się nie podobają.
- Hallo? - ktoś spytał z drugiej strony. Cienki głos... Jakby nie jego.
- Kto mówi? - spytałam.
- Słyszysz mnie? - znów zadał pytanie cienki głos.
Chyba tylko ja słyszę, jak mówi do mnie.
- Ja cię słyszę, a czy ty mnie słyszysz? - spytałam nieco głośniej.
- Jeśli mnie słyszysz, to przyjedź na ulicę... - przerwał głos.
Dość głośno zahuczało w mojej komórce. Odsunęłam się z przerażenia. Tak jakby ktoś rzucał wszystkim co miałby pod ręką. To jest straszne. Nie wiem co się dzieje, a najgorsze jest to, że nie wiem co się dzieje z Luke'em. Jeśli mój chłopak ma kłopoty? Musze mu pomóc, ale nie wiem, gdzie jest. Gdzie on do cholery teraz jest? Jaka ulica? Jaki adres? Boże daj mi jakieś wskazówki.
Siedzę w szkole, podparta łokciami o ławkę. Policzki spłaszczyły mi się od długiego trzymania pod nimi dłonie. Oczy mam zmrużone od niewyspania. Ciągle myślę o Luke'u, ale też próbuje skupić się na słowach nauczycielki. Wypowiada je tak szybko, że mój mózg potrafi powtórzyć tylko co czwarte. Koniec lekcji. Idę korytarzem, przechodząc obojętnie obok Isabell, która chciała nawiązać ze mną kontakt. Spławiłam ją opuszczonym wzrokiem. Musi rozumieć, że coś jest nie tak. Albo po prostu musi to zrozumieć.
Stoję pod szafką, wystukując do niej kod. Wkładam książki do skończonej właśnie lekcji i zabieram dwie inne do dwóch ostatnich dzisiaj przedmiotów. Między nimi wypada kartka i spada tuż pod czubki moich stóp. Nabieram sił i schylam się po nią. Prostuję się i otwieram. To list od Luke'a, który mi dał jeszcze w tamte wakacje. Napisał dla mnie romantyczny list pożegnalny. Akapity, znaki interpunkcyjne, wyraźne pismo... rzadkość, by jakikolwiek chłopak, albo nawet i dziewczyna potrafili o tym pamiętać. A na końcu zdania: ''Kocham cię i zawsze będę''. Łza spłynęła na kartkę rozmazując ''w'' i ''ł'' w słowie ''właśnie''. Schowałam głowę do szafki i popłakałam się z bólu. Na szczęście koło szafek stały tylko trzy osoby i to daleko ode mnie. Schowałam kartkę do plecaka i zamknęłam szafkę, kierując się do klasy.
- Wszystko w porządku? - spytała szeptem Isabell, siedząca obok mnie.
- Tak. - wytarłam zeschły tusz z policzka.
Właśnie schodzę po schodach do wyjścia. Zakładam plecak na ramię i skręcam w lewo. Za dziesięć minut powinnam dotrzeć do szkoły przyjaciół.
Czekam opierając się o stojak na rowery. Grupa wychodzi uradowana. Lu trzyma coś w rekach, przechodząc między nimi, jakby spieszyła się do toalety, a na drodze stoją jej słupki, które musi wyminąć. Tina zauważyła mnie jako pierwsza, później Jasmine i reszta.
- Hei Ines. - powiedziała uradowana Lu. - Dostałam 4 z geografii, rozumiesz? Ja i 4.
Przytaknęłam jej głową, lekko podnosząc kącik ust. Byłam z niej dumna w głębi duszy, ale z zewnątrz moja dusza nie miała pojęcia co znaczy szczęście.
- Dobra, chodźmy! - krzyknęła naburmuszona Jasmine. - Nie chce stać obok tego zasranego budynku.
- Ktoś jest nie w sosie. - wyśpiewała Lu, robiąc rybie usta.
- Będzie dobrze. - pogłaskał jej ramię Matthew.
Idziemy w stronę parku. Lu nadal przechwala się swoją czwórką.
- Zamknij się wreszcie! - pchnęła ją Jasmine.
Matthew przytrzymał Jasmine, a Tom Lu, by je rozdzielić. Nigdy od kąt poznałam Jasmine, nie zachowywała się tak agresywnie. Może po prostu nigdy jej nie widziałam takiej złej. I chyba nawet lepiej. Nie chce jej zajść za skórę.
- Bo co? - wystawiła język Lu. - Mamy być wszyscy negatywnie nastawieni do świata, bo księżniczka dostała najgorszą ocenę z całej klasy?
- Zamknij się powiedziałam!
- Ty natychmiast przestań! - skierowała palcem wskazującym Tina na Lu. - A ty nie złość się. Nauczysz się i poprawisz.
- Taa... - wymamrotała Jasmine.
- Pomogę ci jeśli chcesz. - złapał ją lekko za dłoń Matthew.
Po napiętej sytuacji poszliśmy wreszcie na lody. Wzięłam kokosowe z nutellą. Są pyszne, ale nie wymażą mojego bólu. Nie sprawią, bym poczuła się lepiej.
Wszyscy idą przede mną, ale Tina odwróciła się i dołączyła do mojego powolnego kroku.
- Co się dzieje Ines? - złapała moje ramię.
- Wszystko jest nie tak Tina. - spuściłam głowę na dół. - Ja tak nie dam rady dłużej.
Przysunęła moje ciało do swojego, po czym ułożyłam swoją głowę wygodnie na jej ramieniu i pozwalałam, by łzy lejące się ciurkiem spadał na jej bawełniany sweterek.
- Dał znaki życia chociaż?
- Tak. Wczoraj wieczorem. Udało mi się coś wyciągnąć od rozmówcy, ale nie wydaje mi się, by to był Luke.
- Czemu nic nie powiedziałaś? - krzyknęła tak głośno, że reszta odwróciła się w naszą stronę.
Machnęła ręką, by szli dalej. Posłuchali jej.
- Bo nie miałam ochoty z kimkolwiek gadać. Przepraszam.
- Nie przepraszaj mnie. - pocałowała moje czoło. - Teraz mi powiedz, czego się dowiedziałaś?
- Niczego praktycznie. Cienki głos chciał podać mi adres, nie wiem jaki, gdzie, skąd, ale nagle kontakt się urwał i zaczęło coś trzeszczeć. Taki przeraźliwy głos. Coś jak horror. przestraszyłam się i telefon zamilkł. Ale to nie był Luke, chociaż nie wiem, ale jestem pewna. Czuje to. Coś się dzieje. Coś się stało, ale nie wiem co Tina! Musze go znaleźć. Wiem, że mnie potrzebuje.
- Uspokój się. - przytuliła mnie mocniej. - Wszystko będzie dobrze. Pomożemy ci. Nie zostaniesz z tym sama.
- Dziękuje. - wreszcie na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Albo bardziej uśmieszek. Zbyt krótki, by można było się nim pławić.
- Chodźmy dzisiaj do cyrku. - zaproponowała Lu.
- Do cyrku? - spytała Tina.
- No.
- Hei wszystkim! - krzyknęła Olivia.
Przywitaliśmy się z nimi i jak to Lu, pierwsza zaatakowała je swoją najlepszą przez całe swoje życie oceną.
- Super pomysł z tym cyrkiem. - przytaknęła Mia.
- No nie wiem... - wtrąciła się z kwaśną miną Zoe.
- Czemu nie? - spytała Lu.
- O nie mogę! Uwiecznijmy ten moment! - wyciągnął komórkę Tom i skierował na dziewczyny. - Bliźniaczki nie zgadzają się ze sobą. Karygodne!
- O widzę, że ci się żarciki wyostrzyły. - Lu zacisnęła wargi w krzywy uśmiech i odtrąciła komórkę.
- Ja odpadam. - powiedziałam, unosząc lekko rękę.
Tina spojrzała na mnie i szybko dodała coś od siebie.
- Ja też.
- Czyli wszyscy idziemy prócz Zoe, Tiny i Ines tak? - spytała Olivia.
- Ja tez odpadam. - odezwała się Jasmine.
- Jak chcecie. - wzruszyła ramionami Lu. - To o 17. 14 na placu.
- Na placu będzie cyrk? - spytała Mia.
- Nie, tam się tylko spotkamy.
- Aaa, okey.
Chwilę posiedzieliśmy w parku. Usiedliśmy na trawie i pomagaliśmy sobie w zadaniach domowych. Każdy był konikiem w kimś przedmiocie, w którym druga osoba była słaba, więc taki mały plusik dla nas. Dwie godziny później razem z Tiną i Matthew'em poszliśmy do domu. Ciocia czekała na nas z obiadem. Nalała do szklanek soku i wyciągnęła z reklamówek duże, dojrzałe pomarańcze i włożyła do półmiska stojącego na środku stołu.
- Ty tak wcześniej? - spytał Matthew.
- Tak, a wy?
- No my już skończyliśmy dawno lekcje.
- A no tak. Nawet nie zauważyłam, że tak późno.
- Późno? - wtrąciłam się.
- No... dla mnie tak. Za chwilę mam gościa.
- Czyżby tego... - zmrużyła oczy. - Jak mu tam było... Kevin?
- Nie. Z Kevinem nic by nie wyszło.
- Źle się bawiliście? - spytała Tina.
- Nie, ale to jednak nie ten.
- Czyli teraz kto?
- Jack. - zamarzyła się. - On jest taki boski. Przystojny jak cholera.
- Ciociu, ty takie słownictwo? - otworzył lekko usta Matthew, łapiąc się dłonią za serce.
- Musze jakoś dogadywać się z młodzieżą.
Zaśmialiśmy się, wzięliśmy szklanki soku i poszliśmy do pokojów. Ja i Tina do mojego, Matthew poszedł grać na konsoli do siebie. Przez słuchawki na uszach, które na pewno ma, mam spokój na jakieś półtora godziny. Mogę wreszcie z kimś zaufanym porozmawiać o Luke'u. Kto jak nie Tina zna go najlepiej. Od małego ich rodzice znają się ze sobą. Kiedyś mieli niby randkę w przedszkolu. Wzięli nawet niby ślub na niby ołtarzu zbudowanego z klocków lego.
- Spróbuj do niego zadzwonić. - podała mi mój telefon, który rzuciłam piec minut temu na łóżko.
- Wiesz... ja... - pokręciłam głowa, spoglądając na telefon.
- Weź i zadzwoń.
Przytaknęłam głową i zrobiłam jak kazała. Dałam na głośno mówiący. Bałam się, ale linia była zajęta.
Czekałyśmy z niecierpliwością na jakiś znak od niego. Bawiłam się palcami, a Tina podrzucała piłeczkę tennisowa do góry. Parę minut później dostałam sygnał z komórki, że linia jest jest dostępna. Wstukałam numer Luke'a i zadzwoniłam dając znów na głośno mówiący.
Dryn-dryn-dryn... nieustanne burczenie z głośniku. Nagle zamilkło i ktoś zahuczał powietrzem w słuchawkę.
- Luke, to ty? - spytałam.
Nikt się nie odezwał. Tina spojrzała na mnie jak ja na nią, a później spuściłyśmy wzrok patrząc na komórkę.
- Luke, odezwij się proszę. - wymamrotałam.
Dalej nic. Głucha cisza.
- Ines? - spytał głos.
To na pewno Luke. O Boże to Luke! Ma dziwny głos... taki ochrypły. Taki straszny.
- Tak Luke. To ja. Co się dzieje? Czemu nie dzwonisz, nie piszesz? Martwię się.
- Hallo? - spytał.
Spojrzałam na Tinę, która rękami gestykuluje, bym dalej coś mówiła.
- Słyszysz mnie? Co się dzieje?
- Słabo cię słyszę.
- Luke co się dzieje?
- Dostałaś adres? - ściszył ton tak, że nie usłyszałam nic.
- Nie słyszę cię. Mów głośniej.
- Muszę kończyć. - usłyszałam głośny tupot stóp.
- Luke nie rozłączaj się! - krzyknęłam w słuchawkę, po czym kontakt się urwał.
Wyłączyłam rozmowę i spojrzałam na Tinę. Przez chwilę nie powiedziałyśmy do siebie nic. Patrzyłyśmy na siebie jak w obrazek, szukając odpowiedzi do tego co właśnie usłyszałyśmy.
- Rozumiesz coś z tego? - spytałam.
- Nic, a nic. - pokiwała sprzecznie głową. - To jest bardzo dziwne.
- No właśnie. Tak się dzieje od wczoraj.
- Może Tom, by coś zdziałał. Jest informatykiem, jego rodzina to informatycy, więc może by namierzył skąd pochodzi lokalizacja Luke'a.
- Nie chce to mieszać Tom'a i reszty.
- Ale to są twoi jak i jego przyjaciele. Powinniśmy wszyscy działać razem.
- No nie wiem Tina. Ale przemyśle to.
- Widzę, że jesteś bardzo zmęczona. Zostawiam cię, bo sama muszę wziąć się za naukę. Prześpij się, a dobrze ci to zrobi. - uśmiechnęła się, złapała mnie za dłoń i ruszyła w stronę drzwi.
- Przepraszam. Jutro porozmawiamy dobrze? I nie będę taka smętna.
- Jasne. Trzymaj się i będzie dobrze. - skinęła głową.- A jak znów zadzwoni to masz mi od razu powiedzieć.
- Tak jest prosz Pani. - gestykulowałam dłońmi ''salut''
- Hallo? - zaczęłam.
Głucha cisza. Czułam się niezręcznie, a nastrój przyprawiał mnie o dreszcze. Słyszałam tylko oddech kogoś z drugiej strony. Chyba jakieś zakłócenia są między nami.
- Luke to ty?
Ktoś się rozłączył. Odłożyłam telefon na biurko i padłam na krzesło z dłońmi na oczach. Chce mi się płakać, ale tylko przecieram oczy opuszkami palców, zjeżdżając na nos i usta. Patrze na telefon i zastanawiam się czy po niego sięgnąć. Może ja teraz spróbuje zadzwonić. Jednak sytuacja się odwróciła. To znowu on. Odebrać, czy nie? Może robi sobie ze mnie nieśmieszne żarciki ze swoimi nowymi znajomymi... Ale Luke? On mnie kocha, nie zrobiłby mi tego. Chyba, że nie znam swojego chłopaka. Przynajmniej tak jakbym ja tego chciała.
Waham się, ale odbieram po kilku sekundach.
- Hallo? - głos mi się załamał. - Jeśli to ty Luke i robisz sobie ze mnie żarty, to wiedz, że nie są śmieszne i wcale mi się nie podobają.
- Hallo? - ktoś spytał z drugiej strony. Cienki głos... Jakby nie jego.
- Kto mówi? - spytałam.
- Słyszysz mnie? - znów zadał pytanie cienki głos.
Chyba tylko ja słyszę, jak mówi do mnie.
- Ja cię słyszę, a czy ty mnie słyszysz? - spytałam nieco głośniej.
- Jeśli mnie słyszysz, to przyjedź na ulicę... - przerwał głos.
Dość głośno zahuczało w mojej komórce. Odsunęłam się z przerażenia. Tak jakby ktoś rzucał wszystkim co miałby pod ręką. To jest straszne. Nie wiem co się dzieje, a najgorsze jest to, że nie wiem co się dzieje z Luke'em. Jeśli mój chłopak ma kłopoty? Musze mu pomóc, ale nie wiem, gdzie jest. Gdzie on do cholery teraz jest? Jaka ulica? Jaki adres? Boże daj mi jakieś wskazówki.
Siedzę w szkole, podparta łokciami o ławkę. Policzki spłaszczyły mi się od długiego trzymania pod nimi dłonie. Oczy mam zmrużone od niewyspania. Ciągle myślę o Luke'u, ale też próbuje skupić się na słowach nauczycielki. Wypowiada je tak szybko, że mój mózg potrafi powtórzyć tylko co czwarte. Koniec lekcji. Idę korytarzem, przechodząc obojętnie obok Isabell, która chciała nawiązać ze mną kontakt. Spławiłam ją opuszczonym wzrokiem. Musi rozumieć, że coś jest nie tak. Albo po prostu musi to zrozumieć.
Stoję pod szafką, wystukując do niej kod. Wkładam książki do skończonej właśnie lekcji i zabieram dwie inne do dwóch ostatnich dzisiaj przedmiotów. Między nimi wypada kartka i spada tuż pod czubki moich stóp. Nabieram sił i schylam się po nią. Prostuję się i otwieram. To list od Luke'a, który mi dał jeszcze w tamte wakacje. Napisał dla mnie romantyczny list pożegnalny. Akapity, znaki interpunkcyjne, wyraźne pismo... rzadkość, by jakikolwiek chłopak, albo nawet i dziewczyna potrafili o tym pamiętać. A na końcu zdania: ''Kocham cię i zawsze będę''. Łza spłynęła na kartkę rozmazując ''w'' i ''ł'' w słowie ''właśnie''. Schowałam głowę do szafki i popłakałam się z bólu. Na szczęście koło szafek stały tylko trzy osoby i to daleko ode mnie. Schowałam kartkę do plecaka i zamknęłam szafkę, kierując się do klasy.
- Wszystko w porządku? - spytała szeptem Isabell, siedząca obok mnie.
- Tak. - wytarłam zeschły tusz z policzka.
Właśnie schodzę po schodach do wyjścia. Zakładam plecak na ramię i skręcam w lewo. Za dziesięć minut powinnam dotrzeć do szkoły przyjaciół.
Czekam opierając się o stojak na rowery. Grupa wychodzi uradowana. Lu trzyma coś w rekach, przechodząc między nimi, jakby spieszyła się do toalety, a na drodze stoją jej słupki, które musi wyminąć. Tina zauważyła mnie jako pierwsza, później Jasmine i reszta.
- Hei Ines. - powiedziała uradowana Lu. - Dostałam 4 z geografii, rozumiesz? Ja i 4.
Przytaknęłam jej głową, lekko podnosząc kącik ust. Byłam z niej dumna w głębi duszy, ale z zewnątrz moja dusza nie miała pojęcia co znaczy szczęście.
- Dobra, chodźmy! - krzyknęła naburmuszona Jasmine. - Nie chce stać obok tego zasranego budynku.
- Ktoś jest nie w sosie. - wyśpiewała Lu, robiąc rybie usta.
- Będzie dobrze. - pogłaskał jej ramię Matthew.
Idziemy w stronę parku. Lu nadal przechwala się swoją czwórką.
- Zamknij się wreszcie! - pchnęła ją Jasmine.
Matthew przytrzymał Jasmine, a Tom Lu, by je rozdzielić. Nigdy od kąt poznałam Jasmine, nie zachowywała się tak agresywnie. Może po prostu nigdy jej nie widziałam takiej złej. I chyba nawet lepiej. Nie chce jej zajść za skórę.
- Bo co? - wystawiła język Lu. - Mamy być wszyscy negatywnie nastawieni do świata, bo księżniczka dostała najgorszą ocenę z całej klasy?
- Zamknij się powiedziałam!
- Ty natychmiast przestań! - skierowała palcem wskazującym Tina na Lu. - A ty nie złość się. Nauczysz się i poprawisz.
- Taa... - wymamrotała Jasmine.
- Pomogę ci jeśli chcesz. - złapał ją lekko za dłoń Matthew.
Po napiętej sytuacji poszliśmy wreszcie na lody. Wzięłam kokosowe z nutellą. Są pyszne, ale nie wymażą mojego bólu. Nie sprawią, bym poczuła się lepiej.
Wszyscy idą przede mną, ale Tina odwróciła się i dołączyła do mojego powolnego kroku.
- Co się dzieje Ines? - złapała moje ramię.
- Wszystko jest nie tak Tina. - spuściłam głowę na dół. - Ja tak nie dam rady dłużej.
Przysunęła moje ciało do swojego, po czym ułożyłam swoją głowę wygodnie na jej ramieniu i pozwalałam, by łzy lejące się ciurkiem spadał na jej bawełniany sweterek.
- Dał znaki życia chociaż?
- Tak. Wczoraj wieczorem. Udało mi się coś wyciągnąć od rozmówcy, ale nie wydaje mi się, by to był Luke.
- Czemu nic nie powiedziałaś? - krzyknęła tak głośno, że reszta odwróciła się w naszą stronę.
Machnęła ręką, by szli dalej. Posłuchali jej.
- Bo nie miałam ochoty z kimkolwiek gadać. Przepraszam.
- Nie przepraszaj mnie. - pocałowała moje czoło. - Teraz mi powiedz, czego się dowiedziałaś?
- Niczego praktycznie. Cienki głos chciał podać mi adres, nie wiem jaki, gdzie, skąd, ale nagle kontakt się urwał i zaczęło coś trzeszczeć. Taki przeraźliwy głos. Coś jak horror. przestraszyłam się i telefon zamilkł. Ale to nie był Luke, chociaż nie wiem, ale jestem pewna. Czuje to. Coś się dzieje. Coś się stało, ale nie wiem co Tina! Musze go znaleźć. Wiem, że mnie potrzebuje.
- Uspokój się. - przytuliła mnie mocniej. - Wszystko będzie dobrze. Pomożemy ci. Nie zostaniesz z tym sama.
- Dziękuje. - wreszcie na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Albo bardziej uśmieszek. Zbyt krótki, by można było się nim pławić.
- Chodźmy dzisiaj do cyrku. - zaproponowała Lu.
- Do cyrku? - spytała Tina.
- No.
- Hei wszystkim! - krzyknęła Olivia.
Przywitaliśmy się z nimi i jak to Lu, pierwsza zaatakowała je swoją najlepszą przez całe swoje życie oceną.
- Super pomysł z tym cyrkiem. - przytaknęła Mia.
- No nie wiem... - wtrąciła się z kwaśną miną Zoe.
- Czemu nie? - spytała Lu.
- O nie mogę! Uwiecznijmy ten moment! - wyciągnął komórkę Tom i skierował na dziewczyny. - Bliźniaczki nie zgadzają się ze sobą. Karygodne!
- O widzę, że ci się żarciki wyostrzyły. - Lu zacisnęła wargi w krzywy uśmiech i odtrąciła komórkę.
- Ja odpadam. - powiedziałam, unosząc lekko rękę.
Tina spojrzała na mnie i szybko dodała coś od siebie.
- Ja też.
- Czyli wszyscy idziemy prócz Zoe, Tiny i Ines tak? - spytała Olivia.
- Ja tez odpadam. - odezwała się Jasmine.
- Jak chcecie. - wzruszyła ramionami Lu. - To o 17. 14 na placu.
- Na placu będzie cyrk? - spytała Mia.
- Nie, tam się tylko spotkamy.
- Aaa, okey.
Chwilę posiedzieliśmy w parku. Usiedliśmy na trawie i pomagaliśmy sobie w zadaniach domowych. Każdy był konikiem w kimś przedmiocie, w którym druga osoba była słaba, więc taki mały plusik dla nas. Dwie godziny później razem z Tiną i Matthew'em poszliśmy do domu. Ciocia czekała na nas z obiadem. Nalała do szklanek soku i wyciągnęła z reklamówek duże, dojrzałe pomarańcze i włożyła do półmiska stojącego na środku stołu.
- Ty tak wcześniej? - spytał Matthew.
- Tak, a wy?
- No my już skończyliśmy dawno lekcje.
- A no tak. Nawet nie zauważyłam, że tak późno.
- Późno? - wtrąciłam się.
- No... dla mnie tak. Za chwilę mam gościa.
- Czyżby tego... - zmrużyła oczy. - Jak mu tam było... Kevin?
- Nie. Z Kevinem nic by nie wyszło.
- Źle się bawiliście? - spytała Tina.
- Nie, ale to jednak nie ten.
- Czyli teraz kto?
- Jack. - zamarzyła się. - On jest taki boski. Przystojny jak cholera.
- Ciociu, ty takie słownictwo? - otworzył lekko usta Matthew, łapiąc się dłonią za serce.
- Musze jakoś dogadywać się z młodzieżą.
Zaśmialiśmy się, wzięliśmy szklanki soku i poszliśmy do pokojów. Ja i Tina do mojego, Matthew poszedł grać na konsoli do siebie. Przez słuchawki na uszach, które na pewno ma, mam spokój na jakieś półtora godziny. Mogę wreszcie z kimś zaufanym porozmawiać o Luke'u. Kto jak nie Tina zna go najlepiej. Od małego ich rodzice znają się ze sobą. Kiedyś mieli niby randkę w przedszkolu. Wzięli nawet niby ślub na niby ołtarzu zbudowanego z klocków lego.
- Spróbuj do niego zadzwonić. - podała mi mój telefon, który rzuciłam piec minut temu na łóżko.
- Wiesz... ja... - pokręciłam głowa, spoglądając na telefon.
- Weź i zadzwoń.
Przytaknęłam głową i zrobiłam jak kazała. Dałam na głośno mówiący. Bałam się, ale linia była zajęta.
Czekałyśmy z niecierpliwością na jakiś znak od niego. Bawiłam się palcami, a Tina podrzucała piłeczkę tennisowa do góry. Parę minut później dostałam sygnał z komórki, że linia jest jest dostępna. Wstukałam numer Luke'a i zadzwoniłam dając znów na głośno mówiący.
Dryn-dryn-dryn... nieustanne burczenie z głośniku. Nagle zamilkło i ktoś zahuczał powietrzem w słuchawkę.
- Luke, to ty? - spytałam.
Nikt się nie odezwał. Tina spojrzała na mnie jak ja na nią, a później spuściłyśmy wzrok patrząc na komórkę.
- Luke, odezwij się proszę. - wymamrotałam.
Dalej nic. Głucha cisza.
- Ines? - spytał głos.
To na pewno Luke. O Boże to Luke! Ma dziwny głos... taki ochrypły. Taki straszny.
- Tak Luke. To ja. Co się dzieje? Czemu nie dzwonisz, nie piszesz? Martwię się.
- Hallo? - spytał.
Spojrzałam na Tinę, która rękami gestykuluje, bym dalej coś mówiła.
- Słyszysz mnie? Co się dzieje?
- Słabo cię słyszę.
- Luke co się dzieje?
- Dostałaś adres? - ściszył ton tak, że nie usłyszałam nic.
- Nie słyszę cię. Mów głośniej.
- Muszę kończyć. - usłyszałam głośny tupot stóp.
- Luke nie rozłączaj się! - krzyknęłam w słuchawkę, po czym kontakt się urwał.
Wyłączyłam rozmowę i spojrzałam na Tinę. Przez chwilę nie powiedziałyśmy do siebie nic. Patrzyłyśmy na siebie jak w obrazek, szukając odpowiedzi do tego co właśnie usłyszałyśmy.
- Rozumiesz coś z tego? - spytałam.
- Nic, a nic. - pokiwała sprzecznie głową. - To jest bardzo dziwne.
- No właśnie. Tak się dzieje od wczoraj.
- Może Tom, by coś zdziałał. Jest informatykiem, jego rodzina to informatycy, więc może by namierzył skąd pochodzi lokalizacja Luke'a.
- Nie chce to mieszać Tom'a i reszty.
- Ale to są twoi jak i jego przyjaciele. Powinniśmy wszyscy działać razem.
- No nie wiem Tina. Ale przemyśle to.
- Widzę, że jesteś bardzo zmęczona. Zostawiam cię, bo sama muszę wziąć się za naukę. Prześpij się, a dobrze ci to zrobi. - uśmiechnęła się, złapała mnie za dłoń i ruszyła w stronę drzwi.
- Przepraszam. Jutro porozmawiamy dobrze? I nie będę taka smętna.
- Jasne. Trzymaj się i będzie dobrze. - skinęła głową.- A jak znów zadzwoni to masz mi od razu powiedzieć.
- Tak jest prosz Pani. - gestykulowałam dłońmi ''salut''
Subskrybuj:
Posty (Atom)