piątek, 29 maja 2015

ROZDZIAŁ XVII

Katy odwróciła się w moją stronę i bez żadnych słów pobiegła przed siebie. Zaczęłam ją gonić. Byłam od niej znacznie szybsza i to pozwoliło mi ją dogonić.
- Katy stój! - krzyknęłam, łapiąc ją za ramię.
- Zostaw mnie. - oderwała się gwałtownie. - Nie chcę z tobą rozmawiać.
- Niczego nie rozumiesz. - popatrzyłam na nią.
- Nie, to ty niczego nie rozumiesz. - spojrzała na mnie ze wściekłością. - Jak mogłaś to zrobić? Nie dość, że mnie zraniłaś to jeszcze Luke'a. Przyjaciółka nigdy nie zrobiłaby takiego świństwa.
- Ale to nie tak... - urywał mi się głos.
- Jak nie tak? Wiedziałaś, że go kocham. Ciebie najwidoczniej to nie obchodzi i tylko jak miałaś okazję to chciałaś go uwieść. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mnie okłamałaś. - pokiwała głową.
- Daj mi pięć minut, a wszystko ci wyjaśnię. - robiłam gesty, by się uspokoiła.
- Nie mam ochoty. Nie rozumiesz? - popatrzyła na mnie.
- Nie, nie rozumiem. - próbowałam ją przekonać. - Zawsze kiedy miałyśmy doła, mogłyśmy ze sobą porozmawiać. Zawsze, kiedy się kłóciłyśmy, wystarczyło tylko na siebie spoglądnąć, a wszystko sobie wybaczałyśmy. Czemu teraz nie dasz mi szansy? Chcę tylko pięć minut, a od ciebie już będzie zależeć, co postanowisz.
Stała chwilę bez słowa, spoglądając na mnie.
- Dobrze, pięć minut. - poszłyśmy do pobliskiej cukierni.
Do tej cukierni zawsze lubiłyśmy chodzić. Znajdowała się bardzo blisko naszych domów i jedna z najlepszych w mieście.
- Słucham? - usiadłyśmy przed sobą.
- To może zacznę od początku... - wyjaśniałam. - Już od samego początku Aaron się do mnie przystawiał, ale ja go traktowałam jak kumpla. Mi zależało tylko na Luke'u, a widziałam ile szczęścia ci daje. Później zadzwonił do mnie o spotkanie. Mówił, że to pilne, więc nie odmówiłam. Spotkaliśmy się niedaleko przystanku do mnie. Próbował się do mnie przystawić, chciał mnie pocałować...
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - przerwała mi.
- Nie mogłam. - spojrzałam na dół. - Nie chciałam cię ranić. Widziałam twoje szczęście. Poza tym groził mi, a nie chciałam by wcześniej powiedział tobie i Luke'owi zmieniając bieg wydarzeń.
- Czyi lepiej jest nas okłamywać? - spojrzała na mnie zdziwiona. - Dobra kontynuuj.
- Później były komplikacje. Luke nas widział i kłóciliśmy się, ale to nie ważne. Przed imprezą dostałam anonimową wiadomość ze zdjęciem na moście z Aaronem. Próbowałam dojść do tego, kto to mógł wysłać, ale ta informacja przyszła szybciej, niż cokolwiek mogłam w tym kierunku zrobić. To była Miranda, od której sie dowiedziałaś o tym kłamstwie. - położyłam dłoń na jej dłoni. - Przepraszam cię za wszystko. Chciałam ci powiedzieć, ale nie dość, że ciebie bym straciła to i Luke'a. Musiałam słuchać Aarona. Chciałam tylko waszego szczęście, a wyszło gorzej niż myślałam. Nigdy nie zrobiłabym ci krzywdy. Uwierz mi proszę. Nie mam sił na kłótnie. Tato zabrał mi Pioruna...
- Dlaczego? - spojrzała na mnie ze smutkiem.
- Dowiedział się, że trenuję i chyba dowiedział się o zawodach. To był najgorszy widok, kiedy go zabierali, a ja nie potrafiłam ich powstrzymać. - łza poleciała mi z oczu.
Katy wstała, podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła.
- Nie wiedziałam o niczym. Przepraszam, że ci nie uwierzyłam, że nie potrafiłam dać ci chwili na wytłumaczenie. Musisz na prawdę cierpieć. Luke i Piorun. Tak mi przykro. - pogłaskała mnie po głowie.
- Wybaczysz mi? - spojrzałam na nią.
- Tak. - uśmiechnęła się. - Zrobię wszystko by ten gnój zapłacił za to, że nas tak obie potraktował. Pomogę ci także z Luke'em i Piorunem.
- Dziękuje. - przytuliłam ją mocno.
Zamówiłyśmy sobie kawę i ciastko i rozmawiałyśmy długo.
- O matko! - spoglądnęłam na zegarek w komórce. - Zasiedziałam się, a ciocia na mnie czeka.
- Już? - wstała powoli z krzesła, Katy.
- Tak, ale mam nadzieję, że niebawem się spotkamy. - uśmiechnęłam się do niej.
- No raczej. Będę na twoich zawodach. - przytuliła mnie.
- Ja myślę. - puściłam jej oczka i wyszłam z cukierni.
Podjechałam kawałek autobusem i podbiegłam pod kawiarnię, pod którą się umówiłam z ciocią.
- Nie czekasz długo, prawda? - uśmiechnęłam się.
- Nie, jakieś dziesięć minut. - spojrzała na zegarek.
Wyszczerzyłam się i poszłyśmy na przystanek.
- I jak z przyjaciółką? - spojrzała na mnie.
- Już dobrze. - popatrzyłam przed siebie z lekkim uśmiechem.
Podjechał pod przystanek bus, wsiadłyśmy do niego i zabrał nas prosto do domu.
Z pod przystanku poszłyśmy w inną stronę, niż do domu, bo ciocia chciała jeszcze dokupić warzywa do zupy, których zapomniała kupić w Chicago.
Kiedy zrobiłyśmy zakupy, wzięłam od cioci reklamówki i wróciłyśmy do domu. Ciocia od razu zabrała się za gotowanie, a ja poszłam do pokoju. Włączyłam laptopam, weszłam  na facebook'a i zobaczyłam, że mam jedną nieodebraną wiadomość. Otworzyłam okienko, które mi się ładowało i po chwili ujrzałam imię ''Luke''. Napisał, że chciałby się ze mną spotkać w magicznym miejscu, pod wieczór. Ucieszyłam się, ale nie wiedziałam, co mnie jeszcze dzisiaj może czekać.
Do wieczora jeszcze zostało trochę czasu, więc musiałam się czymś zająć. Włączyłam konsolę w salonie i grałam w GTA. Dla niektórych to dziwne. O dziewczyna gra w męskie gry! Dla mnie to sposób na nudę. Poza tym wszystko jest dla ludzi. Między grą miałam przerwy na obiad i na pomaganie cioci, kiedy mnie o coś prosiła.
- Jestem głodny jak wilk. - powiedział na wejściu tato.
Przewróciłam oczami i nadal zajęłam się grą.
- Cześć kochanie. - podszedł do mnie.
Próbował pocałować mnie w czoło, ale odsunęłam się, spoglądając kątem oka jego ruchy. Cały czas wpatrywałam się w ekran, spławiając tatę. Może to nie było miłe, ale to i tak nie jest kara, za to co mi zrobił.
- Bardzo zmęczony? - spytała ciocia, podając mu miskę zupy.
- Trochę. - usiadł na krześle. - Dalej jest na mnie obrażona?
Mimo że mówił szeptem, to i tak wszystko udało mi się usłyszeć.
- Musisz dać jej czas. Zbyt dużo rzeczy wydarzył się w jej życiu. To za dużo na nastolatkę. - odpowiedziała.
- Rozumiem. - odwrócił się do mnie. - A jak zakupy?
- A dobrze. - mówiła. - Załatwiłam twoje sprawy z domem i są kupcy.
- To dobrze, muszę go sprzedać jak najszybciej. - powiedział stanowczo.
- Może czas najwyższy jej powiedzieć, że jeszcze go nie sprzedałeś? - pomyślała ciocia.
- Nie, jeszcze nie. - zajadał zupę. - Przyjdzie na to czas.
Grałam jeszcze przez chwilę i poszłam się zbierać. Ubrałam miętową koszulę, na to biały, cienki sweterek, czarne szorty i miętowe nike roshe run. Wzięłam ze sobą plecak vintage biały w czarne jaskółki i wyszłam z domu, zabierając ze sobą klucze.
Było trochę ciemno, ale na moje szczęście były zaświecone światła. Po pięciu minutach doszłam do lasu. Przeszłam przez most, aż do magiczne miejsca. Luke czekał na mnie obok wodospadu. Podeszłam do niego.
- Cześć. - powiedziałam niechętnie.
- Hej. - wstał i lekko się uśmiechnął.
- Dlaczego chciałeś się spotkać? - spytałam.
- Dzwoniła do mnie Katy... - przerwał.
- A i wszystko jasne. - zaśmiałam się.
Spojrzał na mnie z maślanymi oczkami. Nie potrafiłam wtedy stamtąd iść.
- Głodna? - zaprosił mnie na koc.
- Trochę. - potrzymałam się za brzuch i usiadłam.
Podał mi kiść winogrona.
- Przepraszam. - zaczął.
- Za co? - wzięłam winogrono do buzi.
- Za to, że zamiast przy tobie być, to uwierzyłam Mirandzie i Aaronowi. - spojrzał w dół.
- Nic się nie stało. - zrobiłam to samo.
- Nic? - spojrzał na mnie. - Przecież cię zraniłem.
- Ehh... - przewróciłam głową. - Ja ciebie też zraniłam.
- Ale byłaś wtedy pod wpływem tej dwójki. - ugryzł kawałek jabłka.
- To mnie nie tłumaczy. - spojrzałam w dół.
- Gdybym ja i Katy dali ci dojść do słowa, to by nie było takich sytuacji jakie zaszły. - lekko chwycił moją dłoń.
- Gdybym się wtedy z nim nie spotkała, tylko z tobą... - przerwał mi.
- Czasu nie cofniemy, ale jeśli dasz mi szansę, to zrobię wszystko by przyszłość była dla nas zupełnie inna. - zbliżył się.
- Luke przepraszam, ale to jeszcze za bardzo boli. Za dużo się wydarzyło w tak krótkim czasie. Muszę mieć czas, by sobie wszystko ułożyć i znów zacząć żyć od nowa. - spojrzałam na niego.
- Rozumiem, ale i tak będę czekać. - uśmiechnął się.
- Haha, jeśli chcesz. - zetknęliśmy się czołami.
- Zależy mi na tobie. - czułam jak głęboko oddycha.
- Mi na tobie też. - zamknęłam oczy. - Nadal jestem głodna.
- Dobrze wiesz, co powiedzieć na randce. - zaśmiał się.
- Czy to jest randka? - ugryzłam lekko wargę.
- A chcesz, by to była randka? - spojrzał na mnie.
- Nie, bo rozmowa na początku spotkania o złych rzeczach, to najgorsze co można mówić na randce. - uśmiechnęłam się.
- Czyli mam rozumieć, że następna pierwsza randka się nie udała, tak? - popatrzył na mnie, zaciskając wargi.
- Kiedyś będzie, ta pierwsza randka. - zachichotałam.
Jedliśmy i rozmawialiśmy. Wspominaliśmy momenty naszego pierwszego spotkania. Patrzyliśmy w gwiazdy i leżeliśmy blisko siebie, trzymając się za ręce. Czułam, że wszystko wraca powoli do normy.
- Jest już trochę późno. - powiedziałam.
- Musisz wracać? - spytał.
- Chyba pora na to, nie sądzisz? - uśmiechnęłam się lekko.
- No dobra, to cię odprowadzę. - wstał.
- Nie musisz, za nim ty dojdziesz do domu, to będzie rano. - powiedziałam.
- Nie martw się. Chodź. - chwycił moją dłoń i splótł palce.
Wracaliśmy niby szybkimi, ale dalej małymi jednak kroczkami. Ciągle śmiałam się z Luke, który przez całą drogę się wygłupiał. Było na prawdę fajnie, mimo że to krótki spacer. Chciałabym, żeby te piętnaście minuta zamieniły się w wieczność.
- No to jesteśmy na miejscu. - stanęłam przed nim.
- A no jesteśmy. - spojrzał na mój dom i na mnie. - Więc...?
- Więc...? - zagryzłam wargę.
- Chyba czas się pożegnać. - zbliżył się do mnie.
- No chyba tak. - wpatrywałam się głęboko w jego oczy.
- To... - przysunął swoją twarz bliżej mojej.
- To... - zrobiłam to samo, podnoszą cię na palcach.
- Dobranoc. - odsunął się i poszedł w swoją stronę.
Stałam nieruchomo, zastanawiając się co to miało być.
- Serio Luke? - krzyknęłam nie zbyt głośno, by nikogo nie obudzić.
Zatrzymał się, obrócił i szybkim krokiem podszedł do mnie, łapiąc mnie obiema dłońmi za szyję i pocałował mnie prosto w usta. Objęłam go i odwzajemniłam pocałunek. Po chwili, powoli odsunęliśmy się od siebie, patrzyliśmy sobie w oczy z uśmiechem i pożegnaliśmy się uściskiem. Weszłam przez bramę na teren domu i stojąc na schodach przy drzwiach pomachałam Luke'owi, który stał pod bramą i patrzył na mnie. Weszłam cicho do domu i na palcach poszłam do pokoju. Jest zbyt późno na prysznic, a nie chciałam budzić cioci i taty. Przy wejściu do środka weszłam w szafkę co mimo że narobiłam huku to jeszcze na dodatek boli mnie duży palec u stopu i biodro, ale mimo tego położyłam się z bólem na łóżku, przykryłam się kołdrą i zasnęłam, próbując myślami dogrzebać się do dzisiejszego, wspaniałego dnia.

wtorek, 19 maja 2015

ROZDZIAŁ XVI

Wróciłam do domu cała zapłakana. Szybko wbiegłam po schodach do pokoju, by ciocia i  tato niczego nie podejrzewali, poszłam pod prysznic, weszłam na facebooka, włączyłam muzykę z MP3, założyłam słuchawki na uszy i przeglądałam powiadomienia.
Po dwudziestu minutach wszedł Luke. Chciałam do niego napisać, ale rozum mi nie pozwalał, chociaż serce kruszyło się na malutkie kawałeczki z myślą, że mogę ich już nie odzyskać... ich wszystkich. Zeszłam z facebook'a i z włączoną muzyką poszłam spać.
Z rana obudził mnie telefon od Tom'a.
- Co się dzieje? - spytałam z zaspanym głosem.
- Idziemy biegać! - powiedział. - Ruszaj się!
- Nigdzie nie idę. - rozłączyłam się.
Ponownie zadzwonił telefon.
- Wstawaj, albo wejdę po ciebie przez okno. - rzucił gałęzią o okno.
Wstałam i podeszłam do parapetu.
- Zwariowałeś? - krzyknęłam do niego.
- Zbieraj się. Masz pięć minut. - poszedł pod bramkę.
Z niechęcią poszłam się ogarnąć, ubrałam jakieś sportowe ciuchy, które miałam z zawodów z tamtego roku. Wuefista chciał mnie oblać, ale jedyne co mi zostało, by nie poprawiać semestru to maraton.
Ubrałam buty z miękką podeszwą i wyszłam do Tom'a.
- Jest 5:30. Zwariowałeś do końca? - podeszłam do niego.
- Nie marudź. - biegł truchtem.
- Długo będziemy biegać? - spytałam z myślą, że to już koniec.
- Dobrze ci to zrobi. - uśmiechnął się lekko.
Odwzajemniłam uśmiech i przyspieszyliśmy tępa. Biegaliśmy po parku, aż pod kino i zakończyliśmy trasę obok mostu, kierując się pod dom Tom'a.
Weszliśmy do jego domu, usiadłam, a on podał mi szklankę wody.
- Dobra, chwila odpoczynku i bierzemy się za trening. - usiadł obok mnie, pijąc wodę.
- Co? - prawie zakrztusiłam się wodą. - Daj odpocząć.
- Musisz trenować,... a przede wszystkim zapomnieć chwilowo o problemach i zająć się wyścigiem. - spojrzał na mnie.
- Nie wiem czy chce jeszcze brać w nich udział. - spojrzałam w dół.
- Chcesz się poddać? - odłożył moją szklankę na stół. - Tyle już umiesz, tyle dawałaś z siebie sił i po to by powiedzieć teraz, że nie chcesz wziąć udziału w wyścigach?
- I co mi to da? - machnęłam rękami.
- Może dać ci wiele niż się spodziewasz, tylko daj sobie szansę. - złapał mnie za rękę i wstał.  - Odetchnij i chodźmy ćwiczyć.
- Tom? - wstałam i spojrzałam na niego. - Dziękuje. Tylko ty mnie rozumiesz i chcesz mi pomóc.
- Możesz na mnie liczyć. - uśmiechnął się. - Przytuliłbym cię, ale... rozumiesz?
- Tak, wiem. - zaśmiałam się patrząc jak leje się z nas pot.
Poszliśmy do zagrody po Shadow, Tom założył mu siodło, a ja przebrałam buty i założyłam kask.
- Gotowa? - spytał.
- Tak. - dosiadłam konia.
Na początek zrobiłam dwa duże kółka wokół domu Toma i zagrody, a później planowaliśmy większy teren.
- Tom? - spojrzałam na niego z uśmiechem.
- Tak? - spytał.
- Pojeździmy razem. - podałam mu Shadow.
- Ines, nie. - cofnął się.
- Każdy kiedyś musi pokonać swoje lęki, a twój lęk był kiedyś twoim marzeniem. Tym, dla którego rano wstawałeś i wcześnie zasypiałeś, by móc z samego rana wstać i znów zacząć jazdę. - uśmiechnęłam się.
Najpierw się wahał, ale wspierałam go i wreszcie dosiadł konia. Ja wzięłam ze stajni mniejszego i ruszyliśmy. Do lasku jechaliśmy wolno, dopiero później co raz to szybciej.
- Jak mi tego brakowało! - krzyknął, wyprzedzając mnie.
- No widzisz. - próbowałam go wyprzedzić.
Po godzinie byłam już wyczerpana, ale Tom miał w sobie tyle siły.
- Ja już chyba będę wracać. - wskazałam palcem stronę powrotną. - Wracasz ze mną?
- Nie, ja chyba jeszcze pojeżdżę. - pogłaskał konia.
- Okey, to odstawię konia do stajni. - pomachałam mu i pojechałam.
zostawiłam konia w gospodarstwie Toma i wróciłam do domu. ściągnęłam buty, wzięłam z szafy jakieś przewiewne ubrania i poszłam pod prysznic. Po piętnastu minutach wyszłam z łazienki i sięgnęłam po swój telefon, który odłożyłam na nocną szafkę. Zero SMS-ów i telefonów. Przeglądnęłam kalendarz i zaznaczyłam kolejny dzień.
- No to jeszcze pięć dni. - powiedziałam pod nosem.
Przeglądnęłam kontakty i natknęłam się od razu na Katy, a tuż pod nią Luke.
- Mogę wejść? - zapukała ciocia i weszła do środka.
- Tak. - szybko schowałam telefon do kieszeni.
- Jak przygotowania do zawodów? - usiadł na łóżku.
- Dobrze. - uśmiechnęłam się.
- Potrzebujesz jakiś ubrań na te całe... jeździectwo? - spytała.
- Hmm... - pomyślałam. - W sumie to chyba tak.
- Jadę jutro do miasta, więc możesz  się ze mną zabrać. - popatrzyła na mnie.
- Sama jedziesz? - spojrzałam na nią. - Pewnie, że pojadę. Nie powinnaś sama jeździć na zakupy.
- A tam. Ty i twój tato przesadzacie. Nie jestem jeszcze taka stara. - zaśmiała się.
- Ty ciociu, zawsze będziesz młoda. - pocałowałam ją w policzek i uściskałam.
Zeszłyśmy na dół i zaczęłyśmy robić obiad. Po paru minutach usłyszałam pod moim domem wołanie.
Podeszłam do okna w salonie i spojrzałam ukradkiem na zewnątrz.
- Luke! - krzyczała Miranda, do stojącego pod bramką do mojego domu, Luke'a.
Spojrzał w jej stronę, nie odzywając się.
- Wołałam cię. - zatrzymała się.
Ubrała się bardzo wyzywająco, co mnie zdenerwowało. To nie przypadek, że ubrała się tak i specjalnie krzyczała do Luke'a pod moim domem. Robi mi na złość, jak zawsze. Głupia zołza.
- Czego chcesz? - spytał.
- Ciebie. - podeszła do niego bliżej, łapiąc go za koszulkę.
- Idź stąd. - odrzucił jej ręcę ze swojej koszulki.
- Masz zamiar do niej iść? - spojrzała z krzywa miną na dom.
- Nic ci do tego. - spróbował ją spławić.
Miranda, zauważając mnie w oknie, pocałowała Luke'a, ale szybko jej się wyrwał i odszedł.
Zrobiła mi to specjalnie, ale nie wyprowadzi mnie z równowagi. Mimo, że nie wiem czy on coś do niej czuje, to nie jestem w stanie o nim myśleć. Oboje się zraniliśmy, a najważniejsza jest dla mnie teraz przyjaźń z Katy. Jednak przyjście Luke'a pod mój dom i odepchnięcie od siebie Mirandy, musi coś znaczyć. Moje zamyślenia przerwała ciocia.
- Wszystko w porządku? - podeszła do mnie.
- Tak. - uśmiechnęłam się.
Znów wróciłyśmy do kuchni, do robienia obiadu.
Ten dzień nie przebiegł jakoś ciekawie. Zrobiłam z ciocią obiad, czytałam książkę, grałam na konsoli, słuchałam muzyki i na wieczór, kiedy przyszedł tato z pracy, włączyliśmy film i oglądaliśmy w trójkę do późna. Ciocia była bardzo zmęczona, więc w połowie filmu poszła się położyć. Tato poszedł pół godziny później. Ja piętnaście minut oglądałam sama. Nie chciało mi się spać, ale kiedy wyłączyłam telewizor i poszłam już na górę, złapała mnie senność. Rzuciłam się na łóżko i poszłam spać.
Z samego rana poszłam się umyć, przebrałam się, uczesałam i zeszłam do kuchni zrobić sobie kanapki. Ciocia nie była jeszcze na chodzie. Widać, że oglądanie do późna, wcale jej nie sprzyja. Kiedy wreszcie zeszła do mnie na dół już przebrana, zrobiła sobie śniadanie.
- Wyspałaś się? - spytała ciocia.
- Tak, a ty? - popijałam kanapkę z miodem, mleko.
- Tak, ale ty i tak późno poszłaś. Myślałam, że nie wstaniesz. - wzięła gryz kanapki z serem żółtym i pomidorem.
- No widzisz ciociu. - puściłam jej oczko. - Jeszcze mnie nie znasz.
Kiedy byłyśmy gotowe do wyjścia, ubrałyśmy buty i poszłyśmy na busa.
Po dwóch godzinach jazdy spytałam cioci.
- Gdzie my w ogóle jedziemy? - spojrzałam za okno. - Miasto minęłyśmy jakąś godzinę  temu.
- Wiem, ale my nie jedziemy do naszego miasta. - uśmiechnęła się nie patrząc na mnie.
- A gdzie? - spojrzałam na nią.
- Do Chicago. - popatrzyła na mnie.
- Po co? - pomyślałam.
- Bo masz jakieś niezałatwione sprawy, a ja od dawna planuje kupić sobie jakieś ''modne'' ciuszki. - uśmiechnęła się. - Jak wy to teraz mówicie... Taki ''SWAG''.
- Haha, ciociu. Zwariowałaś. - zaśmiałam się.
- Jeszcze mnie nie znasz. - puściła mi oczko.
Kiedy dojechałyśmy do Chicago, wysiadłyśmy tuż w jego centrum i jak to kobiety, zatrzymywałyśmy się przy każdym sklepie z odzieżą i obuwiem. Zajęło nam to półtorej godziny, kupiłyśmy parę ładnych ciuchów, ale to dalej nie było ubranie na zawody. Poszłyśmy do najbliższego sklepu sportowego. Dziwnie jest szukać takich ubrań w dużym i  to nowoczesnym mieście. Jednak pani sprzedawczyni, miała tego typu ubrania na zapleczu. Przymierzałam każdy, ale albo małe rozmiary, albo po prostu wstyd się pokazać. Mimo, że to tylko zawody i będzie mam nadzieję mało ludzi, to jednak miałam jeszcze poczucie stylu. Przecież chciałam zostać modelką jak moja ciocia i nie na darmo przeglądałam codziennie nowe magazyny modowe.
Pani pokazała mi ostatni model. Już myślałam, że wyjdę z tego sklepu z pustymi rękoma, ale to ubranie naprawdę mnie zachwyciło. Nie dość, że solidne, to było w nim trochę stylu. Niby zwykłe, ale jednak trafiło w mój gust. Od razu przymierzyłam i kupiłam.
- Skoro zakupy udane, a ja mam spotkanie za dwadzieścia minut, to umówmy się przy kawiarence, niedaleko muzeum za półtorej godziny, dobrze? - spojrzała na zegarek ciocia.
- Ale ich tam jest trzy. - pomyślałam.
- Przy twojej ulubionej. - uśmiechnęła się.
- Skąd wiesz, która to moja ulubiona? - spytałam zaciekawiona.
- Twój tato mi mówił. - pomachała mi i poszła.
Co ja będę robić przez ten czas? Niedaleko był mój dom, pójdę zobaczyć, co jest z nim teraz.
Od miejsca, w którym się znajdowałam, było jakieś piętnaście do dwudziestu pięciu minut do mojego, a raczej byłego mojego domu.
Wolnym tempem doszłam pod dom. Nic się nie zmienił. Wyglądał tak samo jak wyglądał. Żółte ściany, czerwony dach, małe ślady przetarcia nad daszkiem zasłaniającym drzwi, skoszona trawa... Czyli tak samo. Jednak ta skoszona trawa i nie postawiony znak sprzedaży domu mnie dziwił. Czyli jednak ktoś zamieszkuje ten dom, ale tato nie mówił, że go sprzedaje. Mówił, że musimy się wyprowadzić. Myślałam przez cały ten czas, że to bank odebrał nam ten dom. Już nic z tego nie rozumiem, ale nie miałam zamiaru plątać sobie tym myśli. Z tego miejsca widziałam dom Katy. Był tuż obok, ale nie wiedziałam czy mam iść do niej, czy nie. Może powinnam dać jej czasu? Nie Ines! krzyczałam w głębi duszy do siebie. Musiałam to zrobić. Podeszłam wolnym krokiem pod jej bramkę, ale usłyszałam jak ktoś z niej wychodzi. To ona. Z wahaniem, ale z myślą, że muszę to zrobić krzyknęłam.
- Katy! - wyszłam z ukrycia.

czwartek, 7 maja 2015

ROZDZIAŁ XV

Nie miałam zamiaru przejmować się problemami. Jedyną rzeczą, na której chce się skupić to wygranie wyścigu.
Rano wstałam, wyszukałam czyste ubrania z podłogi, umyłam zęby, zrobiłam szybki prysznic, przebrałam się, uczesałam i jak zawsze rano, poszłam coś przekąsić.
- Widzę, że dzisiaj jesteś uśmiechnięta. - powiedziała ciocia, wycierając szmatką mokry garnek.
- I pełna energii. - zaśmiałam się.
- Co chcesz na śniadanie? - popatrzyła na mnie.
- A nie męcz się. - chwyciłam jabłko i banana z koszyka na owoce. - Zjem sobie to i wystarczy.
- Ines? - spytała, przymrużając oczy. - Nie jesteś w ciąży?
- Coo?! - zaśmiałam się.
- Albo... - podeszła do mnie i przyglądnęła się mi. - Chyba nie chcesz się odchudzać?
- Ciociu, coś ty. - przytuliłam ją i wyszłam.
Poszłam najpierw po Lu, a kiedy wyszła poszłyśmy po Jasmine, Tinę i Toma. Razem postanowiliśmy wziąć konie od Toma i pojeździć. Jeździłyśmy bardzo wolno, oczywiście Tom nie dał się namówić. Rozumiałam go.
- Wszystko w porządku? - podszedł do mnie.
- Tak, a u ciebie? - spojrzałam na niego z góry.
- Też. Nie martw się Luke'em. - uśmiechnął się.
- Nie martwię. Na razie chce zająć się wyścigiem. - powiedziałam dumnie.
- I dobrze. Pokonaj tą zołzę. - zaśmiał się.
Po dwudziestu minutach, zostałam tylko ja na koniu. Reszta była zmęczona. Dzisiaj było dość parno, ale ja i Shadow nie mieliśmy zamiaru się poddawać. Cały czas ciężko pracowaliśmy. Mimo, że nie uczył nas już Luke i mimo, że trzeba było przyzwyczaić się do siebie to dajemy rade. Jednak bardzo tęsknie za Piorunem. Zostało jeszcze sześć dni. Trening przeniosłam do parku. Reszta siedziała na ławce, a ja zrobiłam już chyba siedem okrążeń.
- Ines! - ktoś krzyknął zza drzewa.
Rozglądnęłam się, ale nikogo nie widziałam.
- Ines! - podbiegł do mnie.
To Luke... A już miałam nadzieje, że go nie spotkam, aż do dnia zawodów.
- Co chcesz? - spytałam niechętnie.
- Pogadać. - zdyszany, wymówił słowo.
- Jestem zajęta. Przykro mi. - podniosła dumnie głowę.
Złapał moją nogę, kiedy przygotowałam się do drogi i zatrzymał nas.
- Możesz zejść? - popatrzył na mnie.
Z wydechem zeszłam z konia i usiedliśmy na ławce.
- Słucham. - patrzyłam przed siebie.
- Myślałem wczoraj o nas. - patrzył ciągle na mnie.
- Ooo... Zabawne. - prychnęłam.
- Nie rozumiem. - był zdezorientowany.
- Widziałam cię wczoraj Luke. Nie udawaj! Byłeś z Mirandą. - popatrzyłam na niego z kwaśną miną.
- Gdzie byłaś? Nie widziałem cię. - patrzył mi w oczy.
- No widzisz. - wstałam. - Jeśli to tyle, to...
- Nie, to nie tyle. - złapał mój nadgarstek. - To wczoraj, to jakieś głupie nieporozumienie. Nic do Mirandy nie czuję, ale do ciebie za to tak.
- Całowaliście się. - wyrwałam rękę z uścisku. - Nie jestem głupia.
- Nie mówię, że jesteś. - złapał mnie dwa razy mocniej, bym nie mogła uciec. - Nie chciałem tego. Siedziałem sam, ale ona się potem dosiadła. Śledziła mnie. Cały czas myślałem o nas... O tobie. Kocham cię Ines i tylko ciebie.
- Jasne... - unikałam z nim kontaktu wzrokowego.
- Na prawdę. Nie chce, by ktoś, albo coś od tak zniszczyło, to co jest między nami. - przybliżył się, trzymając drugą dłonią mnie w pasie.
- Nie wiem, czy jest jeszcze w ogóle coś między nami. - spojrzałam w dół.
- Wiem, że mnie kochasz i ja kocham ciebie. Jesteś jedyną dziewczyną, która mnie oczarowała. Jesteś taka uśmiechnięta... - kontynuował, przysuwając się bliżej. - taka słodka, miła, kochana, czuła. Jesteś sobą i walczysz o to, co kochasz. Też chce tego spróbować i dlatego będę walczyć o ciebie.
Prawie mu uległam.
- Nie Luke. Nie chce teraz o tym myśleć. Jedyne co się dla mnie teraz liczy to tylko wyścig i tylko Piorun. - spojrzałam mu w oczy i dosiadłam konia. - Przykro mi.
Odjechałam, a on stał jak wryty, patrząc jak się oddalam.
Łza spłynęła mi po policzku, ale szybko ją otarłam. Przyjechałam do pozostałych, zeszłam z konia i wróciliśmy do Toma. Odprowadziliśmy konie do zagrody i posiedzieliśmy chwilę u niego. Dał nam zimne napoje z lodówki i włączyliśmy sobie muzykę przez laptopa.
- Jakieś plany na dalszy ciąg dzisiejszego dnia? - spytała Lu.
- Może... Zrobimy imprezkę wieczorem? - zaproponowała Tina.
- Niby, gdzie? - spytała Jasmine.
- Moich rodziców dzisiaj nie ma, dopiero wracają rano. - zagryzła wargę.
- No nie wiem. - pomyślałam. - Muszę trenować.
- Oj tam. Jak odpuścisz sobie jeden dzień, to nic ci się nie stanie. - machnęła ręką Tina. - Poza tym rano już trenowałaś.
- No weź Ines! -Lu przysunęła swoją twarz do mojej i wpatrywała się we mnie.
- No dobra. - uśmiechnęłam się. - Trzeba kiedyś zaszaleć.
- No to na zakupy! - krzyknęła Jasmine.
Każdy poszedł do siebie bo pieniądze i umawiając się przy sklepie, rozdzieliliśmy zadania, kto ma co kupić. Po godzinie chodzenia po sklepach, byłam wyczerpana. Podeszłam pod dom Tiny, gdzie siedzieli na schodach już Lu i Tom i usiadłam obok nich na schodach.
- Grube zakupy widzę. - roześmiana, spojrzałam na reklamówki.
Po chwili przyszły dziewczyny.
- No ile można? - spytała, zmęczona Lu.
- No wiesz... - odgarnęła włosy Tina. - Byłyśmy tu i tam.
Tina wyciągnęła klucze z torebki, otworzyła drzwi i zanieśliśmy zakupy do garażu. Tom poszedł po sprzęt, a ja i dziewczyny brałyśmy z kuchni miski, kubeczki itd.
Muzyka już była, jedzenie i picie też, jeszcze tylko znajomi. Podzwoniliśmy po znajomych. Zaprosiłam Katy i resztę. Zostało jeszcze parę godzin do imprezy, więc postanowiliśmy przeznaczyć ten czas na ogarnięcie domu i przebranie się. W dwie godziny posprzątaliśmy dom, ogarnęliśmy jeszcze podwórze, bo mama Tiny kazała jej to zrobić i czas na najlepsze... Ubrania i makijaż. Tina miała super ciuchy. Ubierała się bardzo dziewczęco. Ja i Tina poszłyśmy wyszukać ciuchy dla naszej czwórki, a Jasmine próbowała namówić Lu do pomalowania paznokci. Luiza nie lubi się malować czy nosić dziewczęce ubrania. Czasem jej się zdarzy, ale jak jest zmuszona. Jest bardziej typem, który woli luźne, sportowe ubrania czy obuwie.
Kiedy z Tiną wyszukałyśmy coś na imprezę, wróciłyśmy do dziewczyn.
- Wow! - stanęłam z wrażenia.
- Luiza, nie poznałam cię! - powiedziała Tina z otwartą buzią.
- To tylko dzisiaj! - powiedziała do siebie.
Tina ubrała się w koronkową sukienkę i buty na wysokim obcasem. Dodała parę drobiazgów do kreacji typu: kolczyki, bransoletki itd. Jasmine ubrała biały top i jasne, spodnie jeansowe z wysokim stanem i białe converse. Lu pozostała jednak przy swojej szarej bluzie, ale wcisnęłyśmy w nią czarne, skórzane spodnie, a do tego założyła swoje ulubione addidasy. Ja ubrałam czarną sukienkę nad kolana w kwiatki i czarne sleep on. Bardzo lubiłam taki styl. Niby elegancki, ale musi być w tym troszkę luźnego dodatku czy jakby to nazwać... Ulicznego czy sportowego. Byłam w połowie jak Lu, a w połowie jak Tina jeśli chodzi o ubiór. Charakter raczej dzieliłam z Jasmine.
Wymalowałyśmy się, uczesałyśmy i byłyśmy gotowe. Powoli schodzili się znajomi. Przywitaliśmy się, poznaliśmy i zaczynaliśmy imprezę. Ostatni przyszli Katy i reszta. Nie dziwie się, mieli kawał drogi.
- No wreszcie! - krzyknęła Jasmine, rzucając się na Olivie, Zoe i Mię i szybko je zabrała.
- Cześć Katy. - z uśmiechem, przywitałam przyjaciółkę.
- Ines! Kopę lat! - zaśmiała się.
- No cześć Ines. - podszedł do mnie Aaron i uściskał mnie.
Musiałam grać na zwłoki.
- Cześć! - uśmiechnęłam się fałszywie.
Zaprowadziłam ich do garażu i zaczynaliśmy imprezować.
Po niespełna pół godzinie przyszedł Luke.
- Jeszcze jego tu brakowało. - przewróciłam oczami.
Tom spojrzał na mnie i chyba coś wymyślił.
- Zatańczymy? - podał mi dłoń.
Spojrzałam na niego z uśmiechem.
- Mogę? - spojrzałam na stojącą z drugiej strony, Tinę.
- Pewnie! - zaśmiała się.
Chwyciłam jego dłoń i poszliśmy zatańczyć. Tańczyliśmy do piosenki "Habibi (I Need your love)". Widziałam kątem oka, że Luke ciągle na mnie patrzy. Stał przy wejściu, opierając się o ścianę.
Tańczyłam z Tomem może z trzy tańce. Nawet nie liczyłam. Dobrze mnie rozumiał, więc próbował mnie pocieszyć.
Po godzinie zabawy, przyszli niespodziewani goście,... A raczej dwie dziewczyny, które działały mi na nerwach.
- Ooo, Stacy patrz. - weszła do garażu z rozłożonymi rękami. - Imprezka i nikt nas nie zaprosił.
- Taka impreza nas ominęła. - rozglądała się Stacy po pomieszczeniu.
- Ouu! Jak mi przykro. - powiedziała Lu. - A teraz wypad!
- Luiza to ty? - zasłoniła sobie buzię, Miranda. - Stacy rób szybko zdjęcie!
I tak Stacy zrobiła, ale Lu się tym nie przejęła.
- Nie przejmuj się Luiza. - położyłam dłoń na jej ramieniu.
- O, znalazła się ochroniarka. - podeszła do mnie bliżej Miranda. - Może niech wszyscy się dowiedzą jaka jesteś.
Zrobiłam kwaśną minę. Nie wiedziałam o co jej chodzi.
- No co? Nie wiesz o co chodzi? To może przejdę do rzeczy. - podeszła do Katy. - Przykro mi, że masz taką przyjaciółkę. Tak bardzo cię zraniła.
- Nie rozumiem. - spojrzała na mnie zagubiona.
- Próbowała uwieść Aarona. - pokazała zdjęcie z komórki. - O to dowód.
To było to samo zdjęcie, które dostałam od anonimowego użytkownika na email.
- Jak to?! - krzyknęła, dokładnie patrząc na zdjęcie.
- To nie prawda! - podeszłam do nich.
- Chciała go pocałować, ale Aaron szybko się odsunął i nie dał się tej wariatce z miłości do ciebie. - przekonywała Katy.
- To kłamstwo! Przestań! - spojrzałam na Mirandę. - Nie wierz jej Katy.
- Jak mogłaś! Jesteś moją przyjaciółką! - krzyknęła wybiegając z garażu.
- Trzeba było słuchać. - szepnął do mnie Aaron i pobiegł za Katy.
Wszyscy patrzyli na mnie, a ja nie wiedząc co zrobić, po prostu wyszłam z imprezy, kierując się do domu.
- Ines! - wołał do mnie Luke, doganiając mnie.
Matko... Jeszcze on.
- Co? - obróciłam się gwałtownie w jego stronę.
- To prawda? - zmarszczył czoło.
- Nie! Byłeś tam i wszystko widziałeś. - popatrzyłam na niego.
- Ale nie widziałem dokładnie. - spojrzał mi w oczy.
- Opowiadałam ci wszystko i mi uwierzyłeś. - posmutniałam.
- Teraz już sam nie wiem. Widziałem, że coś jest między wami. - zrobił to samo.
- Nie masz żadnego między nami. - próbowałam go przekonać.
- Kłamiesz... Znowu. - poruszył się. - Myślałem, że mnie kochasz, a zrobiłaś ze mnie totalnego idiotę.
- Luke! Nie kłamię. Chociaż ty mi uwierz! - poleciała mi łza z oczu.
- Przykro mi. - odszedł.

niedziela, 3 maja 2015

ROZDZIAŁ XIV

Rano wstałam z mokrą od łez twarzą. Nawet poduszki przesiąkły mokrym. Śniło mi się, że Aaron wszystko powiedział Luke'owi. Powiedział coś co wcale nie jest prawdą, a moje miejsce u jego boku zajmuje Miranda... Koszmar. Nie miałam ochoty na nic. Położyłam się na łóżku i leżałam tak, dopóki nie przyszła ciocia.
- Ines wstawaj! - weszła do pokoju ciocia. - Trzeba coś zjeść i pomóc w gospodarstwie.
- Nie chce. - przykryłam głowę kołdrą.
- Ines! - ściągnęła ze mnie kołdrę.
- Zostawcie mnie wszyscy! - ukryłam twarz w poduszce.
- Wiem, że jest ci źle z tym, że tato zabrał ci Pioruna. - usiadła na łóżku.
- Źle?! - krzyknęłam. - To mało powiedziane.
- Zrobił to dla twojego dobra. - próbowała mnie przytulić.
- On nie wie co dla mnie dobre! Nie cierpię go! - wstałam szybko z łóżka i poszłam do łazienki, zamykając się w niej.
- Ines. Wyjdź to porozmawiamy. - pukała ciocia do drzwi łazienki.
Nie odezwałam się. Nie miałam zamiaru z nikim gadać i chyba nikt nie chciał ze mną. Chciałabym znów zamieszkać w Chicago... Tam było inaczej.
Siedziałam w łazience przeszło piętnaście minut. W tym czasie się przebrałam i ogarnęłam. Zeszłam do kuchni po śniadanie, ale cioci nie było. Wzięłam ciasteczka i przełykałam je z mlekiem. Kiedy się najadłam, poszłam do gospodarstwa, by pomóc trochę. Taty na szczęście nie było. Mam nadzieje, że po powrocie z pracy nie spotkam się z nim. Poszłam do kurnika po jajka, ale były już zebrane, więc poszłam do krów, ale ciocia mnie wyręczyła. Hmm... Nie wiem czy jeszcze w ogóle jest co robić w gospodarstwie. Byłam jeszcze u świń i w stajni, ale też nie było co robić. Szukałam cioci, ale znalazłam ją dopiero w szklarni.
- Widzę, że przyszłaś. - stała do mnie plecami, robiąc coś przy kwiatkach doniczkowych.
- Tak. Muszę zająć się czymś, by ciągle nie myśleć o problemach. - zakładałam gumowe rękawiczki.
- Czyli nie tylko masz problem z Piorunem? - odwróciła głowę w moją stronę. - Chcesz porozmawiać? - spytała.
- To miłe, że chcesz mnie wysłuchać, ale nie mam ochoty o tym rozmawiać.
Obie zajęłyśmy się pracą. Jak już skończyłyśmy i wyszłyśmy ze szklarni, Lu i Jasmine zawołały mnie zza bramki. Podeszłam do nich.
- Co wy tu robicie? - spytałam.
- Przyszłyśmy po ciebie. - powiedziała Jasmine.
- Nigdzie nie idę. - odpowiedziałam stanowczo.
- Jeśli ty nigdzie nie idziesz to my też. - powiedziała z założonymi rękoma, Lu.
- No właśnie. - dołączyła się Jasmine.
- Ehh... - przewróciłam oczami. - Dobra, już. Czekajcie tylko się przebiorę.
Szybko pobiegłam do pokoju po świeże ubrania, przebrałam się i wyszła do dziewczyn.
- Gdzie idziemy? - spytałam.
- Tina i Tom czekają na nas w parku. - powiedziała Jasmine.
- A Luke dzisiaj źle się czuje i nie wyjdzie. - rozmyślała o sytuacji, Lu.
- Źle się poczuł... - powiedziałam pod nosem.
Poszłyśmy do parku i zauważając Tinę i Toma, podeszłyśmy do nich.
- Jak się czujesz Ines? - spytała Tina.
- Dobrze. - ukrywałam złe emocje.
- Słyszałam o twoim wczorajszym wydarzeniu z Piorunem. - powiedziała Tina. - Bardzo mi przykro.
- Skąd o tym wiecie? - zmarszczyłam czoło.
- Wszyscy już wiedzą. - szybko odpowiedziała Lu.
- Lu! - szturchnęła ją Jasmine.
- Fajnie, że plotki się tu szybko rozchodzą. - zrobiłam kwaśną minę.
- Co masz zamiar zrobić? - spytała Tina.
Usiedliśmy na ławce pod drzewem.
- Z czym? - spytałam.
- No z tą sytuacją. Jak chcesz uwolnić Pioruna? - dodała.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia, gdzie on teraz jest. - posmutniałam.
- To jak masz zamiar wystartować w zawodach bez konia? - pomyślała Lu.
- Nie wiem czy będę startować. - odpowiedziałam.
- Musisz! Przecież dobrze jeździsz. Musisz spróbować. - uderzyła pięścią o swoją drugą dłoń, Tina.
- I dać w ciry Mirandzie! - krzyknęła w śmiechu Lu.
- Hehe. - uśmiechnęłam się lekko. - Nie mam konia, a tylko na Piorunie dobrze mi się jeździło.
- Jeśli chcesz, to mam konie i to bardzo dobre. Są na prawdę szybkie i wytrzymałe. - powiedział Tom.
- Potwierdzam. - dodała Tina.
- Tom właśnie przez te konie nauczył się świetnie jeździć. - popatrzyła na mnie Jasmine.
- Na prawdę mógłbyś mi dać konia na czas zawodów? - spojrzałam na Toma.
- Tak i na treningi, bo przecież musisz ciągle ćwiczyć. - odparł.
Przytuliłam ich wszystkich i poszliśmy się przejść. Wstąpiliśmy na lody, gofry, później znowu na lody, aż Lu zrobiło się nie dobrze.
- Usiądź. - pomogłam jej.
- Tom zaraz przyniesie ci wodę. - dodała Tina.
Tom przyszedł do nas, podając jej butelkę wody.
- Trzeba było tyle jeść? - spytał retorycznie.
- Zaraz mi przejdzie. - piła łyk za łykiem.
Chwile posiedzieliśmy i poszliśmy do domu Jasmine, by Lu mogła odpocząć. Do niej było najbliżej.
Weszliśmy do domu i pomogliśmy usiąść Lu na kanapie.
- Chcecie coś pić albo jeść? - spytała Jasmine.
- Nie mówcie przy mnie o jedzeniu. - skierowała rękę w naszą stronę.
- Oj... Przepraszam, to z przyzwyczajenia. - powiedziała Jasmine.
Posiedzieliśmy parę godzin przed telewizorem.
- Musze się zbierać. - wstała Tina, patrząc na zegarek.
- Co tak wcześnie? - spytałam.
- Mam jechać z mamą z galerii. - ubierała buty.
- Mogę jechać z tobą? - spytała Jasmine.
- Pewnie. - uśmiechnęła się.
- Też chyba wrócę. - trzymała się za brzuch, Lu. - Pójdę spać bo jestem zmęczona i mi niedobrze.
- To pójdę z tobą. - powiedziałam.
- Odprowadzę was. - zaproponował Tom.
Wszyscy się rozeszliśmy. Ja i Tom trzymaliśmy Lu z obu stron na wszelki wypadek.
Podprowadziliśmy ją pod same drzwi. Pożegnaliśmy się z Lu i kawałek podprowadziłam Toma.
- Może chcesz zobaczyć konie? - spytał.
- A nie jest za późno? - odpowiedziałam pytaniem.
- Jeśli się spieszysz... - przerwałam mu.
- Nie, no co ty. - uśmiechnęłam się. - Chodziło mi o to czy nie będę przeszkadzać?
- Nie, jak chcesz to cię mogę potem odprowadzić. - odwzajemnił uśmiech.
- Pewnie! - wyszczerzyłam zęby.
Poszliśmy do domu Toma. Weszliśmy do stajni i szukaliśmy odpowiedniego dla mnie konia.
- Może ten? - spytałam.
Pokazałam na wysokiego i dostojnego, brązowego konia.
- Na nim jeździ mój tato. - szedł przede mną.
- A ten? - pokazałam na troszkę mniejszego niż tamten. Był czarny z piękną i bujną grzywą.
- Na tym znowu moja mama jeździ. - zaśmiał się. - Co myślisz o nim?
- Myślisz, że mnie polubi? - spoglądnęłam na Toma.
- Najwyżej nie. - oparł się o boks.
- Dzięki. - zaśmiałam się.
- Weź siodło. - powiedział.
Wyprowadził konia z boksu, a ja szłam za nimi. Założył siodło i głaskał go.
- Spróbuj go dosiąść. - popatrzył na mnie.
Spróbowałam siąść na niego i trzymając się siodła, Tom prowadził nas powoli.
- Widać, że jesteście sobie bliscy. - spojrzałam z góry na nich.
- Kto? - spytał, patrząc przed siebie.
- Ty i koń. - uśmiechnęłam się lekko. - To twój koń prawda?
Nastała chwila ciszy.
- Tak... - powiedział cichym głosem.
- Dlaczego już nie jeździsz? - zeszłam z konia.
- To długa historia. - usiadł na belce od zagrody.
- Mam czas. - usiadłam obok.
- Kiedy miałem siedem lat, rodzice wmawiali mi, że jak osiągnę pełnoletność, to przejmę po nich firmę. Ja jednak miałem inne plany. Zawsze chciałem być jokerem i tak się stało. Trenowałem do trzynastego roku życia. Byłem najlepszy... - kontynuował. - Któregoś dnia... zimą,  znalazłem rannego konia. Miał ciężkie obrażenia, pomyślałem, że jego wcześniejszy właściciel mu je zrobił. Musiałem szybko zareagować...
- I co był dalej? - spytałam zaciekawiona.
- Pojechałem do mojego wujka, który był weterynarzem. Przyjechaliśmy do miejsca, w którym leżał koń, ale jego tam już nie było. Jakby zniknął... Dwa dni później, poszedłem nad jeziorko. Było zamarznięte i jak trzynastolatek nie słuchałem innych, że to takie niebezpieczne. Chciałem po prostu pojeździć na łyżwach. Założyłem je i wszedłem na lód. Wyglądał na stabilny. Jeździłem jak szalony, ciesząc się, ale nie zważałem na to, że lód pode mną pęka... I stało się. Wpadłem do zimnego jeziorka. To było przy brzegu, ale mimo to nie mogłem się wydostać. Krzyczałem, ale nikt mnie nie słyszał. Myślałem, że to koniec, ale nagle zauważyłem coś dziwnego. Nie człowieka, ale zwierzę... Chwycił moją kurtkę i wyciągnął mnie na brzeg. Cały się trzęsłem, ale położył się obok mnie i dawał mi ciepło. Nigdy nie zapomnę, tego co dla mnie zrobił. Jest moim najlepszym przyjacielem. Zabrałem go do domu. Mimo, że rodzice go nie chcieli, to opowiedziałem im co się stało. Byli poruszeni, ale także zdenerwowani. Dali mi szlaban na dwa tygodnie, ale pozwolili mi przygarnąć go. Dałem mu imię Shadow...
- To jest Shadow, prawda? - zrobiłam to samo.
- Tak. - uśmiechnął się.
- Jednak nadal nie rozumiem, dlaczego nie jeździsz. - spojrzałam na niego.
- Mój wcześniejszy koń, na którym trenowałem... Zginął. - popłynęła mu łza z oka.
- Jak to zginął? - przeraziłam się.
- To był mój ostatni wyścig. Jedyny trzynastolatek i najmłodszy ze wszystkich. Mój koń był niesamowity. Szybki, zwinny i wytrzymały. Cechy jakie koń powinien mieć na takich wyścigach. - spojrzał na mnie. - byliśmy w połowie drogi. Staliśmy przed brzegiem rzeki wodzącej do wodospadu. Bał się wody, ale mimo to szedł po kamieniach. Były ułożone blisko siebie i dość duże by zmieściło się na nim sześć stóp. Nie ukrywam, że kamienie od wody nie są śliskie. Byliśmy tuż przy końcu. Ostatni kamień leżący półtora metra od brzegu. W pewnym momencie, ześlizgnęła mu się tylna noga. Gwałtownie wyrzucił mnie na brzeg, a sam próbował skoczyć, ale nie wygrał z wodą. Nurt prowadził go w stronę wodospadu...
- I co dalej? - zakręciła mi się w oku łza.
- Nie wiem. - podał mi chusteczkę z kieszeni. Straciłem nagle przytomność, a obudziłem się nazajutrz rano w szpitalu. Siedzieli obok mnie rodzice, a lekarz próbował mnie zbudzić. Nikt do dziś nie znalazł konia, a ja od tamtego czasu nie potrafię wsiąść na konia. Boje się, że mógłbym zrobić ten sam błąd innemu koniowi, dlatego nie chce jeździć na Shadow.
- Wiem, że nie jesteś zdolny do tego, by komukolwiek zrobić krzywdę. - położyłam dłoń na jego ramieniu. - To był wypadek. Nie mogłeś tego przewidzieć.
- Nie mogłem, ale powinienem. Głupi trzynastolatek, nie mający pojęcia o bezpieczeństwie. - przyłożył pięścią o belkę.
Uspokajałam go przez niemal piętnaście minut. Gdy doszedł do siebie postanowił mnie odprowadzić.
Rozmawialiśmy o zabawnych historiach z naszego życia, by móc nie myśleć o Luke'u i koniach.
- Słyszysz? - spytał.
- Co takiego? - zmarszczyłam czoło.
- Chodź! - pociągnął mnie w dół.
Staliśmy w krzakach, obserwując parę nastolatków, siedzących na kocu.
- Czemu się ukrywamy? - zaśmiałam się.
- Cicho. - przyłożył palec wskazujący do ust.
- Kto tam jest? - szepnęłam.
- Chyba... - spróbował rozszyfrować osoby. - To chyba Luke i Miranda.
- Co?! - krzyknęłam cicho.
- Ciszej! - powiedział do mnie.
Para się odwróciła. Widziałam ich. To jednak byli oni. Byłam zła. Widziałam jak Miranda coś mówi do niego, ale nie byłam zbyt blisko, by usłyszeć cokolwiek. Zbliżała się do niego i próbowała go uwieść, ale on się odsuwał. Byłam szczęśliwa, że to zrobił, ale po chwili ona znów go chciała pocałować i... Nie odsunął się. Zrobił to.
- Ale dupek. - powiedział szeptem Tom.
- Nie ważne. - poszłam stamtąd.
Tom pobiegł za mną.
- Ei, Ines! Nie przejmuj się. - zatrzymał mnie. - Miranda potrafi wszystkich uwieść.
- Skąd wiesz? - spojrzałam na niego ze złością do Luke'a.
- Bo też byłem jej ofiarą, ale szybko zrozumiałem, co ona chce osiągnąć. - popatrzył na mnie.
Spuściłam wzrok, nie odpowiadając mu.
- Będzie dobrze. - chciał mnie przytulić.
- Wątpię, czy jeszcze chce... - odsunęłam się od niego i wróciłam do domu.