poniedziałek, 30 marca 2015

ROZDZIAŁ V

Stoję jak wryta w ziemię. Rozglądam się dookoła, próbując znaleźć jakąś żywą istotę. Idę przed siebie, spoglądając na dzieło natury. Myślałam, że tylko w bajkach można zobaczyć piękną krainę, zamek, księżniczki i istoty powstałe w wyobraźni autora, ale to nie prawda. Może tutaj, aż tak bym z elementami nie wyolbrzymiała, ale jest coś w tym takiego, co rozpiera mój dech w piersiach. Próbuje się uszczypnąć, bo może cały mój dzień odbywa się na jawie, ale byłaby to czystą nieprawdą. To miejsce na prawdę istnieje. Widzę je, mogę dotykać, oddychać czystym powietrzem. Elfy czy trolle nie zaskoczyłyby mnie, ani trochę.
Wokół mnie drzewa otoczone jaskrawą zielenią, niewysokie pagórki nieco dalej, niebo nie jest za dobrze widoczne, przez zasłaniające liście drzew, ale dość błękitne by przykuć moją uwagę. Przede mną małe jeziorko i położone na nim kamienie by móc przejść na drugą stronę. Nie mamy innej drogi, więc musimy przejść przez wodę, chodź koń ani drgnie. Próbuje go ciągnąć za sobą, ale to na nic. Głaszczę go po grzywie i zostawiam, przywiązując do pnia brzozy. Przeskakuje kamień za kamieniem, idąc ciągle przed siebie. Ptaki siedzą jak wcześniej na co drugiej gałązce, śpiewając lekkim głosem. Ich śpiew mnie uspakaja, a zarazem mam dziwne przeczucia. Mimo wszystko kroczę dalej, bez przerwy. Omijam gałęzie rozrzucone na trawie i te, które zwisały za nisko na drzewach. Las robi się coraz szerszy i bardziej gęsty, a ptaki jakby śpiewały ciszej. Przeszły mnie dreszcze na całym ciele i trzęsę się jak galaretka. Rozglądam się za siebie, by sprawdzić czy koń nadal jest. Czuję wodę w butach, która sięga mi do kostek. Spuszczam głowę w dół, a ptaki zaczynają śpiewać głośniej nad moją głową. Lecą jak pijane, mijając się w powietrzu. Uśmiecham się do siebie, po czym wychodzę z wody. Wchodzę na trawę i rozglądam się wokoło, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Widzę pełno, nawet mnóstwo kolorowych motyli, które latają z prawej strony na lewą i z lewej na prawą, omijając się bez żadnych problemów. Po woli odsłaniały mi obraz. Piękny widok, który dla księżniczki z zamku byłby spokojnym miejscem na ucieczkę od wszystkich obowiązków. W to co weszłam to nie mała kałuża, a wielkie jeziorko, dużo większe niż tamto. Z góry spływał wąski strumień wodospadu, był czysty jak diament. Podchodzę bliżej, by spróbować chodź trochę tej wody. W ustach strasznie mi zaschło, a słodka woda gasi pragnienie mojego podniebienia. Szum wody jest lekki i spokojny, jak wieczorne fale obijające się o brzeg morza. Wyciągam książkę z plecaka i siadam na trawie, gdzieś w oddali dziesięciu stóp od jeziorka. Otwieram książkę na spisie treści i przeglądam tylko te strony z informacjami, o których powinnam wiedzieć jako początkująca.
Spoglądam na zegarek w komórce. Jest późno, a niemiła sąsiadka zaraz pewnie wstanie i jeśli nie będę od niej szybsza, to wszystko wypapla mojemu tacie i będę mieć przechlapane. Szybko wstaję, pakuje książkę do plecaka i biegnę ostrożnie do konia.
Jestem pod domem. Szybko zaprowadzam konia do stajni i wbiegam jak poparzona do domu przez taras.
- Gdzie byłaś? - pyta sąsiadka, która zajada się połową ciasta rabarbarowego i przerzucając kanały w telewizorze.
- Cały czas na tarasie.
- Hmm...
Chyba się czegoś domyśla, ale jej domniemania przerywa głos taty.
- Wróciliśmy! - krzyczy z korytarza.
Podbiegam do niego i przytulam się, dając mu zrozumieć, aby więcej nie zostawiał mnie z tą dziwną Panią.
- Była grzeczna?
- Tak. - odpowiada z uśmiechem. - To ja już pójdę Helen.
Żegna się z ciocią, a ja macham, kiedy wychodzi zza drzwi. Przewracam oczami i zanoszę jej brudne naczynia do zlewu.
Pomagam zanieść cioci reklamówki z przedpokoju do kuchni i razem je wypakowujemy. Usłyszałam jak drzwi wejściowe się zamykają. Tato pewnie poszedł wypuścić konie do zagrody. Po krótkiej chwili zrozumiałam, że idzie wypuścić konie, a koń z którym byłam dzisiaj w lesie, ma brudne kopyta z błota. Głośno uderzam dłonią w czoło i biegnę za tatą do stajni. Za późno. Widzę jak otwiera pojedynczo boksy, przyglądając się dokładnie każdemu koniowi.
- Jeździłaś na nim pod naszą nieobecność? - odwraca głowę do tyłu i patrzy na mnie swoim surowym, rodzicielskim wzrokiem.
- Tylko kawałek. - podchodzę i odpowiadam łagodnym głosem.
- Miałaś zająć się gospodarstwem. Krowy trzeba było wydoić, świnią koryto zmienić... O nic nie można cię prosić. Z resztą... - kiwa sprzecznie głową z założonym rękoma na piersiach. - Miałaś jeździć tylko wtedy, kiedy jestem w domu.
- Ale Ciebie teraz w ogóle nie będzie.
- No właśnie. - powiedział stanowczo. - Masz szlaban.
- Za co? - rozrzucam ręce i pytam z oburzeniem.
- Za Twoją nieodpowiedzialność. Nie można na Ciebie liczyć, a mojego zdania nie szanujesz. Nie może tak być, że wychodzisz sobie i nic, nikomu nie mówisz. Jakaś księżniczka, która uważa, że jak ma szesnaście lat, to staje się dorosłą. Nie moja droga. Idź do pokoju i przemyśl swoje zachowanie!
Kiwam głową i grzebię językiem w zębie z zamkniętymi ustami.
- Nienawidzę Cię. Zabierasz mi całe dzieciństwo. Gdyby żyła mama...
Przerwałam i z płaczem pobiegłam do domu. Wbiegam po schodach na górę, prawie potykając się o stopnie i rzucam się na łóżko ze łzami, którymi się krztuszę.

Siedzę już przeszło bite cztery dni nie wychodząc z pokoju. Ciocia od czasu do czasu przychodzi do mnie, przynosząc mi jedzenie, ale nawet nie mam ochoty jeść. Chcę tam wrócić. Do tego miejsca. Tam odnajdę spokój, ciszę, mojego ducha. Gdzieś, gdzie nie ma wkurzającego taty, która uważa mnie za małe dziecko. Mama na pewno wiedziałaby, co zrobić by nie był taki surowy. Na pewno uwierzyłaby mojej historii o magicznym miejscu. I jestem przekonana, że nie traktowałaby mnie jak dziecko, ale dojrzałą osobę, którą prawie jestem.
Codziennie rozmowy z Katy pozwalają mi zapomnieć. Lu przychodzi od czasu do czasu wieczorami pod moje okno, rzucając kamień z przywiązaną na nim kokardką z liścikiem. Nie posiada telefonu, co utrudnia komunikację, ale nie jest źle. W jednym z nich opowiedziałam jej o tym miejscu. Chyba uwierzyła, ale chciała zobaczyć je na własne oczy. Opracowałyśmy plan, który nie był za bardzo przemyślany. Dziś około 20:05 Lu ma stać ze swoim czteronożnym kompanem pod moim oknem i czekać na znak ode mnie. Jest 19:59 i ciągle sprawdzam czy mam wszystko w plecaku.
- Latarka, aparat, notes, długopis, woda... - bełkotam pod nosem.
Zakładam bluzę na ramiona i na palcach skradam się na korytarz, delikatnie zamykając drzwi. Spoglądam na drzwi pokoju cioci, które szczelnie są zamknięte. Z tego co wiem od cioci, tato ma wrócić dopiero nad ranem z warsztatu, co daję mi pewność, że nie natknę się na niego. Wychodzę z domu i kieruję się do zagrody, bo tam powinny być wszystkie konie. Daję Lu znak miganiem światła w latarce i kieruję ją na lewo. Spoglądam na zagrodę, ale jest kompletnie pusta.
- Szybciej Ines, trochę zimno! - krzyczy szeptem.
- Nie ma tu żadnego konia.
- Nie ma czasu, aby się wracać. - rozglądamy się. - Weź tamtego.
Kieruje mnie wzrokiem na czarnego konia o czarnej grzywie. Wygląda na przemęczonego i niedożywionego, co mnie nie pokoi. Może być przez to dziki, a nie chce umierać w tak młodym wieku.
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Tato zabronił się do niego zbliżać.
- Koń jak koń. Idźże do niego, chyba że mam cię zmusić siłą.
- Nie trzeba. - podchodzę bliżej i ciężko przełykam ślinę. - Spokojnie koniku, spokojnie. Nic ci nie zrobię. Tylko cię dosiądę i będzie dobrze.
Nie patrzy na mnie tylko z każdym moim krokiem w przód on się cofa. Łapie go, ale on mnie odpycha. Z góry słyszę chrząkanie Lu, która strasznie się niecierpliwi.
- No już! To nie jest takie proste.
Wystawiam do niego dłoń, a on jakby coś ode mnie czuje. Coś znajomego. Wolnym ruchem schyla się dostojnie na znak, abym go dosiadła. Głaszczę go opuszkami palców i wchodzę na niego, trzymając się jego długiej grzywy. Ruszamy, chociaż brak mu siły. Lu towarzyszy nam w piechocie nie narzekając już, że jej zimno.
Po pół godzinie znajdujemy się w lesie. Mijamy drzewa, jeziorko, później most i stoimy przed wierzbą, której gałęzie poruszają się z siłą, jaką oddziałuje na nie wiatr. Schodzimy z koni i prowadzimy je za sobą, ale mój wcale nie chce iść. Nie mam pojęcia dlaczego, chociaż ciągnę go, ale delikatnie.
- Chyba się boi. - odzywa się Lu po długim milczeniu. - Masz mały. Jedz.
Podchodzi do niego z jabłkiem,  chociaż on jest do niej wrogo nastawiony. Cofa się, a kiedy jego noga łamie pod nim gałąź, zaczyna wariować.
- Spokojnie mały. - uspokajam go. - Spokojnie.
Podchodzę bliżej i ostrożniej, małymi kroczkami. Zabieram od Lu jabłko i wkładam mu do buzi, po czym spokojnie zaczyna gryźć, wypluwając sok z ust. Przez chwilę jest spokojny, więc znów go dosiadam i lekko kopię w tył, by ruszył, ale gwałtownie się podnosi na tylnych łapach i znów wpada w panikę. Chyba nie zwraca uwagi na to, że na nim siedzę. Cofa się i znów łamie pod gałęzie, których jest pełno na trawię. Zaczyna się płoszyć, więc biegnie z siłą której jeszcze nie zauważyłam u żadnego konia. Nie mam pojęcia jak go zatrzymać, więc krzyczę do Lu, by zawołała pomoc.
Ciągle krzyczę, żeby się zatrzymał, ale nie chce mnie słuchać. Mój oddech robi się coraz słabszy, serce bije mi jak nigdy, a co do widoczności... już dawno ją straciłam.
Chwilę później słyszę stukanie kopyt konia, ale... to nie był mój koń. Odwracam głowę powoli, jakbym walczyła z huraganem i widzę dwie postacie, chociaż mam mgłę między oczami.
- Zatrzymaj go! - krzyknął znany mi głos.
- Nie mogę! - odpowiadam przestraszona.
- Kiedy powiem już, podam ci dłoń i wskoczysz na mojego konia, okey?
- Yhym.
Spoglądamy ciągle przed siebie i na siebie. Ciężko mi się podnieść do pozycji siedzącej, bo prawię leżę na grzbiecie konia, ale robię to.
- Już! -  krzyknął, podając mi dłoń i wciągając mnie przed siebie.
Mocno się do niego tulę, a z oczu płyną mi łzy. Nie ze strachu, ale w powietrza. Zawsze tak mam, nawet kiedy wieje lekki wiaterek. Zamykam mocno oczy i czekam, aż wreszcie będę mogła stanąć na nogach.
- Wszystko w porządku? - pyta, zatrzymując konia.
Potrząsam głową, ale nadal mocno go przytulam. Wyglądam jak przestraszona dziewczynka, ale tak właśnie jest. Dokładnie tak, jakbym obsiurała spodnie, co może być prawdopodobne.
- A możesz mnie puścić? Bo nie mam jak oddychać. - zaśmiał się cicho, bo nie pozwalam mu nabrać powietrza.
Mówiłam... jestem łamaczką żeber.
- Aaa no tak, przepraszam - uśmiechnęłam się z burakiem na twarzy.
Luke pomaga mi zejść i stoi przede mną, patrząc na mnie i odgarniając mi opadły kosmyk włosów za ucho. Uśmiecham się, ale nie podnoszę głowy.
Podchodzę do mojego konia, którego mimo wszystko przytulam. Nie ważne, że prawie przez niego zginęliśmy, ale to tylko zwierzę. Może zacznę wreszcie słuchać starszych, bo niekiedy mają rację.
- Wszystko dobrze? - pyta z przerażeniem Lu, zatrzymując się obok.
- Tak. 
- Tak pro po, to co wy tu robicie o tej porze? - spogląda na mnie i uśmiecha się łobuziarsko. - Dziewczynki nie powinny już spać?
Znów czuję ciepło na policzkach i łapie dłońmi przeciwne przedramionami, spuszczając głowę w dół.
- Ines miała mi coś pokazać.
- Co takiego? - pyta z ciekawością w głosie.
- Tu... - zaczęła.
- Nic takiego. - przerwałam jej w pół zdania i patrzę na nią mocno wytrzeszczając oczy.
- A ty, co tu robisz? - kieruję pytanie w stronę Luke'a.
- Niedaleko prowadzę kurs jeździecki. - pokazuje palcem wskazującym kierunek.
- Fajnie. Można się zapisać? - chichoczę się w żarcie.
- Pewnie.
- Serio? - patrzę na niego z zaskoczeniem. - Ale ja żartowałam.
- Czemu? Boisz się? - podchodzić kawałek w moją stronę.
- Nie! - prychnęłam. - Ale... Umiem jeździć.
- Właśnie widziałem. - przygląda mi się ze wścibskim uśmieszkiem.
- Sugerujesz coś? 
- Tak, że nie potrafisz jeździć. - opiera się o konia z założonymi na piersiach rękami.
- Kiedy i gdzie? - rozkładam szeroko ręce.
- Jutro? - proponuje wkładając dłonie do kieszeni spodni.
- Nie mogę. Mam karę. - odparłam, marszczą lekko nos i śliniąc językiem usta, bo trochę już zaschły.
- Za tydzień?
- Ok. Przyjdziemy o 9:00 - spoglądam na Lu.
- Przyjdziemy?

- No. Ty też się zapiszesz. - uśmiecham się do niej szeroko jak potrafię.
- No to widzimy się za tydzień. Muszę wracać, uważajcie na siebie. - znów na mnie spogląda, puszczając perskie oczko.
- Pa. - odpowiadamy jednogłośnie z Lu.
Kiedy jest już daleko od nas, Lu podchodzi do mnie bliżej.
- Uuu... Chyba wpadłaś mu w oko. - dźgnęła mnie łokciem w brzuch.
- Przestań. - wystawiłam jej język i rozbawione, dosiadamy konie.
Żegnam się z Lu pod jej domem i powolnym krokiem prowadzę konia do zagrody. Samochodu taty jeszcze nie ma, więc niczego się nie obawiam. Przywiązuje rumaka do sznurka i z bólem serca obwiązuje jego koniec do wbitego w ziemię gwoździa. Głaszczę go po pysku i rozszerzam powoli kąciki ust w boki.
- No to dzisiaj oboje poszaleliśmy, co? - Wyciągam z plecaka jabłko i karmię go, nie przestając głaskać jego szorstkiej grzywy.
- Dziękuje za dzisiaj. Było fajnie, prócz tego twojego wybryku. - z uśmiechem, całuje go w czoło, zamykam zagrodę i wchodzę do góry. Zabieram po drodze z blatu ciastko ze skórką pomarańczy i wbiegam po cichu do pokoju. Plecak rzucam w kąt i szybko przebieram się w piżamę, bo na kąpiel już nie mam siły. Spoglądam przez okno, a mój wzrok na sam początek przykuwa płaszcz sklepienia, na którym znajdują się ciała niebieskie. Może to tak za bardzo powiedziane literacko.
Spuszczam niżej wzrok i zatrzymuje się na drzewie, który fachowo w architekturze krajobrazu stanowi soliter. Wujek mnie wiele nauczył, więc mam nadzieję, że moje umiejętności ogrodnicze na coś się tu przydadzą.
Próbuje wypatrzeć w ciemności konia, ale nie za bardzo go widzę. Jego kolor zupełnie wtopił się w mrok. Wracam w pamięci do momentu, kiedy musiałam się do niego zbliżyć. Jego kasztanowe oczy, było nie do zniesienia. Były takie słabe, zmęczone, ale tak bardzo urocze, że chciałabym do niego teraz wybiec i patrzeć w nie. Chociaż widziałam w nich ból i tęsknotę. Nie chce myśleć co ten koń kiedyś musiał wycierpieć. Ale co takiego zrobił, że tato i ciocia nie pozwalają mi się do niego zbliżyć?
Podchodzę do łóżka i kładę się, poprawiając poduszkę. Złączone dłonie, przykładam na klatkę piersiową i spoglądam na sufit, który błyszczy przez małe drobinki czegoś tam. Budowlańcem nie jestem, więc nie będę mówić co to może być, bo nigdy nie wygrywałam w zgadywankach.
Ines, w zgadywankach się nie wygrywa. - szepczę do mnie rozum.
Obracam się na bok i spoglądam jeszcze ostatni raz na okno, nim zasnę.
- Byłeś dzisiaj szybki, jak na swój wiek, chociaż nie mam pojęcia ile masz lat. Bałam się, że mnie upuścisz, ale kiedy mogłeś, nie zrobiłeś tego. Nigdy nie widziałam, żeby koń tak szybko biegł, żaden. Nawet taki, którego szkolono latami.
Zamykam powieki i daję odpocząć każdej części mojego ciała i każdemu narządowi w jego środku.
- Nazwę Cię Piorun.

4 komentarze:

  1. Mm boski Jejku zajebiście piszesz :* czekam na nn. Wszystko jest idealnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się, pisz dalej, bo warto! :) / julietxx5

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na next! Luke & Ines aaaa
    Roxie Bieber Black "

    OdpowiedzUsuń