Znów obudził mnie ten wstrętny kogut. Mam już dość
tego drobiu, ale ani on ani nikt i nic nie zepsuje mi tego dnia. Z
uśmiechem schodzę na dół i na rozpoczęcie tego pięknego, słonecznego poranka parzę sobie kawę z mlekiem. Krowie mleko jednak nie jest takie
złe. Piję łyk za łykiem, chrupiąc cynamonowe ciasteczka cioci. Od samiusieńkiego rana krąży mi po głowie pomysł, aby zadzwonić do Katy. Nie zwracam jednak uwagi na godzinę, chociaż Katy to straszny śpioch i nie jestem pewna, czy odbierze. Wystukuje numer i przykładam telefon do ucha, czekając na sygnał.
- Cześć Katy! - zaczynam rozmowę.
- Ines? - spytała cicho z niedospania. - Co tak wcześnie?
- Wcześnie? Jest 08:00.
- No właśnie.
- No nie ważne. Co tam u was?
- Dobrze. Trochę smutno bez ciebie, ale dajemy rade. - odparła, a z głosu wnioskuję, że się rozciąga. - A u
ciebie?
- Świetnie! Wczoraj tyle się działo. - kręcę palcem kosmyk włosów i uśmiecham się do siebie.
Opowiadam Katy o wczorajszym dniu już przeszło piętnaście minut. Co chwilę wchodzi mi w zdanie, ale obie jesteśmy tak podekscytowane, że w ogóle mi to nie przeszkadza.
- Muszę już kończyć, bo chyba wstał tato. - spojrzałam na schody i mówię nieco szeptem.
- Okey. Do następnego!
- I jak po wczorajszym? - pyta z zaskoczenia ciocia zmęczonym głosem, dźwigając dwa
pełne wiadra mleka.
- Było super. - odparłam z entuzjazmem i wstaję by pomóc cioci.
- To dobrze. - wlewa mleko z wiadra do butelek. - A ten chłopiec? Kto to jest?
- Jaki chłopiec?
- Ten, który cię wczoraj odprowadził.
Krztuszę się ciastkiem, więc szybko biorę filiżankę do ręki i popijam je kawą.
- To kolega spokojnie. - prostuję myśli cioci. - Ma na imię Luke.
- Kto to Luke? - pyta stanowczo tato, po czym podchodzi do mnie i całuje mnie w głowę.
- O wstałeś. Jak w pracy?
- Dobrze. Udało mi się wszystko dogadać z szefem, więc będę mieć tą robotę. Może wyjdziemy na prostą. - kiwa głową i bierze gazetę z blatu. - Więc, kto to ten Luke?
- Słyszycie dzwonek? - kieruje palec wskazujący na schody. - To pewnie Katy, miała do mnie zadzwonić.
Patrzę na komórkę na blacie, na którą patrzy także tata, zabieram ją ze stołu i biegnę z szerokim uśmiechem do pokoju. Opieram się plecami o drzwi i z ulgą przywracam pierwotny rytm serca. Rozglądam się wokoło zatrzymuj wzrok na regale. Zauważam stertę zakurzonych książek na półkach, więc podchodzę bliżej i opuszkami palców przejeżdżam po ich grzbietach. Książki o gotowaniu, książki o kwiatach, kryminały,
miłosne, bla bla bla... O jest! Książka o koniach. To coś, co powinno mnie najbardziej zainteresować.
Wydmuchuje cały kurz z książki, kaszląc przy tym. Ciekawe kiedy ostatnio ktoś
miał te książki w dłoniach. Chyba od wieków nikt ich nie sprzątał. Schodzę na dół i wkładam ją do plecaka, który zgarnęłam wychodząc z pokoju i kierując się przez salon, wychodzę na
taras. Tutaj nie mogę jej
przeczytać, bo tato i ciocia mogliby pomyśleć, że coś knuje. W sumie nawet nie mam pojęcia po co tak na prawdę wzięłam tę książkę. Jednakże bardzo chce się dowiedzieć czegoś o koniach, a skoro tato nie lubi kiedy jeżdżę, to wole się upewnić, że o niczym się nie dowie. Na pewno nie ode mnie chyba, że wejdzie do mojego pokoju i sprawdzi czy nie wzięłam może jakieś książki o koniach, co byłoby dość fikcyjne, bo tato nie ma w mózgu jakiegoś czipa, który daje mu sygnał, że zabieram książę z półki. Tak sądzę...
- Ines, jedziemy z ciocią do miasta po zakupy. Zostań tu i zajmij się
gospodarstwem na ten czas. Jeśli coś by się działo to dzwoń. Będziemy niedługo. - krzyczy tato z korytarza.
- Dobrze. - wychylam się i patrzę na zamykające się wejściowe
drzwi.
- Pani Hoffman się Tobą zaopiekuję.
- Że kto?
- Sąsiadka. Moja dobra koleżanka. - dodaję ciocia. - Będzie cały czas na tarasie, więc lepiej zostań w domu.
Uśmiecha się do mnie i zawiązując sobie chustkę za głową, idąc w kierunku samochodu. Odwzajemniam uśmiech, chociaż jest niepewny i rozdrażniony. Czy oni mnie uważają za małe dziecko?
Kiedy wychodzą, spoglądam na Panią, która bacznie mnie obserwuje. Wracam do środka i otwieram plecak, wyciągając książkę i rzucając się na kanapę. Chwilę później ktoś puka do drzwi. Wstaję otworzyć, chociaż nie bardzo mam do tego chęci.
- Pomyślałam, że potrzebujesz towarzystwa. - powiedziała kobieta, przynosząc placek z rabarbarem.
Po pierwsze nie, nie potrzebuję. Po drugie, kto je rabarbar? - mówię do siebie, z miną krzywą jak po zjedzeniu cytryny.
Siedzę z nią w salonie i czekam, aż może stanie się cud i wyjdzie. Pisze przy niej SMS-y, chociaż ciągle mnie upomina. Mam jej tak serdecznie dość, że jestem gotowa pójść do poprawczaka za umyślne spowodowanie uszczerbku na zdrowiu.
- Zrobisz mi herbatkę dziewczynko? - zwraca się do mnie kobieta.
Spoglądam na nią i z ustami ukształtowanymi w prostą kreskę, podnoszę się i idę w stronę kuchni.
- A co, jesteś tak gruba, że się nie podniesiesz? - mruczę pod nosem.
- Tylko z melisską. Ale mało, bo po większej dawce strasznie jestem śpiąca.
To mi daję do myślenia. Szukam herbaty z melissą i kładę czajnik na gaz. Daję dwie torebki do szklanki, po czym daję jeszcze dwie, by wzmocnić aromat. Odczekuje kilka minut i nalewam wody, po czym zanoszę do salonu i podaję jej.
Mija piętnaście minut, a ona jeszcze się nie poddała. Czekam następne piętnaście minut i zabieram koc z górnej półki. Kładzie się wygodnie na kanapie i przykrywam ją. Zabieram kubek do zlewu i zakładam plecak na ramię, tudzież wychodzę na paluszkach z domu. Biegnę do stajni, bo konie nie zostały jeszcze wypuszczone do zagrody i otwieram boks. Zabieram siodło z haczyka i zakładam koniowi na grzbiet.
- Okey koniku. - uspokajam go, prowadząc za bramkę. - Bądź grzeczny, to dostaniesz coś do jedzenia.
Głaszczę go po pysku i dosiadam.
- Wio mały! - krzyczę i jedziemy przed siebie.
Nie znam tych okolic, więc nie wiem, gdzie dokładnie jedziemy. Zdam się na intuicję, do której nie mam pewności. Nie jedziemy z szybkością błyskawicy, ale dość by zobaczyć jak
szybko obraz się zmienia. Z początku widziałam dom obok domu, drzewo obok drzewa, a
nagle widzę pustkę. Dosłownie. Widzę tylko pola i betonową
drogę, po której lekko galopuje koń. Jadę jeszcze kawałek przez las.
Dość większy niż te, które można spotkać w Chicago. Patrząc w górę widać niekończące się
korony drzew, a na co drugiej gałązce siedzi ptak, śpiewający pięknym, lekkim
głosem. Muszę się rozglądać i schylać by nie uderzyć o odrośla. Na
prawdę tu pięknie, chociaż to taki zwykły las. Mijam wierzby, jeziorko, aż do drewnianego, starego
mostu, którego wcześniej nie zauważyłam. Zwalniamy. Schodzę w konia i prowadzę go za sobą kilka kroków. Odsłaniam dłońmi gałęzie wierzby, by nie zasłaniały mi widoku i trafiam na miejsce, które mnie urzekło. To nie miejsce magiczne jak w bajkach, ale tez nie miejsce, które dla nas może wydawać się zwykłe. To takie miejsce, którego jeszcze nigdy moje oczy nie widziały, a myśli nie byłyby w stanie wyobrazić go sobie. To taki nie magiczny, ale cudowny i zarazem tajemniczy zakątek, w którym od dziś będę przesiadywać. Tak czuję. To będzie moje małe miejsce na Ziemi.
CHCE WIECEJ!!! BLAGAM ;.;
OdpowiedzUsuńMoge nexta już? :o Tak mega to opisujesz,że wydaje mi się jakbym sama to widziała <3
OdpowiedzUsuńJezu uwielbiam to :) czekam na wiecej
OdpowiedzUsuńJejkuu swietnie piszesz :* czekam na następne rozdziały to jeden z tych lepszych blogów :* ❤
OdpowiedzUsuńJejkuuu genialne!
OdpowiedzUsuń