poniedziałek, 6 kwietnia 2015

ROZDZIAŁ VII

Podróż nie była długa, ale wyczerpująca. Mały bus, w którym zmieści się zaledwie dwadzieścia osób, to nie lada wyzwanie. Nie wiem jak wytrzymam drogę powrotną.
- Jesteśmy na miejscu. - powiedziała pełna radości Lu.
- No nareszcie! - westchnął Tom, kładąc się na ziemi.
- Ja, Jasmine i Luke pójdziemy kupić bilety, a wy idźcie po napoje. - wskazuje palcem wskazującymi Lu w stronę sklepu i kasy biletowej.
- Tylko kupcie zimne! - krzyknęła Jasmine z oddali.
Sklep jest dwa metry od nas. Wchodzimy do namiotu i wybieramy z lodówki tanie i dobre napoje.
- Weźmy cole w puszkach, co? - zaproponował Tom.
- Okey. - odpowiadam, przytakując głową.
Każde z nas bierze po dwie, zimne puszki do rąk i kierujemy się prosto do kasy. Kupując napoje, dostrzegam kątem oka, że ktoś się nam przygląda. Tom oczywiście musiał jeszcze pójść po batoniki czekoladowe, więc czekamy na niego, opierając się o blat w stronę sprzedawcy.
- Tina? - odezwałam się zaniepokojona.
- Tak?
- Widzisz tego chłopaka? - wskazuje jej palcem chłopaka tak, by nie zauważył.
- Tak, widzę. - rozgląda się wokoło, udając że czegoś szuka.
- Ciągle się na nas patrzy.
- Już jestem! - przerwał zmachany Tom.
Kupiliśmy produkty i wychodzimy ze sklepu, idąc do pozostałych.
- To wasze bilety. - rozdaje po kolei Lu.
Koncert jest na otwartej przestrzeni, więc możemy podziwiać granatowe niebo, pełne blasku gwiazd. Jedną spadającą gwiazdę już widziałam, gdy wysiadaliśmy, więc może będzie okazja zobaczyć więcej.
Czuję wibracje w torebce. Wyciągam komórkę i przykładam do ucha.
- Jesteście już? - spytała Katy.
- Co? - krzyknęłam, zatykając sobie jedno ucho palcem.
- Pytam, czy już jesteście na koncercie?
- Tak, a wy?
- Tak, gdzie stoicie?
- Widzisz dmuchanego ludzika, a obok niego stoisko z piwem?
- Tak.
- To tutaj jesteśmy. Chodźcie do nas! - krzyknęłam, wyszukując Katy.
- Okey. Chyba cię widzę. - dodała, rozłączając się.
Czekam, aż do nas dołączą. Muszę ich wszystkich sobie przedstawić.
- Ines! - krzyknęła Katy, biegnąc do mnie.
- Katy! - przytuliłam ją bardzo mocno.
- Tak dawno się nie widziałyśmy!
Po chwili zza jej pleców rzuciły się na mnie Mia, Zoe i Olivia. Piszczałyśmy i skakałyśmy przez może dwie minuty, ciesząc się spotkaniem. Ludzie patrzą na nas jak na wariatki. Gdy trochę ochłonęłyśmy, przedstawiam ich wszystkich sobie.
- Jeszcze jest jedna osoba, którą musicie poznać. - uśmiechnęła się Katy.
- Tutaj jest twój sok. - powiedział nieznajomy, podając Katy plastikowy kubek.
- To jest Aaron. Mój chłopak.
Stoję nieruchomo, patrząc na niego i słysząc wokoło powitanie chłopaka przez wszystkich.
- Czy to nie... - urwała Tina, patrząc na niego i podchodząc bliżej mnie.
- Chyba tak.
To ten sam chłopak, który patrzył na nas w sklepie. Ma dziewiętnaście lat, czarne, zgolone po bokach włosy i lekko podniesione do góry. Jego piwne oczy, przykuwają moją uwagę. Biały, okrągły kolczyk w lewym uchu. Ubrany jest na sportowo w szare spodnie dresowe, buty nike i najzwyklejszą czarną bluzę. Jest starszy, przystojny i wysoki. Trenuję koszykówkę i hokej. Mimo że jest idealny, to mu nie ufam. Wydaję się być bardzo podejrzany.
- Chodźcie, zaraz będą zaczynać! - machnęła ręką Lu.
Próbując przepchać się przez tłum, niemal mnie nie staranowali. Bycie niskim, to ciężkie życie. Docieramy do połowy i nie mam zamiaru przeciskać się jeszcze dalej. Są telebimy, więc uda się cokolwiek zobaczyć. Z prawej strony stoi Luke'a , a z lewej Katy z Aaronem. Reszta stoi gdzieś w tyle, próbując się przedostać.
Koncert jest niesamowity. Coldplay, to mój ulubiony zespół, zawsze chciałam zobaczyć ich na żywo. Wszyscy śpiewają, tańczą, krzyczą, machają. To jest coś. Mimo świetnej zabawy, ciągle czuję wzrok Aarona na moim ciele. To bardzo niezręczne. Luke chyba zauważył co się dzieje, bo za każdym razem, kiedy Aaron na mnie spogląda, to mówi coś do mnie, by odciągnąć od niego moją uwagę.
Na koniec koncertu wybuchają konfetti, a wraz z nimi fajerwerki. Wszyscy patrzymy w górę, kiedy nagle poczułam ciepłe palce Luke'a na moich opuszkach. Nie trwało to długo.
- I jak się bawicie? - przerywa nam Aaron, obejmując nasze ramiona i stojąc między nami.
- Fajnie. - odpowiadam niechętne.
- Super. - odwrócił głowę Luke z miną mordercy.
- Widzę resztę! - krzyczy Katy.
Podchodzimy do nich i jedno po drugim opisujemy nasze relacje z koncertu.
Idziemy się przejść. Jasmine proponuje, abyśmy poszli do wesołego miasteczka. Wszyscy jednogłośnie zgadzamy się na ten pomysł.
Obok mnie idzie Luke i Aaron z Katy, za nami Olivia, Zoe, Jasmine i Tom, a przed nami roześmiane wniebogłosy Tina, Mia i Lu. Ciesze się, że wszyscy tak dobrze się dogadują.
Droga była trochę długa, a Jasmine miała dość chodzenia, więc kawałek podjechaliśmy autobusem na gapę. Przeszliśmy parę kroków i docieramy wreszcie do celu. Duże wejście zamknięte bramkami kasowymi, a za nimi pełne przygód maszyny i budowle.
Kupujemy bilety i wchodzimy przez bramki. Każde z nas dostało po dwadzieścia pięć małych bilecików, których mogliśmy użyć po razie na każdą rzecz. Rozdzielamy się. Jasmine idzie  z Zoe i Olivią na koło śmierci. Luke razem z Tiną, Tomem i Mią kierują się do kina 4D na "Tajemnicze zagadki górnika". Dość zabawnie to brzmi. Katy i Aaron pomyśleli o czymś bardziej romantycznym, jak łabędzie łódki, a ja w raz z  Lu  mamy zamiar wybrać się na wyzwania.
Na początek gry zespołowe. Piłkarzyki zawsze były moją mocną stroną. Wygrałam z Lu 4:1, ale muszę przyznać, że bałam się przegranej już na samym początku, kiedy pierwsza wbiła mi gola. Rozglądamy się co jeszcze nas może zaciekawić i znajdujemy się na matach tanecznych. Na ekranach pokazują się strzałki, które każą nam stanąć w odpowiednim miejscu. Tańczymy do piosenki Eda Sheeran'a - Don't, ale zdolności taneczne Lu, pozwoliły jej na wygraną. Następnie wybrałyśmy maszyny, gdzie piłeczką tenisową musiałyśmy zrzucić wszystkie plastikowe kubki z półki, a później przeniosłyśmy się na zbijaniu postaci ze "Scooby doo'',  które pojawiały się i znikały. Zostało nam jeszcze kilka bilecików, które chciałyśmy odłożyć na na czarną godzinę.
- Idziecie tu? - pyta Luke patrząc na dom strachów.
- Tak, a wy? - odpowiada pytaniem Lu.
- Tak.
- My też idziemy. - krzyczy Katy, idąc z Aaronem w naszą stronę.
- I my! - dodała z oddali Olivia.
- Czyli wszyscy. To fajnie, chodźcie! - maszeruję jako pierwsza Luiza.
Idziemy jedno za drugim po drewnianych kłodach, przez wodę pełną piranii na baterie, które skaczą z każdym naszym ruchem. Wkładamy bileciki do maszyny, która w mgnieniu oka je wszystkie pochłania. Po chwili otwierają się przed nami skrzypiące drzwi. Wchodzimy trzymając się blisko siebie. Drzwi zatrzaskują się za naszymi plecami hukiem, co bardzo przeraziło Katy.
Kierujemy się prosto idąc za strzałkami. Mijamy sterty pajęczyn i maszynowych pająków pełzających po ścianach. Nietoperze ujawniają nam swoją obecność.
Idziemy schodami w górę, które mechanicznie po paru naszych krokach w niewidocznych dla nas miejscach łamią się. Po raz pierwszy wiem jak to jest doznać zaburzenia arytmii serca.
Przed nami do wyboru kilka drzwi w różnych kolorach i o różnych symbolach.
Na pudrowych drzwiach zwisają lśniące lizaki, a obok czarnych postawiono trumnę. Przy złotych widnieją hieroglify egipskie. Prócz nich jest jeszcze siedem innych wejść. Nie wiemy, które wybrać, więc kierujemy się za instynktem Luizy.
- Jesteście pewni, że Lu powinna wybierać? - szepnął po cichu Tom.
Wszyscy patrzymy na zaciekawioną drzwiami koleżankę i kręcimy jednocześnie głową.
Luiza wybrała czerwone drzwi przy których wiszą truskawki. Wyglądały bajecznie, ale co się za nimi kryje?
Chwyciła za klamkę, powoli otwierając drzwi. Wchodzimy gęsiego nie zastanawiając się co nas tam może czekać. Na razie jest dobrze, niczego się nie spodziewamy. Może to taka nazwa, po prostu ''Dom strachu'', żeby zachęcić ludzi.
Idziemy po cukierkowym lesie. Nie wiem czy mam zwymiotować, czy jak mała dziewczynka cieszyć się na widok słodyczy.
Na drzewach maszynowe wiewiórki, ptaki lecące nad nami, krzaki z leśnymi jagodami. Lu i tom postanowili ich spróbować. Z początku myślałam, że są plastikowe. Nagle niebo z błękitnego stało się czarne, pełne zgrozy. Reflektory wskazywały drzewa migając na jakiś znak. Cofamy się ze strachu po drewnianym pomoście, w kierunku wyjścia. Ręce Toma i Lu stały się fioletowe i opuchnięte. Słyszymy szmery za drzewami. Krzycząc, biegniemy do drzwi jak opętani.
- Aaa coś mnie złapało! - krzyczy ze strachu Jasmine.
Łapiemy ją za ręce i ciągniemy do siebie. Kiedy się udaję, wybiegamy z pokoju.
- O matko! Nigdy więcej. - westchnęła Mia.
- Od teraz Lu nie wybiera żadnych drzwi. - zaprotestował Tom.
Wszyscy chórem się zgadzamy.
- Zniknęła wam opuchlizna. - zauważyła z radością Olivia.
- I kolor. - dodała Lu.
- To musi być jakaś iluzja. - pomyślała Zoe.
- Teraz ja wybieram! - krzyknęła z szerokim uśmiechem Katy.
Kieruję się na wprost pudrowych drzwi i otwiera je gwałtownie.
- Tu nic nie ma. - odwróciła się do nas.
- Katy. - Mii zaczęły drżeć usta. - Nie odwracaj się za siebie.
Jednak nie posłuchała i odwróciła się, a głośny ryk lwa sprawił, że zamknęła mocno przed nim drzwi i szybko przytuliła się do Mii.
- Te drzwi też odpadają.
- Teraz moja kolei. - powiedział Aaron, idąc do złotych drzwi.
Otworzył je i spojrzał.
- Znowu ciemno. - powiedział i zrobił krok do przodu. - Aaa...
Podświetlając latarką z komórki pokój, widzimy Aarona, który leży na podłodze i krzyczy. Z tyłu słyszę chichot Toma i Luke'a.
- Co tu jest? - powiedział z przerażeniem, podnosząc się.
Tom podszedł bliżej i stanął obok niego.
- Podłoga. - odparł z uśmieszkiem.
- No jak? Przecież spadałem.
- To tylko iluzja. - klepnęła go ręką w brzuch Lu. - Nie spadałeś tylko leżałeś na podłodze, a efekty zrobiły swoje.
- Te drzwi wyglądają normalnie. - odezwała się za naszymi plecami Tina, pokazując nam stare drzwi.
Chwyta za klamkę i ciągnie ją w dół. Idziemy do góry, ostrożnie mijając setki przeszkód, krawędzi czy łamiących się pod nami schodków. Światła raz długo się świecą, a raz na krótki moment gasną. Ciągle coś spada nam na głowy, albo chodzi pod nogami.
- Boisz się? - szepnął do mnie Luke.
- Trochę.
- Możesz mnie złapać za rękę, jeśli chcesz. - przysuwa się bardzo blisko, znów dotykając palcami moich opuszków, co sprawia, że mam w brzuchu motylki.
Pomału wyciągam do niego swoją dłoń, gdy nagle Aaron chwycił Luke'a, by pokazać mu jedno miejsce.
- Specjalnie to zrobił. - podchodzi do mnie Olivia i szepczę mi do ucha.
- Myślisz?
- To mój brat. - spojrzała na niego. - Nie przejmuj się nim. On zawsze taki był.
- Jaki?
- Zazdrosny - powiedziała bez wahania.
- Zazdrosny? - pomyślałam. - O mnie?
- Widać, że od samego początku mu się podobasz. - powiedziała jeszcze ciszej niż wcześniej. - Lepiej nic nie mów Katy. Jest zbyt delikatna. Mogłaby tego nie wytrzymać.
- Czego mogłabym nie wytrzymać? - pyta radośnie Katy.
- Znaleźliśmy wyjście! - krzyknął z góry Luke.

1 komentarz: