-
Nie jest istotne kto, po prostu trzymaj się od niego z daleka. - odparł
tato z tonem przepełnionym komendą. Chyba go wyprowadziłam z równowagi
tym pytaniem.
Trzy godzinne nauki jazdy, dają w kość. Musiałam
siedzieć prosto, chociaż mam problemy z kręgosłupem i nie jest to takie
banalne, mimo to nie przestawałam. Ani razu nie prosiłam by zejść.
Spodobała mi się ta cała... jazda konna.
- To kiedy następny trening? - pytam z uśmiechem, siadając od razu po przyjściu do domu na krześle barowym.
- Widzę, że ci się spodobało.
- Nie było najgorzej. - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. - Są tu
jakieś dzieci w moim wieku z którymi mogłabym się poznać?
- Tu niedaleko mieszka rok młodsza od ciebie dziewczynka. - pokazała
głową kierunek.
- A reszta? - spojrzałam na okno, a potem znów na ciocię.
- W sąsiedniej wsi mieszka dużo dzieci, ale na piechotę to kawał drogi.
-
Szkoda. - wzruszyłam ramionami i spojrzałam na kubek herbaty, który
trzymam w dłoniach. Przez chwilę milczę, nie myślę o niczym, tylko
nawadniam mój organizm. Nagle podrywam się z krzesła i wybiegam z domu
za nim ciocia cokolwiek powie. Wpadam na pewien pomysł, ale nie jestem
pewna czy wypali. Kieruję się do tej dziewczynki, o której mówiła
ciocia. Wspomniała coś o żółtym domu. Widzę tylko jeden w odległości
może siedmiu metrów od domu cioci. Wchodzę przez bramkę na posesję i
wbiegam po schodach na werandę, pukając mocno do drzwi. Na razie nikt
nie otwiera. Próbuje jeszcze raz, ale głucha cisza. Chwilę tak
odczekuje, ale domyślam się, że nikogo nie ma w środku, więc trochę
zdeterminowana wracam do domu. Nagle ktoś zatrzymuje mnie, ściskając
mocno ramię.
- Hej! Zauważyłam, że pukałaś do moich drzwi. - zaczyna mówić. - Jestem Luiza,
ale mów na mnie Lu.
- Cześć! - odparłam z entuzjazmem, potrząsając jej dłoń. - Ja jestem Ines.
- Miło mi cię poznać Ines. Nigdy wcześniej cię tu nie widziałam.
-
Tak, ponieważ dopiero się tu wprowadziłam. - potrząsam delikatnie
głową, uśmiechając się przy tym. Zawsze tak robię, kiedy próbuje coś
wytłumaczyć. - Ciocia mówiła, że tutaj mieszkasz, dlatego postanowiłam
się zapoznać. Reszta chyba mieszka w sąsiedniej wsi, prawda?
- Tak, to prawda, ale znam parę osób z tamtej części. Możemy tam pójść jeśli chcesz.
- Podobno to daleko.
- Troszkę, ale oni mieszkają na samym początku, także nie zmęczysz się miastowa. - szturchnęła mnie łokciem z żebro.
- Aż tak widać, że jestem z miasta?
- Nie, wcale. - śmieje się cynicznie. - Tylko następnym razem nie używaj takich drogich perfum.
Przytakuję głową.
- Muszę tylko zapytać taty, czy mogę iść. - wskazuje jej kciukiem zza moje plecy dom cioci.
Skina głową i powoli kierujemy się do niej.
- Ciociu, poznaj Luize.
- Dzień dobry. - przywitała się Lu, a ciocia odpowiedziała jej pogodnym uśmiechem.
- Wiesz kiedy będzie tato?
- Jest na farmie, zaraz powinien wrócić. - podała nam ciastka na stół.
Czekamy chwilę w salonie, podjadając z talerza ciastka. Ktoś wchodzi do domu. Podnoszę się z fotela i wchodzę do przedpokoju.
- Tato, mogłabym wyjść na dłuższą chwilę? - spytałam.
- Tak, ale nie oddalaj się zbytnio.
- Jasne. - uśmiecham się i unoszę na paluszkach, dając mu ciepły całus w policzek.
Wychodzimy z domu i powoli idziemy po drewnianej ścieżce. Z oddali słychać prychanie koni, co przykuło uwagę Lu.
- Umiesz jeździć?
- Nie do końca.
- Co to znaczy? - mruży oczy przez oślepiające ją słońce.
- Dzisiaj był mój pierwszy raz. Ale nie rozumiem, dlaczego pytasz?
- Może pojedziemy do nich konno? - zaproponowała dość przekonująco.
- Nie jestem pewna. - pokiwałam sprzecznie głową. - Mogłoby się coś stać, a wolałabym, żeby tato o tym nie wiedział.
- Nie dowie się. No chodź!
Spojrzałam
na nią, a następnie na dom i dałam się przekonać, co było pod szybkim
impulsem. Wiem, że mogę tego żałować, ale nie chce wypaść przed nowymi
znajomymi na miastową sztywniarę.
Szybko biegniemy do zagrody i
pierwsza Lu wyprowadza jednego z koni. Biegnę do tego, na którym dzisiaj
jeździłam, ale zatrzymuje wzrok na samotnym koniu za zagrodą. Spogląda
na mnie, po czym spuszcza wzrok. Stoi spokojnie, co bardzo mnie dziwi.
Ciocia mówiła, że jest dziki, chociaż przypuszczam, że mnie okłamała. Co
jest z nim takiego nie tak, że nie mogę się do niego nawet zbliżyć?
Jednakże bardzo mnie korci, by to zrobić. Nie wiem czy to ten napływ
energii mnie tak rozpiera, czy może to, że coś jest w nim takiego, co
bardzo mnie do niego ciągnie.
- Idziesz?! - krzyczy Lu, bym się pospieszyła.
Skinąwszy
głową, wyprowadzam konia zza grody i dosiadam go umiejętnie. Wyjeżdżamy
zza bramy gospodarstwa i jedziemy szybciej niż się dzisiaj uczyłam, co
bardzo mnie stresuje. Trzymam się mocno grzywy konia, chociaż nie na
tyle, by zrobić mu krzywdę. Czuję, że zaraz spadnę i coś sobie złamię,
ale próbuje o tym nie myśleć. Spoglądam na Lu, która aż krzyczy z
radości.
Minęło piętnaście minut. Lu powoli zatrzymuje konia, więc
robię to samo i schodzimy z nich, zostawiając je swobodnie na poboczu.
- Myślisz, że zastaniemy ich w domach?
- Nie mam pojęcia. - wzrusza bezsilnie ramionami, a jej słowa są jakby obojętne. - Dzisiaj niedziela, może poszli do Kościoła.
- Może. - mówię pod nosem.
Zostaję
przed bramką, a Lu podchodzi do drzwi i wali pięścią jak młot. Zagląda
przez okna i znów puka. Zaczynam tupać nogą, a ręce mam skrzyżowane
na piersiach. Rozglądam się wokoło, po czym widzę Lu idącą do mnie.
- I jak?
- Nie ma nikogo.
- W ogóle tu jakoś pusto. - przeszły mnie ciarki. Jest taka cisza, jakby ktoś umierał.
- Hmm... - językiem grzebie w zębach i szturcha mnie po chwili. - Chodź, wracamy. Spotkamy się na festynie.
Marszczę czoło i podchodzimy do koni, znów wspinając się na nie.
- Jaki festyn?
- A bo ty nic nie wiesz. - zarechotała. - Dzisiaj jest święto w sąsiedniej wsi.
- Jeszcze jakaś inna? - pomyślałam z lekka się krzywiąc.
Przytakuje
głową z uśmieszkiem, który raczej ma odpowiadać mojemu poziomowi wiedzy
jaki osiągnęłam. Może faktycznie nie jestem dobra z geografii, ale
tutaj jest wieś za wsią. Koszmar.
- Ładnie wyglądasz. - weszła ciocia do pokoju.
- Tak, tylko...
- Wiem, że jedziesz na festyn. - przerywa mi w pół zdaniu i siada obok mnie na krześle.
- Myślisz, że tato pozwoli mi iść?
- Spróbuje go przekonać. - głaszczę mnie po głowie delikatnym ruchem.
- Dziękuje ciociu. - tulę ją bardzo mocno, po czym trochę puszczam, bo swoją siłą mogę zabić.
- Tylko nie wracaj zbyt późno.
Zaciskam powieki na znak, że zrozumiałam jej słowa. Wzrokiem wracam do lusterka i z góry do dołu przeczesuje już proste włosy.
- Jeszcze jedno. - mówi przed przekroczeniem progu pokoju. - Następnym razem zakładaj siodło na konia. Amortyzuje pośladki.
I wychodzi zanim cokolwiek przyjdzie mi na myśl.
Poprawiam
jeszcze makijaż, którego i tak nie da się już ulepszyć i schodzę na
dół, ubrana w powiewną białą sukienkę. Po drodze, schodząc ze schodów
zakładam jeszcze kolczyki na uszy i natykam się na tatę, który rozmawia z
ciocią. Stop, prostuj! To ciocia rozmawia z tatą.
Bądź co bądź
ubieram buty, nie odrywając z nim kontaktu wzrokowego. Nie złości się,
ale nie jest też podekscytowany. Ciocia chyba neutralnie go do tego
nastawiła.
Zakładam jeszcze sandałki i wychodzę po cichu, jakbym się
skradała. Stoję plecami do zamkniętych drzwi i oddycham miarowo z
zamkniętymi oczami. Następnie otwieram i zauważam Lu, która stoi za
bramką. Macham do niej i podchodzę, ale z każdym moim ruchem, ona idzie przed siebie.
- Gdzie idziemy? - pytam zaskoczona. - To nie w tamtą stronę?
-
Jeśli chcesz iść ponad godzinę piechotą proszę bardzo, ale nie jestem
przekonana, żebyś w tych butach doszła chociaż do połowy.
Milknę, bo
poczułam się urażona. Może ubieram się za bardzo... miastowo. Może
powinnam zacząć ubierać się w te kombinezony, krótkie szorty, w słomiane
kapelusze i jeszcze pogryzać słomę w ustach. Sama nie wierzę w co
mówię.
Stoimy na przystanku. Lu sprawdza, o której mamy busa.
Grzebię w torebce, wyszukując jakieś drobne, by kupić bilet. Udaje mi
się wygrzebać dwa dolary. Powinno starczyć.
- Za dziesięć minut. - spoglądam na Lu i zastanawiam się o co chodzi, po czym uświadamiam sobie, że chodzi je o busa.
Siadamy
na ławeczce i nastaję głucha cisza. Rozglądam się raz w jedną raz w
drugą stronę i wiercę się jakbym miała robaki w tyłku. Tymczasem Luiza
jakby zastygła.
- O nasz bus. - nagle podrywa się i oznajmia, kierując palec wskazujący w stronę jadącego pojazdu.
Wchodzę
tuż za nią. Dziwię się, dlaczego nie kupuje biletu u kierowcy. Staję
obok niego i daję mu drobne mówiąc, że chce bilet ulgowy. Słysze cisze
śmiechy ludzi z autobusu, ale nie jestem tym poruszona. Facet wyciąga
rękę, by zabrać pieniądze, ale Lu łapie mnie pod ramię i pociąga do
siebie na siedzenie.
- To jest bezpłatny bus. - szepczę mi do ucha.
Spoglądam na ludzi, którzy nadal śmieją się cicho jak hieny i czuję jak policzki rozgrzewają mi się z czerwoności.
Chwilę później jesteśmy na miejscu. Jechałyśmy zaledwie pół godziny, więc to o wiele lepsze, niż męczenie stóp w tych butach.
- Ahh... - Lu obraca się na pięcie, z rękami rozłożonymi jak kapłan do
wiernych w geście pozdrowienia. - Czujesz zapach kukurydzy z masłem?
Poruszam nosem jak niuchający pies, ale kręcę sprzecznie głową, bo nic nie czuję. Wzrusza ramionami i ciągnie mnie za sobą.
Mijamy
stoiska z ciastami, losami, corn dogami, aż Lu zaczyna krzyczeć tak
głośno, że zagłusza mężczyznę mówiącego do mikrofonu. Widzę jak
biegnie do kogoś i rzuca się na szyję jakieś dziewczynie. Podchodzę do
nich wolnym, niepewnym ruchem. Na razie nie zwracają na mnie uwagi,
nawet Luiza zapomniała, że przyszłam z nią tutaj.
- Chodź Ines. Poznam Cię z resztą. - woła, machając do mnie dłonią.
-
To jest Ines. - dłonią robi ściankę, bym nie usłyszała co teraz chce do
nich powiedzieć. - Jest miastowa, ale jest w porządku.
Następnie wymienia imiona znajomych. Poznałam Jasmine, która jest w moim
wieku a Tina i Tom są o rok młodsi, czyli w wieku Luizy.
Mijają
minuty. Z początku ciężko mi było złapać z nimi kontakt. Byliśmy wszyscy
dość małomówni, prócz Lu. Jej usta chyba nigdy się nie zamykają ale to
dobrze. Przynajmniej nie było takiej smętnej atmosfery.
Zatrzymaliśmy
się na grach rekreacyjnych.
- O widzę Luke'a! - krzyczy Lu, wyciągając rękę przed siebie.
W
szepcie Tina upomina ją, że nie ładnie pokazywać na kogoś palcem, a
Jasmine i Tom mówią coś do siebie odnośnie tego chłopaka, o którym
wspomniała Luiza.
Wszyscy idą go dopingować, bo bierze udział w jakiś
zawodach, które widzę pierwszy raz na oczy, więc idę usiąść na sianie,
bo chyba na wsi nie stać ich na większa ilość ławek. Ciągle poprawiam
sukienkę pod tyłek, bo siano wbija się w miejsca, gdzie nie powinien.
Zakładam nogę na nogę i opieram brodę na dłoni, a z nudów chyba zaraz
zasnę.
Słyszę z tamtej strony wiwaty i mnóstwo ludzi,
którzy przechodzą obok mnie, nie zwracając na mnie nawet najmniejszego
uwagi. Po chwili zauważam Toma, który obejmuje w karku chłopaka o
brązowych włosach. Jego błękitne jak ocean oczy, przykuwają moją uwagę.
Jest wysportowany, co bardzo mnie onieśmiela. Jest zupełnym
przeciwieństwem mnie. Jestem blondynką, niską, mam zielone oczy, dość
takie jaskrawe, ale co do sportu... mój wujek był lekarzem, więc
załatwiał mi zwolnienia na wf.
- Poznaj Luke'a. - przedstawia nas sobie Lu. - Jest kapitanem drużyny piłkarskiej w naszej szkole.
Uśmiecham
się i nie okazuję zainteresowania jego osoby, chociaż to czysta
nieprawda. Ma typ urody, w którym gustuje, ale pewnie każdej dziewczynie
się podoba.
- Jestem Luke. - wystawia przed siebie dłoń z nieskazitelnie białym uśmiechem.
O matko moja, zachowaj spokój Ines. - mówi głos rozumu, a serce pierwszy raz go popiera.
- Mam na imię Ines. - odchrząkuje. - Jestem Ines.
Dzięki Mia, twoja formalność mi się udziela.
Atrakcji
jest na tyle, że każdy chce czegoś innego. Każdy z nich się rozdziela, a
ja idę do ubikacji, bo wypiłam za dużo kawy, która na prawdę była
dobra. Stoję w kolejce i piszę SMS-y z Katy. Ktoś krzyczy do mnie, żebym
się ruszyła. Stoję dokładnie przed toi toiem. Idę niechętnie w jego
kierunku, bo nienawidzę toalet publicznych. Są brudne, śmierdzą i są tak
strasznie niehigieniczne, ale gdyby mój pęcherz był większy, nie
musiałabym z niego korzystać.
Kiedy wracam do znajomych, wszyscy
nagle chwalą się trofeami. Tom zajął
pierwsze miejsce w jedzeniu ciasta z malinami. Nadal jest brudny w
kącikach ust, ale chyba nikt nie chce mu o tym powiedzieć. Tina zgarnęła
nazwę ''Królowa byków''. Dlaczego mnie to bawi?
Jasmine poszła na
konkurencje z jabłkami w karmelu. Zjadłabym i to bardzo, ale czternaście
to gruba przesada. Ja razem z Luizą poszłyśmy na wspinaczkę. Trochę
mnie do tego zmusiła, ale też po części sama chciałam. Kiedyś byłam w tym
niezła, ciekawe czy jeszcze coś z tego będzie.
Mężczyźni zakładają
nam linki asekuracyjne i chwilę czekamy, aż pozwolą nam wchodzić.
Wspinamy się powoli, chociaż ja z szybszym nieco tempem. Trochę dla
przypodobania się, ale tez trochę przez to, że zawsze lubiłam wygrywać.
Jestem
już na końcu, i uderzam sznurkiem ścianki dzwonka. Teraz pozostaję
tylko zejść, chociaż łatwiej się wchodzi, niż schodzi. Na razie jest
dobrze. Kładę nogę na jednym kamieniu, później na drugim i jestem już w
połowie. Słysze jak coś w zabezpieczeniach zaczyna strzelać, już od
momentu kiedy wchodziłam. A moje przeczucia, zazwyczaj się realizują.
Schodzę niżej, już tak trochę wystraszona, chociaż tego nie pokazuje.
Jesteś silna Ines, dasz radę. - powtarzam sobie w duchu.
- Nie jest
wysoko, nie tchórz, dasz radę. - mruczę pod nosem. - Zamknij oczy i
będzie dobrze... Chociaż może lepiej nie zamykaj.
No i co? Nie zamknęłam, a noga sama się podwinęła. Nie trafiłam. Ale jesteś głupia Ines!
- Luke! - krzyknęła Luiza.
Ktoś
łapie mnie tuż przed bolesnym upadkiem. Nie otwieram oczu, chociaż
wiem, że to Luke. Matko! dlaczego on? Czuje jak cała się czerwienię.
- Nie musisz się już bać. - słyszę jego głos, który mówi z lekkim chichotem. - Możesz otworzyć oczy.
Robię
to i widzę jak ludzie na nas patrzą. Luke spuszcza mnie na ziemię, a
mężczyźni, którzy wcześniej obwiązywali mnie linkami pytają o to samo,
kiedy ściągają ze mnie zabezpieczenia. Przytakuje im głową, chociaż
serce wali mi z całej siły. Spoglądam na Luke'a, który podaje mi dłoń,
żebym zeszła po schodach.
- Dziękuje. - uśmiecham się najładniej jak
potrafię, ale po momencie uświadamiam sobie, że muszę wyglądać jak ktoś kto
suszy zęby suszarką.
- Nie masz za co. Ważne, że nic ci nie jest. Mogło, źle to się skończyć.
Spuszczam
głowę na dół i widzę rozwalonego buta. Ściągam je z nóg i czuję miękką
trawę pod sobą. Jest delikatna jest wełna owcy, co sprawia, że mam
ochotę biegać po niej i rozpływać się jak czekolada na ogniu.
Po
chwili podbiega do nas reszta. Wszyscy próbują się przekszyczeć, pytając
czy wszystko ze mną dobrze. Tylko im przytakuję, bo czuję się zbyt
zażenowana tą sytuacją.
Po kilku godzinach wracamy do domu. Jest ciemno, a tato pewnie wyrywa sobie włosy z głowy ze wściekłości.
- Chodźcie, odwiozę was. - odzywa się Luke, zapraszając do samochodu.
- Jest nas za dużo. - mówi Tina, patrząc na każdego z nas.
- To usiądziesz na kolanach Tom'a. - odzywa się Lu i wsiada na miejsce obok kierowcy.
Jasmine
wzrusza ramionami i wsiada razem ze mną na tyły. Czekamy jeszcze na
Tinę, która z niechęcią siada na kolanach Toma. Od początku wydawało mi
się, że albo coś było kiedyś między nimi, albo po prostu nie przepadają
za sobą. Chociaż sądzę, że to pierwsze jest bardziej wiarygodniejsze.
Jesteśmy
pod domem, do którego z Lu pojechałyśmy po południu. Jest to dom
Jasmine, która wychodzi z samochodu, w raz z Tiną i Tomem. Żegnamy się z
nimi i jedziemy ostrożnie pod dom Lu.
- Gdzie mieszkasz? - zwraca się do mnie Luke, patrząc na mnie z lusterka.
- Obok Lu. Dokładnie kawałeczek od niej.
Zatrzymujemy
się. Razem z Luizą wychodzimy z samochodu, a za nami Luke. Zastanawiam się
po co, ale idzie obok nas, kiedy odprowadzamy koleżankę. Żegnam się z nią
uściskiem, a później robi to samo z Luke'em i wchodzi do domu. Schodzę z
werandy jako pierwsza i trzymając buty w dłoni wychodzę z posesji.
Luke dogania mnie po chwili i idzie ze mną w ciszy, której żadne z nas
nie ma zamiaru przerwać.
- Jesteś rok starszy od Jasmine, prawda? - odzywam się, nie spoglądając na niego.
- Tak, a ty ile masz lat?
- Kobiet o wiek się nie pyta. - uśmiecham się do niego, ale lekko nie poruszając bardzo kącików ust. - Ale możesz zgadywać.
-
Dziewiętnaście? - wyprzedza mnie i idzie tyłem, patrząc na mnie i
uśmiechając się tak, że ciągle i coraz bardziej się rumienie.
- Aż tak staro wyglądam - zachichotałam jak małe dziecko.
- To nie wiem. - unosi ręce w geście kapitulacji. - Poddaję się.
- Szesnaście.
-
Szesnaście? - zatrzymuje mnie i przygląda mi się uważnie. Musi trochę
się schylić, żeby zobaczyć w pełni moją twarz. - Nie wyglądasz.
Nasze
wzroki spotykają się i chociaż dziwnie to wygląda jak na pierwsze
spotkanie, to co raz głębiej przypatruje się mu. Jest w jego oczach coś
takiego, co bardzo mnie pasjonuje. Nagle przerywa tą chwile, jego ciepły
głos, a miętowy oddech tłumi mi myśli.
- Mam nadzieje, że jeszcze się spotkamy. - przygląda mi się tak, jak jeszcze nikt inny.
- Też mam taką nadzieje.
Wchodzę do domu. Z uśmiechem na twarzy kładę buty na dywanik i
wchodzę do domu, czując zapach parówek. Ciocia wychodzi zza ściany,
wycierając dłonie w szmatę i uśmiecha się nie pytając o nic.
- Jest tato? - pytam, siadając na krześle.
- Pojechał do warsztatu.
- W niedziele? - dziwie się i spoglądam na zegarek w komórce.
Ciocia wzrusza ramionami i podaje mi parówki na blat.
Wchodzę
do pokoju. Zabieram rzeczy do kąpieli i biorę długą, przyjemną kąpiel.
Stopy wychodzą mi za wanny, a w uszach gra mi przyjemna muzyka. Zamykam
oczy i odprężam się myśląc o dzisiejszym dniu. O nim. Mogę to powiedzieć,
bo jestem tu sama. Myślę o nim, bo on najbardziej utknął w mojej
pamięci. Wydaje się być inny, co bardzo mnie intryguje. I jego oczy,
które skrywają tyle tajemnic. Chciałabym być pierwszą, która je
wszystkie odgadnie, ale pewnie nie jestem jedyną, która tego pragnie. Aż
serce mnie kłuje na myśl, że jesteśmy z zupełnie innych światów.
Jak zwykle świetne! Czekam na olejny rozdział <3 <3
OdpowiedzUsuńSuper ! Uwielbiam czytać te rozdziały , chodź dopiero jest 3. Czekam na kolejny <3
OdpowiedzUsuńBardzo fajny rozdział czekam na kolejny <3
OdpowiedzUsuńMega :D
OdpowiedzUsuń