sobota, 20 czerwca 2015

ROZDZIAŁ XXII

Cały czas myślałam, o tym co powiedział mi przed chwilą tato. Mimo że łzy płynęły mi z oczu, to nie poddawałam się. Powtarzałam sobie ''Muszę wygrać ten wyścig... Dla mamy''. Dawało mi to więcej energii. Z łatwością prześcignęliśmy z Piorunem kilka zawodniczek. Jednak tor nie był wcale taki prosty.
Od startu było kilkadziesiąt metrów do przejechania pod czystym niebem, wzdłuż pszenicy i żyta. Piaszczyste podłożę było dobre dla Pioruna. Przyzwyczaił się od ostatnich wyścigów do tego toru.
Wreszcie weszliśmy do wnętrza lasu. Niebo zasłonięte wysokimi drzewami. Śpiew ptaków kołysał nas do spania, ale nie mogliśmy dać za wygraną naturze. Droga nie była już zaznaczona. Trzeba było kierować się instynktem.
Wszystkie zawodniczki rozproszyły się, szukając jakiś wskazówek, by wydostać się z lasu. Nie znałam tego terenu. To był inny las niż ten, który znam. Nie wiedziałam, gdzie dokładnie mam jechać, ale Piorun dobrze wiedział, gdzie co jest.
- Dalej Piorun! - krzyknęłam z uśmiechem.
Jechaliśmy przed siebie. Z szorstkiego, trawiastego podłoża, czuć było miękkość. Jak dotykania bawełny, ale zamiast bawełny, była to polana pełna kwiatów. Piorun powoli się zatrzymywał, móc zostać tutaj i spokojnie odpocząć. Jednak to nie była tylko wina kwiatków. Ptaki znów zaczęły śpiewać, a las szumiał tak relaksująco, że nie chciało się nic robić, tylko leżeć. Natura stłumiła wszystkie moje myśli, aż opadałam z sił.
- Nie daj się uwieść! - krzyknęła do mnie jedna z zawodniczek.
Szybko się zbudziłam i z Piorunem biegliśmy dalej. Jednak to nie koniec zmartwień. Goniły nas ptaki, jakby uwzięły się na nas. Piorun biegł coraz to szybciej.
- Piorun, nie możesz się przemęczać. - mówiłam mu do ucha.
 Mimo to nie zwalniał. Był mądrym koniem i wiedział dobrze co robi.
Wbiegliśmy w małe jezioro, które prowadziło do wodospadu, aż po gęsty bluszczem las. Słyszałam już tylko chluśnięcia wody, które Piorun kopytami rozlewał na dwie strony. Ukryliśmy się za małym wodospadem, stojąc na mokrych kamieniach, przez które Piorun się ślizgał. Jednak mocno stąpał po nich, cofając się w gęsty bluszcz.
Szliśmy powoli. Byliśmy sami. Las pełen zarósł bluszczem, a jego wygląd paraliżował mój strach. Nigdy nie widziałam takiego lasu, dlatego się boje.
Pogłaskałam konia i szliśmy dalej. Zastanawiałam się, gdzie teraz jest reszta zawodniczek. Usłyszałam niedaleko głos, wydobywający się prawdopodobnie z głośników. Wątpię, że to z moich myśli.
- Zawodniczki numer: 4 i 7 wróciły na start. - mówił głos. - Zawodniczki numer: 6,8,9,11,17 i 21 mają dwadzieścia minut na dotarcie do skalistego mostu.
Głos, nie był daleko, więc pewnie przyjęli opcję, że któraś z zawodniczek znajdzie się w tym miejscu.
- Piorun, musimy znaleźć skalisty most. - powiedziałam. - Idźmy za tym głosem.
I tak też zrobił. Galopem kierowaliśmy się przed siebie. Nie patrzyłam wokoło, by się nie rozproszyć. W oddali zauważyłam dwie ściany zarośnięte bluszczem. Była to wcześniej jedna skała, ale pod wpływem zjawisk atmosferycznych i z ogromną ich siłą, podajże zniszczyły skałę, dzieląc ją na dwie części. Ciężko byłoby teraz pomyśleć, jaka była to siła tego zjawiska, ale nie przypuszczałabym nigdy, że cokolwiek mogłoby zniszczyć tak wielki, skalisty materiał.
Podeszliśmy bliżej, nie robiąc pochopnych kroków. Powoli kierowaliśmy się między te ściany. Przestrzeń, jaka się utworzyła wyglądała, na dość szeroką, jednak wcale taka nie była. Trochę jakby złudzenie optyczne.
Musieliśmy iść coraz wolniej. Piorun nie był szerokim koniem, dlatego miał dobre proporcję do zmieszczenia się w wielu, takich wąskich kątach.
- Uff... - wypuściłam z ust powietrze. - Udało się... Hmm,... ale co teraz.
Rozglądnęłam się dookoła. Staliśmy nieruchomo przez kilka dobrych sekund. Przez korony drzew, przepychały się promienie słońca. W tym miejscu, bluszcz z ściemnił obszar, ale promienie słoneczne, rozświetlając nam drogę, pozwoliły nam ujrzeć kierunek dalszej podróży.
Skręciliśmy w prawo, aż nagle odezwał się znów ten sam głos.
- Zawodniczki mają siedem minut, na pojawienie się przy skalnym moście. - powiedział głos.
- Słyszę go, Piorun! - cieszyłam się. - Jesteśmy blisko!
Biegliśmy jak najszybciej przez las. Z oddali wyjawiał się blask światła, a z nim krajobraz.
- Piorun, już blisko! - biegliśmy jeszcze szybciej.
Wydostaliśmy się! Byliśmy na wzgórzu, z którego było widać już most. Za nami las, po dwóch stronach ciąg wysoki drzew, które rozświetlało słońce. Pod nami błękitna i dużo plama wody. Skaliste ściany otworzyły kąt 180 stopni, tak aby wody nie ciągnęła się dalej. Nad nią pod drugiej stronie był most, który pozwalał jej na ciąg dalszy, jednak nie wydaje mi się, by trafiała do morza.
- Piorun, wio! - krzyknęłam.
Szybko, ale uważnie musieliśmy biegnąć, by nie spaść. Jechaliśmy coraz to szybciej, a droga z naszą prędkością robiła się szersza. Była długa droga do pokonania, ale się udało!
- Zawodniczka numer: 6, opadła z wyścigów. - mówił głos. - Skoro jesteście już wszystkie, helikopter z góry zrzuci wam prowiant. Macie godzinę odpoczynku.
Zeszłam z konia i złapałam lecący do nas z małym spadochronem prowiant. Otworzyłam zawartość pudełka i wyjęłam z niego jedzenie. Piorunowi dałam jabłko, a ja napiłam się wody z butelki. Nalałam na dłoń wody, by koń mógł się napić. Rozpakowałam z foli kanapkę i jadłam. Piorun odszedł kawałek do cienia, a ja usiadłam na moście i odpoczywałam.
- Hei, możemy usiąść obok? - spytała zawodniczka, która mi pomogła w lesie.
- Jasne. - spojrzałam na nie. - Jestem Ines.
- A ja Aiko, a to moja siostra Kumi. - przedstawiła je.
- Jesteście z Japonii? - spytałam zaciekawiona.
- Z Chin, ale byłaś blisko. - zaśmiała się.
- Miło mi was poznać. - powiedziałam i wskazałam palcem. - To jest Piorun.
- Miło mi cię poznać Piorun. - pomachała mu.
- A to jest Ran i Anzu. - wskazała dwa białe konie.
Spojrzałam na nie z uśmiechem.
- Stało się coś twojej siostrze? - spytałam szeptem.
- Jest głucha. - powiedziała.
- Porozumiewacie się na migi? - spytałam, patrząc na nią.
- Tak. - powiedziała.
- Jesteście bardzo do siebie podobne. - spojrzałam raz na jedną, a raz na drugą.
- Jesteśmy bliźniaczkami. - uśmiechnęła się.
- Długo już tu mieszkacie? - spytałam.
- Nie mieszkamy tu. - mówiła. - Znasz Toma?
- Tak, to mój przyjaciel. - podskoczyłam.
- To nasz kuzyn. - uśmiechnęła się.
- Tom jest z Chin? - zmarszczyłam czoło.
- Nie, haha. - zaśmiała się. - Jego mama i nasza mama to siostry.
- Ale Tom nie wygląda jak... no jak wy. - machałam rękoma przed jej twarzą.
- Jest podobny do wujka, ale ma takie oczy, takie no. - rozciągnęła kąciki swoich oczu, śmiejąc się.
- A no fakt! - klasnęłam dłońmi. - Ma takie skośne oczy.
- Pierwszy raz startujecie w zawodach? - spytałam.
- Nie, to nasz trzeci taki wyścig. - mówiła. - A ty?
- Pierwszy. - powiedziałam.
- Zawodniczki macie jeszcze piętnaście minut do startu. - przygotujcie się, sprawdźcie czy wasze konie są zdolne do jazdy, sprawdźcie czy macie apteczkę i latarki. Będą wam teraz potrzebne. - mówił głos w głośnikach.
- Ciekawe co nas teraz czeka. - powiedziała Aiko.
- To nie wiesz? - spytałam.
- Nie, bo co roku jest inny tor i inne wyzwania. - mówiła.
- Chodźmy sprawdzić jak nasze konie. - wstałam i machnęłam ręką.
Podeszłam do Pioruna. Sprawdziłam czy nic mu nie jest. Wszystko było w porządku. Dałam mu jeszcze jedno jabłko, a drugie schowałam do plecaka. Sprawdziłam czy wszystko jest w apteczce i było jak należy.
- Jak wasze konie? - krzyknęłam do Aiki i Kumi.
Aiko podniosła kciuk, żeby dać mi znać, że jest dobrze.
Wsiadłam na konia i podeszłam do nich. Obydwie dosiadły swoje konie i zbliżyłyśmy się do startu. Po paru minutach reszta zawodniczek już się ustawiła. Widziałam, że metry które nas dzielą od puszczy, to ta sama droga co na początku, ale nie była już piaszczysta. Była kamienna. Małe, duże, średnie kamyczki, ułożone obok siebie. Piorun nie był przyzwyczajony do takiego podłoża, ale wiem że da sobie radę.
- Jesteś dzielny. - pocałowałam go w głowę. - Wierzę w ciebie.
Po chwili w głośnikach głos odliczał czas do startu.
- Start! - krzyknął głos.
 Biegliśmy szybko, ale ostrożnie. Z Piorunem byliśmy na trzeciej pozycji. Nie jest najgorzej. Aiko była na drugim, Kumi na czwartym, a Miranda na pierwszym. Nikt nie zwracał na siebie uwagi, nie rozglądaliśmy się na siebie, ani nie rozmawialiśmy ze sobą. Liczyło się tylko wbiegnięcie do puszczy.
- Dasz sobie radę? - spytała Aiko, zatrzymując się razem z Kumi obok mnie.
- Jasne, że dam. - mówiłam z uśmiechem. - Powodzenia.
Każda z nas musiała się rozdzielić, nie można było jechać parą czy grupą.
Rozglądałam się wokoło, zastanawiając się, gdzie teraz... Usłyszałam jakiś głoś... To pewnie znowu ten sam, który mówi przez głośnik, ale... Ten był kobiecy...
- Nie idź tam. - mówił szmer.
Uznałam, że to szum drzew tak działa na mnie.
- Nie idź tam. - powtórzył głos.
Promienie słońca skierowały światło na ciemną stronę puszczy. Głos mówił, żebyśmy tam nie szli, ale tylko tą stronę rozjaśniało nam słońce. Nie mogę ufać czemuś, co słyszę ale nie widzę, więc kierowaliśmy się w tamtą stronę.
Promienie coraz to dalej, jaśniały coraz mniej, aż nagle przestały. Włączyłam latarkę i świeciłam nią przed siebie. Z każdym szmerem, z każdym ruchem, z każdym szumem i powiewem wiatru bałam się bardziej. Każdy nieprzewidziany element, zmusił mnie do spojrzenia w jego stronę. Nietoperze, krety, ptaki,... To było straszne.
Szliśmy powoli, rozglądałam się na dwie strony.
Minęliśmy kilka metrów, a głosy ustawały. Zatrzymałam Pioruna, zeszłam z niego i szłam obok niego. Doszliśmy do małej, drewnianej chatki. Zostawiłam Pioruna na zewnątrz, a sama weszłam po schodach do środka. Chatka wyglądała jak dom na drzewie. Była dziurawa w niektórych miejscach. Musiała być bardzo opuszczona i bardzo dawno budowana. Przejechałam palcem po ścianach domku, cały zakurzony, dużo pajęczyn... Rozejrzałam się na parterze czy jest coś co może będzie mi potrzebne, ale nic tam nie było. Znalazłam schody, ale nie mogłam po nich wejść bo brakowało kilku schodków. Na szczęście piętro nie było wysokie, wystarczyło skoczyć wysoko. Rękoma podciągnęłam się do góry i rozejrzałam się wokoło. Widziałam porozwalane w kącie książki, mapy, dzienniki, gazety... Nic więcej nie było. Łóżka, szafy, zegarów, itd... Same książki. Kucnęłam i szukałam w nich czegokolwiek, co mógłby mi się przydać. Większość książek była bardzo stara o wojnach, dramatyczne, jednak większość była fantasy. Jedna z nich mi się spodobała, dlatego schowałam ją do plecaka. Grzebałam dalej w stercie książek i natknęłam się na notatnik. Nagle usłyszałam głos Pioruna. Schowałam notatnik do plecaka i ujrzałam przez okno. Był niespokojny, ale zamilkł. Odwróciłam się by zejść na dół, ale przede mną stanął jakiś człowiek. Krzyknęłam ze strachu. Wołałam o pomoc, ale on stał i patrzył na mnie. Po chwili mnie uspokajał.
- Kim Pan jest? - spytała przerażona.
- A ty? - spytał starzec.
- Mam na imię Ines i razem z moim koniec startujemy w zawodach. - powiedziałam.
- Przeklęte zawody. - odszedł kawałek, trzymając dłonie splecione w tyle.
- Nie lubi Pan zawodów? - spytałam, idąc za nim.
- Co roku jeżdżą koło mojego lasu, nie dając mi spokoju. - mówił. - Dlaczego wchodzisz do mojego domu, zamiast jechać i wygrać wyścig? - spytał cofając się w moją stronę i patrząc na mnie groźnie.
- Przepraszam, ja... - jąkałam się. - Ja się zgubiłam, a światło tylko świeciło w tą stronę, wszędzie było ciemno i...
- Jedź na wschód, aż dotrzesz do jeziora zbłąkanych dusz, wtedy dowiesz się, gdzie masz dojechać. - powiedział. - A teraz się wynoś!
- Ale... nie chce Pan czegoś? - mówiłam. - Zauważyłam, że nie ma Pan lodówki, ani nic...
- Wynoś się stąd! - przerwał mi i krzyknął wskazując wyjście ręką. - Wyjdź i nigdy tu nie wraca!
Szybko zeszłam na dół i w biegu podbiegłam do konia, dosiadłam go i ruszyliśmy na wschód... Jak mówił starzec.
Wiatr powiewał moje włosy, oczy zamykały mi się przez zimno jakie mi dokuczyło. Mimo to nie zatrzymywaliśmy się. Jak mówił mężczyzna, tak było. Dojechaliśmy do jeziora, z którego płynęła wąsko woda, w niekończącą się stronę. Z Piorunem odetchnęliśmy i napiliśmy się wody. Dałam mu jabłko, a sobie obmyłam twarz. Musiałam się odświeżyć. Tęskniłam za prysznicem.
Chlapałam wodą, gdzie się dało. Ciągle wynurzałam z dłoni wodę, obmywając się nią, ale nadal nie było mi wystarczająco mokro. Tak jakbym brała wodę, ale wcale się nią nie obmywała. Jakbym obmywała się samym powietrzem. Suchym powietrzem, nie wilgotnym. Wcale nie miałam mokrej twarzy czy rąk. To był pot. Zwykły pot, nic więcej. Nie rozumiałam tego... Jest jezioro, ale gdy bierzesz z niego wodę, to tak jakbyś jej nie brała.
Po kilku razach, nadal nic się nie działo. Jednak Piorun musiał coś wyczuć, bo nagle cofnął się o parę kroków.
- Co się dzieje? - spytałam podchodząc do niego.
Patrzył w jeden punkt. Spojrzałam tam, gdzie on. Widziałam blask w oddali puszczy. To nie były promienie. Tam ktoś stał. Niebieski blask kusił mnie na patrzenie w niego. Coraz bardziej się zachwycałam, nie zwracając uwagi, że idzie w moją stronę. Głos kobiety, znów się pojawił. Znów zabrzmiał... Jak wcześniej.
- Dzień dobry Ines. - mówił do mnie.
- Kim jesteś? - spytałam bez strachu.
- Nie poznajesz mnie? - spytała.
- Nie... - zastanawiałam się.
- Jestem twoją mamą. - mówiła.
- To nie możliwe. - potrząsnęłam głową.
- Możliwe. To na prawdę ja. - wyciągnęła do mnie dłoń.
Chwilę patrzyłam na wysuniętą w moją stronę dłoń. Powoli wysuwałam swoją w jej stronę.
- Wszystko dobrze? - spytała Aiko.
Spojrzałam gwałtownie w jej stronę i znów w stronę zjawy, która zniknęła.
- Tak... - wydusiłam z siebie.
Weszłam na Pioruna i podjechałam do dziewczyny.
- Co się stało? - spytała.
- Nic takiego. - spojrzałam na miejsce, w którym stała zjawa. - Nic takiego...
Odjechałyśmy.
Razem z Aiko droga była bezpieczniejsza, a głos nie pojawił się już więcej.
- Zawodniczki mają dziesięć minut na pojawienie się w magicznym łuku. - mówił głos z głośników.
- Jesteśmy już niedaleko. - mówiła.
- Skąd wiesz? - spytałam.
- Tak czuje. - uśmiechnęła się.
Pędziłyśmy przed siebie. Zaczął padać deszcz. Ziemia stawała się wilgotna. Zaczynało robić się z niej błoto. Bagna coraz bardziej się powiększały. Kory drzew były śliskie z wilgoci.
Jechałyśmy gęsiego. Byłyśmy pod łukiem, musiałyśmy dostać się do niego. Nie mogłyśmy z koniami się do niego wdrapać, musiałyśmy iść na około.
- Dajesz radę? - spytała.
- Tak. - spojrzałam w dół. - Tam jest przepaść!
- Nie patrz tam. - mówiła spokojnym głosem.
Deszcze zaczął bardziej padać, a ziemia coraz to bardziej kruszyć. Jej odłamki z góry spadały w naszą stronę prosto na dół. Szłyśmy ścieżką wydeptaną już dawno przez kogoś.
- Ines? - mówiła z lekkim przerażeniem.
- Tak? - krzyczałam, bo deszcz nas zagłuszał.
- Czuję, że Anzu tego nie wytrzyma. - mówiła.
- Musi wytrzymać. Jest dzielna! - krzyknęłam.
- Wątpię, że... - krzyknęła, spadając razem a Anzu na wysunięty stopień ziemi ze ściany.
- Nic wam nie jest? - spytałam.
- Mi nic, ale Anzu... - zaczęła płakać.
- Nie ruszaj się, zaraz do ciebie zejdę. - zeszłam powoli z Pioruna.
Musiałam trzymać się blisko ścian, by nie spaść. Droga nadal była wąska. Zaczepiłam supeł liny o dość grupy pień wystający ze ścian i zrzuciłam ją w dół. Powoli schodziłam do nich.
- Masz jakieś obrażenia, nic cię nie boli? - spytała Aiko.
- Trochę nadgarstek, ale to nic takiego. - mówiła.
- Dasz radę wejść po linie? - spytałam.
- Tak, a co z Anzu? - spojrzała na konia ze łzami w oczach.
Także spojrzałam na konia. Miała zamknięte oczy i lekko oddychała. Nie byłam weterynarzem, ale wiedziałam, że dla niej był to już koniec. Potrzebowała pomocy, której nie mogłyśmy jej teraz zapewnić. Nawet, gdyby żyła, nie dałybyśmy rady jej wciągnąć. Była za ciężka. Nic nie mówiłam Aiko.
- Chodźmy. - obróciłam ją w stronę liny.
- Ines, musimy coś zrobić. - spojrzała na konia.
- Przykro mi. - powiedziałam cicho.
Nagle odpadł kawałek stopnia na w przepaść.
- Musimy szybko stąd iść! - krzyknęłam.
Aiko chwilę patrzyła na mnie i wreszcie chwyciła linę, próbując się wciągnąć.
- Ines, ja nie dam rady. - powiedziała, trzymając się za nadgarstek. - Idź sama, a ja tu zostanę z Anzu.
- Zwariowałaś! - krzyknęłam jej w twarz. - Nie zostawię cię tu.
- Wygraj wyścig dla mnie. - powiedziała spokojnie.
- Weź się w garść i posłuchaj mnie! - mówiłam. - Wejdę po linię, zawiążesz wokół siebie linę, a ja cię wciągnę.
- Chcę zostać tu z Anzu. - spojrzała na nią.
- Ale Anzu nie chciałaby, żebyś tu zostawała. Chciałaby, żebyś się uratowała, żebyś żyła, słyszysz?! - tłumaczyłam jej. - Anzu jest silna, wytrzyma to. Kiedy przyjedziemy na start, powiemy co się stało i ją uratują!
Spojrzała na mnie, nie wypowiadając żadnych słów. Przytaknęła głową i pozwoliła mi wykonać zadanie. Wspięłam się najszybciej jak się da po linię, co nie było proste bo moje ręce jak i lina były za bardzo wilgotne, ale udało się.
- Obwiąż linę wokół siebie. - patrzyłam na nią. - Szybciej!
Zrobiła to co powiedziałam i wciągała ją. Nie była ciężka, ale ślizgały mi się ręce.
- Musisz mi pomóc. - powiedziałam. - Spróbuj się odepchnąć od ścian.
- Dobrze. - powiedziała.
Po chwili Aiko stała obok mnie. Odwiązała linę i spuściła w dół. Wiedziałam, dlaczego to zrobiła. Zrobiła to po to, by dać znak Anzu, że wróci po nią. Spłynęła mi łza z oczu, którą szybko otarłam. Nie mogłam teraz pokazywać emocji. Musiałyśmy szybko się stąd wydostać. Wsiadłyśmy obie na Pioruna i ruszyliśmy.
- Wrócę po ciebie Anzu! - krzyknęła Aiko.
W pewnych chwilach na prawdę bałam się, że będzie po nas. Pod nami rozwalał się grunt, ale wreszcie dotarliśmy do magicznego łuku. Były już tam wszystkie zawodniczki.
- O matko Ines. Spóźniłyśmy się. To przeze mnie. - obwiniała się. - Przepraszam.
- Nie przepraszaj. Najważniejsze było, to by przeżyć. - uspokajałam ją.
- I co... - podeszła do nas Miranda. - Przegrałaś frajerko!
Patrzyłam na nią, próbując się nie prowokować. Podeszły do nas inne zawodniczki.
- Nic wam nie jest? - mówiły.
- Wszystko dobrze? - mówiła jedna za drugą.
Zadawały dużo pytań, które nagle przerwał głos w głośnikach.
- Mimo że zawodniczki numer: 8 i 21 nie dotarły na miejsce na czas, to jednak jury ogłosiło, że nie są one zdyskwalifikowane. Za chwilę wyląduje helikopter z lotniczym pogotowiem ratunkowym, który opatrzy was. - powiedział głos.
Helikopter wylądował i wyszło z niego trzech mężczyzn, którzy szybko zdjęli nas z koni i opatrzyli. Mi nic nie było, tak jak i Piorunowi. Aiko zabandażowali dłoń i zabrali ze sobą do helikoptera.
- Wygraj to dla mnie i dla Anzu. - przytuliła mnie mocno.
- Nie zawiodę was. - odwzajemniłam uścisk.
Widziałam jak zabierają ją w miejsce, gdzie leży Anzu. Oby z tego wyszła.
Podeszła do mnie Kumi. Nie umiałam migowego, ale domyśliłam się, że chciała mi podziękować za uratowanie jej siostry. Przytaknęłam głową i podeszłyśmy do startu.
- To już jest ostatni element wyścigu. Na mecie czekają wasze rodziny. Zawodniczki numer: 9,11,17 i 21 prosimy o przygotowanie się na starcie. - mówił głos.
Wszystkie przygotowałyśmy się na starcie i czekałyśmy na odliczanie głosu.
- Start! - krzyknął głos.
Wszystkie ruszyłyśmy. Teraz na podłożu były ustawione drewniane deski. Nigdy nie ćwiczyłam na takim podłożu z Piorunem, ale doskonale daje sobie radę. Wybiegliśmy z puszczy, prosto nad brzeg morza. Była prosta droga, piaszczysta i piękny zachód słońca. To był wyścig z czasem. Szybko z Piorunem wyprzedziliśmy inne zawodniczki i znaleźliśmy się na drugim miejscu.
- Wio Piorun, Wio! - krzyknęłam.
Droga przez brzeg była dość długa, ale gdy już się kończyła, znów trzeba było wejść do lasku. Jednak ten las był dla mnie już znany. Wiedziałam, gdzie co jest i jak się z niego wydostać.
Złapała nas burza. Grzmiało potężnie, błyskało się... Musieliśmy się ukryć. Podjechaliśmy pod magiczne miejsce. Piorun znowu zatrzymał się i wariował.
- Piorun, uspokój się. - głaskałam go. - Tam nic nie ma strasznego. Wiem, że tu wszystko się stało, ale to już przeszłość.
Powoli się uspokajał. Zeszłam z niego i poprowadziłam go do głębi '' Magicznego miejsca''.
 - Nie dam cię skrzywdzić. Obiecuję. - pocałowałam go w czoło.
Poprowadziłam go do środka. Drzewa zasłoniły deszcz, jednak pioruny dostawały się przez nie. Przeszliśmy przez jeziorko, aż do wodospadu. Wszędzie bajora, potykałam się o własne nogi, by po prostu szybko dojść do bezpiecznego miejsca. W jednym z drzew, była szpara, w którym razem z Piorunem mogłam się ukryć. Dla Pioruna było zbyt ciasno, ale dawał radę.
Kiedy burza ustawała, wyszliśmy z ukrycia i kierowaliśmy się w stronę stadniny Luke'a. Na środku drogi były poprzewracane drzewa, a pod nimi ogromne bajoro. Nie dało się przejść, a nie mogliśmy zawrócić, bo nie wiedzieliśmy czy droga powrotna jest czysta, a było za mało czasu. Musieliśmy przejść po drzewie.
- Piorun, damy radę. - powiedziałam do niego z lekkim uśmiechem.
Szłam przodem, a za sobą prowadziłam konia. Ześlizgiwały mu się kopyta, ale normowałam jego równowagę. Powoli prowadziłam go do końca. Zeszłam z konaru i puściłam Pioruna przed siebie. Chciałam zrobić krok, ale moja stopa zahaczyła o kłącza. Upadłam i próbowałam wydostać się z uścisku. Nie mogłam. Usłyszałam jak znowu nadchodzi burza. Piorun przestraszył się. Zaczął kręcić się w kółko.
 -Idź się ukryj. - powiedziałam do niego.
I tak zrobił, a ja próbowałam się wydostać. Piorun trafił w drzewo, którego koran zawiązał się wokół mojej nogi. Drzewo opadło w dół kilka centymetrów, miażdżąc mi nogę. Krzyczałam z bólu. Widziałam jak ktoś podjeżdża do mnie. To była Miranda.
- Co się stało? - spytała schodząc z konia.
- Drzewo. - wskazałam palcem.
- O matko! - krzyknęła.
Wyciągnęła z plecaka apteczkę i wyjęła nożyczki, którymi próbowała przeciąć kłącza. Mimo że trwało to zbyt długo, udało mi się wydostać.
Wzięła mnie pod ramię i pomogła wsiąść na Pioruna.
Wreszcie mogłyśmy dojechać do mety. Byłyśmy bardzo blisko.
- No dalej. - powiedziałam. - Wiem, że chcesz wygrać.
- Nie. - pokręciła głową. - Obie to wygramy.
Złapałyśmy się za ręce i dojechałyśmy do mety. Wszyscy podbiegli do nas. Tato zdjął mnie z konia i zaprowadził do karetki.
- Dziękuje. - wyszeptałam słowo do Mirandy.
Widziałam spojrzenia wszystkich ludzi. Byli przerażeni, płakali... Bałam się. Zamknęłam oczy i zdałam się na łaskę Boga. W szpitalu słyszałam tylko głosy lekarzy i taty. Oczy miałam nadal zamknięte, ale mój umysł nadal pracował i podpowiadał mi, że znajduję się na sali operacyjnej. Wypowiedziałam słowa: '' Kocham was'' i zasnęłam.
*Dwa tygodnie później*
- I jesteśmy w domu. - tato położył torbę z ubraniami koło szafki w przedpokoju.
- Ines! - przytuliła mnie ciocia. - Jak noga?
- Dobrze. - machnęłam nią. - Ale trochę denerwuje mnie ten gips.
- Do wesela się zagoi. - zaśmiała się ciocia.
- Czy ja o czymś nie wiem? - spytał tato.
- Ty wiesz o wszystkim. - zachichotałam.
- Ktoś na ciebie czeka? - ciocia wskazała mój pokój.
Weszłam powoli na górę, otworzyłam drzwi i zajrzałam do środka.
- Witaj w domu Ines! - krzyknęli chórem przyjaciele.
- Jeju. Cześć! - uśmiechnęłam się szeroko.
Przywitali mnie, pytali jak z nogą i zadawali mi dużo innych pytań.
- Wiecie... muszę wam coś powiedzieć. - kontynuowałam. - Odbyłam z tatą w szpitalu bardzo ważną rozmowę.
- O co chodzi? - spytała Katy, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Uznał, że najlepiej będzie jeśli wyjadę do Chicago. - spojrzałam na nich.
- A co z jeździectwem? - spytali zszokowani. - Co z Piorunem?
- Piorun zostanie tutaj. - mówiłam. - Tato obiecał mi, że dobrze się nim zajmie razem z ciocią.
- A co będziesz robić w Chicago? Gdzie będziesz mieszkać? - spytała Tina.
- Będę mieszkać z ciocią. - wstałam i podeszłam do szafki, w której trzymałam prezent od rodziców na te urodziny. - Mama zawsze chciała zapisać mnie na balet i spełnię jej marzenie.
- Będziemy za tobą bardzo tęsknić. - uściskała mnie Lu.
- Nigdy o was nie zapomnę i będę przyjeżdżać na wakacje. - przytuliliśmy się wszyscy. - A jeździectwo zawsze będzie dla mnie ważne.
- Ei słuchajcie... - mówiła Lu. - Zamiast tak się dołować, to zróbmy imprezę pożegnalną.
- Dobry pomysł! - krzyknęła Olivia.
Wieczorem w garażu Toma zrobiliśmy imprezę. Tańczyliśmy, śmialiśmy się, wspominaliśmy. Było świetnie. Nigdy ich nie zapomnę. Ci ludzie dali mi nadzieję, przyjaźń, miłość... Tego mi brakowało.
 Ostatni taniec zaproponował mi Luke.
- Czyli wyjeżdżasz... - mówił Luke.
- Tak, ale to nie jest koniec. - powiedziałam.
- A co z nami? - spytał.
- Nie chcę się z tobą rozstawać. - przełknęłam ślinę.
- Ja też nie chce. - powiedział. - Możemy do siebie codziennie dzwonić, pisać, mailować, robić video chat, itd.
- Dokładnie, a we wakacje będziemy się spotykać. - uśmiechnęłam się.
- Trzymam cię za słowo. - pocałował mnie w czoło, a później w usta.
Na następny dzień byłam już spakowana, pojedzona i gotowa do wyjazdu. Z Piorunem żegnałam się cały ranek. Płakałam i całowałam go. Ściskałam i nie chciałam się z nim rozstawać.
 Od rana siedzi u mnie ciocia. Ta ciocia, która mnie zainspirowała do modelingu, a zamiast tego trafiłam na wieś, biorąc udział w wyścigach konnych. Jednak nie żałuję tego wszystkiego. Poznałam przez to bliżej mamę i z tatą coraz bardziej się dogadujemy.
Tato spakował torbę do bagażnika, a ja stanęłam przed domem spoglądając na niego. To miejsce mnie wiele nauczyło. Tu wszystko się działo. Zmartwienia, kłopoty, wyznania, zaufanie, marzenia... zaczęłam od tego miejsca i na nim go dziś kończę...
Pożegnałam się z przyjaciółmi, ciocią i tatą i razem z Katy, Olivią, Mią i Zoe wsiadłyśmy do samochodu. Ciocia odpaliła silnik, a ja razem z dziewczynami machaliśmy im na pożegnanie.
Łza spłynęła mi po policzku, ale to nie był jeszcze koniec mojej przygody.
Znów spojrzałam na dom i powiedziałam w myślach: ''Do zobaczenia za rok''.

środa, 17 czerwca 2015

ROZDZIAŁ XXI

- Żadne. - próbowałam zmienić temat.
- Teresa? - skierował mroczne spojrzenie na ciocię.
- Może powiemy? - spojrzała na mnie ciocia.
- Nie! - krzyknęłam i nie patrząc na tatę poszłam do pokoju.
- Co powiedzieć? - spytał cioci, tato.
 Usłyszałam jak dopytuje ciocię. Byle by nie powiedziała mu o wszystkim.
Siedziałam godzinę w swoim pokoju, siedząc na parapecie i patrząc przez okno na zagrodę. Przed oczami widziałam jego cień, który nagle znika. Brakuje mi go. Brakuje mi Pioruna...
- Wszystko w porządku? - spoglądnęła zza drzwi, Katy.
- Tak. - odwróciłam się do niej.
- Słyszałam co się działo w kuchni. - powiedziała, podchodząc do mnie.
- Co mam zrobić? - spojrzałam na nią.
- Zrobisz, to co uważasz za słuszne. - usiadła na wprost mnie.
- Ale ja właśnie nie wiem, co mam zrobić. - poleciała mi łza z oczu. - Za sześć godzin są zawody. Nie mam ani konia, ani sił na to wszystko. Tato o niczym nie wie, a ja muszę zmierzyć się dzisiaj z podłą Mirandą. 
- Ei będzie dobrze, zobaczysz. - przytuliła mnie.
- Mogę wejść? - zapukał do drzwi tato.
Nie odpowiedziałam na jego pytanie, tylko spojrzałam na niego.
- To może ja was zostawię. - wyszła z pokoju.
Tato zamknął za nią drzwi i usiadł na parapecie w miejscu, gdzie siedziała Katy.
- Możemy porozmawiać, jak to zawsze robiliśmy? - spytał spokojnie.
- Nie mamy o czym rozmawiać. - spojrzałam za okno.
- Pamiętasz, kiedy przychodziłaś do mnie na kolana i opowiadałaś mi cały swój dzień. - uśmiechnął się, wspominając. - Byłaś taka mała. Zawsze przychodziłaś z pluszowym misiem. Miałaś spięte czerwonymi wstążkami włosy w dwa po bokach kucyki. Lubiłaś tą fryzurę. Później dorosłaś i nasze kontakty nie były już takie same. Buntowałaś się, byłaś nieznośna, ale kiedy było ci źle, byłaś smutna, to przynosiłem ci do pokoju gorącą czekoladę z bitą śmietaną, którą uwielbiasz. Teraz wszystko się zmieniło. Nie jesteś już tą buntowniczką, ale jesteś bardzo skryta.
- Tato... - przerwał mi.
- Wiem, że staremu ojcu nie chcesz się zwierzać. Masz przyjaciół i ciocię, ale też chciałbym wiedzieć, co się dzieje w twoim życiu. - odgarnął mi kosmyk włosów za ucho. - Jesteś nadal moją małą córeczką i zawsze nią będziesz.
- To nie tak, że nie chce ci się zwierzać, ale to że mnie nie zrozumiesz. - popłynęła mi z oczu łza. - Zabrałeś mi moje szczęście niedawno, nie chce byś zabrał mi teraz marzenia.
- Nie chciałem dla ciebie źle. - spojrzał na mnie, kładąc dłoń na mojej.
- Ale jest źle. - wzięłam swoją dłoń z uścisku. - Piorun był dla mnie ważny, a ty tego nie potrafisz zrozumieć.
- Rozumiem, ale nie wiesz jeszcze, co się dzieje. - tłumaczył mi.
- A co się dzieje? - spojrzałam na niego wściekle.
Zamilkł na moment.
- Kiedyś się dowiesz. - wstał i podszedł do drzwi. - Już się domyślam o jakie zawody chodzi.
Spojrzałam na niego, nie wiedząc co ma zamiar zrobić.
- Przykro mi Ines, ale to dla twojego dobra. - wziął klucz z szafki i zamknął mnie w pokoju.
Szybko podbiegłam do drzwi i wołałam o pomoc, ale nikt nie odpowiadał.
Słyszałam silnik samochodu. Spojrzałam przez okno. To był tato, razem z ciocią i Katy. Nie wiedziałam o co chodzi. Szukałam swojego telefonu, ale musiałam go zostawić w salonie. Zaczęłam, więc szukać laptopa, ale nie miałam włączonego internetu. Tato musiał wyłączyć. Zaczęłam płakać z bezsilności.
Przesiedziałam w pokoju przeszło pół  godziny. Wpadłam na pomysł, aby zrobić linę z prześcieradeł, jak kiedyś. Wyszukałam materiałów w szafie, związałam w mocne supły i zahaczyłam o łóżku. Rzuciłam przez okno i po woli schodziłam.
Będąc na ziemi, szybko pobiegłam do Luke'a.
Pukałam do drzwi jego domu, ale nikt mi nie otwierał. Byłam też u reszty, ale tak samo, jakby wszyscy przepadli. To jest jakiś koszmar, który nie może się dziać. Nie dziś.
Spacerowałam na dworze szukając jakieś żywej duszy, ale nikogo nie było. Wszędzie pustka. Sprawdziłam każdy zakątek, ale nic. Poszłam zobaczyć miejsce, w którym będą odbywały się dzisiaj zawody. To jedyny miejsce, którego jeszcze nie przeszukałam i to był błąd. Byli tam wszyscy. Pomagali w przygotowaniu jakoś tych zawodów. Powoli rozkładali namioty z jedzeniem, piciem, itd. Pompowali dmuchanego ludka, który pod wpływem wiatru się ruszał. Zawsze patrzenie na niego mnie bawiło.
Były już stoły ładnie przygotowane dla jury i na puchary. Było już także podium, na którym mam nadzieję stanąć. Wyszukiwałam jeszcze wiele innych rzeczy, które dzisiaj sie pojawią, ale przerwały mi głosy.
- Hei Ines. - powiedziała Jasmine, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Cześć wam. - uśmiechnęłam się. - Wiecie, gdzie jest Katy?
- Nie było jej tu z nami. - pokiwała głową. - A nie powinna być z tobą?
- Długa historia. - powiedziałam. - No nic. Jak wam idzie?
- A dobrze. - uśmiechnęła się Tina. - A ty jak przed zawodami? Stresujesz się?
- Trochę. - trzepałam dłońmi.
- Później przyjeżdża telewizja z Chicago. - zaśmiała się Lu.
- Miałyśmy jej tego nie mówić. - powiedziała zdenerwowana Zoe.
- Ouu... przepraszam. - ugryzła język, Lu.
- No trudno. Dam radę. - uśmiechnęłam się.
- Będzie dobrze. - pocałował mnie w czoło Luke i przytulił do siebie.
- Mam taką nadzieję. - powiedziałam pod nosem ze smutną miną.
Pospacerowaliśmy chwilę, by zobaczyć co się na dzisiaj szykuje, a później pokazali mi dzisiejszy tor, który muszę pokonać. Zostało pięć godzin... Masakra!
- Chcesz chwilę potrenować? - spytał Luke.
- Nie, lepiej nie. - pokiwałam głową. - Bardziej bym się stresowała.
Może idź odpocząć do domu, nabierz sił, bo wyglądasz jak trup. - zaśmiała się Lu.
- Luiza! - krzyknęła Zoe.
- No co? - spytała z uśmiechem.
- Nie szkodzi. - machnęłam ręką. - Nie mam jak wrócić do domu.
- Czemu? - spytała Jasmine z Tiną jednocześnie.
Opowiedziałam im co się stało rano. Nie mogli uwierzyć, że mój tato byłby do tego zdolny. Jest szalony, ale wiem, że zrobił to dla mojego dobra. Chociaż sama nie mogę uwierzyć w to co mówię. Jeszcze niedawno byłam na niego wściekła, ale teraz jakoś... mi przeszło. Dziwne...
- To co teraz zrobisz? - spytała Mia.
- Nie wiem. Posiedzę przed domem i poczekam, aż przyjadą. - powiedziałam. - Może teraz przyjechali. Pójdę zobaczyć.
- Okey. - powiedzieli. - Zobaczymy się później.
- Jasne. - pomachałam im i poszłam.
Po drodze do domu spotkałam Toma.
- Cześć Ines. - podbiegł do mnie.
- O cześć. - powiedziałam.
- Co tam? - zapytał.
- Dobrze, a u cb? - spojrzałam na niego.
- Też. - spojrzał w dół. - A co u Tiny?
- Dobrze. - powiedziałam spokojnie. - Ale widać po jej minie, że cierpi przez to co się stało.
- Ja też cierpię. - spojrzał na mnie. - Chciałbym to wszystko naprawić.
- To zrób to. - powiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Ale nie wiem, czy ona chce mnie teraz widzieć. - powiedział.
- Jak nie spróbujesz, to się nie przekonasz. - uśmiechnęłam się.
- Co mam zrobić, żeby mi wybaczyła? - spytał.
- To już sam musisz wymyślić. - powiedziałam.
 Było mi go szkoda, bo widziałam jak przez to cierpi.
- Tina będzie na zawodach? - spojrzał na mnie.
- Tak. - zrobiłam to samo.
- Okey. Nie mów jej, że ja też będę. - powiedział, powoli odchodząc. - Powodzenia. Wygrasz to na pewno.
- Nie dziękuje, ale się postaram. - zaśmiałam się i poszłam w stronę domu.
Będąc pod domem zobaczyłam, że stoi samochód. Zajrzałam przez okno w kuchni, czy ktoś jest w domu, ale nikogo nie zauważyłam. Poszłam do gospodarstwa, ale też nikogo nie było. Otworzyłam drzwi do domu i po cichu, skradając się na palcach, poszłam po komórkę do salonu, ale siedziała tam już ciocia, Katy no i tato.
- Gdzie byłaś? - spytał poważnie tato.
- Musiałam się wydostać z pokoju. Myślisz, że jak zamkniesz mnie na klucz, to nie uda mi się uciec?! - krzyknęłam.
- Siadaj! - wstał i wskazał mi palcem miejsce, w którym mam usiąść.
Spojrzałam na niego i usiadłam.
- Ciocia i Katy mi wszystko powiedziały. - zaczął.
Spojrzałam na nie. Ciocia się nie odezwała, tylko patrzyła na mnie maślanymi oczami. Katy ruszyła ustami, wypowiadając z nich szeptem '' Przepraszam''. Spojrzałam znów na tatę.
- Zabroniłem ci jakiegokolwiek kontaktu z końmi. - opierał się o kanapę rękoma.
- Nic mi nie zabraniałeś. - powiedziałam.
- Nie przerywaj! - krzyknął.
Wszystkie się przeraziłyśmy.
Spojrzał na nas i powoli się uspokajał.
- Sam mi pozwoliłeś jeździć. - powiedziałam, patrząc w dół.
- Bo myślałem, że będziesz jeździć pod moim okiem i pod cioci. - usiadł obok mnie. - Jakie zawody, gdzie zawody! Przecież nawet nie umiesz jeździć.
- Umiem! - krzyknęłam mu w twarz i wstałam. - Nie rozumiesz, że ja chcę jeździć. To moja marzenie i daje mi to ta frajdę, a ty z jakimiś swoimi powodami wyjeżdżasz i odbierasz mi to co kocham! Nie wolno ci wchodzić z butami w moje życie!
- Ines! - krzyknął i wstał.
- Możesz mnie zamknąć w pokoju, przykuć do łóżka, uciąć mi nogi... Rób sobie co chcesz i tak wezmę udział w tych zawodach, czy ci się to podoba czy nie. - poszłam do swojego pokoju.
- Wracaj tu! Nie skończyłem z tobą. - poszedł za mną i patrzył jak wchodzę po schodach.
- Ale ja skończyłam! - zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Położyłam się na łóżku i płakałam. Po półgodzinie przyszła do pokoju Katy.
- Wszystko w porządku? - spytała.
- Dajcie mi spokój! - rzuciłam poduszką w jej stronę.
Nastała chwila ciszy.
- Przepraszam. - spojrzałam na nią.
- Nic nie szkodzi. - usiadła obok mnie. - Przykro mi.
- Dlaczego ja muszę mieć takiego ojca. - oparłam głowę na jej ramieniu.
- Chcę dla ciebie dobrze. - tłumaczyła mi.
- Bronisz go? - spojrzałam na nią.
- Nie, ale zrozum też jego. Ciężko mu wychowywać dorastającą córkę. Jest sam, ma pracę, ma dom, ma ciebie ma tak samo jak wszyscy problemy. - mówiła. - Nie chcę być po niczyjej stronie, ale myślisz trochę egoistycznie.
- Co?! - krzyknęłam na nią.
- Tak. Mimo, że walczysz o marzenia i ja to rozumiem, to nie patrzysz na to co twój tato czuje. - patrzyła na mnie.
- A on wie co ja czuję? - spojrzałam na nią.
- No i znowu ty. - przewróciła oczami.
- To co? Mam mu wybaczyć? - pomyślałam.
- Po prostu porozmawiajcie. - chwyciła moją dłoń.
- Sama nie wiem. - spojrzałam na dół.
- Zapytaj, dlaczego nie pozwala ci jeździć. Uważam, że jak porozmawiacie i wszystko ci opowie, to zrozumiesz, dlaczego cię tak chroni. - przytuliła mnie.
- Może masz rację. - spojrzałam na nią i przytuliłam się do niej.
- Szykuj się powoli... - mówiła. - zostało mało czasu, a zawody tuż, tuż.
- E tam... - machnęłam ręką. - Jeszcze cztery godziny.
- No właśnie... Jeszcze. - wstała i szukała czegoś w szafie.
- Co robisz? - podeszłam do niej.
- O jest. - wyciągnęła mój strój konny, który ostatnio kupiłam.
- Nie będę go teraz ubierać. - powiedziała śmiejąc się.
- Wiem, ale przygotuj sobie już rzeczy. - podała mi go.
- No okey, mamo. - położyłam ubranie na krzesło.
- Te buty? - pokazała.
- A widzisz jakieś inne? - zaśmiałam się, wyciągając z górnej półki w szafie, kask.
- No nie. - uśmiechnęła się i położyła obok krzesła.
Odłożyłam kask na krzesło, zamknęłam szafę i zeszłyśmy do kuchni.
- Jak się czujesz? - spytała ciocia.
- Dobrze. - spoglądnęłam z uśmiechem na Katy. - Jest tato, bo muszę z nim porozmawiać.
- Nie ma. - mieszała łyżką zupę. - Od razu, kiedy poszłaś do pokoju, to wyszedł.
- A wiesz, kiedy wróci? - spytałam.
- Nie mam pojęcia. - rozlewała zupę do misek.
Po zjedzeniu, poszłam z Katy pograć na konsoli.
- O matko jak późno . - spojrzała na zegar.
- Tylko godzinę gramy. - powiedziałam.
- No właśnie, a ty za trzy godziny masz zawody.
- Ty bardziej to przeżywasz niż ja. - zaśmiałam się, wyłączając grę.
- Bo chce się czym pochwalić w szkole. - wyszczerzyła zęby.
- Jesteś głupia. - pchnęłam się.
- Dobra chodź. Zanim się przygotujesz to minie następna godzina. - pociągnęła mnie za sobą do pokoju.
- To od czego zaczynamy proszę pani? - zaśmiałam się.
- Make up? - pokazała mi tusz i cienie.
- Na zawody jeździeckie? - podniosłam brew.
- No faktycznie. Porażka. - zaśmiała się. - Fryzura?
- Zepnę w koka. - powiedziałam.
- To co mam robić? - spytała.
- Najlepiej usiądź. - wstałam. - Masz.
- Co to? - podałam jej MP3. - Posłuchaj muzyki, a ja się wszystkim już zajmę.
- Ale ja chcę ci pomóc. - wstała i podeszła do mnie.
- Ale serio nie ma w czym. - uśmiechnęłam się. - Ubiorę się w strój dopiero za godzinę, teraz poczytam trochę o zawodach jeździeckich i będziemy potem wychodzić.
- Musimy wyjść przynajmniej godzinę wcześniej. - powiedziała.
- Godzinę? - spytałam. - Czemu tak wcześnie?
- Lepiej być wcześniej, niż później. - położyła się na łóżko.
Katy słuchała muzyki,a ja wyciągnęłam książkę z półki. Usiadłam na parapecie i zaczęłam czytać. Było tylko czterdzieści stron, więc udało mi się przez godzinę ją przeczytać. Jednak co pięć minut sprawdzałam czas. Faktycznie lepiej przyjść wcześniej, niż później.
Kiedy skończyłam czytać, odłożyłam książkę na swoje miejsce i obudziłam śpiącą Katy.
- Wstawaj! - trzęsłam nią.
- Już, już! - mamrotała pod nosem.
Wzięłam ubrania do łazienki, wzięłam szybki prysznic i przebrałam się. Spięłam włosy w kok i trzymając pod pachą kask, weszłam do pokoju.
- I jak? - obróciłam się.
- Wszystko dobrze, tylko czegoś mi tu brakuje. - pomyślała, podchodząc do mnie.
- Czego? - spytałam.
- Tego. - uderzyła mnie w tyłek kolanem.
- Za co to? - pomasowała pośladki.
- Na szczęście. - przytuliła mnie, śmiejąc się głośno.
- Nie musiałaś tak mocno. - zaśmiałam się i zeszłyśmy na dół.
- A ty co sądzisz ciociu? - obróciłam się.
- Wyglądasz jak twoja mama. - powiedziała ciocia.
- Bardzo mi jej brakuje. - posmutniałam.
- Wiem, ale byłaby z ciebie bardzo dumna. - przytuliła mnie.
- Też chce. - powiedziała Katy, przytulając się do nas.
Zaśmiałyśmy się wszystkie.
- Powodzenia. - powiedziała ciocia, machając nam.
- Nie dziękuje. - odmachałam jej.
- Stresujesz się? - spytała Katy.
- Już nawet nie. - uśmiechnęłam się.
Kiedy byłyśmy na miejscu, przywitaliśmy się z resztą.
- O matko, ale tu fajnie. - rozejrzałam się z lekko otwartą buzią.
- No nie? - zaśmiała się Jasmine.
- Ines Brown? - spytał mężczyzna, podchodząc do nas?
- Tak, to ja. - odpowiedziałam.
- Musisz się podpisać, że jesteś już. - wskazał mi palcem namiot.
- Dobrze. - poszłam ze wszystkimi.
Podeszłam, żeby się podpisać, ale przede mnie weszła Miranda.
- O jednak jesteś. - powiedziała zarozumiale.
- Nie mam zamiaru się z tobą kłócić. - powiedziałam.
- I tak nie wygrasz, tylko się skompromitujesz. Lepiej idź tam, skąd przyszłaś. - powiedziała, podpisując się.
- Przynajmniej mam, gdzie wracać. - szepnęłam pod nosem.
- Mówiłaś coś frajerko? - spojrzała na mnie wściekle.
- Tak, żebyś się przesunęła, bo mam zamiar się podpisać i wygrać ten wyścig. - wzięłam długopis do dłoni i wpisałam się.
- Nie przejmuj się nią. - powiedziała Tina.
- Nie przejmuje. - spojrzałam na nią jak idzie w druga stronę.|
- Gotowa na wyścig? - spytała podekscytowana Lu.
- No pewnie. - przybiłyśmy sobie piątki.
- Zostało jeszcze czterdzieści pięć minut, do rozpoczęcia zawodów. - mówił głos w głośnikach. - Zawodników prosimy o wpisywanie się w namiocie numer 3.
- To co robimy przez ten czas? - spytał Luke.
- Może pogramy w ping-ponga? - zaproponowała Zoe.
- Ja chętnie. - pobiegły w stronę namiotu.
- Chodźcie, lepiej je nie zostawiać same. - zaśmiała się Jasmine.
Gdy szliśmy za dziewczynami, Tinę zaczepił biegnący w naszą stronę, Tom.
- Możemy porozmawiać? - chwycił jej ramię.
Spojrzała na nas, nie wiedząc co mu odpowiedzieć.
- Dobrze. - poszli w przeciwną stronę.
- Myślicie, że się pogodzą? - spytała Mia.
- Pewnie tak. - odpowiedziała Olivia.
Usiedliśmy na krzesłach, pijąc sok z kubeczków, a Zoe, Lu, Olivia i Mia poszły grać w ping-ponga.
- Wszystko dobrze? - spytała Jasmine.
- Tak. - lekko się uśmiechnęłam.
- Wyglądasz jakoś nie bardzo. - powiedziała.
- Bo przed zawodami pokłóciłam się trochę z tatą i potrzebuje z nim porozmawiać, ale nie ma go, bo gdzieś pojechał. - tłumaczyłam
Nie wiedzieli co mi odpowiedzieć. Posiedzieliśmy chwilę, patrząc jak grają dziewczyny.
- dwadzieścia minut do rozpoczęcia. - mówił głos w głośnikach. - Prosimy zawodników o przygotowanie się na starcie.
- Chodźcie! - krzyknęła Jasmine do dziewczyn.
Podbiegły do nas dziewczyny i wyszliśmy z namiotu. Po chwili przypomniałam sobie o czymś.
- Ei ludzie! - stanęłam, zatrzymując wszystkich.
- Co się stało? - spytali z przerażeniem.
- Zapomniałam o koniu. - przeraziłam się. - Co ja teraz zrobię?
- Pożyczę ci Shadow, jeśli chcesz. - powiedział Tom, podchodząc do nas i trzymając za rękę Tinę.
Wszyscy patrzyli na mnie i na nich, uśmiechając się i zastanawiając co teraz zrobić.
- Da radę? - spytałam.
- Myślę, że tak. - powiedział.
- Ines? - szturchnęła mnie Katy.
- Tak? - spojrzałam na nią.
- Przyszedł twój tato. - wskazała palcem.
Patrzyłam na niego, zastanawiając się co zrobić. Rozglądał się wokoło, szukając mnie. Chyba mnie...
Kiedy mnie zauważył, podszedł do nas.
- Możemy porozmawiać? - spytał.
- Tak, też mi na tym zależy. - powiedziałam.
Poszliśmy za stajnię, która znajdowała się na terenie zawodów.
- Gdzie byłeś? - spytałam.
- Później ci powiem. - odpowiedział. - Muszę ci coś powiedzieć.
- Jeśli chodzi o zawody, to wiem, że nie chce, ale to nic teraz nie zmienia. Ja i tak w nich wystartuje... - przerwał mi.
- Nie chodzi o to. - powiedział. - Ale muszę ci wreszcie to powiedzieć.
- Co takiego? - zmartwiłam się.
- Ukrywaliśmy to z ciocią przed tobą, ale już jest czas, byś się dowiedziała, dlaczego nie chcę byś jeździła, co dopiero brała udział w zawodach jeździeckich. - zaczął dramatycznie.
Przeraziłam się, bo nie wiedziałam czego się zaraz mogę dowiedzieć, jednak o to mi chodziło, by wreszcie dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi.
- Kiedy byłem w twoim wieku, poznałem w tych miejscach twoją mamę. Była piękna, nie mogłem  przestać o niej myśleć. Chciałem ją poznać i tak się stało. Jednak później z rodzicami wyjechaliśmy do Chicago i przez długie lata nie widzieliśmy się. Nadszedł moment, w którym cały mój świat się zatrzymał. Zobaczyłam ją... Przypadkiem znaleźliśmy się w tej samej kawiarni, niedaleko naszego domu...
- To ta, do której chodziliśmy zawsze? - przerwałam mu.
- Tak, to ta... - kontynuował. - Dosiadłem się do jej stolika, porozmawialiśmy chwilę i dała mi swój numer telefonu. Spotykaliśmy się przez rok, aż pewnego razu postanowiłem zrobić krok do przodu. Byliśmy starsi, mieliśmy po dwadzieścia parę lat i to nie był już czas na by cię chłopakiem i dziewczyną, postanowiłem więc oświadczyć się jej...
- Zostało dziesięć minut.  Zawodników proszę o przygotowanie się na starcie. - mówił głos w głośnikach z oddali.
- Tato szybciej. - pośpieszałam go.
- Zgodziła się... - mówił. - 5 lat później, urodziłaś się ty. Było świetnie, tworzyliśmy kochającą się rodzinę. Twoja mama miała marzenie, by przeprowadzić się na wieś i tak się stało. Mieszkaliśmy niedaleko cioci. Twoja mama chciała spełnić swoją obietnicę, którą wypowiedziała dawno temu. Chciała wziąć udział w zawodach, tak jak ty teraz. Była niesamowita, w tym co robiła. Były zawody dla juniorów i seniorów. Postanowiła się zapisać.  Tuż przed zawodami powiedziała mi, że jeździectwo ją uszczęśliwia, a bardziej od tego uszczęśliwia ją to, że trafiła jej się tak wspaniała rodzina jak nasza. Powiedziała, że wygra te zawody dla nas... i wystartowała. Trzymałem się na rękach i przez telewim, oglądaliśmy wyścig twojej mamy. Obszar, który miały pokonać, zdawał się nie mieć końca. Był na prawdę długi. Po pół godzinie zawodniczki zbliżały się do mety. Wszyscy dopingowaliśmy im. Wszystkie dojechały do mety... prócz jednej.... Twojej mamy. Wszyscy pytaliśmy co się stało, wpadłem w panikę. Przepychałem się przez tłum ludzi, aż do jury. Helikopter, który leciał nad nimi i kamerował wyścig, próbował uchwycić, gdzie jest, ale nic nie znalazł. Jakby wyparowała. Byłem w szoku, nie wiedziałem co mam robić. Trzymałem cię cały czas w rękach, tuląc do siebie i wylewając łzy. Cały czas płakałaś i krzyczałaś przez hałas dookoła. Policja, straż pożarna i pogotowie przeszukali cały teren. Po piętnastu minutach szukania znaleźli ją i od razu zawieźli do szpitalu na sygnale. Oddałem cię pod opiekę cioci, a ja szybko pojechałem do szpitala. Nie chcieli mnie do niej wpuścić. Musiałem przeczekać, aż któryś z lekarzy powie co się dzieje. Pod wieczór udało mi się porozmawiać, z jednym z lekarzy. Zapytałem co się stało, czy z nią wszystko w porządku, ale jego mina była przygnębiająca. Powiedział, że uderzyła w drzewo, a uderzenie było tak mocne, że ledwo ją wybudzili, ale na szczęście wszystko się normuje. Koń trafił pod opiekę weterynarza, na szczęście nie doznał żadnych, poważnych urazów. Znaleźli ich, gdzieś w lesie niedaleko domu cioci. Nazywają je ''Magicznym miejscem'', w którym znajduję się wodospad. Nie wiem, gdzie to jest, ale chciałbym zobaczyć to miejsce, może nie bolałoby mnie to tak bardzo, gdybym wiedział, że to w tym miejscu wszystko się zaczęło.
- Co się zaczęło? - popłynęły mi łzy z oczu.
- Twoja mama, kiedy mnie zobaczyła z ledwością wypowiedziała słowa: Kim Pan jest? - kontynuował ze łzami w oczach. - Zawołałem lekarze. Musiałem wyjść. Czekałem dwa dni w szpitalu. Nie spałem, nie jadłem, nie piłem, tylko czekałem... Wreszcie przyszedł do mnie lekarz. Mówił, że zrobili wiele badań, lecz nie jest dobrze. Twoja mama przez ten bolesny wypadek, doznała amnezji. Była to zaawansowana amnezjia, której nie dało się wyleczyć. Twoja mama nie pamięta nic z przed wypadku, ani po nim. Codziennie musiałem opowiadać jej wszystko. Po dwóch latach nie wytrzymała tego. Popełniła samobójstwo. Lekarze próbowali ją odratować, ale za późno ją znalazłem. Gdybym wiedział, gdybym mógł teraz cofnąć czas...
- Tato... Ja nie wiedziałam. - podeszłam do niego i mocno przytuliłam się do niego.
- Wiem, ale już wiesz, dlaczego nie chciałem, abyś brała udział w jakichkolwiek zawodach. Nie chcę cię stracić. - spojrzał na mnie.
- Wiem tato. ale obiecuję ci, że mnie nie stracisz. - spojrzałam na niego. - Chce wygrać te zawody... dla mamy.
- Sam nie wiem... - mówił. - Chcę, żebyś wiedziała, że będę cię wspierać w każdym twoim wyborze i chcę byś spełniała swoje marzenia. - przytulił mnie.
- Wiem... - uściskałam go. - Mam jednak pytanie.
- Jakie? - spojrzał na mnie.
- Czy, dlatego zabrałeś mi Pioruna? - mówiłam. - Żebym nie jeździła już więcej.
- Nie do końca. - podrapał się w tył głowy.
Spojrzałam na niego ze zmarszczonym czołem.
- Piorun, to... - przełknął ślinę. - To koń, na którym jechała mama na zawodach. Trafił do weterynarza, miał skręconą kostkę i musiał być pod opieką, a że został mi tylko on po  wypadku, to chciałem go przygarnąć, bo wiele dla mnie znaczy. Od małego twoja mama go miała. Dostała go na 8 urodziny.
- Teraz już rozumiem, ale jednak już nie ma to żadnego znaczenia... - mówiłam. - I tak już nie wróci, a ja nie mam konia na zawody.
- No właśnie... - przerwał.
Usłyszałam w oddali jego głos. Spojrzałam w stronę, z której dobiega głos. Próbowałam go dostrzec.
- Piorun! - krzyknęłam, biegnąc do niego.
Wzięłam go od mężczyzny i podeszłam z nim do taty.
- To ty go tu przyprowadziłeś? - spytałam, całując Pioruna.
- Tak. Uznałem, że on nie jest niczemu winny, a widziałem jak cię uszczęśliwia. - spojrzał na nas.
- Dziękuje. - uściskałam mocno tatę. - Mogę na nim dziś pojechać?
- Jeśli uważasz, że oboje dacie radę, to tak... - mówił. - Ale obiecaj mi, że będziecie na siebie uważać.
- Obiecuję. - pocałowałam tatę w policzek.
Założył siodło na Pioruna, pomógł mi go dosiąść i w szybkim tempie podbiegliśmy do startu.
- O matko! - krzyknęła, zatykając sobie buzię Jasmine. - To Ines!
- I Piorun! - dodała z szerokim uśmiechem Katy.
- Coś mnie ominęło? - spytałam.
- Nie, idź na start. Szybko! - powiedziała Mia.
- Później wam wszystko opowiem, ale teraz idę wygrać wyścig! - puściłam im oczko.
Zaczęli krzyczeć i bić mi brawo.
- Wszyscy gotowi? - spytał mężczyzna, trzymający w ręce konfetti.
Odliczał od 10 do 0 i wreszcie powiedział: ''Start!''
I ruszyliśmy.

sobota, 13 czerwca 2015

ROZDZIAŁ XX

Kiedy dotarliśmy pod dom jednego z chłopaków z boiska ( czyli w miejsce, które ustalaliśmy na ognisko ) poszliśmy za dom, prostu na jego działkę. Siedziało tam trzech chłopaków z piwem i papierosami w dłoniach.
- Siema! - przywitali się Luke i Tom z nimi.
My tak samo się z nimi przywitałyśmy i usiedliśmy na pniach obok rozpalonego ogniska.
- Nie ma twoich rodziców? - spytała Mia.
- Nie, wracają dopiero pojutrze. - zaśmiał się, wkładając papierosa do ust.
Paręnaście minut później przyszli pozostali.
Kevin ( chłopak w żółtych spodenkach ) ciągle spoglądał na Lu, próbując przykuć jej uwagę, jednak ona ani razu na niego nie spojrzała. Siedziałam obok Lu i dało się zauważyć, że chyba mu się spodobała.
Rozmawialiśmy na różne tematy, śmialiśmy się, graliśmy w karty czy inne takie. Później czterech chłopaków przyniosło skrzynki z piwem. Nie podobało mi się to. Nie przepadałam za alkoholem, raz napiłam się piwa, od taty i powiedziałam sobie, że nigdy tego świństwa nie wezmę do ust. Jedynie to Lu i Zoe się skusiły, reszta była tego samego zdania co ja. Przynajmniej z dziewczyn, bo Luke i Tom także nie pogardzili. Chłopcy proponowali nam papierosy, lecz tylko te same osoby się zgodziły na to. Ja i Tina nie byłyśmy zadowolone z tego, że nasi chłopcy piją i palą. Nie przepadam za takim towarzystwem. Lu i Zoe ciągle siedziały przy chłopakach, trochę się popisując. Zoe zawsze lubiła tego typu ogniska... chłopcy, alkohol, papierosy, dobra zabawa... Ja, Katy, Tina i Olivia poszłyśmy się przejść kawałek, by pooddychać świeżym powietrze, a nie dusić się dymem tytoniowym. Mia i Jasmine postanowiły zostać. Znalazły temat z dwoma chłopakami... podajże byli to Sam i Jacob. Sam to ten z niebieskimi spodenkami, o którym wczoraj wspomniała Zoe, a Jacob to kuzyn chłopaka, który nas tu zaprosił.
- Nie podoba mi się to, że Tom wszedł w takie towarzystwo. - pokiwała głową Tina.
- Mi też się to nie podoba, że Luke z nimi przybywa, ale nic nie możemy poradzić na to. - powiedziałam.
- Porozmawiajcie z nimi. - powiedziała Olivia.
- Nic to nie da. - odparła stanowczo Tina.
- Czemu? - spytała Katy, spoglądając na nią.
- Znam ich już bardzo długo i to nie pierwszy raz, kiedy to biorą do ust. - wspominała Tina. - Kiedyś, kiedy jeszcze zadawaliśmy się z byłą dziewczyną Toma, rozmawiała z nim o tym, ale to nic nie dało. Pokłócili się o to. Później znów to samo, a ona znów zaczęła ten temat i z nią zerwał.
- A kiedy ty z nim byłaś, to też takie coś było? - spytała Olivia.
- Nie. Wiedział, że ja tego nie lubią i wiedziałam, że mnie kocha i to uszanuje. - odpowiedziała.
- Teraz przy towarzystwie to trzeba się pokazać. - dodała Katy.
- No niby tak, ale to i tak nic nie zmieni, żadna rozmowa. - powiedziała.
- Możemy spróbować. Jeśli nie, to po prostu to zostawimy, a jeśli znów się to powtórzy, to się wtedy pomyśli. - powiedziała z lekkim uśmiechem.
Pospacerowałyśmy chwilę i wróciłyśmy. Olivia zauważyła od razu, że Jasmine, Mia, Sam i Jacob gdzieś zniknęli. Pewnie poszli się przejść.
- Gdzie byłaś? - spytał Luke, podchodząc do mnie.
- Poszłyśmy się przejść. - staliśmy sami, bo dziewczyny poszły usiąść.
- Martwiłem się o ciebie. - przyłożył swoje czoło do mojego, patrząc mi w oczy.
- Przecież nie było mnie może zaledwie dziesięć minut. - zaśmiałam się cicho.
- Jest ciemno i nie chciałbym, żeby coś ci się stało. - odgarnął moje włosy za ucho.
- Nic mi nie jest. - uśmiechnęłam się. - Poza tym dobrze się bawiliście, a ja z dziewczynami nie mogłyśmy już wytrzymać w tym smrodzie. - zrobiłam kwaśną minę.
- Przepraszam za tego papierosa i piwo. - powiedział.
- Przepraszasz mnie, czyli nie chciałeś tego. - popatrzyłam na niego.
- Nie, ale zdarza się kiedy się napiję, czy zapalę. Jednak nie chciałem tego i obiecuję, że już nie wezmę więcej. - smyrał swoim nosem mój nos.
- Nie lubię takiego towarzystwa po prostu. - spojrzałam w ich stronę.
- A mnie lubisz? - uśmiechnął się.
- Kocham cię. - powiedziałam.
- A ja ciebie. - musnął lekko moje usta.
Złapał mnie za rękę i poszliśmy usiąść. Ściągnął bluzę, założył mi ją na ramiona i objął mnie, by było mi cieplej. Wtuliłam się w niego i rozmawiałam z dziewczynami. Wkrótce przyszła nasza czwóreczka. Dziewczyny usiadły obok nas, a chłopcy poszli do reszty.
- Fajni są? - spytała Olivia, Jasmine.
- Tak, bardzo. - uśmiechnęła się.
- Widzę, że macie ich bluzy. - uśmiechnęła się Katy.
- Jest trochę zimno. - przejechała dłońmi po swoich ramionach, Mia.
- No w sumie. - Katy zrobiła to samo.
Chłopaki zauważyli, że dziewczynom zimno, więc zdjęli bluzy i dali im.
- Słodcy są. - szepnęła mi do ucha, Katy.
Tylko się uśmiechnęłam i przytuliłam ją.
Poczułam w kieszeni, jak telefon wibruje. Wyciągnęłam go i chciałam odebrać, ale nie zdążyłam. Dzwonił tato. Zostawił wiadomość, która przyszła dwadzieścia minut temu. Nawet nie wiedziałam, że do mnie napisał.
- Już jest późno, wracaj do domu. - napisał tato.
Po przeczytaniu powiedziałam dziewczynom, że czas już wracać. Wstałyśmy i Katy krzyknęła, że czas wracać, ale Zoe i Lu nie chciały. Za dużo wypiły i robiły opór, ale po sprzeczkach jakie z nimi przeszliśmy, To Luke i Kevin, którego przez cały czas Lu prowokowała popisując się i miziając do innych chłopaków, wzięli je na ręce i zanieśli, aż pod sam dom. Ja, Katy, Olivia i Mia odprowadziłyśmy je pod drzwi pokoju, by nie obudziły rodziców i od razu kładąc się na łóżku zasnęły.
- Ja już będę wracać. - powiedział Kevin.
- Wszystko w porządku? - spytałam.
- Tak. - uśmiechnął się fałszywie.
- Nie ładnie się dzisiaj zachowywała wobec ciebie, Lu. - powiedziała Mia.
- Nie bardzo mnie to interesuje. - spojrzał na nas. - Mnie i ją już nic nie łączy niech robi co chce. - powiedział stanowczo.
- Nie wyglądało na to, że nic dla ciebie nie znaczy. - powiedziałam. - Widziałam jak na nią przez cały czas patrzysz.
- Jej też zależy, ale ona nie lubi i nie potrafi mówić o uczuciach. - dodała Tina.
- Przy mnie taka nie była. - spojrzał w dół.
- No więc widzisz. - uśmiechnęła się Tina.
- Jeśli ci na niej zależy to zrób coś. - doradziła mu Olivia.
- Dzięki. - pożegnał się z nami i poszedł.
Z oddali było słychać śpiew Toma.
- Piękny mamy dzień. - powiedział pod dużym wpływem alkoholu.
- Idź już się połóż. - powiedziała Tina.
- O co ci chodzi? - podszedł do niej.
- Śmierdzi od ciebie. - gestem dłoni, próbowała odgonić od nosa smród alkoholu.
- Dziewczyny... - przewróciła oczami.
- Odprowadzę cię lepiej. - zaproponował Luke.
- Dam sobie radę... Mamusiu! - zaśmiał się.
- Tak, tak. - spojrzał na nas Luke.
Luke podszedł do nas, dał mi całusa w czoło i pożegnał się z nami. Trzymał go mocno, by nie upadł i szli w stronę domu Toma.
- Dobra my też wracamy i spróbujemy pomóc jakoś go doprowadzić. - powiedziała Jasmine trzymając palcem wskazującym, palec wskazujący Mii.
- To ja i Olivia też idziemy. - powiedziała Tina pokazując kciukiem drogę za jej plecami.
- Okey, dobranoc. - pomachałyśmy im z Katy i poszłyśmy w stronę domu.
- Jestem wyczerpana. - zgarbiła się Katy.
- Ja też. - złapałam się za plecy.
- Ciekawe w jakim stanie będą jutro. - zaśmiała się.
- Pierwszy raz widzę Lu opitą. - zrobiłam to samo.
- A ja Zoe! - wykrzyknęła głośno jej imię.
Weszłyśmy do domu, zabrałam laptopa z salonu, poszłyśmy się wykąpać po kolei i włączyłyśmy sobie film. Oglądałyśmy do samego ranka, a nadal nie byłyśmy śpiące, ale dalej wyczerpane.
- To co robimy? - spytała Katy.
- Nie mam pojęcia. - pomyślałam.
- Może pogadamy?. - zaproponowała Katy.
- A o czym? - spytałam.
- Chciałabyś wygrać zawody, czy ścigasz się tak o? - spytała.
- Sama nie wiem. - spojrzałam na sufit. - Nie zastanawiałam się nawet nad tym. Chciałabym po prostu spróbować, zobaczyć jak to jest.
- Zawody już... która godzina? - spytałam
- 01:12, a co? - spojrzała na zegar leżący na stoliku nocnym.
- Bo zawody już jutro! - złapałam się za głowę.
- Faktycznie! - zrobiła to samo.
- Nie wiem jak one wyglądają, na jakim koniu pojadę, czy dam sobie radę, a co jeśli się zestresuję i zrezygnuję? - zadawałam mnóstwo pytań.
- Nie martw się. - złapała mnie za rękę. - Będzie dobrze, zobaczysz.
- Szkoda, że Pioruna ze mną nie ma. - poleciała mi łza z oczu.
Katy nie odezwała się tylko mocno mnie przytuliła.
- Jesteś już zmęczona. - szepnęła mi do ucha. - Idźmy już spać.
Położyłyśmy się i zasnęłyśmy.
Obudziłyśmy się o dziesiątej, przynajmniej Katy, bo ja wstawałam co godzinę nie mogąc popaść w sen.
- O matko, ale się wyspałam. - ziewnęła Katy, rozciągając się. - Co dzisiaj robimy?
- Sama nie wiem. - spojrzałam w okno. - Jest taka piękna pogoda.
- Macie tu jakiś basen? - spytała.
- Nie, a co? - spojrzałam na nią.
- Bo moglibyśmy iść na basen. Piękna pogoda, nie ma co jej marnować. - uśmiechnęła się.
- Nie wiem jak reszta. - wstałam z łóżka.
- Ubierzmy się, zjedzmy i pójdziemy po nich. - szukała ciuchów.
Poszłyśmy się umyć, przebrać i zeszłyśmy na śniadanie.
- A ty ciociu jak zawsze w kuchni. - uśmiechnęłam się do niej.
- Co chcecie na śniadanie? - spytała.
- Zjadłabym takie pyszne kanapki z serem żółtym, pomidorem, sałatą i jajkiem na miękko. - rozmarzyła się Katy.
- Załatwione. - zaśmiała się ciocia.
- Na prawdę? - spytała zaskoczona.
- Tak, ale musicie poczekać chwilkę. - wyciągała z lodówki składniki.
- Chodź Katy do salonu. - machnęłam do niej ręką.
Włączyłam grę na konsoli, podałam dżojstik Katy i zaczęłyśmy grać. Po parunastu minutach zawołała nas ciocia.
- Gotowe! - krzyknęła.
Włączyłam pauzę i poszłyśmy do kuchni, usiadłyśmy na krzesłach i zajadałyśmy się.
- Były pyszne. - oblizywała usta Katy. - Dziękuje.
- Ja też. - uśmiechnęłam się.
- Ciesze się. - zabrała talerze i włożyła do zlewu.
Poszłyśmy jeszcze chwilkę pograć i postanowiłyśmy pójść do reszty. Zadzwoniłam wcześniej, żebyśmy się wszyscy spotkali w parku. Katy i ja od razu tam poszłyśmy i czekałyśmy na resztę. Chwilę później przyszła Jasmine, Mia, Luke, Tina i Olivia.
- Wiecie czy będzie Tom? - spytałam.
- Toma nie będzie. - powiedział Luke.
- Nie ma się co dziwić. - prychnęła Tina.
- A Zoe i Lu. - spytała Olivia.
-  Byłyśmy po nie, ale nikt nie otwiera. Pewnie nadal niewytrzeźwiały. - powiedziała Katy.
- Idziemy gdzieś? - spytała Mia.
- Wymyśliłam z Ines, że moglibyśmy wybrać się na basen. - uśmiechnęła się.
- Ale tutaj nie ma nigdzie basenów. - powiedziała.
- Wiem, dlatego może wybralibyśmy się do miasta? - zaproponowała.
Popatrzyli na siebie.
- Teraz? - spytał Luke.
- Tak. - uśmiechnęła się Katy.
- My odpadamy. - powiedziała Jasmine.
- Czemu? - popatrzyłam na nie.
- Umówiłyśmy się już. - lekko się uśmiechnęły.
- Już chyba wiemy z kim. - szturchnęła Mię, Olivia.
- Dobra, to my już idziemy. - poszły w stronę domu.
- A wy? - spoglądnęła na nich Katy.
- Pewnie. - powiedziała za wszystkich Tina.
- To zabierzcie potrzebne rzeczy i za dwadzieścia minut spotykamy się na przystanku okey? - zaproponowała Katy.
- Okey. - przytaknęli.
Poszliśmy do domów, spakowałam z Katy do torby dwa ręczniki, dwie butelki wody, kanapki, które zrobiła nam ciocia, szczotki do włosów, żel pod prysznic, klapki, okulary przeciwsłoneczne, krem do opalania i pieniądze. Ubrałyśmy pod ubrania stroje kąpielowe i mogłyśmy już wychodzić. Na przystanku byłyśmy pierwsze, potem przyszedł Luke i parę minut później dziewczyny. Poczekaliśmy chwilę na busa i ruszyliśmy.
Na miejscu poszliśmy do kasy, kupiliśmy bilety i weszliśmy. Szliśmy prosto korytarzem, aż do wyjścia. Zeszliśmy schodami na dół i poszliśmy prosto rozglądając się wokoło i szukając wolnych miejsc, by się rozłożyć.
Kiedy znaleźliśmy wolne miejsca, rozłożyliśmy na trawię ręczniki, zdjęliśmy ubrania i posmarowaliśmy się kremami. Luke, Olivia i Katy od razu poszli do wody. Katy bardzo dobrze umiała pływać, więc z Luke'em zrobili wyścig, w którym i tak wygrał Luke. Olivia pływała sobie pieskiem obok małych dzieci w kółkach dmuchanych. Ja i Tina siedziałyśmy na ręcznikach, spoglądając na nich i śmiałyśmy się z nich.
Chwilę popływali i przyszli na ręczniki chlapiąc nas wodą. Pogadaliśmy, pograliśmy w ''UNO'', zjedliśmy i nagle ktoś do nas podszedł.
- Siema! - krzyknął Tom.
- Czemu nie zaczekaliście na nas? - spytała z uśmiechem Zoe.
- Byłyśmy po was, ale nie otwierałyście. - powiedziała stanowczo Katy.
- Bo spałyśmy. - powiedziała Lu.
- No to widzisz. - powiedziała Katy.
- No, a ja byłem w domu. - wtrącił się Tom.
- Ty nie wiesz jaki wczoraj byłeś na bani. - powiedziała Tina.
- No i to powód, żeby mi nic nie mówić? - spojrzał na nią z marszczonym czołem.
- Nie ważne. - przewróciła oczami.
- O co ci chodzi? - przykucnął przed nią.
- O nic. - odwróciła od niego głowę.
- Możemy porozmawiać? - zapytał.
- Nie mamy o czym. - powiedziała.
- Chodź, pogadamy na osobności. - podał mi dłoń.
- Nie, mów tutaj. Nie musimy mieć przed wszystkimi tajemnic. - powiedziała stanowczo.
- O co ci chodzi, tak na prawdę? -wypuścił powietrze z ust.
- O wczoraj. - spojrzała na niego.
- O to, że się napiłem i zapaliłem papierosa? - podniósł jedną brew do góry.
- Tak, o to. - odpowiedziała.
- I co w tym takiego złego? - spojrzał na nią dziwnie.
- Wiesz, że nie lubię tego, nie chce by mój chłopak pił czy palił. Szczególnie palił. - odrzekła.
- Jestem chłopakiem, to co mam nic nie robić, bo ty tak chcesz? - skrzywił się.
- Możesz, ale wiem, że jak raz wziąłeś to będziesz teraz tego w cholerę brał. - wkurzyła się.
- Jakoś Ines nie miała z tym problemu wczoraj z Luke'em. - spojrzał na nas.
- Nie mieszaj ich w to. - powiedziała.
- No bo masz jakiś problem... - przerwał.
- No to już nie będę mieć, bo z nami koniec. - wstała, wzięła swoje rzeczy i poszła.
- Nie rób scen. - krzyknął do niej.
 Tina nawet się nie odwróciła, po prostu szła dalej przed siebie.
Ja i Olivia wzięłyśmy swoje rzeczy i pobiegłyśmy za nią. Nie namawiałyśmy jej na powrót, poszłyśmy razem na saunę.
- Nie byłaś dla niego za ostra? - spytała Olivia.
- Nie, zasłużył sobie. - powiedziała.
- Może to było takie o i już tego nie zrobi. - mówiłam. - Nie musiałaś z nim od razu zrywać.
- Nie znacie go. - pokiwała głową.
- Może daj mu jeszcze szansę, zmieni się. - powiedziała spokojnie Olivia.
- Jak się zmieni, to zacznę o tym myśleć. Na razie mam zamiar się zrelaksować. - położyła głowę wygodnie.
Po saunie poszłyśmy do kawiarni na shake'a i tam siedziałyśmy chwilę. Później poszłyśmy do salonu gier na drugie piętro i  tam spędziłyśmy ponad godzinę. Poszłyśmy sprawdzić, czy wszyscy są jeszcze na basenie, ale w miejscu, w którym się rozkładaliśmy, leżeli już inni ludzi. Pomyślałyśmy, że pewnie już pojechali, więc też to zrobiłyśmy. Poszłyśmy na przystanek i akurat, kiedy podjechał bus, wsiadłyśmy i wróciłyśmy.
Z przystanku już szliśmy prosto do domów. Pożegnałam się z nimi i weszłam do mieszkania.  Katy siedziała z ciocią w kuchni, jedząc zupę jarzynową.
- Już w domu? - spytałam Katy, kładąc torbę przy drzwiach.
- Tak, już dawno. - wzięła łyżkę do buzi.
- Jak tam Tom? - usiadłam obok niej, a ciocia podała mi zupę.
- Średnio, ale się jakoś trzyma. - powiedziała.
- Co potem robimy? - spytałam.
- Nie wiem. - siorpała zupę. - Chyba musisz potrenować.
- Fakt, ale wątpię, że Tom będzie miał na to ochotę. - pomyślałam.
- A Luke? - spytała.
- Muszę go zapytać. - wyciągnęłam telefon i wysłałam do niego SMS-a.
Po chwili dostałam odpowiedź.
- Za godzinę u mnie w stadniny, pasuje? - odpisał.
- Pewnie. Przyjdę z Katy. - odpisałam.
Dokończyłyśmy jedzenie zupy, ciocia przyniosła nam talerz z plackami ziemniaczanymi i z sosem pieczarkowym. Pycha!
Po zjedzeniu poszłyśmy do pokoju, przebrałyśmy się i z półek z książkami, wyciągnęłyśmy  jakieś książki i zaczęłyśmy czytać. Ustawiłam budzik, aby zadzwonił mi za piętnaście i tak zrobił. Zeszłyśmy na dół, ubrałyśmy buty i poszłyśmy do stadniny.
- Zaczynamy? - spytałam.
- Tak. - podał mi ciuchy. - przebierz się.
Kiedy wróciłam, byłam gotowa do treningu. Wsiadłam na konia i razem z Katy i Luke'em zrobiliśmy sobie spacer w plenerze.
- Pierwszy raz jadę na koniu. - powiedziała Katy, trochę się stresując.
- Trzymaj się mocno, to nic ci się nie stanie. - powiedział Luke.
Chwilę pospacerowaliśmy i Katy chciała już skończyć, więc zeszła z konia i poczekała na nas przy drzewie, a my zaczęliśmy się rozgrzewać. Dzisiaj był ostry trening, by jutro dobrze wypaść. 
Po treningu wróciliśmy do domu. Luke musiał zostać do wieczora w stadninie.
- I jak? - mówiła. - Jesteś zmęczona?
- Nawet nie. - bawiłam się palcami. - Ale trochę się boję jutra. Nie ukrywam.
- Nie dziwie ci się. - powiedziała.
Kiedy wróciłyśmy do domu, położyłyśmy się na kanapie w salonie i odpoczywałyśmy. Ciocia była w gospodarstwie. Nagle do domu przyszedł tato.
- Gdzie wczoraj byłeś? - spytałam.
- Musiałem coś załatwić. - położył teczkę na komodzie.
- Chciałam cię przeprosić, że tak się źle zachowałam. - opuściłam głowę.
- Nie szkodzi. - powiedział. - To moja wina, miałaś powód, żeby się zezłościć.
- Może zamówimy sobie pizze i oglądniemy jakiś fajny film w czwórkę, co? - zaproponował.
- Ja chętnie. - krzyknęła Katy z salonu.
Kiedy był już wieczór, tato zamówił pizzę, ja i Katy zrobiłyśmy popcorn, a ciocia lemoniadę i sałatkę jarzynową. Uczta przed zawodami. Tego mi było trzeba. Tato i Katy wybierali filmy, a ja z ciocią poroznosiłyśmy rzeczy na stolik w salonie. Do drzwi zadzwonił dzwonek.
- Otworzę! - krzyknęłam, podbiegając do drzwi.
Otworzyłam je i przede mną stał dostawca pizzy. Zza czapki z daszkiem, ujrzałam jego twarz.
- Aaron?! - powiedziałam cicho stojąc nieruchomo.
Zadawałam sobie mnóstwo pytań w myślach. Czułam nienawiść do niego.
- Zamawialiście pizzę? - spytał spokojnym głosem.
- Taa... - wzięłam od niego opakowanie, dałam mu pieniądze i zamknęłam drzwi.
- Poczekaj... - przytrzymał je. - Jest u ciebie Katy?
- To nie twoja sprawa. - próbowałam je zamknąć.
- Daj mi z nią porozmawiać. - spojrzał za mnie.
- Ona nie chce z tobą rozmawiać. Idź stąd! - powiedziałam dość głośno.
- Co tak długo tam stoisz?! - zaśmiała się Katy, idąc do nas.
 Stanęła nieruchomo niedaleko za mną i wpatrywała się w niego.
- Porozmawiamy? - spytał.
- Nie mamy o czym rozmawiać. - powiedziała.
- Zmieniłem się. Nie jestem już taki jak kiedyś. Zrozumiałem co zrobiłem. - powiedział przekonująco.
- To już nie jest ważne. - powiedziała.
- Daj mi szansę, by wszystko wyjaśnić. - przekonywał ją.
- Przykro mi, już miałeś szansę, ale ją spieprzyłeś. - zamknęła przed nim drzwi.
- Wszystko dobrze? - spytałam, kładąc dłoń na jej ramieniu.
- Tak. - uśmiechnęła się, spoglądając w dół. - Chodźmy już.
Poszłyśmy do salonu. otworzyłyśmy opakowanie. wyłączyliśmy światło. włączyliśmy film, wzięliśmy do ręki po kawałku pizzy i oglądaliśmy. Ciocia dzisiaj poszalała. Wytrzymała długo, ale i tak jako pierwsza poszła spać. Za nią tato, był bardzo wyczerpany pracą. No i my, ale trochę później niż wczoraj. Spałyśmy w salonie, bo do pokoju nie chciało nam się iść. Zostawiłyśmy bałagan na stole. Popcorn był wszędzie na podłodze, kawałki z pizzy leżały na opakowaniu, szklanki były pół pełne lemoniady i talerze brudne od sałatki jarzynowej. Katy leżała skulona, a ja jak samolot, gdzie moja prawa ręka zwisała z łóżka dotykając opuszkami palców podłogi. Rano, kiedy się obudziłam bolał mnie lewy policzek, bo spałam na nim. Miałam ból głowy i było mi niedobrze z przejedzenia, ale było czysto wokół nas. Katy spała jak suseł, więc nie dało się jej obudzić. Poszłam do kuchni do cioci.
- Ty tak wszystko posprzątałaś ciociu? - spytałam, rozbudzając się.
- Tak. - zmywała naczynia.
- Przecież mogłam ci pomóc. - powiedziałam, opierając się plecami o blat.
- Spałyście, to po co miałam was budzić. - powiedziała.
- Oj ciociu, ciociu. - pocałowałam ją w policzek.
- Dzisiaj masz zawody. Przygotowana? - spytała z uśmiechem.
- Chyba tak. - zrobiłam to samo.
- Jakie zawody? - spytał tato.

środa, 10 czerwca 2015

ROZDZIAŁ XIX

- Wstawaj Katy! - potrząsałam ją.
- Co? - mówiła przez sen. - Co się dzieje?
- Wstawaj leniuchu! Jest 7:OO, a ty śpisz. - uśmiechałam się.
- To dobranoc. - powiedziała cicho.
- No rusz się! - zwaliłam ją z łóżka.
- Pali się czy co? - trzymała się za głowę, siedząc na podłodze.
- Tutaj się tak wstaje. Przyzwyczaisz się. - spojrzałam na nią z łóżka.
- Serio? - wstała.
- Serio, serio. - zaśmiałam się. - ubieraj się, bo zaraz wychodzimy.
- Gdzie? - wyciągnęła z plecaka ubrania.
- No na dwór. Cioci pomożemy w gospodarstwie, pouczę cię jak się doi krowy i takie tam. - uderzyłam ją swoim biodrem, śmiejąc się.
- To będzie długi dzień... - wypuściła powietrze z ust.
Kiedy Katy robiła poranny prysznic, zeszłam na dół i zrobiłam nam jajecznicę.
- Też możesz mi zrobić? - spytał tato, siadając na krześle przy ladzie.
Odwróciłam się i przez krótką chwilę ciszy, odpowiedziałam.
- Tak. - wydusiłam z siebie słowo.
- Nadal się gniewasz? - spytał.
- A jak myślisz? - mieszałam jajecznicę.
- Nie chciałem dla ciebie źle... - przerwał.
- Już to słyszałam. - próbowałam na niego nie patrzeć.
- Gdybyś wiedziała o wszystkim to... - znów przerwał. - To byś mnie zrozumiałam.
- No to powiedz mi o co chodzi. - wyłączyłam gaz i spojrzałam ze wściekłością na niego. - Ani ty, ani ciocia nie chcecie powiedzieć mi o co chodzi.
- Po prostu... - spojrzał na gazetę leżącą przed nim. - Jest za wcześnie.
- No to powiedz mi jak mam cię zrozumieć? - podeszłam do niego, podając mu talerz z jajecznicą. - No jak mam cię zrozumieć, jak mam ci wybaczyć? Jak mam zapomnieć o tym, skoro zabrałeś mi coś dla mnie ważnego. Nie dość, że konia to marzenie, z którym się z nim dzieliłam. Teraz nie mam nic... I co? Tak po prostu mam ci wybaczyć?
Spojrzałam na tatę i po chwili gwałtownie rzuciłam ścierkę z ramienia, o blat.
- Co się stało? - spytała Katy, natykając się na mnie w korytarzu.
- Nic. Chodź! - pociągnęłam ją za nadgarstek.
Nie mówiłam jej niczego, wolę to zostawić dla siebie.
Poszłyśmy do ogródka, założyłyśmy gumowe rękawiczki i pomagałyśmy cioci sadzić kwiaty.
- Piękna pogoda, prawda? - zaczęła ciocia.
- Prawda. - spojrzała na niebo, Katy.
- Ciociu? - spytałam.
- Tak? - odpowiedziała pytaniem.
- Wiesz co stało się z Piorunem? - załamał mi się głos przy wypowiadaniu jego imienia.
Musiałam poczekać chwilkę, aż ciocia wreszcie wydusiła z siebie słowa.
- Nie mam pojęcia, ale wiem jedno... - położyła dłoń na moim ramieniu. - Tato bardzo cię kocha i zrobił to, co uważał za słuszne.
- Widzę, że ty też jesteś po jego stronie. - wstałam i zdejmowałam gwałtownie rękawiczki z dłoni.
- Nie jestem po żadnej stronie. - wstała i spojrzała na mnie. - Musisz go zrozumieć.
- Nie zrozumiem nigdy tego co zrobił, nie zrozumiem też tego, jak możesz go bronić. - wściekła, wyszłam z ogrodu kierując się do bramy.
- Niech pani nie ma jej za złe. Pokłóciła się z tatą. - powiedziała spokojnie Katy.
- Nie mam, oczywiście, że nie mam. Rozumiem ją. - uśmiechnęła się.
- Spróbuje ją dogonić. - ściągnęła rękawiczki i pobiegła za mną. - Ines!
Katy dogoniła mnie dopiero przy domie Lu.
- Co się dzieje? - spytała.
- Nic, zostaw mnie. - odparłam.
- Co jest? - spytała Zoe wychodząc razem z Lu z domu do nas.
- Słychać was na końcu sąsiedniej wsi. - powiedziała żartobliwie Lu.
- Nic, dajcie mi wszyscy święty spokój. - pobiegłam przed siebie.
Biegłam, aż do magicznego miejsca, w którym się ukryłam. Tylko tam mogłam poczuć wolność, odprężyć się i nie myśleć o najgorszym. Mogłam jak gąsienica, ukryć się w swoim kokonie przed wszystkimi i tylko czekać na coś dobrego. Patrzyłam na wodospad, z którego spokojnym ruchem spływała woda. Jej szum mnie uspokajał. Zaczęłam nie myśleć o złych rzeczach i dałam się porwać ku fantazji. Jednak nie mogłam ciągle w nich tkwić, musiałam wrócić do rzeczywistości. Wrócić do przyjaciół... i taty. Mimo wszystko nie mogę się teraz od nich oddalać. Bardzo ich potrzebuję i nie mogę robić sobie niepotrzebnych kłopotów przed zawodami.
Wstałam, otrzepałam się z ziemi i poszłam w stronę domu. Pod moim domem, na krawężniku siedzieli już wszyscy.
- Ines?! - krzyknęła Zoe, przytulając się do mnie.
- Gdzie ty tyle byłaś? - spytała Katy?
Wszyscy wstali i patrzyli na mnie z przerażeniem i zmartwieniem.
- Musiałam zostać sama. - powiedziałam spokojnie.
- Nie było cię ponad trzy godziny. - powiedziała Mia.
- Ile?- spytałam zaskoczona.
 - No tak. - powiedział Tom.
- Mieliśmy już dzwonić na policję. - powiedziała Lu.
- Nie no może tak to jeszcze nie. - spojrzała na nią Tina.
- Nic ci nie jest? - spytał Luke, podchodząc do mnie i przytulając mnie.
- Nie. - zrobiłam to samo. - Ale muszę z kimś porozmawiać.
Spojrzałam na dom, myśleć o tacie i poszłam przed siebie, aż weszłam do środka. Przyjaciele czekali na mnie na zewnątrz. Zrobiłam głęboki wdech i poszłam do pokoju taty. Stanęłam i z momentem wycofania się, jednak zapukałam do jego drzwi. Otworzyłam delikatnie drzwi na ościesz i wyciągnęłam głowę zza drzwi by zajrzeć do środka. Pokój był pusty. Natknęłam się na ciocię.
- Szukasz taty? - spytała stojąc obok mnie.
- Ałć! - walnęłam się brodą o klamkę. - Tak. Wiesz, gdzie on jest?
- Pojechał coś załatwić na mieście. - spojrzała na mnie. - Coś ważnego?
- Nie, to tylko takie tam... no nie ważne. Jak przyjdzie to pogadam z nim. - machnęłam ręką, uśmiechnęłam się i poszłam do przyjaciół.
- I jak? - spytała Katy. - Udało ci się porozmawiać z tatą?
- Nie ma go w domu. - powiedziałam.
- Idziemy gdzieś, bo się nudzę? - powiedziała z grymasem na twarzy, Lu.
Wszyscy popatrzyli na nią wścibsko, ale jednak poszliśmy.
- Chcesz dzisiaj trening? - spytał Tom.
- Jest za bardzo wyczerpana. - powiedziała opiekuńczo Jasmine.
- Nie, spokojnie. Dam radę. - uśmiechnęłam się lekko.
- Na pewno? - spytał Luke, obejmując moje ramię.
- Tak, na pewno. - uśmiechnęłam się szerzej.
- Najlepiej teraz go zróbcie, jak macie go robić, bo potem mamy ognisko z chłopakami jeśli jeszcze pamiętacie. - wspomniała Olivia.
Mia, Katy, Zoe i Jasmine spojrzały na Lu z uśmiechem na twarzy.
- Lu tylko ubierz jakąś słodką sukieneczkę. - złapała ja za policzek Jasmine.
- Najlepiej różową z cekinami, żeby cie zobaczył twój kochaś. - zrobiła to samo Zoe.
- Bardzo śmieszne. - odtrąciła je rękami.
Kiedy dotarliśmy do domu Toma, poszłam się przebrać i jak to codziennie, wsiadaliśmy oboje na konia i zaczynając od spokojnego marszu, aż do zaawansowanego treningu, upłynęły nam dwie, a nawet więcej godzin.
- Skoro to już koniec, to spotkamy się za półtorej godziny, albo i dwie, dajmy czas naszej księżniczce... - przerwała i spojrzała na Lu, Katy. - przygotować się i spotykamy się pod domem Toma.
Przytaknęliśmy głową i poszliśmy do swoich domów.
- W co się ubierasz? - spytała Katy.
- Sama nie wiem. - przeszukiwałam szafę. - pójdę po czyste ubrania, bo tutaj świeci pustką.
Poszłam po suche i poskładane już rzeczy i przyszłam do pokoju.
Ciocia zawsze od razy po wypraniu i wysuszeniu ubrań, bierze się za prasowanie.
- O matulu! - krzyknęła Katy. - Mogę to pożyczyć?
- Pewnie, będzie ci w tym ładnie. - uśmiechnęłam się.
- Okey, to lecę się przebrać. - chwyciła ubrania i poszła do łazienki.
Po pięciu minutach przyszła już gotowa.
- I jak? - obróciła się.
- No pięknie. - biłam brawo. - Jest na co oko zawiesić.
- Oj przestań. - machnęła ręką, cała zarumieniona.
Katy ubrała crop top z nadrukiem batmana i jasne jeansy z wysokim stanem. W dodatku pożyczyła ode mnie czarne slip on.
- A ty w co się ubierzesz? - pomyślała.
- Jeszcze nie wiem. - przeszukiwałam ubrania z przyniesionej sterty.
- Może to? - zaproponowała.
- No w sumie. Czemu nie. - wzięłam od niej koszulkę.
- Ooo! Ta spódniczka będzie idealna! - otworzyła lekko buzię. - I te buty! No nieziemskie.
- Katy, my nie wybieramy się na pokaz mody, tylko na zwykłe ognisko. - zaśmiałam się.
- Ale będzie tam Luke! - puściła do mnie oczko i szturchnęła mnie łokciem.
- Uspokój się gamoniu! - lekko się zarumieniłam i poszłam do łazienki sie przebrać.
Kiedy byłam gotowa, przyszłam się pokazać Katy.
- Może być? - spytałam.
- No jesteś laska! - zaśmiała się.
- Jesteś niemożliwa, ale cię kocham. - przytuliłam ją mocno.
Ubrałam lekki sweterek ombre niebiesko-biały, schowałam go delikatnie do czarnej, rozkloszowanej spódniczki i do tego białe converse. Było idealnie!
Założyłyśmy jakieś dodatki, zrobiłyśmy lekki makijaż, tak żeby nie przesadzić i byłyśmy gotowe do wyjścia.
Przy drzwiach natknęłyśmy się na wchodzącego do mieszkania, tatę.
- Gdzie się wybieracie? - spytał tato.
- Na ognisko. - powiedziałam.
- Późno wrócisz? - spytał, kładąc teczkę na komodę w korytarzu.
- Nie wiem jeszcze. Zadzwonię. - pokazałam komórkę, trzymając ją w dłoni.
- Dobrze, miłej zabawy. - uśmiechnął się lekko i zszedł nam z drogi, byśmy mogły wyjść.
Pod domem Toma czekały już na nas, Jasmine, Mia, Olivia i Tina. Tom i Luke dopiero wychodzili z domu, a z oddali było już widać Lu i Zoe.
- Gdzie zgubiłaś księżniczkę? - spytał Tom, szukając jej.
- Przecież tu stoi. - wskazała palcem, Zoe.
- Tak, sorry nie widzę, bo Lu mi zasłania. - zaśmiał się wścibsko.
- Tom przestań! - szturchnęła go Tina.
- Nie szkodzi. - powiedziała Lu, patrząc na Toma. - Przykro mi, że twoja mama cierpi z twojego powodu.
- Niby czemu? - spytał.
- Musisz być zakałą całego gatunku męskiego, skoro nadal mamusia wybiera ci dziewczyny. - wyszczerzyła się.
- Lu! - krzyknęłam na nią.
- Sam zaczął! - powiedziała.
- Tina nie przejmuj się. - położyła rękę na jej ramieniu, Olivia.
- nie przejmuję się gówniarskimi zachowaniami. - pokiwała głową.
- Dobra już przestańcie i chodźmy wreszcie! - stanęła pomiędzy nas wszystkich Jasmine.
Lu i Tom szli na brzegach grupy, a my pomiędzy nimi, by znów nie było jakiś niepotrzebnych spięć.

wtorek, 2 czerwca 2015

ROZDZIAŁ XVIII

Z samego ranka obudziły mnie promienie słońca, przedzierające się przez szybkę okna prosto w moje oczy. Wczorajszy ból palca nadal nie zniknął, ale to jest drobiazg, bo mam nadzieję, że dzisiejszy dzień będzie wyśmienity. Zostały jeszcze cztery dni do zawodów, a ja jestem dzisiaj pełna energii, by poćwiczyć z Tomem. Wstałam, wyciągnęłam z szafki czystą bieliznę, ubrania i poszłam pod prysznic. Cała cuchnę.
Po kąpieli, przebrałam z szafy wszystkie brudne rzeczy i włożyłam do kosza na pranie. Ciocia będzie robić dzisiaj pranie, więc na jutro będą świeżę i pachnące. Ciocia używa tak ślicznie pachnącego proszku, że żadne perfumy nie przebiją tego zapachu. No może niektóre.
Za niedługo wakacje się kończą i zacznie się szkoła. Wreszcie poznam tutejszych ludzi i szkołę. Czuje, że to będzie niesamowity początek roku szkolnego.
Mam dzisiaj na prawdę dobry humor, więc nie będę go marnować w domu i pójdę do ogrodu.
- Witaj ciociu. - pocałowałam ciocią w policzek.
- Witaj kochanie. - uśmiechnęła się. - Widzę, że masz dobry dzień.
- Tak, masz rację. - odwzajemniłam uśmiech.
- Co masz zamiar dzisiaj robić? - spytała, opierając rękę na miotle.
- A sama nie wiem. - pomyślałam. - Za chwilę pewnie zadzwonię do Toma, by umówić się z nim na trening. Później pewnie grupką pójdziemy się przejść, albo coś innego, a co będzie dalej to jeszcze nie wiem.
- To miłej zabawy. - zaczęła zamiatać ziemię.
- Dziękuje. - pomachałam jej i poszłam.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon i od razu zadzwoniłam do Toma.
- Hei Tom. - zaczęłam. - Masz ochotę na trening?
- O której? - spytał.
- Może być nawet teraz. - odparłam.
- To przychodź. - rozłączył się.
Schowałam telefon do kieszeni i poszłam do domu Toma. Po drodze spotkałam Lu robiącą zakupy z mamą.
- Cześć Lu. - przywitałam się.
- O cześć Ines. - uśmiechnęła się.
- Idziesz ze mną do Toma? - spytałam.
- Mamo poradzisz sobie sama? - zwróciła się do mamy.
- Tak, jasne. Idź. - mama Lu uśmiechnęła się do nas i poszłyśmy.
Na miejscu zapukałyśmy do drzwi.
- Wejdźcie. - przepuścił nas Tom.
Była u niego Tina i czekali na resztę. Teraz jeszcze Luke i Jasmine i możemy zaczynać  trening.
- Gotowa? - spytał Tom.
- Pewnie, a ty? - wyszczerzyłam się.
- Jak nigdy. - odparł.
Poszliśmy wszyscy do stajni, oboje wzięliśmy konie, na których już wcześniej jeździliśmy i zaczęliśmy trening. Najpierw jechaliśmy wolno, by towarzyszyć w spacerze Tinie i Lu. W parku czekali na nas Luke i Jasmine. Usiedli na ławce, a ja z Tomem rozpoczęliśmy trening od porządnego galopu. Teren był ten sam co zawsze. Trzy rundki nam wystarczyły, dopiero później rozpoczęliśmy różne sztuczki, które moglibyśmy wykorzystać na zawodach. Luke pomógł nam w treningu.
Po dwóch godzinach byłam strasznie wyczerpana. Tylko Shadow miał jeszcze siły. Widać, że ten koń ma w sobie parę.
 - Cześć śliczna. - objął mnie od tyłu Luke.
- Hei. - musnęłam go w usta.
Podeszła do nas reszta.
- Wy już tak oficjalnie? - zaczęła Jasmine.
- No nie wiem, bo Luke nadal nie zapytał mnie o chodzenie. - zaśmiałam się.
- To na co ty czekasz? - wytrzeszczyła oczy, Lu.
- Na odpowiedni moment. - położył brodę na moim ramieniu.
- Ei popatrzcie. - wskazała palcem Tina.
W oddali widać było postacie, które biegły w naszą stronę. Dopiero, gdy były bliżej, mogłam je poznać. To Olivia, Zoe, Mia i Katy.
- Co wy tu robicie. - przytuliłam je wszystkie na raz.
- Jak to co? - spytała retorycznie Mia. - Do was przyjechałyśmy.
Wszyscy się przywitaliśmy i poszliśmy pod fontannę w centrum parku.
- Z jakiej to okazji przyjechałyście? - spytała Jasmine, obejmując się z Mia.
- Bardzo się za wami stęskniłyśmy. - powiedziała Zoe, przytulając mocno Lu do siebie.
- Poza tym, to masz zawody za niedługo. - powiedziała Katy. - Musimy przy tobie być w takich chwilach.
- Dziękuje wam bardzo. - przytuliłam Katy. - To wiele dla mnie znaczy.
Przytuliliśmy się wszyscy do siebie. Bardzo mi zależy na tym, by ważne dla mnie osoby, były ze mną w takich chwilach. Potrzebuje wsparcia i wielu dłoni, by trzymały za mnie kciuki. Teraz na pewno mi się uda i wygram wyścig.
- Ines? - powiedziała cicho Olivia.
- Tak? - spojrzałam na nią.
- Przepraszam. - opuściła głowę.
- Za co?- usiadłam obok niej.
- Za mojego brata. - spojrzała na mnie i na Luke. - Ciebie Luke też przepraszam. Nie wiedziałam, że zrobi wam takie świństwo. Na szczęście rodzice wysłali go do internatu i słuch po nim zaginął.
- Nie odzywał się? - spytała Tina.
- Nie. - spojrzała na nią. - Nawet dobrze, bo nie chce go widzieć. Zranił ważne dla mnie osoby.
- Nic nie możesz poradzić. To twój brat, a rodziny się nie wybiera. - powiedziała Jasmine.
- Tak, ale zranił Katy i zniszczył uczucie między Ines, a Luke'em. - spojrzała na mnie.
- Ja ci już mówiłam, że ty nie masz za co mnie przepraszać, bo nie masz za co. To nie ty mnie zraniłaś, a jakbyś wiedziała co planuje Aaron, nigdy byś nie pozwoliła, by mi czy Ines się coś stało. - uśmiechnęła się Katy.
- A w sumie to on nie zniszczył naszej miłości. - powiedział Luke.
- Nadal ona jest. - Luke chwycił moją dłoń i splótł palce.
- Ciesze się z waszego szczęścia. - przytuliła nas mocno Olivia.
- Może przestańmy gadać o przeszłości i zajmijmy się tym co jest teraz. - zaproponował  Tom.
- No właśnie. Co wy macie w tych plecakach? - spytała z uśmiechem Tina.
- No właśnie, mamy takie pytanie. - podrapała się w tył głowy, Zoe.
- Mogłybyśmy przenocować trzy dni u kogoś z was? - uśmiechnęły się wszystkie.
- Bo nie opłacałoby nam się jeździć tu co chwilę, a za trzy dni twoje zawody i akurat... - przerwała Mia.
- Jeśli to nie problem oczywiście. - dodała Katy.
- Pewnie, że nie. - spojrzałam na wszystkich.
- Ja przygarnę Mię. - pociągnęła ją do siebie Jasmine.
- Haha. - zaśmiała się Mia.
- Ja biorę Zoe. - objęła jej ramię, Lu.
- Olivia, od początku chciałam cię lepiej poznać, ale nie było kiedy. - odezwała się Tina. - Możesz przenocować u mnie.
- Na prawdę? - uśmiechnęła się szeroko.
- Jasne. Jeśli chcesz. - rozłożyła ręce Tina.
- Jasne, że chce. - od razu rzuciła się na nią Olivia. - Też chcę cię bardzo poznać.
- No i znowu na siebie wpadamy. - pokręciłam głową.
- No widzisz, co za pech. - zasyczała Katy.
 Zaśmiałyśmy się i poszliśmy wszyscy pod szkołę.
Mają tam boisko, więc postanowiliśmy zagrać w siatkę. Kantorek był otwarty, więc można były spokojnie brać stamtąd piłki.  Podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja, Tom, Olivia, Lu i Mia na drużynę Katy, Luke'e, Zoe, Jasmine i Tina.
Przez cały mecz słońce świeciło mojej drużynie w oczy, dlatego wygrała tamta drużyna, ale postanowiliśmy się zemścić. Odłożyliśmy piłkę do siatki i wzięliśmy piłkę do nogi. Weszliśmy na murawę i w tych samych składach mieliśmy zamiar im dokopać. Na bramce stanęła Mia. Mimo że tego, że była delikatna to na prawdę, umiała dobrze bronić.  Na zawodach jeszcze żadnej bramki nie przepuściła, a na wf, to musieliśmy grać tylko w nożną, bo zawsze musiała uprosić trenera o grę. Mia jest na prawdę bardzo przekonującą osobą.
- Dobra dzieci! Zaczynacie. - poturlał nam piłkę Luke.
- Jakie dzieci?! - krzyknęłam z uśmiechem.
- Mówiłem do nich. - podszedł do mnie. - Ty jesteś księżniczką.
- Ei Romeo?! - zawołała z bramki Tina. - Zostaw Julkę i chodź już grać.
Pocałował mnie z policzek i pobiegł na swoją połowę. Zaczęliśmy grę.
 Początkowo wygrywała tamta drużyna.
- Tom no strzelaj porządnie! - krzyknęła Lu, biegnąc w stronę bramki przeciwników.
- Nie chce za mocno. - spojrzał na Tinę.
- Ou. - powiedziały jednocześnie Tina i Katy.
- Nie no, tak nie może być. - podeszła do piłki Lu. - odsuń się.
Ciągle piłkę przejmowała Lu, ponieważ Tom bał się, że zbyt mocno może strzelić i zranić Tinę. Tom był w drużynie piłkarskiej. W sumie nadal jest, razem z Luke'em. Grać w piłkarzami to nie lada wyzwanie, ale dziewczyny wcale nie muszą być gorsze.
Tą grę wygraliśmy my. Dzięki Lu i jej celnym strzałom, mięliśmy 4:0, a Mia jak zawsze nie zawodna.
- Gracie z nami w kosza? - spytał Luke.
- Nie, ja już padam. - położyła się na ławce Zoe.
 Usiadłyśmy na ławkach i patrzyłyśmy na grę chłopaków. Po paru minutach dołączyła sie do nich grupka chłopaków. Byli mniej więcej w naszym wieku. Może niektórych rok, dwa lata starsi.
- Znacie ich? - spytała Mia.
- Ja nie. - pokiwałam głową.
- Są w starszych klasach. - powiedziała Tina.
- Niektórych to koszykarze, pływacy, a widzicie tamtych trzech? - pokazała palcem Jasmine.
- Jeden ma niebieskie spodenki, drugi żółte, a ten trzeci ma takie neonowe buty? - próbowałyśmy ich dostrzec, prócz Lu.
- Tak. - powiedziała Jasmine. - Oni chodzą razem z Luke'em i Tomem na treningi.
- Ładni. - gwałtownie podniosła się Zoe.
- Są ładniejsi. - prychnęła Lu.
- Ten w żółtych spodenkach na ciebie ciągle zerka. - powiedziałam z lekkim śmiechem.
- I co z tego. - nadal się nie odwracała w ich stronę.
- I to, że powinnaś do niego zagadać. - dodała Olivia.
- Kiedyś kręcili ze sobą. - powiedziała Jasmine, gryząc się w wargę.
- Nie kręciliśmy, tylko on się przyczepił, to nie chciałam być nie grzeczna. - próbowała się usprawiedliwić.
- Jasne, jasne. ''I te jego piękne, duże, zielone oczy'' - wspominały Tina i Jasmine, opierając się o swoje głowy.
- Przestańcie. - spojrzała na nie wściekle.
Zaśmiałyśmy się, a Lu ze wściekłością, nie odezwała się do nas.
- Hellow Ladies! - powiedział chłopak w żółtych spodenkach, siadając obok Lu.
- Cześć. - przywitaliśmy się.
Luke usiadł obok, obejmując mnie mocno, Tom usiadł obok Tiny i zrobił to samo co Luke, a reszta rozproszyła się pomiędzy resztę dziewczyn. Czułam między nimi jakieś malutkie iskry, ale nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca, jak to mówią.
Pogadaliśmy chwilę, pośmialiśmy się i dzięki temu zorganizowaliśmy ognisko na jutrzejszy dzień.
Po dwóch godzinach, rozeszliśmy się i poszliśmy na obiad.
- Ciociu? - kazałam zostać przy drzwiach Katy.
- Tak? - nalała mi zupy do miski.
- Przyjechała do mnie Katy, mogłaby zostać na trzy dni u nas? - uśmiechnęłam się.
- A gdzie masz koleżankę? - rozejrzała się.
- Tutaj. - powiedziała, wychodząc z ukrycia. - Dzień dobry.
- Dzień dobry. - uśmiechnęła się ciocia. - Czyli mam drugą duszę do nakarmienia.
 Usiadłyśmy na krzesłach i zajadałyśmy zupę pomidorową.
- Co do nocowania, to zostań ile będziesz chciała. Dla mnie to żaden problem. - uśmiechnęła się ciocia.
- Bardzo dziękuje. - powiedziała Katy z pełną buzią.
- Smacznego. - puściła nam oczko i wyszła.
Po obiedzie poszłyśmy grać na konsoli. Zagrałyśmy w ''The Sims 3''. Nasza wspólna, ulubiona gra. Siedziałyśmy chwilę, a później przyszli po nas przyjaciele. Chcieli iść do kina, więc wzięłam ze świnki skarbonki jakieś oszczędności i poszliśmy.
W kinie, daliśmy pieniądze Luke'owi i Tomowi, którzy poszli kupić nam bilety. Zoe i Luiza zażyczyły sobie komedię, dla mnie super. Luke przez większość filmu mnie zaczepiał. Nie byłam w ogóle w temacie. Nie dał mi się skupić. Dopiero po filmie musiałam wszystkich wypytywać co się działo. Słońce powoli zachodziło, ale mój uśmiech nadal nie schodził z twarzy.
Lu i Zoe bardzo chciały iść na lody, więc poszliśmy. Pamiętam jak Zoe zawsze nudziła, że trzeba było jej ustąpić. Lu była taka sama. Jedną jeszcze dało się przeboleć, ale jak dwie się dobiorą to jest nie do wytrzymania. Mimo to kocham je najmocniej na świecie. Z resztą jak wszystkich tutaj.
Kupiliśmy lody i poszliśmy się przejść. Musieliśmy po drodze wstąpić do sklepu po chusteczki, bo Olivia jak zawsze musiała się czymś wypaprać.
- Ty to masz pecha. - pokiwała głową Tina. - Jak nie buraki, to lód.
- No wiem. - zaśmiała się.
Chwilę później zaczęło kropić. Schowaliśmy się w środku teatru, bo nagle zaczęło mocniej padać.
- Ale się rozlało. - powiedziała Jasmine, spoglądając przez szklane, wejściowe drzwi.
- Musimy tu przeczekać. - powiedziała Katy.
Usłyszeliśmy muzyczkę, gdzieś w dalszej części teatru. Poszliśmy to sprawdzić.
- Zapomniałam, że dzisiaj jest dzień otwarty. - uderzyła się lekko w czoło, Lu.
- Co to takiego? - spytałam.
- Co roku, przez jeden tydzień teatr, kino, muzeum itd. robią dni otwarte dla turystów. - powiedziała Jasmine.
- To tutaj ktoś przyjeżdża? - rozejrzała się Mia.
- Ktoś się znajdzie. - uśmiechnęła się Lu.
- I ci takiego robią na tych dniach otwartych? - spytałam.
- Różne zabawy, przedstawienia, występy magików, barmanów itd. - odparła Tina.
- Przyjeżdżają do nas najlepsi zawodowcy i robią te takie różne tam. - pomachał rękami Tom.
- A okey, rozumiem. - zaśmiałam się.