poniedziałek, 30 marca 2015

ROZDZIAŁ V

Stoję jak wryta w ziemię. Rozglądam się dookoła, próbując znaleźć jakąś żywą istotę. Idę przed siebie, spoglądając na dzieło natury. Myślałam, że tylko w bajkach można zobaczyć piękną krainę, zamek, księżniczki i istoty powstałe w wyobraźni autora, ale to nie prawda. Może tutaj, aż tak bym z elementami nie wyolbrzymiała, ale jest coś w tym takiego, co rozpiera mój dech w piersiach. Próbuje się uszczypnąć, bo może cały mój dzień odbywa się na jawie, ale byłaby to czystą nieprawdą. To miejsce na prawdę istnieje. Widzę je, mogę dotykać, oddychać czystym powietrzem. Elfy czy trolle nie zaskoczyłyby mnie, ani trochę.
Wokół mnie drzewa otoczone jaskrawą zielenią, niewysokie pagórki nieco dalej, niebo nie jest za dobrze widoczne, przez zasłaniające liście drzew, ale dość błękitne by przykuć moją uwagę. Przede mną małe jeziorko i położone na nim kamienie by móc przejść na drugą stronę. Nie mamy innej drogi, więc musimy przejść przez wodę, chodź koń ani drgnie. Próbuje go ciągnąć za sobą, ale to na nic. Głaszczę go po grzywie i zostawiam, przywiązując do pnia brzozy. Przeskakuje kamień za kamieniem, idąc ciągle przed siebie. Ptaki siedzą jak wcześniej na co drugiej gałązce, śpiewając lekkim głosem. Ich śpiew mnie uspakaja, a zarazem mam dziwne przeczucia. Mimo wszystko kroczę dalej, bez przerwy. Omijam gałęzie rozrzucone na trawie i te, które zwisały za nisko na drzewach. Las robi się coraz szerszy i bardziej gęsty, a ptaki jakby śpiewały ciszej. Przeszły mnie dreszcze na całym ciele i trzęsę się jak galaretka. Rozglądam się za siebie, by sprawdzić czy koń nadal jest. Czuję wodę w butach, która sięga mi do kostek. Spuszczam głowę w dół, a ptaki zaczynają śpiewać głośniej nad moją głową. Lecą jak pijane, mijając się w powietrzu. Uśmiecham się do siebie, po czym wychodzę z wody. Wchodzę na trawę i rozglądam się wokoło, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Widzę pełno, nawet mnóstwo kolorowych motyli, które latają z prawej strony na lewą i z lewej na prawą, omijając się bez żadnych problemów. Po woli odsłaniały mi obraz. Piękny widok, który dla księżniczki z zamku byłby spokojnym miejscem na ucieczkę od wszystkich obowiązków. W to co weszłam to nie mała kałuża, a wielkie jeziorko, dużo większe niż tamto. Z góry spływał wąski strumień wodospadu, był czysty jak diament. Podchodzę bliżej, by spróbować chodź trochę tej wody. W ustach strasznie mi zaschło, a słodka woda gasi pragnienie mojego podniebienia. Szum wody jest lekki i spokojny, jak wieczorne fale obijające się o brzeg morza. Wyciągam książkę z plecaka i siadam na trawie, gdzieś w oddali dziesięciu stóp od jeziorka. Otwieram książkę na spisie treści i przeglądam tylko te strony z informacjami, o których powinnam wiedzieć jako początkująca.
Spoglądam na zegarek w komórce. Jest późno, a niemiła sąsiadka zaraz pewnie wstanie i jeśli nie będę od niej szybsza, to wszystko wypapla mojemu tacie i będę mieć przechlapane. Szybko wstaję, pakuje książkę do plecaka i biegnę ostrożnie do konia.
Jestem pod domem. Szybko zaprowadzam konia do stajni i wbiegam jak poparzona do domu przez taras.
- Gdzie byłaś? - pyta sąsiadka, która zajada się połową ciasta rabarbarowego i przerzucając kanały w telewizorze.
- Cały czas na tarasie.
- Hmm...
Chyba się czegoś domyśla, ale jej domniemania przerywa głos taty.
- Wróciliśmy! - krzyczy z korytarza.
Podbiegam do niego i przytulam się, dając mu zrozumieć, aby więcej nie zostawiał mnie z tą dziwną Panią.
- Była grzeczna?
- Tak. - odpowiada z uśmiechem. - To ja już pójdę Helen.
Żegna się z ciocią, a ja macham, kiedy wychodzi zza drzwi. Przewracam oczami i zanoszę jej brudne naczynia do zlewu.
Pomagam zanieść cioci reklamówki z przedpokoju do kuchni i razem je wypakowujemy. Usłyszałam jak drzwi wejściowe się zamykają. Tato pewnie poszedł wypuścić konie do zagrody. Po krótkiej chwili zrozumiałam, że idzie wypuścić konie, a koń z którym byłam dzisiaj w lesie, ma brudne kopyta z błota. Głośno uderzam dłonią w czoło i biegnę za tatą do stajni. Za późno. Widzę jak otwiera pojedynczo boksy, przyglądając się dokładnie każdemu koniowi.
- Jeździłaś na nim pod naszą nieobecność? - odwraca głowę do tyłu i patrzy na mnie swoim surowym, rodzicielskim wzrokiem.
- Tylko kawałek. - podchodzę i odpowiadam łagodnym głosem.
- Miałaś zająć się gospodarstwem. Krowy trzeba było wydoić, świnią koryto zmienić... O nic nie można cię prosić. Z resztą... - kiwa sprzecznie głową z założonym rękoma na piersiach. - Miałaś jeździć tylko wtedy, kiedy jestem w domu.
- Ale Ciebie teraz w ogóle nie będzie.
- No właśnie. - powiedział stanowczo. - Masz szlaban.
- Za co? - rozrzucam ręce i pytam z oburzeniem.
- Za Twoją nieodpowiedzialność. Nie można na Ciebie liczyć, a mojego zdania nie szanujesz. Nie może tak być, że wychodzisz sobie i nic, nikomu nie mówisz. Jakaś księżniczka, która uważa, że jak ma szesnaście lat, to staje się dorosłą. Nie moja droga. Idź do pokoju i przemyśl swoje zachowanie!
Kiwam głową i grzebię językiem w zębie z zamkniętymi ustami.
- Nienawidzę Cię. Zabierasz mi całe dzieciństwo. Gdyby żyła mama...
Przerwałam i z płaczem pobiegłam do domu. Wbiegam po schodach na górę, prawie potykając się o stopnie i rzucam się na łóżko ze łzami, którymi się krztuszę.

Siedzę już przeszło bite cztery dni nie wychodząc z pokoju. Ciocia od czasu do czasu przychodzi do mnie, przynosząc mi jedzenie, ale nawet nie mam ochoty jeść. Chcę tam wrócić. Do tego miejsca. Tam odnajdę spokój, ciszę, mojego ducha. Gdzieś, gdzie nie ma wkurzającego taty, która uważa mnie za małe dziecko. Mama na pewno wiedziałaby, co zrobić by nie był taki surowy. Na pewno uwierzyłaby mojej historii o magicznym miejscu. I jestem przekonana, że nie traktowałaby mnie jak dziecko, ale dojrzałą osobę, którą prawie jestem.
Codziennie rozmowy z Katy pozwalają mi zapomnieć. Lu przychodzi od czasu do czasu wieczorami pod moje okno, rzucając kamień z przywiązaną na nim kokardką z liścikiem. Nie posiada telefonu, co utrudnia komunikację, ale nie jest źle. W jednym z nich opowiedziałam jej o tym miejscu. Chyba uwierzyła, ale chciała zobaczyć je na własne oczy. Opracowałyśmy plan, który nie był za bardzo przemyślany. Dziś około 20:05 Lu ma stać ze swoim czteronożnym kompanem pod moim oknem i czekać na znak ode mnie. Jest 19:59 i ciągle sprawdzam czy mam wszystko w plecaku.
- Latarka, aparat, notes, długopis, woda... - bełkotam pod nosem.
Zakładam bluzę na ramiona i na palcach skradam się na korytarz, delikatnie zamykając drzwi. Spoglądam na drzwi pokoju cioci, które szczelnie są zamknięte. Z tego co wiem od cioci, tato ma wrócić dopiero nad ranem z warsztatu, co daję mi pewność, że nie natknę się na niego. Wychodzę z domu i kieruję się do zagrody, bo tam powinny być wszystkie konie. Daję Lu znak miganiem światła w latarce i kieruję ją na lewo. Spoglądam na zagrodę, ale jest kompletnie pusta.
- Szybciej Ines, trochę zimno! - krzyczy szeptem.
- Nie ma tu żadnego konia.
- Nie ma czasu, aby się wracać. - rozglądamy się. - Weź tamtego.
Kieruje mnie wzrokiem na czarnego konia o czarnej grzywie. Wygląda na przemęczonego i niedożywionego, co mnie nie pokoi. Może być przez to dziki, a nie chce umierać w tak młodym wieku.
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Tato zabronił się do niego zbliżać.
- Koń jak koń. Idźże do niego, chyba że mam cię zmusić siłą.
- Nie trzeba. - podchodzę bliżej i ciężko przełykam ślinę. - Spokojnie koniku, spokojnie. Nic ci nie zrobię. Tylko cię dosiądę i będzie dobrze.
Nie patrzy na mnie tylko z każdym moim krokiem w przód on się cofa. Łapie go, ale on mnie odpycha. Z góry słyszę chrząkanie Lu, która strasznie się niecierpliwi.
- No już! To nie jest takie proste.
Wystawiam do niego dłoń, a on jakby coś ode mnie czuje. Coś znajomego. Wolnym ruchem schyla się dostojnie na znak, abym go dosiadła. Głaszczę go opuszkami palców i wchodzę na niego, trzymając się jego długiej grzywy. Ruszamy, chociaż brak mu siły. Lu towarzyszy nam w piechocie nie narzekając już, że jej zimno.
Po pół godzinie znajdujemy się w lesie. Mijamy drzewa, jeziorko, później most i stoimy przed wierzbą, której gałęzie poruszają się z siłą, jaką oddziałuje na nie wiatr. Schodzimy z koni i prowadzimy je za sobą, ale mój wcale nie chce iść. Nie mam pojęcia dlaczego, chociaż ciągnę go, ale delikatnie.
- Chyba się boi. - odzywa się Lu po długim milczeniu. - Masz mały. Jedz.
Podchodzi do niego z jabłkiem,  chociaż on jest do niej wrogo nastawiony. Cofa się, a kiedy jego noga łamie pod nim gałąź, zaczyna wariować.
- Spokojnie mały. - uspokajam go. - Spokojnie.
Podchodzę bliżej i ostrożniej, małymi kroczkami. Zabieram od Lu jabłko i wkładam mu do buzi, po czym spokojnie zaczyna gryźć, wypluwając sok z ust. Przez chwilę jest spokojny, więc znów go dosiadam i lekko kopię w tył, by ruszył, ale gwałtownie się podnosi na tylnych łapach i znów wpada w panikę. Chyba nie zwraca uwagi na to, że na nim siedzę. Cofa się i znów łamie pod gałęzie, których jest pełno na trawię. Zaczyna się płoszyć, więc biegnie z siłą której jeszcze nie zauważyłam u żadnego konia. Nie mam pojęcia jak go zatrzymać, więc krzyczę do Lu, by zawołała pomoc.
Ciągle krzyczę, żeby się zatrzymał, ale nie chce mnie słuchać. Mój oddech robi się coraz słabszy, serce bije mi jak nigdy, a co do widoczności... już dawno ją straciłam.
Chwilę później słyszę stukanie kopyt konia, ale... to nie był mój koń. Odwracam głowę powoli, jakbym walczyła z huraganem i widzę dwie postacie, chociaż mam mgłę między oczami.
- Zatrzymaj go! - krzyknął znany mi głos.
- Nie mogę! - odpowiadam przestraszona.
- Kiedy powiem już, podam ci dłoń i wskoczysz na mojego konia, okey?
- Yhym.
Spoglądamy ciągle przed siebie i na siebie. Ciężko mi się podnieść do pozycji siedzącej, bo prawię leżę na grzbiecie konia, ale robię to.
- Już! -  krzyknął, podając mi dłoń i wciągając mnie przed siebie.
Mocno się do niego tulę, a z oczu płyną mi łzy. Nie ze strachu, ale w powietrza. Zawsze tak mam, nawet kiedy wieje lekki wiaterek. Zamykam mocno oczy i czekam, aż wreszcie będę mogła stanąć na nogach.
- Wszystko w porządku? - pyta, zatrzymując konia.
Potrząsam głową, ale nadal mocno go przytulam. Wyglądam jak przestraszona dziewczynka, ale tak właśnie jest. Dokładnie tak, jakbym obsiurała spodnie, co może być prawdopodobne.
- A możesz mnie puścić? Bo nie mam jak oddychać. - zaśmiał się cicho, bo nie pozwalam mu nabrać powietrza.
Mówiłam... jestem łamaczką żeber.
- Aaa no tak, przepraszam - uśmiechnęłam się z burakiem na twarzy.
Luke pomaga mi zejść i stoi przede mną, patrząc na mnie i odgarniając mi opadły kosmyk włosów za ucho. Uśmiecham się, ale nie podnoszę głowy.
Podchodzę do mojego konia, którego mimo wszystko przytulam. Nie ważne, że prawie przez niego zginęliśmy, ale to tylko zwierzę. Może zacznę wreszcie słuchać starszych, bo niekiedy mają rację.
- Wszystko dobrze? - pyta z przerażeniem Lu, zatrzymując się obok.
- Tak. 
- Tak pro po, to co wy tu robicie o tej porze? - spogląda na mnie i uśmiecha się łobuziarsko. - Dziewczynki nie powinny już spać?
Znów czuję ciepło na policzkach i łapie dłońmi przeciwne przedramionami, spuszczając głowę w dół.
- Ines miała mi coś pokazać.
- Co takiego? - pyta z ciekawością w głosie.
- Tu... - zaczęła.
- Nic takiego. - przerwałam jej w pół zdania i patrzę na nią mocno wytrzeszczając oczy.
- A ty, co tu robisz? - kieruję pytanie w stronę Luke'a.
- Niedaleko prowadzę kurs jeździecki. - pokazuje palcem wskazującym kierunek.
- Fajnie. Można się zapisać? - chichoczę się w żarcie.
- Pewnie.
- Serio? - patrzę na niego z zaskoczeniem. - Ale ja żartowałam.
- Czemu? Boisz się? - podchodzić kawałek w moją stronę.
- Nie! - prychnęłam. - Ale... Umiem jeździć.
- Właśnie widziałem. - przygląda mi się ze wścibskim uśmieszkiem.
- Sugerujesz coś? 
- Tak, że nie potrafisz jeździć. - opiera się o konia z założonymi na piersiach rękami.
- Kiedy i gdzie? - rozkładam szeroko ręce.
- Jutro? - proponuje wkładając dłonie do kieszeni spodni.
- Nie mogę. Mam karę. - odparłam, marszczą lekko nos i śliniąc językiem usta, bo trochę już zaschły.
- Za tydzień?
- Ok. Przyjdziemy o 9:00 - spoglądam na Lu.
- Przyjdziemy?

- No. Ty też się zapiszesz. - uśmiecham się do niej szeroko jak potrafię.
- No to widzimy się za tydzień. Muszę wracać, uważajcie na siebie. - znów na mnie spogląda, puszczając perskie oczko.
- Pa. - odpowiadamy jednogłośnie z Lu.
Kiedy jest już daleko od nas, Lu podchodzi do mnie bliżej.
- Uuu... Chyba wpadłaś mu w oko. - dźgnęła mnie łokciem w brzuch.
- Przestań. - wystawiłam jej język i rozbawione, dosiadamy konie.
Żegnam się z Lu pod jej domem i powolnym krokiem prowadzę konia do zagrody. Samochodu taty jeszcze nie ma, więc niczego się nie obawiam. Przywiązuje rumaka do sznurka i z bólem serca obwiązuje jego koniec do wbitego w ziemię gwoździa. Głaszczę go po pysku i rozszerzam powoli kąciki ust w boki.
- No to dzisiaj oboje poszaleliśmy, co? - Wyciągam z plecaka jabłko i karmię go, nie przestając głaskać jego szorstkiej grzywy.
- Dziękuje za dzisiaj. Było fajnie, prócz tego twojego wybryku. - z uśmiechem, całuje go w czoło, zamykam zagrodę i wchodzę do góry. Zabieram po drodze z blatu ciastko ze skórką pomarańczy i wbiegam po cichu do pokoju. Plecak rzucam w kąt i szybko przebieram się w piżamę, bo na kąpiel już nie mam siły. Spoglądam przez okno, a mój wzrok na sam początek przykuwa płaszcz sklepienia, na którym znajdują się ciała niebieskie. Może to tak za bardzo powiedziane literacko.
Spuszczam niżej wzrok i zatrzymuje się na drzewie, który fachowo w architekturze krajobrazu stanowi soliter. Wujek mnie wiele nauczył, więc mam nadzieję, że moje umiejętności ogrodnicze na coś się tu przydadzą.
Próbuje wypatrzeć w ciemności konia, ale nie za bardzo go widzę. Jego kolor zupełnie wtopił się w mrok. Wracam w pamięci do momentu, kiedy musiałam się do niego zbliżyć. Jego kasztanowe oczy, było nie do zniesienia. Były takie słabe, zmęczone, ale tak bardzo urocze, że chciałabym do niego teraz wybiec i patrzeć w nie. Chociaż widziałam w nich ból i tęsknotę. Nie chce myśleć co ten koń kiedyś musiał wycierpieć. Ale co takiego zrobił, że tato i ciocia nie pozwalają mi się do niego zbliżyć?
Podchodzę do łóżka i kładę się, poprawiając poduszkę. Złączone dłonie, przykładam na klatkę piersiową i spoglądam na sufit, który błyszczy przez małe drobinki czegoś tam. Budowlańcem nie jestem, więc nie będę mówić co to może być, bo nigdy nie wygrywałam w zgadywankach.
Ines, w zgadywankach się nie wygrywa. - szepczę do mnie rozum.
Obracam się na bok i spoglądam jeszcze ostatni raz na okno, nim zasnę.
- Byłeś dzisiaj szybki, jak na swój wiek, chociaż nie mam pojęcia ile masz lat. Bałam się, że mnie upuścisz, ale kiedy mogłeś, nie zrobiłeś tego. Nigdy nie widziałam, żeby koń tak szybko biegł, żaden. Nawet taki, którego szkolono latami.
Zamykam powieki i daję odpocząć każdej części mojego ciała i każdemu narządowi w jego środku.
- Nazwę Cię Piorun.

sobota, 28 marca 2015

ROZDZIAŁ IV

Znów obudził mnie ten wstrętny kogut. Mam już dość tego drobiu, ale ani on ani nikt i nic nie zepsuje mi tego dnia. Z uśmiechem schodzę na dół i na rozpoczęcie tego pięknego, słonecznego poranka parzę sobie kawę z mlekiem. Krowie mleko jednak nie jest takie złe. Piję łyk za łykiem, chrupiąc cynamonowe ciasteczka cioci. Od samiusieńkiego rana krąży mi po głowie pomysł, aby zadzwonić do Katy. Nie zwracam jednak uwagi na godzinę, chociaż Katy to straszny śpioch i nie jestem pewna, czy odbierze. Wystukuje numer i przykładam telefon do ucha, czekając na sygnał.
- Cześć Katy! - zaczynam rozmowę.
- Ines? - spytała cicho z niedospania. - Co tak wcześnie?
- Wcześnie? Jest 08:00.
- No właśnie.
- No nie ważne. Co tam u was?
- Dobrze. Trochę smutno bez ciebie, ale dajemy rade. - odparła, a z głosu wnioskuję, że się rozciąga. - A u ciebie? 
- Świetnie! Wczoraj tyle się działo. - kręcę palcem kosmyk włosów i uśmiecham się do siebie.
Opowiadam Katy o wczorajszym dniu już przeszło piętnaście minut. Co chwilę wchodzi mi w zdanie, ale obie jesteśmy tak podekscytowane, że w ogóle mi to nie przeszkadza.
- Muszę już kończyć, bo chyba wstał tato. - spojrzałam na schody i mówię nieco szeptem.
- Okey. Do następnego!
- I jak po wczorajszym? - pyta z zaskoczenia ciocia zmęczonym głosem, dźwigając dwa pełne wiadra mleka.
- Było super. - odparłam z entuzjazmem i wstaję by pomóc cioci.
- To dobrze. - wlewa mleko z wiadra do butelek. - A ten chłopiec? Kto to jest?
- Jaki chłopiec?
- Ten, który cię wczoraj odprowadził.
Krztuszę się ciastkiem, więc szybko biorę filiżankę do ręki i popijam je kawą.
- To kolega spokojnie. - prostuję myśli cioci. - Ma na imię Luke.
- Kto to Luke? - pyta stanowczo tato, po czym podchodzi do mnie i całuje mnie w głowę.
- O wstałeś. Jak w pracy?
- Dobrze. Udało mi się wszystko dogadać z szefem, więc będę mieć tą robotę. Może wyjdziemy na prostą. - kiwa głową i bierze gazetę z blatu. - Więc, kto to ten Luke?
- Słyszycie dzwonek? - kieruje palec wskazujący na schody. - To pewnie Katy, miała do mnie zadzwonić.
Patrzę na komórkę na blacie, na którą patrzy także tata, zabieram ją ze stołu i biegnę z szerokim uśmiechem do pokoju. Opieram się plecami o drzwi i z ulgą przywracam pierwotny rytm serca. Rozglądam się wokoło zatrzymuj wzrok na regale. Zauważam stertę zakurzonych książek na półkach, więc podchodzę bliżej i opuszkami palców przejeżdżam po ich grzbietach. Książki o gotowaniu, książki o kwiatach, kryminały, miłosne, bla bla bla... O jest! Książka o koniach. To coś, co powinno mnie najbardziej zainteresować.
Wydmuchuje cały kurz z książki, kaszląc przy tym. Ciekawe kiedy ostatnio ktoś miał te książki w dłoniach. Chyba od wieków nikt ich nie sprzątał. Schodzę na dół i wkładam ją do plecaka, który zgarnęłam wychodząc z pokoju i kierując się przez salon, wychodzę na taras. Tutaj nie mogę jej przeczytać, bo tato i ciocia mogliby pomyśleć, że coś knuje. W sumie nawet nie mam pojęcia po co tak na prawdę wzięłam tę książkę. Jednakże bardzo chce się dowiedzieć czegoś o koniach, a skoro tato nie lubi kiedy jeżdżę, to wole się upewnić, że o niczym się nie dowie. Na pewno nie ode mnie chyba, że wejdzie do mojego pokoju i sprawdzi czy nie wzięłam może jakieś książki o koniach, co byłoby dość fikcyjne, bo tato nie ma w mózgu jakiegoś czipa, który daje mu sygnał, że zabieram książę z półki. Tak sądzę...
- Ines, jedziemy z ciocią do miasta po zakupy. Zostań tu i zajmij się gospodarstwem na ten czas. Jeśli coś by się działo to dzwoń. Będziemy niedługo. - krzyczy tato z korytarza.
- Dobrze. - wychylam się i patrzę na zamykające się wejściowe drzwi.
- Pani Hoffman się Tobą zaopiekuję.
- Że kto?
- Sąsiadka. Moja dobra koleżanka. - dodaję ciocia. - Będzie cały czas na tarasie, więc lepiej zostań w domu.
Uśmiecha się do mnie i zawiązując sobie chustkę za głową, idąc w kierunku samochodu. Odwzajemniam uśmiech, chociaż jest niepewny i rozdrażniony. Czy oni mnie uważają za małe dziecko?
Kiedy wychodzą, spoglądam na Panią, która bacznie mnie obserwuje. Wracam do środka i otwieram plecak, wyciągając książkę i rzucając się na kanapę. Chwilę później ktoś puka do drzwi. Wstaję otworzyć, chociaż nie bardzo mam do tego chęci.
- Pomyślałam, że potrzebujesz towarzystwa. - powiedziała kobieta, przynosząc placek z rabarbarem.
Po pierwsze nie, nie potrzebuję. Po drugie, kto je rabarbar? - mówię do siebie, z miną krzywą jak po zjedzeniu cytryny.
Siedzę z nią w salonie i czekam, aż może stanie się cud i wyjdzie. Pisze przy niej SMS-y, chociaż ciągle mnie upomina. Mam jej tak serdecznie dość, że jestem gotowa pójść do poprawczaka za umyślne spowodowanie uszczerbku na zdrowiu.
- Zrobisz mi herbatkę dziewczynko? - zwraca się do mnie kobieta.
Spoglądam na nią i z ustami ukształtowanymi w prostą kreskę, podnoszę się i idę w stronę kuchni.
- A co, jesteś tak gruba, że się nie podniesiesz? - mruczę pod nosem.
- Tylko z melisską. Ale mało, bo po większej dawce strasznie jestem śpiąca.
To mi daję do myślenia. Szukam herbaty z melissą i kładę czajnik na gaz. Daję dwie torebki do szklanki, po czym daję jeszcze dwie, by wzmocnić aromat. Odczekuje kilka minut i nalewam wody, po czym zanoszę do salonu i podaję jej.
Mija piętnaście minut, a ona jeszcze się nie poddała. Czekam następne piętnaście minut i zabieram koc z górnej półki. Kładzie się wygodnie na kanapie i przykrywam ją. Zabieram kubek do zlewu i zakładam plecak na ramię, tudzież wychodzę na paluszkach z domu. Biegnę do stajni, bo konie nie zostały jeszcze wypuszczone do zagrody i otwieram boks. Zabieram siodło z haczyka i zakładam koniowi na grzbiet.
- Okey koniku. - uspokajam go, prowadząc za bramkę. - Bądź grzeczny, to dostaniesz coś do jedzenia.
Głaszczę go po pysku i dosiadam.
- Wio mały! - krzyczę i jedziemy przed siebie.
Nie znam tych okolic, więc nie wiem, gdzie dokładnie jedziemy. Zdam się na intuicję, do której nie mam pewności. Nie jedziemy z szybkością błyskawicy, ale dość by zobaczyć jak szybko obraz się zmienia. Z początku widziałam dom obok domu, drzewo obok drzewa, a nagle widzę pustkę. Dosłownie. Widzę tylko pola i betonową drogę, po której lekko galopuje koń. Jadę jeszcze kawałek przez las. Dość większy niż te, które można spotkać w Chicago. Patrząc w górę widać niekończące się korony drzew, a na co drugiej gałązce siedzi ptak, śpiewający pięknym, lekkim głosem. Muszę się rozglądać i schylać by nie uderzyć o odrośla. Na prawdę tu pięknie, chociaż to taki zwykły las. Mijam wierzby, jeziorko, aż do drewnianego, starego mostu, którego wcześniej nie zauważyłam. Zwalniamy. Schodzę w konia i prowadzę go za sobą kilka kroków. Odsłaniam dłońmi gałęzie wierzby, by nie zasłaniały mi widoku i trafiam na miejsce, które mnie urzekło. To nie miejsce magiczne jak w bajkach, ale tez nie miejsce, które dla nas może wydawać się zwykłe. To takie miejsce, którego jeszcze nigdy moje oczy nie widziały, a myśli nie byłyby w stanie wyobrazić go sobie. To taki nie magiczny, ale cudowny i zarazem tajemniczy zakątek, w którym od dziś będę przesiadywać. Tak czuję. To będzie moje małe miejsce na Ziemi.

wtorek, 24 marca 2015

ROZDZIAŁ III

- Nie jest istotne kto, po prostu trzymaj się od niego z daleka. - odparł tato z tonem przepełnionym komendą. Chyba go wyprowadziłam z równowagi tym pytaniem.
Trzy godzinne nauki jazdy, dają w kość. Musiałam siedzieć prosto, chociaż mam problemy z kręgosłupem i nie jest to takie banalne, mimo to nie przestawałam. Ani razu nie prosiłam by zejść. Spodobała mi się ta cała... jazda konna.
- To kiedy następny trening? - pytam z uśmiechem, siadając od razu po przyjściu do domu na krześle barowym.
- Widzę, że ci się spodobało.
- Nie było najgorzej. - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. - Są tu jakieś dzieci w moim wieku z którymi mogłabym się poznać?
- Tu niedaleko mieszka rok młodsza od ciebie dziewczynka. - pokazała głową kierunek.
- A reszta? - spojrzałam na okno, a potem znów na ciocię.
- W sąsiedniej wsi mieszka dużo dzieci, ale na piechotę to kawał drogi.
- Szkoda. - wzruszyłam ramionami i spojrzałam na kubek herbaty, który trzymam w dłoniach. Przez chwilę milczę, nie myślę o niczym, tylko nawadniam mój organizm. Nagle podrywam się z krzesła i wybiegam z domu za nim ciocia cokolwiek powie. Wpadam na pewien pomysł, ale nie jestem pewna czy wypali. Kieruję się do tej dziewczynki, o której mówiła ciocia. Wspomniała coś o żółtym domu. Widzę tylko jeden w odległości może siedmiu metrów od domu cioci. Wchodzę przez bramkę na posesję i wbiegam po schodach na werandę, pukając mocno do drzwi. Na razie nikt nie otwiera. Próbuje jeszcze raz, ale głucha cisza. Chwilę tak odczekuje, ale domyślam się, że nikogo nie ma w środku, więc trochę zdeterminowana wracam do domu.  Nagle ktoś zatrzymuje mnie, ściskając mocno ramię.
- Hej! Zauważyłam, że pukałaś do moich drzwi. - zaczyna mówić. - Jestem Luiza, ale mów na mnie Lu.
- Cześć! - odparłam z entuzjazmem, potrząsając jej dłoń. - Ja jestem Ines.
- Miło mi cię poznać Ines. Nigdy wcześniej cię tu nie widziałam. 
- Tak, ponieważ dopiero się tu wprowadziłam. - potrząsam delikatnie głową, uśmiechając się przy tym. Zawsze tak robię, kiedy próbuje coś wytłumaczyć. - Ciocia mówiła, że tutaj mieszkasz, dlatego postanowiłam się zapoznać. Reszta chyba mieszka w sąsiedniej wsi, prawda?
- Tak, to prawda, ale znam parę osób z tamtej części. Możemy tam pójść jeśli chcesz.
- Podobno to daleko.
- Troszkę, ale oni mieszkają na samym początku, także nie zmęczysz się miastowa. - szturchnęła mnie łokciem z żebro.
- Aż tak widać, że jestem z miasta?
- Nie, wcale. - śmieje się cynicznie. - Tylko następnym razem nie używaj takich drogich perfum.
Przytakuję głową.
- Muszę tylko zapytać taty, czy mogę iść. - wskazuje jej kciukiem zza moje plecy dom cioci.
Skina głową i powoli kierujemy się do niej.
- Ciociu, poznaj Luize.
- Dzień dobry. - przywitała się Lu, a ciocia odpowiedziała jej pogodnym uśmiechem.
- Wiesz kiedy będzie tato?
- Jest na farmie, zaraz powinien wrócić. - podała nam ciastka na stół.
Czekamy chwilę w salonie, podjadając z talerza ciastka. Ktoś wchodzi do domu. Podnoszę się z fotela i wchodzę do przedpokoju.
- Tato, mogłabym wyjść na dłuższą chwilę? - spytałam.
- Tak, ale nie oddalaj się zbytnio.
- Jasne. - uśmiecham się i unoszę na paluszkach, dając mu ciepły całus w policzek.
Wychodzimy z domu i powoli idziemy po drewnianej ścieżce. Z oddali słychać prychanie koni, co przykuło uwagę Lu.
- Umiesz jeździć?
- Nie do końca.
- Co to znaczy? - mruży oczy przez oślepiające ją słońce.
- Dzisiaj był mój pierwszy raz. Ale nie rozumiem, dlaczego pytasz?
- Może pojedziemy do nich konno? - zaproponowała dość przekonująco.
- Nie jestem pewna. - pokiwałam sprzecznie głową. - Mogłoby się coś stać, a wolałabym, żeby tato o tym nie wiedział.
- Nie dowie się. No chodź!
Spojrzałam na nią, a następnie na dom i dałam się przekonać, co było pod szybkim impulsem. Wiem, że mogę tego żałować, ale nie chce wypaść przed nowymi znajomymi na miastową sztywniarę.
Szybko biegniemy do zagrody i pierwsza Lu wyprowadza jednego z koni. Biegnę do tego, na którym dzisiaj jeździłam, ale zatrzymuje wzrok na samotnym koniu za zagrodą. Spogląda na mnie, po czym spuszcza wzrok. Stoi spokojnie, co bardzo mnie dziwi. Ciocia mówiła, że jest dziki, chociaż przypuszczam, że mnie okłamała. Co jest z nim takiego nie tak, że nie mogę się do niego nawet zbliżyć? Jednakże bardzo mnie korci, by to zrobić. Nie wiem czy to ten napływ energii mnie tak rozpiera, czy może to, że coś jest w nim takiego, co bardzo mnie do niego ciągnie.
- Idziesz?! - krzyczy Lu, bym się pospieszyła.
Skinąwszy głową, wyprowadzam konia zza grody i dosiadam go umiejętnie. Wyjeżdżamy zza bramy gospodarstwa i jedziemy szybciej niż się dzisiaj uczyłam, co bardzo mnie stresuje. Trzymam się mocno grzywy konia, chociaż nie na tyle, by zrobić mu krzywdę. Czuję, że zaraz spadnę i coś sobie złamię, ale próbuje o tym nie myśleć. Spoglądam na Lu, która aż krzyczy z radości.
Minęło piętnaście minut. Lu powoli zatrzymuje konia, więc robię to samo i schodzimy z nich, zostawiając je swobodnie na poboczu.
- Myślisz, że zastaniemy ich w domach?
- Nie mam pojęcia. - wzrusza bezsilnie ramionami, a jej słowa są jakby obojętne. - Dzisiaj niedziela, może poszli do Kościoła.
- Może. - mówię pod nosem.
Zostaję przed bramką, a Lu podchodzi do drzwi i wali pięścią jak młot. Zagląda przez okna i znów puka. Zaczynam tupać nogą, a ręce mam skrzyżowane na piersiach. Rozglądam się wokoło, po czym widzę Lu idącą do mnie.
- I jak?
- Nie ma nikogo.
- W ogóle tu jakoś pusto. - przeszły mnie ciarki. Jest taka cisza, jakby ktoś umierał.
- Hmm... - językiem grzebie w zębach i szturcha mnie po chwili. - Chodź, wracamy. Spotkamy się na festynie.
Marszczę czoło i podchodzimy do koni, znów wspinając się na nie.
- Jaki festyn?
- A bo ty nic nie wiesz. - zarechotała. - Dzisiaj jest święto w sąsiedniej wsi.
- Jeszcze jakaś inna? - pomyślałam z lekka się krzywiąc.
Przytakuje głową z uśmieszkiem, który raczej ma odpowiadać mojemu poziomowi wiedzy jaki osiągnęłam. Może faktycznie nie jestem dobra z geografii, ale tutaj jest wieś za wsią. Koszmar.

- Ładnie wyglądasz. - weszła ciocia do pokoju.
- Tak, tylko...
- Wiem, że jedziesz na festyn. - przerywa mi w pół zdaniu i siada obok mnie na krześle.
- Myślisz, że tato pozwoli mi iść?
- Spróbuje go przekonać. - głaszczę mnie po głowie delikatnym ruchem.
- Dziękuje ciociu. - tulę ją bardzo mocno, po czym trochę puszczam, bo swoją siłą mogę zabić.
- Tylko nie wracaj zbyt późno.
Zaciskam powieki na znak, że zrozumiałam jej słowa. Wzrokiem wracam do lusterka i z góry do dołu przeczesuje już proste włosy.
- Jeszcze jedno. - mówi przed przekroczeniem progu pokoju. - Następnym razem zakładaj siodło na konia. Amortyzuje pośladki.
I wychodzi zanim cokolwiek przyjdzie mi na myśl.
Poprawiam jeszcze makijaż, którego i tak nie da się już ulepszyć i schodzę na dół, ubrana w powiewną białą sukienkę. Po drodze, schodząc ze schodów zakładam jeszcze kolczyki na uszy i natykam się na tatę, który rozmawia z ciocią. Stop, prostuj! To ciocia rozmawia z tatą.
Bądź co bądź ubieram buty, nie odrywając z nim kontaktu wzrokowego. Nie złości się, ale nie jest też podekscytowany. Ciocia chyba neutralnie go do tego nastawiła.
Zakładam jeszcze sandałki i wychodzę po cichu, jakbym się skradała. Stoję plecami do zamkniętych drzwi i oddycham miarowo z zamkniętymi oczami. Następnie otwieram i zauważam Lu, która stoi za bramką. Macham do niej i podchodzę, ale z każdym moim ruchem, ona idzie przed siebie.
- Gdzie idziemy? - pytam zaskoczona. - To nie w tamtą stronę?
- Jeśli chcesz iść ponad godzinę piechotą proszę bardzo, ale nie jestem przekonana, żebyś w tych butach doszła chociaż do połowy.
Milknę, bo poczułam się urażona. Może ubieram się za bardzo... miastowo. Może powinnam zacząć ubierać się w te kombinezony, krótkie szorty, w słomiane kapelusze i jeszcze pogryzać słomę w ustach. Sama nie wierzę w co mówię.
Stoimy na przystanku. Lu sprawdza, o której mamy busa. Grzebię w torebce, wyszukując jakieś drobne, by kupić bilet. Udaje mi się wygrzebać dwa dolary. Powinno starczyć.
- Za dziesięć minut. - spoglądam na Lu i zastanawiam się o co chodzi, po czym uświadamiam sobie, że chodzi je o busa.
Siadamy na ławeczce i nastaję głucha cisza. Rozglądam się raz w jedną raz w drugą stronę i wiercę się jakbym miała robaki w tyłku. Tymczasem Luiza jakby zastygła.
- O nasz bus. - nagle podrywa się i oznajmia, kierując palec wskazujący w stronę jadącego pojazdu.
Wchodzę tuż za nią. Dziwię się, dlaczego nie kupuje biletu u kierowcy. Staję obok niego i daję mu drobne mówiąc, że chce bilet ulgowy. Słysze cisze śmiechy ludzi z autobusu, ale nie jestem tym poruszona. Facet wyciąga rękę, by zabrać pieniądze, ale Lu łapie mnie pod ramię i pociąga do siebie na siedzenie.
- To jest bezpłatny bus. - szepczę mi do ucha.
Spoglądam na ludzi, którzy nadal śmieją się cicho jak hieny i czuję jak policzki rozgrzewają mi się z czerwoności.
Chwilę później jesteśmy na miejscu. Jechałyśmy zaledwie pół godziny, więc to o wiele lepsze, niż męczenie stóp w tych butach.
- Ahh... - Lu obraca się na pięcie, z rękami rozłożonymi jak kapłan do wiernych w geście pozdrowienia. - Czujesz zapach kukurydzy z masłem?
Poruszam nosem jak niuchający pies, ale kręcę sprzecznie głową, bo nic nie czuję. Wzrusza ramionami i ciągnie mnie za sobą.
Mijamy stoiska z ciastami, losami, corn dogami, aż Lu zaczyna krzyczeć tak głośno, że zagłusza mężczyznę mówiącego do mikrofonu. Widzę jak biegnie do kogoś i rzuca się na szyję jakieś dziewczynie. Podchodzę do nich wolnym, niepewnym ruchem. Na razie nie zwracają na mnie uwagi, nawet Luiza zapomniała, że przyszłam z nią tutaj.
- Chodź Ines. Poznam Cię z resztą. - woła, machając do mnie dłonią.
- To jest Ines. - dłonią robi ściankę, bym nie usłyszała co teraz chce do nich powiedzieć. - Jest miastowa, ale jest w porządku.
Następnie wymienia imiona znajomych. Poznałam Jasmine, która jest w moim wieku a Tina i Tom są o rok młodsi, czyli w wieku Luizy.
Mijają minuty. Z początku ciężko mi było złapać z nimi kontakt. Byliśmy wszyscy dość małomówni, prócz Lu. Jej usta chyba nigdy się nie zamykają  ale to dobrze. Przynajmniej nie było takiej smętnej atmosfery.
Zatrzymaliśmy się na grach rekreacyjnych.
- O widzę Luke'a! - krzyczy Lu, wyciągając rękę przed siebie.
W szepcie Tina upomina ją, że nie ładnie pokazywać na kogoś palcem, a Jasmine i Tom mówią coś do siebie odnośnie tego chłopaka, o którym wspomniała Luiza.
Wszyscy idą go dopingować, bo bierze udział w jakiś zawodach, które widzę pierwszy raz na oczy, więc idę usiąść na sianie, bo chyba na wsi nie stać ich na większa ilość ławek. Ciągle poprawiam sukienkę pod tyłek, bo siano wbija się w miejsca, gdzie nie powinien. Zakładam nogę na nogę i opieram brodę na dłoni, a z nudów chyba zaraz zasnę.
Słyszę z tamtej strony wiwaty i mnóstwo ludzi, którzy przechodzą obok mnie, nie zwracając na mnie nawet najmniejszego uwagi. Po chwili zauważam Toma, który obejmuje w karku chłopaka o brązowych włosach. Jego błękitne jak ocean oczy, przykuwają moją uwagę. Jest wysportowany, co bardzo mnie onieśmiela. Jest zupełnym przeciwieństwem mnie. Jestem blondynką, niską, mam zielone oczy, dość takie jaskrawe, ale co do sportu... mój wujek był lekarzem, więc załatwiał mi zwolnienia na wf.
- Poznaj Luke'a. - przedstawia nas sobie Lu. -  Jest kapitanem drużyny piłkarskiej w naszej szkole.
Uśmiecham się i nie okazuję zainteresowania jego osoby, chociaż to czysta nieprawda. Ma typ urody, w którym gustuje, ale pewnie każdej dziewczynie się podoba.
- Jestem Luke. - wystawia przed siebie dłoń z nieskazitelnie białym uśmiechem.
O matko moja, zachowaj spokój Ines. - mówi głos rozumu, a serce pierwszy raz go popiera.
- Mam na imię Ines. - odchrząkuje. - Jestem Ines.
Dzięki Mia, twoja formalność mi się udziela.

Atrakcji jest na tyle, że każdy chce czegoś innego. Każdy z nich się rozdziela, a ja idę do ubikacji, bo wypiłam za dużo kawy, która na prawdę była dobra. Stoję w kolejce i piszę SMS-y z Katy. Ktoś krzyczy do mnie, żebym się ruszyła. Stoję dokładnie przed toi toiem. Idę niechętnie w jego kierunku, bo nienawidzę toalet publicznych. Są brudne, śmierdzą i są tak strasznie niehigieniczne, ale gdyby mój pęcherz był większy, nie musiałabym z niego korzystać.
Kiedy wracam do znajomych, wszyscy nagle chwalą się trofeami. Tom zajął pierwsze miejsce w jedzeniu ciasta z malinami. Nadal jest brudny w kącikach ust, ale chyba nikt nie chce mu o tym powiedzieć. Tina zgarnęła nazwę ''Królowa byków''. Dlaczego mnie to bawi?
Jasmine poszła na konkurencje z jabłkami w karmelu. Zjadłabym i to bardzo, ale czternaście to gruba przesada.  Ja razem z Luizą poszłyśmy na wspinaczkę. Trochę mnie do tego zmusiła, ale też po części sama chciałam. Kiedyś byłam w tym niezła, ciekawe czy jeszcze coś z tego będzie.
Mężczyźni zakładają nam linki asekuracyjne i chwilę czekamy, aż pozwolą nam wchodzić. Wspinamy się powoli, chociaż ja z szybszym nieco tempem. Trochę dla przypodobania się, ale tez trochę przez to, że zawsze lubiłam wygrywać.
Jestem już na końcu, i uderzam sznurkiem ścianki dzwonka. Teraz pozostaję tylko zejść, chociaż łatwiej się wchodzi, niż schodzi. Na razie jest dobrze. Kładę nogę na jednym kamieniu, później na drugim i jestem już w połowie. Słysze jak coś w zabezpieczeniach zaczyna strzelać, już od momentu kiedy wchodziłam. A moje przeczucia, zazwyczaj się realizują. Schodzę niżej, już tak trochę wystraszona, chociaż tego nie pokazuje. Jesteś silna Ines, dasz radę. - powtarzam sobie w duchu.
- Nie jest wysoko, nie tchórz, dasz radę. - mruczę pod nosem. - Zamknij oczy i będzie dobrze... Chociaż może lepiej nie zamykaj.
No i co? Nie zamknęłam, a noga sama się podwinęła. Nie trafiłam. Ale jesteś głupia Ines!
- Luke! - krzyknęła Luiza.
Ktoś łapie mnie tuż przed bolesnym upadkiem. Nie otwieram oczu, chociaż wiem, że to Luke. Matko! dlaczego on? Czuje jak cała się czerwienię.
- Nie musisz się już bać. - słyszę jego głos, który mówi z lekkim chichotem. - Możesz otworzyć oczy.
Robię to i widzę jak ludzie na nas patrzą. Luke spuszcza mnie na ziemię, a mężczyźni, którzy wcześniej obwiązywali mnie linkami pytają o to samo, kiedy ściągają ze mnie zabezpieczenia. Przytakuje im głową, chociaż serce wali mi z całej siły. Spoglądam na Luke'a, który podaje mi dłoń, żebym zeszła po schodach.
- Dziękuje. - uśmiecham się najładniej jak potrafię, ale po momencie uświadamiam sobie, że muszę wyglądać jak ktoś kto suszy zęby suszarką.
- Nie masz za co. Ważne, że nic ci nie jest. Mogło, źle to się skończyć.
Spuszczam głowę na dół i widzę rozwalonego buta. Ściągam je z nóg i czuję miękką trawę pod sobą. Jest delikatna jest wełna owcy, co sprawia, że mam ochotę biegać po niej i rozpływać się jak czekolada na ogniu.
Po chwili podbiega do nas reszta. Wszyscy próbują się przekszyczeć, pytając czy wszystko ze mną dobrze. Tylko im przytakuję, bo czuję się zbyt zażenowana tą sytuacją.
Po kilku godzinach wracamy do domu. Jest ciemno, a tato pewnie wyrywa sobie włosy z głowy ze wściekłości.
- Chodźcie, odwiozę was. - odzywa się Luke, zapraszając do samochodu.
- Jest nas za dużo. - mówi Tina, patrząc na każdego z nas.
- To usiądziesz na kolanach Tom'a. - odzywa się Lu i wsiada na miejsce obok kierowcy.
Jasmine wzrusza ramionami i wsiada razem ze mną na tyły. Czekamy jeszcze na Tinę, która z niechęcią siada na kolanach Toma. Od początku wydawało mi się, że albo coś było kiedyś między nimi, albo po prostu nie przepadają za sobą. Chociaż sądzę, że to pierwsze jest bardziej wiarygodniejsze.
Jesteśmy pod domem, do którego z Lu pojechałyśmy po południu. Jest to dom Jasmine, która wychodzi z samochodu, w raz z Tiną i Tomem. Żegnamy się z nimi i jedziemy ostrożnie pod dom Lu.
- Gdzie mieszkasz? - zwraca się do mnie Luke, patrząc na mnie z lusterka.
- Obok Lu. Dokładnie kawałeczek od niej.
Zatrzymujemy się. Razem z Luizą wychodzimy z samochodu, a za nami Luke. Zastanawiam się po co, ale idzie obok nas, kiedy odprowadzamy koleżankę. Żegnam się z nią uściskiem, a później robi to samo z Luke'em i wchodzi do domu. Schodzę z werandy jako pierwsza i trzymając buty w dłoni wychodzę z posesji. Luke dogania mnie po chwili i idzie ze mną w ciszy, której żadne z nas nie ma zamiaru przerwać.
- Jesteś rok starszy od Jasmine, prawda? - odzywam się, nie spoglądając na niego.
- Tak, a ty ile masz lat?
- Kobiet o wiek się nie pyta. - uśmiecham się do niego, ale lekko nie poruszając bardzo kącików ust. - Ale możesz zgadywać.
- Dziewiętnaście? - wyprzedza mnie i idzie tyłem, patrząc na mnie i uśmiechając się tak, że ciągle i coraz bardziej się rumienie.
- Aż tak staro wyglądam - zachichotałam jak małe dziecko.
- To nie wiem. - unosi ręce w geście kapitulacji. - Poddaję się.
- Szesnaście.
- Szesnaście? - zatrzymuje mnie i przygląda mi się uważnie. Musi trochę się schylić, żeby zobaczyć w pełni moją twarz. - Nie wyglądasz.
Nasze wzroki spotykają się i chociaż dziwnie to wygląda jak na pierwsze spotkanie, to co raz głębiej przypatruje się mu. Jest w jego oczach coś takiego, co bardzo mnie pasjonuje. Nagle przerywa tą chwile, jego ciepły głos, a miętowy oddech tłumi mi myśli.
- Mam nadzieje, że jeszcze się spotkamy. - przygląda mi się tak, jak jeszcze nikt inny.
- Też mam taką nadzieje.
Wchodzę do domu. Z uśmiechem na twarzy kładę buty na dywanik i wchodzę do domu, czując zapach parówek. Ciocia wychodzi zza ściany, wycierając dłonie w szmatę i uśmiecha się nie pytając o nic.
- Jest tato? - pytam, siadając na krześle.
- Pojechał do warsztatu.
- W niedziele? - dziwie się i spoglądam na zegarek w komórce.
Ciocia wzrusza ramionami i podaje mi parówki na blat.
Wchodzę do pokoju. Zabieram rzeczy do kąpieli i biorę długą, przyjemną kąpiel. Stopy wychodzą mi za wanny, a w uszach gra mi przyjemna muzyka. Zamykam oczy i odprężam się myśląc o dzisiejszym dniu. O nim. Mogę to powiedzieć, bo jestem tu sama. Myślę o nim, bo on najbardziej utknął w mojej pamięci. Wydaje się być inny, co bardzo mnie intryguje. I jego oczy, które skrywają tyle tajemnic. Chciałabym być pierwszą, która je wszystkie odgadnie, ale pewnie nie jestem jedyną, która tego pragnie. Aż serce mnie kłuje na myśl, że jesteśmy z zupełnie innych światów.

czwartek, 19 marca 2015

ROZDZIAŁ II

- Jest mi tak samo ciężko jak Tobie. - zatrzymuje mnie mocnym uściskiem dłoni.
- Ale ja nie chce się wyprowadzać! Mam tu przyjaciół, szkołę... No wszystko!
- Rozumiem. - kładzie dłonie na moich ramionach, z czego zrobiły się cięższe. - Ja mam tu prace, do której jestem przyzwyczajony. Jednakże, nic z tym już nie możemy zrobić. Nie mamy klientów, a ja nie mam jak zapłacić za czynsze. Jeśli tego nie zrobimy, popadniemy w większe długi, a nie chce mieć komornika na karku. - odparł.
- I akurat musisz sprzedać dom? - odwracam głowę do tyłu. - Przecież wystarczyłoby sprzedać pizzerię.
- Dojazd do pracy z Tennessee, cioci też trzeba będzie pomóc finansowo, za darmo nie będziemy tam mogli mieszkać. Jeszcze trzeba zapłacić rachunki z pizzerii. To nie jest takie proste Ines.
- Jasne. - krzyżuje ręce na piersiach i kształtuje usta w prostą kreskę. - Zawsze znajdziesz jakieś wymówki.
- Ines to nie tak. - staje na wprost mnie, zasłaniając mi całkowicie punkt widzenia. - Na początku będzie ciężko, później się przyzwyczaimy do takiego życia. Ciocia na szczęście załatwiła mi pracę u swojego przyjaciela w warsztacie, więc na chwilę obecną jest dobrze.
- A czemu nie możemy przeprowadzić się do jakiegoś małego mieszkania, ale w mieście?
- Ponieważ ciocia ma już swoje lata, mieszka sama w domu, a na dodatek ma dużą farmę na utrzymaniu. Zaproponowała nam gościnę, więc nie wypadało odmawiać. - pogłaskał mnie po głowie. - Nie chce dla nas źle księżniczko.
- Wiem tato... wiem. - westchnęłam.
- Idź już spać jutro czeka nas ciężki dzień.
Skinąwszy głową, wchodzę po schodach prosto do pokoju.
Siedzę na łóżku rozczesując włosy. Dziewczyny siedzą na podłodze i rozmawiają o czymś nie wtajemniczając mnie w nią. Schodzę z łóżka i na czworakach zajmuje obok nich miejsce, po czym biorę głęboki wdech i przygotowuję się do rozmowy.
- To prawda, że wyjeżdżasz? - pyta Zoe, a jej smutek bardziej mnie stresuje.
- Tak. - przytakuję. - Skąd wiecie?
- Mia nie mogła spać, więc podsłuchała. - odpowiedziała Katy.
Spojrzałam na Mię, która potwierdziła odpowiedź Katy.
- Będzie mi was bardzo brakowało.
Nie usłyszałam odpowiedzi, ale wszystkie rzuciły mi się na szyję. Słyszę jak Mia zaczyna płakać, a za nią już wszystkie to robimy. Pożegnania są bolesne, ale nie myślałam, że aż tak będziemy to odczuwać.
Przez całe południe pakowałam rzeczy do walizek. Teraz siedzę w ogrodzie za domem i patrzę przed siebie. Zastanawia mnie jak będzie wyglądała moja historia. Tu były początki mojego dzieciństwa, pierwsze spotkanie z Katy pierwsze myśli o przyszłości. Tu mogłam się odprężyć, pomyśleć, porozmawiać o wszystkim i ze wszystkimi. Tu opierało się całe moje życie, a teraz? Teraz to wszystko się zmieni.
- Ines! - woła tato. - zbieraj się.
- Już idę!
Patrzę pewnie po raz ostatni na to miejsce, uśmiecham się mimo wszystko, a łzy bez kontrolnie spadają mi po policzkach. Stoję przed drzwiami samochodu i tylko lekko przekręcam głowę i wsiadam, by już więcej nie móc spoglądać na ten dom. Ruszyliśmy.
Droga jest na prawdę długa, tak jakby miała nie mieć końca. Jedziemy przeszło godzinę, a już umieram z nudów. Wyciągam z plecaka słuchawki, podłączam do komórki i zakładam na uszy. Na szybę spadła kropla deszczu, która spływa zostawiając za sobą ślad, później następna i tak kilka po niej, które rozmazują mi widoczność. Przykładam skroń do zimnego okna i zamykam powoli powieki, pozwalając oczom odpocząć.
- Wstawaj Ines! - budzi mnie tato głośnym krzykiem i potrząsa moje ramiona. - Jesteśmy na miejscu. Wychodzę z samochodu zakładając na głowę kaptur i zabieram walizkę idąc po przemokniętej drewnianej ścieżce. Czuje jego zapach komponujący się z wiosennymi roślinami.
- Zapraszam. - mówi starsza Pani z uradowanym głosem.
- Dzień dobry ciociu. - podchodzi do niej tato mocno ściskając. - To moja córka Ines.
- Jaka ty jesteś piękna. Przypominasz mi swoją mamę.
- Dziękuje. - uśmiecham się i poprawiam kosmyk włosów za ucho.
- Wchodźcie, przecież nie będziemy tak stać na zewnątrz. - machnęła ręką abyśmy weszli do środka. - Może chcecie herbaty?
- Tak! - powiedział tato otrzepując się jak pies.
Kiedy razwm z ciocią poszli  do kuchni, zaczęłam rozglądać się po salonie. Jest duży, urządzony nie tak jak myślałam, ale mimo to był przytulny. Kominek na środku ściany, w rogu wisi zegar. Po mojej prawej znajduje się kanapa i mały stolik leżący przed nią. Siadam na fotelu po mojej lewej i czekam na kubek gorącej herbaty. Chwilę później ciocia oprowadza nas po domu. Jest trochę ubogi, może dlatego, że przyzwyczaiłam się do lepszego życia. Jestem miastowa, nie będę tego ukrywać, ale nie miałabym serca powiedzieć cioci przykrych słów, jakie tworzą mi się odkąd tu przyjechaliśmy. Weszłam do swojego ''nowego'' pokoju i mam nadzieję, że ten ''nowy'' nie będzie tym ''codziennym''. Jest pomalowany na kremowo, a to kolor, który lubię najmniej. Po lewej stronie znajduję się mała biblioteczka, a obok stoi biurko. Na wprost drzwi łóżko, a za nim parapet i okno zbudowane w kształcie półkola. Nie najgorzej, ale nadal to biedota. Po prawej stronie jest garderoba, jedna część tego pokoju, która mnie uszczęśliwia. - Chodź Ines. Ciocia oprowadzi nas po gospodarstwie! 
- Miałam zamiar oglądnąć telewizję, a nie chodzić po pastwiskach. - mruczę pod nosem i przewracam oczami z lekkim oburzeniem.
Na początku ciocia prowadzi nas do kurnika, później pokazuje nam ciekawe miejsca do zobaczenia. Nie wiem co na farmie może być ciekawego, ale nie chcę się nawet zastanawiać. Następnie poszliśmy do stajni. Nigdy nie lubiłam takich miejsc. Zawsze tam śmierdzi i są brudne zwierzęta. Nienawidzę koni, a wujek koleżanki nawet miał tam świnie. Aż od samego myślenia o tym, przechodzą mnie ciarki.
- Jeździłaś kiedyś konno? - pyta mnie ciocia.
- Nie i nie mam zamiaru. 
- Dlaczego nie chcesz? -  podpytuje mnie idąc jeszcze kilka kroków na przód.
- Nie lubię koni. Wole trzymać się z daleko od zwierząt z farmy. - założyłam ręce na piersi i obróciłam wzrok w drugą stronę.
- Skoro nigdy nie jeździłaś to nie wiesz jak jest. Twoja mama była tego samego zdania co ty. Pod tym względem jesteście do siebie podobne. Jednakże, zgodziła się i była w tym niezła.
- Może lepiej, aby Ines trzymała się z daleka od koni. - tato przerwał cioci nieproszenie.
- Na prawdę się zgodziła? - teraz ja zaczynam podpytywać ciocię.
- Tak. - przytakuje głową. - Była jedną z lepszych dżokejek, jakie w życiu widziałam.
- Więc jednak nie jesteśmy podobne.
Milkniemy. Kątem oka zauważyłam jak tacie drgnęła górna warga ust, ciocia uśmiechnęła się, a moja twarz nadal jest stanowcza.
Dzień jak dzień. Ciągle tylko pada. Myślałam, że w Tennessee nigdy nie ma brzydkiej pogody, najwidoczniej pięciominutowe sprawdzanie wiadomości z Google nie pomogło. Nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam, bo film mi się urwał po monotonnym przewijaniu siedmiu kanałów w telewizorze.
Piejący kogut robi mi niespodziewaną pobudkę. Ciągle pieje i jest nie do zniesienia. Jeśli codziennie tak robi, to przyrzekam, że zrobię z niego rosół.
Ściągam opaskę nocną z oczu i wstaję z łóżka prawie przechylając się na nogach. Jestem nadal zmęczona, chociaż spałam całą noc. Ubieram pantofle w króliki i schodzę na dół, bo kiszki zaczęły grać marsza w moim brzuchu.
- Wyspałaś się? - pyta ciocia, która miesza jajko w garnku.
- Nie bardzo. Tego koguta da się jakoś wyłączyć?
- Raczej nie. - chichoczę tak, abym nie usłyszała.
- Twój tato kiedy spędzał tu wakacje też miał z nimi problemy.
- I co zrobił? - siadam na krześle barowym i opieram ręce na wąskim blacie.
- Raz rzucił w jednego ziemniakiem i przestał piać, bo chyba dostał zaburzenia psychicznego. Tak przynajmniej mówił właściciel.
- Od tamtej pory nie jem ziemniaków. - dodał tato wchodząc do domu z pełnym wiadrem mleka. - Za bardzo gryzie sumienie.
Zaśmiałam się i zabrałam się do jedzenia.
Po zjedzeniu ciocia dała mi kombinezon i kalosze, bym pomogła tacie z farmą. Mówi mi po drodze co trzeba zrobić i jak to zrobić. Najpierw poszliśmy do kurnika, później do krów i świń, a na koniec do stajni. Grabimy stare siano, nalewamy wodę do żłobów i wychodzę najszybciej jak mogę, bo cuchnie od nich nieziemsko.
Czekam kilkanaście minut, aż tato stamtąd wyjdzie, ale widzę tylko jak konie wybiegają z boksów.
- Prowadź je da zagrody Ines! - krzyczy tato.
Robię jak mówi, chociaż robię to pierwszy raz. Jest ich siedem i chociaż przez chwilę pomyślałam, że mogę ich nie złapać, to są pokorne. Posłusznie mnie słuchają i wchodzę pojedynczo do zagrody. Zamykam drewnianą bramkę i opieram się łokciami o nią.
- Podoba ci się tutaj? - zapytał tato, podchodząc do mnie i kładąc lewą nogę na najniższą belkę.
- Nie najgorzej. Szkoda tylko, że tak tu nudno. - oparłam brodę na wewnętrznej stronie dłoni. 
- Kiedy byłem tu po raz pierwszy, a lat miałem niemalże tyle co ty, to bardzo żałowałem, że tato wysłał mnie tutaj. Nie znałem tutaj nikogo, nigdy nie wychowywałem się na wsi i nie pomyślałbym, że więcej niż sprzątanie po zwierzętach spotka mnie tutaj.
- A spotkało cię coś ciekawego?
- Tak.  Poznałem przyjaciela, który teraz jest twoim ojcem chrzestnym, tutaj nauczyłem się jak wygląda życie na farmie, jak smakuje prawdziwe mleko, biały ser, a nawet jak wygląda łoś. Tutaj też poznałem twoją mamę.
- Jaka wtedy była? - pytam z coraz większym zainteresowaniem.
- Jaka była? - rozejrzał się dookoła. - Była piękna, wyglądała tak jak ty teraz. Miała piętnaście lat kiedy się poznaliśmy.
- Czyli lubisz tu przybywać, bo tylko tutaj możesz zacząć myśleć o mamie?
- Chyba tak. Tam w mieście nie było czasu na to. Ciągła praca, dom, rachunki. Tam to było nie wykonalne, a tutaj...  - zamknął oczy, wpuścił powietrze do ust i wypuścił przez nos. - tutaj mam dość czasu, aby myśleć o tym co jest dla mnie ważne. - popatrzył na mnie.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwile. Zawsze zastanawiało mnie, jak poznali się moi rodzice. Czy była to restauracja, park, czy kino. A oni tak po prostu poznali się na wsi. Może to miejsce wcale nie jest takie złe.
- Chodźcie na ciasteczka! - krzyczy ciocia z okna.
Tato obejmuje mnie w ramieniu i wracamy do domu.
- Co robisz? - pytam, ściągając kalosze w przedpokoju.
- Nie ściągaj ich. - mówi cioci i podaje mi talerz gorących ciastek do ręki. - Nauczymy cię jeździć.
- Jeździć? - pytam i patrzę jak ciocia schyla się ostrożnie po buty.
Zabiera ode mnie talerz i każę zrobić to samo. Tato wzrusza ramionami, kiedy na niego spoglądam i wychodzimy znów na zewnątrz. Wracam do zagrody i patrzę na ciocię, podjadając ciastko z płatkami czekoladowymi. Stoję w bezruchu i próbuje wygrzebać coś z myśli cioci.
- Załóż kask. Będzie Ci potrzebny.
- To nie jest dobry pomysł. - odparłam, machając dłońmi jak na pożegnanie.
- Już coś mówiłem na ten temat Helen.
- Ted, możemy porozmawiać? - poprowadziła tatę kawałek ode mnie, bym nie usłyszała rozmowy.
Zastanawia mnie, dlaczego nie pozwala mi jeździć. Myślałam, że będzie mnie raczej zachęcał. Zazwyczaj to robi, kiedy stawiam go w trudnych do podjęcia decyzji.
- Dlaczego nie pozwalasz jej jeździć? - spytała ciocia na tyle głośno, że usłyszałam początek rozmowy.
- Dobrze wiesz czemu. - odparł niechętnie, podpatrując co robię.
Z każdym jego obrotem głowy, ja obracam swoją w przeciwną stronę.
- Nie możesz ciągle wracać do przeszłości. To co się kiedyś stało - przeminęło, a to co się dzieje teraz - jest teraz. Mówiłeś jej chociaż? - spojrzała na mnie, ściszając ton.
- Nie. Lepiej żeby na razie nie wiedziała. 
- To skoro nie wie o niczym to daj jej się nauczyć. Nigdy nie wiesz jak będzie, a powinna mieć jakieś zajęcie jeszcze teraz jak są wakacje.
- Sam nie wiem. - pomyślał. - Jestem sceptycznie do tego nastawiony.
- Nic jej nie będzie. - uśmiechnęła się i ze swobodnym ruchem położyła dłoń na ramieniu taty. - Jak sobie trochę pojeździ to nic jej nie będzie, a może nawet to polubi.
- Oby nie, ale dobrze. Niech będzie, ale nic poza tym. To tylko do chwili, kiedy nie pozna tu kogoś, a jeździć ma pod moim nadzorem. - stawia ostro warunek, bo widzę jak podnosi palec wskazujący twardo w pion.
- Załóż to Ines. Pomoże ci jak na pierwszy raz. - uśmiecha się do mnie ciocia i podaję mi ubranie.
Po pięciu minutach wychodze zza stajnie i podchodzę do nich,  a spodnie wbijają mi się na tyle w  wkroczę, że muszę jej non stop poprawiać. Tato otworzył drewniane drzwiczki do zagrody, a ja z niechęcią wchodzę do środka.
- Na prawdę muszę? - spytałam błagająco. - Nie jestem pewna, czy się do tego nadaje. Już wole sprzątać po świniach - co nie jest prawdą.
- Spodoba ci się jak już spróbujesz.
Przełykam ciężko ślinę, a przed oczami pojawia mi się mgła, która rozprasza moją równowagę. Chwieje się i czuję, że zaraz dostanę ataku paniki.
- Na którym mam jeździć?
- Hmm... - wskazuje palcem wskazującym kuca. - Ten będzie idealny.
- A może jakiś inny? - pytam przerażona, ale bardziej zażenowana. Może jestem początkująca, ale no błagam... Kuc? Czy ja mam pięć lat? 
- Dlaczego? Ten będzie odpowiedni.
- Wątpię. - rozglądam się zniesmaczona. - A tamten? Dlaczego stoi sam?
Nie usłyszałam przez kilka minut żadnego odzewu. Ciocia stoi jak wryta w ziemię, tak w bezruchu, a strach chyba zabrał jej mowę.
- On zawsze odstawał od grupy. Rzadko kto go dosiadał. - odezwał się tato, kiedy straciłam nadzieję, że dostanę jakąkolwiek odpowiedź.
- Rzadko? - z zaciekawieniem dopytuje głębiej. - Czyli jednak ktoś tak. Kto taki?

poniedziałek, 16 marca 2015

ROZDZIAŁ I

Budzi mnie z samego rana niesamowity zapach naleśników dochodzący z kuchni. Szybko się podnoszę, rozciągam i w piżamie schodzę na dół by zobaczyć co się dzieje.
- Dzień dobry księżniczko. Jak się spało? - tato spogląda na mnie kątem oka trzymając w dłoni patelnie.
- Świetnie. Śniło mi się, że dziś są moje urodziny.
- To nie sen. Sto lat Ines! - kładzie ostatni naleśnik na talerz, wbija szesnaście świeczek, zapala je i trzyma tuż przy czubku mojego nosa. - Powiedz życzenie i zdmuchnij.
Wypowiadam po cichu z zamkniętymi powiekami i zabieram się do jedzenia.
- To moje ulubione naleśniki z truskawkami, bitą śmietaną i polewą czekoladową. - zaczynam kroić kawałek po kawałku.
- Wiem. - uśmiecha się do mnie i wraca do czynności. - Jakieś plany na dziś?
- Pomyślałam o piżama party. - podnoszę wzrok tak, że styka się ze wzrokiem taty. - Oczywiście bez chłopców.
- Czyli mam się wynieść?
- Nie trzeba. - chichoczę pod nosem.
Wracam do pokoju, szybko wyciągam ciuchy na przebranie i wychodzę na dwór. Pogoda jest przepiękna, a zapach pierwiosnków jeszcze bardziej mnie uszczęśliwia. Wyciągam telefon z tylnej kieszeni spodni i wybieram numer do przyjaciółek, po czym wysyłam im SMS-a o spotkaniu w centrum handlowym za pół godziny.
Pierwsza docieram na miejsce i czekam na resztę, siedząc przy fontannie w środku galerii. 
- Cześć dziewczyny! - zaczęłam, witając się z nimi gorącym uściskiem - dosłownie gorącym. - Macie coś dzisiaj w planach?
- Nie. - Zoe odpowiada za wszystkie tak szybko że żadna z nich już nie ma nic do powiedzenia.
- To świetnie! Może przyjdziecie dzisiaj do mnie na noc?
- Czemu nie. - mówią wszystkie do siebie, ciszej niż przeciętny ton ludzki.
Chodzimy po sklepach, kupując potrzebne rzeczy na imprezę urodzinową. Po dwóch godzinach zakupów wracam do dom razem z Katy, która pomaga mi w przygotowaniach. Znamy się od dziecka, razem się wychowywałyśmy. Jest moją najlepszą z najlepszych przyjaciółek, prawie jak siostra. Mieszka tak blisko, że kiedy dzwoni do mnie o równej 08:00, to o 08:01 stoi już przed moimi drzwiami.
- Wróciłam tato!
Nie słychać odzewu. Mówił coś przed wyjściem, że idzie do Banku, czy coś takiego. Byłam tak podekscytowana, że nawet go nie słuchałam,
- Ines, gdzie to zawiesić? - pyta Katy stojąc na stołku z balonem w ręku.
- Tutaj będzie dobrze. - wskazuje jej palcem miejsce, przy którym trzyma dłonie.
Postanawiam zostawić dekoracje dla Katy, a sama zajmę się sprzątaniem. Mimo czasochłonnej pracy, jestem jeszcze gotowa upiec babeczki, które dziewczyny bardzo lubią. Czekoladowe z nadzieniem orzechowym, smakują jak... Hmm, aż nie do porównania. Po kilku godzinach stania, plecy bolą mnie niemiłosiernie. Czuję się jak staruszka która nic innego by nie robiła, tylko siedziała na bujanym fotelu i oglądała telenowele.
Od samego rana ludzie do mnie dzwonią i wysyłają wiadomości z życzeniami. To na prawdę miłe, że pamiętają o dzisiejszym dniu. Każdemu z nich odsyłam podziękowania. Aż nie do wiary, że już tyle czasu upłynęło. Katy dopiero skończyła rozwieszać dekoracje, a pierwszy gość właśnie zapukał do drzwi. Biegnę otworzyć z fartuszkiem obwiązanym w pasie. Pierwsza jak zawsze przychodzi Olivia. Zawsze jest punktualna, a dokładnie za nią biegnie do drzwi Zoe. Nasza najmłodsza wariatka. Jej po prostu nie da się nie lubić. Katy przejmuje mój obowiązek i zaprasza je do salonu. Zanosi przygotowane jedzenie i napoje na stół, a ja znów wracam do przedpokoju i otwieram już ostatniemu gościowi.
- Pizza. - odzywa się nieznajomy, stojąc tuż przede mną.
Wygrzebuje z kieszeni kilka dolarówek, które zostawił mi tato przed wyjściem na stole i podaję mu do ręki, po czym zabieram od niego karton i zamykam przed nim drzwi. Zoe podskakuję w moją stronę i zabiera ode mnie pizzę. Jest uradowana, jakby po raz pierwszy od kilku dni zobaczyła jedzenie.
- Puk, puk. - ktoś stuka na wprost mnie w okno kiedy zmywam naczynia. Ruchem głowy pozwalam jej wejść.
- Przepraszam, że tak późno, ale miałyśmy z mamą nieduży problem.
- Coś poważnego?
- Skądże. - ściąga z siebie żakiet i ostrożnie wiesza na haczyku.
To jest właśnie Mia. Często jest poważna i używa formalnych słów, co nigdy nie pasuje do naszych rozmów.
Zapraszam ją do reszty siedzącej w salonie i kończę z babeczkami, które jeszcze tylko muszę wyłożyć na talerz. Zabieram go ze sobą i dołączam do chichoczących przyjaciółek.
- Ze mnie się śmiejecie? - pytam, sama rechocząc, ale jeszcze nie wiem z czego.
- Nie. Zoe miała dzisiaj wypadek w sklepie.
- Długa historia. - machnęła ręką.
- Gdzie masz ten super kawałek, który mi kiedyś dałaś posłuchać? - pyta mnie Olivia stojąc przy szafie zapełnionej starymi płytami kompaktowymi.
- Gdzieś na dolnej półce musi leżeć. Z resztą nie pamiętam, to było na prawdę dawno.
Mija dziesięć minut, później pół godziny i straciłam kompletnie rachubę czasu. Kieruję wzrok na zegar i podchodzę do radia, by ściszyć trochę muzykę. Jest świeżo po ciszy nocnej, a nie chcę by zapukał do nas dzielnicowy. Widzę zmęczenie w oczach dziewczyn, chociaż Zoe jeszcze daje radę. Sama nieco zasypiam, a tato jeszcze nie wrócił do domu. To bardzo dziwne, skoro miał tylko coś załatwić w ''banku''. Jeśli w ogóle to coś co miał załatwić znajduje się tam.
Sięgam po telefon, bo martwię się o niego i wystukuje numer. Po chwili słyszę dźwięk dzwonka taty, dobiegający z korytarza. Wyglądam za próg i widzę tatę, który skradał się do nas, a teraz stoi czerwony na twarzy jak burak i trzyma w ręku małe papierowe pudełko.
- Niespodzianka?! - wyjąkał z zamkniętych ust i patrzy na mnie z jakby przestraszonym wzrokiem.
- Gdzie byłeś? - podchodzę do niego i wtulam się tak mocno, że mogę złamać mu rzebro. - Nie odbierałeś telefonów. Martwiłam się.
- Wszystko w porządku. Musiałem coś załatwić. - uśmiechnął się kłamliwie.
Czuję, że coś jest nie tak. Mam tak od zawsze, że o czym sobie pomyśle, to potem się dzieje. Mam nadzieje, że moje przypuszczenia są tylko moim słabym wymysłem. Co takiego mogłoby się stać?
- Chodźcie tu dziewczyny! Zaśpiewamy Ines piosenkę urodzinową! - krzyczy do nich tato.
Chwilę później stoimy przed tortem, który kupił. Wszyscy nabierają głębokiego wdechu i zaczynają śpiewać, a ja uśmiecham się jakbym zjadła plaster cytryny. Aż bolą mnie policzki.
Teraz to ja nabieram głębokiego wdechy i z całej siły wydmuchuje ogień palący się na świeczkach.
- Czas na prezenty! - huknęła Zoe, podnosząc ręce do góry jak na wyraz kapitulacji.
Pierwszy więc otworzyłam właśnie od niej. Dostałam pluszowego misia, dokładnie takiego samego, którego kiedyś mi ukradła. I to był dokładnie ten sam. Mimo że powinnam się zdenerwować, to zaczęłam się śmiać, bo ta sytuacja na prawdę tego wymaga. Drugi prezent postanowiłam otworzyć od Mii, która kupiła mi płyty mojego ulubionego zespołu. Następnie sięgam po prezent Olivii i Katy, które obie się na niego złożyły. Perfumy i koszulka Beatelsów, tak bardzo o niej marzyłam. Przytuliłam je wszystkie bardzo mocno i podziękowałam za prezenty. Są wspaniałe.
- Jeszcze ja. - zaśmiał się tato, a po chwili jego twarz zrobiła się stanowcza. - To ode mnie taki skromny prezent. - podał mi torebeczkę i popatrzył na mnie smutnymi oczami.
Patrzę wciąż na niego i palcami rozplątuje wstążeczkę, która związana była wokół pudełka. Otwieram go i spuszczam wzrok z taty. Wyciągam drewniane, wylakierowane pudełko i próbuje otworzyć, ale nie mogę.
- Tutaj jest korbka. - pokazuje mi palcem. - Nakręć ją.
I tak robię. Kręcę kilka razy, ale nic się nie dzieje. Wszyscy jesteśmy wpatrzeni w drewniane pudełeczko. Nie poddaję się, chociaż chcę to zrobić. Powoli odczuwam zmęczenie w dłoni, ale nagle pudełko zaczyna grać i otwiera się tak powoli, że przy jej melodii zaczynam usypiać. Widzę buty, po czym zamykam na chwilę powieki i otwieram, a po kilku sekundach widzę małą postać. To porcelanowa baletnica, która kręci się z każdym ruchem korbki. Spoglądam na tatę i uśmiecham się, a łza kręci mi się w oku. Chociaż nie mam pojęcia, dlaczego kupił mi pozytywkę, to jestem szczęśliwa, że dostałam ją właśnie od niego. Od dzisiaj będzie miała dla mnie duże znaczenie. Tak czuję.
- A to... - wyciąga coś z wewnętrznej kieszeni marynarki. - to jest od mamy. Przed śmiercią kazała mi obiecać, że dam ci ten list na szesnaste urodziny. Obiecałem jej także, że przeczytasz go w odpowiednim dla ciebie czasie.
Popłynęła mi łza z oczu, ta która zbierała się w oku od nakręcania pozytywki. To była łza szczęścia, ale teraz jest też łzą z tęsknoty za mamą. Kocham ją najmocniej na świecie i chociaż prawie każdej nocy odwiedza mnie we śnie, to do końca nie potrafię rozpoznać jej twarzy. Kreuję sobie jej postać tak jak chce i tak jak pamiętam, kiedy byłam bardzo mała.
- Czas do łóżek. - klaszczę w dłoń tato i zaprasza nas do mojego pokoju.
Dziewczyny przytakują głową i z kawałkami pokrojonego tortu biegną do góry. Robię to samo, ale nagle zatrzymuje się na widok załamanego taty.
- Coś się stało? - podchodzę do niego na kanapę i kładę ciepłą dłoń na jego zimnym przedramieniu.
- Nic takiego Ines. - uśmiecha się mętnie.
- Wiesz, że zawsze możesz mi powiedzieć o wszystkim. Zawsze dawaliśmy rade we dwoje i teraz też damy. - zaciskam silniej dłoń na jego ręce - No to co się dzieje?
- Byłem dzisiaj w urzędzie. Od dwóch tygodni moje konto maleje. - mówi z załamanym głosem.
- Co to znaczy? - spytałam martwiąc się.
- To znaczy, że będziemy musieli sprzedać dom i się wyprowadzić. Milknę. To tak jakby ktoś zadał nam obojgu cios tą samą strzałą. Próbuje do wierzyć tego co usłyszałam, ale myśli nie chcą tego przetrawić.
- To niemożliwe.
- Możliwe Ines.
- A co z pizzerią? - spoglądam na tatę, który sprzecznie kiwa głową i zakrywa twarz w dłoniach. - Mieliśmy tyle klientów. Od tak nie mogło się coś zmienić.
- Mieliśmy ... Ale od trzech miesięcy jesteśmy na pozycji straconej. Powstały obok nas dwie konkurencje. Już prawie nikt nas nie odwiedza. Nie mamy pieniędzy, a za dwa dni będziemy musieli wynieść się z tego mieszkania.
- Za dwa dni? - wytrzeszczam oczy bezsilnie, bo prawie zasypiam. - Przecież ... To tak mało czasu. Nie da się nic zrobić?
- Nie stać nas Ines. Ten rok był przepełniony wydatkami. Przykro mi, że musiałaś dowiedzieć się tego właśnie dzisiaj.
Przełykam ciężko ślinę i próbuje zrozumieć to co się dzieje. Zrobię to dla taty, bo jego bezsilność mnie osłabia. Czternaście lat temu pozwoliłam mu na cierpienie, nie powtórzę tego błędu drugi raz.
- Damy radę. Zobaczysz. - pocieszam go, chociaż sama nie wierzę w znaczenie tych słów. - Więc, gdzie zamieszkamy?
Spojrzał na mnie i milczy. Jego wzrok tłumi mój oddech. Zaczynam robić się blada, a ciepło znika ze mnie jak para.
- Do Tennessee. - mówi głosem stanowczym jak nigdy wcześniej.
- Gdzie?!
- Do Tennessee. Na farmę mojej cioci. - odparł. - Dzwoniłem już do niej. Możemy już jutro stawić się u niej.
- Tato, to osiem godzin stąd... - mówię zdezorientowana, nogi i ręce są pod kontrolą zespołu niespokojnych nóg, a reszta jest sparaliżowana. - Dlaczego nie możemy wyjechać do cioci Klary?
- Nie komplikuj tego Ines.
- Super. - oburzona podrywam się z kanapy i udaję się w stronę schodów.