Rano wstałam z mokrą od łez twarzą. Nawet poduszki przesiąkły mokrym. Śniło mi się, że Aaron wszystko powiedział Luke'owi. Powiedział coś co wcale nie jest prawdą, a moje miejsce u jego boku zajmuje Miranda... Koszmar. Nie miałam ochoty na nic. Położyłam się na łóżku i leżałam tak, dopóki nie przyszła ciocia.
- Ines wstawaj! - weszła do pokoju ciocia. - Trzeba coś zjeść i pomóc w gospodarstwie.
- Nie chce. - przykryłam głowę kołdrą.
- Ines! - ściągnęła ze mnie kołdrę.
- Zostawcie mnie wszyscy! - ukryłam twarz w poduszce.
- Wiem, że jest ci źle z tym, że tato zabrał ci Pioruna. - usiadła na łóżku.
- Źle?! - krzyknęłam. - To mało powiedziane.
- Zrobił to dla twojego dobra. - próbowała mnie przytulić.
- On nie wie co dla mnie dobre! Nie cierpię go! - wstałam szybko z łóżka i poszłam do łazienki, zamykając się w niej.
- Ines. Wyjdź to porozmawiamy. - pukała ciocia do drzwi łazienki.
Nie odezwałam się. Nie miałam zamiaru z nikim gadać i chyba nikt nie chciał ze mną. Chciałabym znów zamieszkać w Chicago... Tam było inaczej.
Siedziałam w łazience przeszło piętnaście minut. W tym czasie się przebrałam i ogarnęłam. Zeszłam do kuchni po śniadanie, ale cioci nie było. Wzięłam ciasteczka i przełykałam je z mlekiem. Kiedy się najadłam, poszłam do gospodarstwa, by pomóc trochę. Taty na szczęście nie było. Mam nadzieje, że po powrocie z pracy nie spotkam się z nim. Poszłam do kurnika po jajka, ale były już zebrane, więc poszłam do krów, ale ciocia mnie wyręczyła. Hmm... Nie wiem czy jeszcze w ogóle jest co robić w gospodarstwie. Byłam jeszcze u świń i w stajni, ale też nie było co robić. Szukałam cioci, ale znalazłam ją dopiero w szklarni.
- Widzę, że przyszłaś. - stała do mnie plecami, robiąc coś przy kwiatkach doniczkowych.
- Tak. Muszę zająć się czymś, by ciągle nie myśleć o problemach. - zakładałam gumowe rękawiczki.
- Czyli nie tylko masz problem z Piorunem? - odwróciła głowę w moją stronę. - Chcesz porozmawiać? - spytała.
- To miłe, że chcesz mnie wysłuchać, ale nie mam ochoty o tym rozmawiać.
Obie zajęłyśmy się pracą. Jak już skończyłyśmy i wyszłyśmy ze szklarni, Lu i Jasmine zawołały mnie zza bramki. Podeszłam do nich.
- Co wy tu robicie? - spytałam.
- Przyszłyśmy po ciebie. - powiedziała Jasmine.
- Nigdzie nie idę. - odpowiedziałam stanowczo.
- Jeśli ty nigdzie nie idziesz to my też. - powiedziała z założonymi rękoma, Lu.
- No właśnie. - dołączyła się Jasmine.
- Ehh... - przewróciłam oczami. - Dobra, już. Czekajcie tylko się przebiorę.
Szybko pobiegłam do pokoju po świeże ubrania, przebrałam się i wyszła do dziewczyn.
- Gdzie idziemy? - spytałam.
- Tina i Tom czekają na nas w parku. - powiedziała Jasmine.
- A Luke dzisiaj źle się czuje i nie wyjdzie. - rozmyślała o sytuacji, Lu.
- Źle się poczuł... - powiedziałam pod nosem.
Poszłyśmy do parku i zauważając Tinę i Toma, podeszłyśmy do nich.
- Jak się czujesz Ines? - spytała Tina.
- Dobrze. - ukrywałam złe emocje.
- Słyszałam o twoim wczorajszym wydarzeniu z Piorunem. - powiedziała Tina. - Bardzo mi przykro.
- Skąd o tym wiecie? - zmarszczyłam czoło.
- Wszyscy już wiedzą. - szybko odpowiedziała Lu.
- Lu! - szturchnęła ją Jasmine.
- Fajnie, że plotki się tu szybko rozchodzą. - zrobiłam kwaśną minę.
- Co masz zamiar zrobić? - spytała Tina.
Usiedliśmy na ławce pod drzewem.
- Z czym? - spytałam.
- No z tą sytuacją. Jak chcesz uwolnić Pioruna? - dodała.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia, gdzie on teraz jest. - posmutniałam.
- To jak masz zamiar wystartować w zawodach bez konia? - pomyślała Lu.
- Nie wiem czy będę startować. - odpowiedziałam.
- Musisz! Przecież dobrze jeździsz. Musisz spróbować. - uderzyła pięścią o swoją drugą dłoń, Tina.
- I dać w ciry Mirandzie! - krzyknęła w śmiechu Lu.
- Hehe. - uśmiechnęłam się lekko. - Nie mam konia, a tylko na Piorunie dobrze mi się jeździło.
- Jeśli chcesz, to mam konie i to bardzo dobre. Są na prawdę szybkie i wytrzymałe. - powiedział Tom.
- Potwierdzam. - dodała Tina.
- Tom właśnie przez te konie nauczył się świetnie jeździć. - popatrzyła na mnie Jasmine.
- Na prawdę mógłbyś mi dać konia na czas zawodów? - spojrzałam na Toma.
- Tak i na treningi, bo przecież musisz ciągle ćwiczyć. - odparł.
Przytuliłam ich wszystkich i poszliśmy się przejść. Wstąpiliśmy na lody, gofry, później znowu na lody, aż Lu zrobiło się nie dobrze.
- Usiądź. - pomogłam jej.
- Tom zaraz przyniesie ci wodę. - dodała Tina.
Tom przyszedł do nas, podając jej butelkę wody.
- Trzeba było tyle jeść? - spytał retorycznie.
- Zaraz mi przejdzie. - piła łyk za łykiem.
Chwile posiedzieliśmy i poszliśmy do domu Jasmine, by Lu mogła odpocząć. Do niej było najbliżej.
Weszliśmy do domu i pomogliśmy usiąść Lu na kanapie.
- Chcecie coś pić albo jeść? - spytała Jasmine.
- Nie mówcie przy mnie o jedzeniu. - skierowała rękę w naszą stronę.
- Oj... Przepraszam, to z przyzwyczajenia. - powiedziała Jasmine.
Posiedzieliśmy parę godzin przed telewizorem.
- Musze się zbierać. - wstała Tina, patrząc na zegarek.
- Co tak wcześnie? - spytałam.
- Mam jechać z mamą z galerii. - ubierała buty.
- Mogę jechać z tobą? - spytała Jasmine.
- Pewnie. - uśmiechnęła się.
- Też chyba wrócę. - trzymała się za brzuch, Lu. - Pójdę spać bo jestem zmęczona i mi niedobrze.
- To pójdę z tobą. - powiedziałam.
- Odprowadzę was. - zaproponował Tom.
Wszyscy się rozeszliśmy. Ja i Tom trzymaliśmy Lu z obu stron na wszelki wypadek.
Podprowadziliśmy ją pod same drzwi. Pożegnaliśmy się z Lu i kawałek podprowadziłam Toma.
- Może chcesz zobaczyć konie? - spytał.
- A nie jest za późno? - odpowiedziałam pytaniem.
- Jeśli się spieszysz... - przerwałam mu.
- Nie, no co ty. - uśmiechnęłam się. - Chodziło mi o to czy nie będę przeszkadzać?
- Nie, jak chcesz to cię mogę potem odprowadzić. - odwzajemnił uśmiech.
- Pewnie! - wyszczerzyłam zęby.
Poszliśmy do domu Toma. Weszliśmy do stajni i szukaliśmy odpowiedniego dla mnie konia.
- Może ten? - spytałam.
Pokazałam na wysokiego i dostojnego, brązowego konia.
- Na nim jeździ mój tato. - szedł przede mną.
- A ten? - pokazałam na troszkę mniejszego niż tamten. Był czarny z piękną i bujną grzywą.
- Na tym znowu moja mama jeździ. - zaśmiał się. - Co myślisz o nim?
- Myślisz, że mnie polubi? - spoglądnęłam na Toma.
- Najwyżej nie. - oparł się o boks.
- Dzięki. - zaśmiałam się.
- Weź siodło. - powiedział.
Wyprowadził konia z boksu, a ja szłam za nimi. Założył siodło i głaskał go.
- Spróbuj go dosiąść. - popatrzył na mnie.
Spróbowałam siąść na niego i trzymając się siodła, Tom prowadził nas powoli.
- Widać, że jesteście sobie bliscy. - spojrzałam z góry na nich.
- Kto? - spytał, patrząc przed siebie.
- Ty i koń. - uśmiechnęłam się lekko. - To twój koń prawda?
Nastała chwila ciszy.
- Tak... - powiedział cichym głosem.
- Dlaczego już nie jeździsz? - zeszłam z konia.
- To długa historia. - usiadł na belce od zagrody.
- Mam czas. - usiadłam obok.
- Kiedy miałem siedem lat, rodzice wmawiali mi, że jak osiągnę pełnoletność, to przejmę po nich firmę. Ja jednak miałem inne plany. Zawsze chciałem być jokerem i tak się stało. Trenowałem do trzynastego roku życia. Byłem najlepszy... - kontynuował. - Któregoś dnia... zimą, znalazłem rannego konia. Miał ciężkie obrażenia, pomyślałem, że jego wcześniejszy właściciel mu je zrobił. Musiałem szybko zareagować...
- I co był dalej? - spytałam zaciekawiona.
- Pojechałem do mojego wujka, który był weterynarzem. Przyjechaliśmy do miejsca, w którym leżał koń, ale jego tam już nie było. Jakby zniknął... Dwa dni później, poszedłem nad jeziorko. Było zamarznięte i jak trzynastolatek nie słuchałem innych, że to takie niebezpieczne. Chciałem po prostu pojeździć na łyżwach. Założyłem je i wszedłem na lód. Wyglądał na stabilny. Jeździłem jak szalony, ciesząc się, ale nie zważałem na to, że lód pode mną pęka... I stało się. Wpadłem do zimnego jeziorka. To było przy brzegu, ale mimo to nie mogłem się wydostać. Krzyczałem, ale nikt mnie nie słyszał. Myślałem, że to koniec, ale nagle zauważyłem coś dziwnego. Nie człowieka, ale zwierzę... Chwycił moją kurtkę i wyciągnął mnie na brzeg. Cały się trzęsłem, ale położył się obok mnie i dawał mi ciepło. Nigdy nie zapomnę, tego co dla mnie zrobił. Jest moim najlepszym przyjacielem. Zabrałem go do domu. Mimo, że rodzice go nie chcieli, to opowiedziałem im co się stało. Byli poruszeni, ale także zdenerwowani. Dali mi szlaban na dwa tygodnie, ale pozwolili mi przygarnąć go. Dałem mu imię Shadow...
- To jest Shadow, prawda? - zrobiłam to samo.
- Tak. - uśmiechnął się.
- Jednak nadal nie rozumiem, dlaczego nie jeździsz. - spojrzałam na niego.
- Mój wcześniejszy koń, na którym trenowałem... Zginął. - popłynęła mu łza z oka.
- Jak to zginął? - przeraziłam się.
- To był mój ostatni wyścig. Jedyny trzynastolatek i najmłodszy ze wszystkich. Mój koń był niesamowity. Szybki, zwinny i wytrzymały. Cechy jakie koń powinien mieć na takich wyścigach. - spojrzał na mnie. - byliśmy w połowie drogi. Staliśmy przed brzegiem rzeki wodzącej do wodospadu. Bał się wody, ale mimo to szedł po kamieniach. Były ułożone blisko siebie i dość duże by zmieściło się na nim sześć stóp. Nie ukrywam, że kamienie od wody nie są śliskie. Byliśmy tuż przy końcu. Ostatni kamień leżący półtora metra od brzegu. W pewnym momencie, ześlizgnęła mu się tylna noga. Gwałtownie wyrzucił mnie na brzeg, a sam próbował skoczyć, ale nie wygrał z wodą. Nurt prowadził go w stronę wodospadu...
- I co dalej? - zakręciła mi się w oku łza.
- Nie wiem. - podał mi chusteczkę z kieszeni. Straciłem nagle przytomność, a obudziłem się nazajutrz rano w szpitalu. Siedzieli obok mnie rodzice, a lekarz próbował mnie zbudzić. Nikt do dziś nie znalazł konia, a ja od tamtego czasu nie potrafię wsiąść na konia. Boje się, że mógłbym zrobić ten sam błąd innemu koniowi, dlatego nie chce jeździć na Shadow.
- Wiem, że nie jesteś zdolny do tego, by komukolwiek zrobić krzywdę. - położyłam dłoń na jego ramieniu. - To był wypadek. Nie mogłeś tego przewidzieć.
- Nie mogłem, ale powinienem. Głupi trzynastolatek, nie mający pojęcia o bezpieczeństwie. - przyłożył pięścią o belkę.
Uspokajałam go przez niemal piętnaście minut. Gdy doszedł do siebie postanowił mnie odprowadzić.
Rozmawialiśmy o zabawnych historiach z naszego życia, by móc nie myśleć o Luke'u i koniach.
- Słyszysz? - spytał.
- Co takiego? - zmarszczyłam czoło.
- Chodź! - pociągnął mnie w dół.
Staliśmy w krzakach, obserwując parę nastolatków, siedzących na kocu.
- Czemu się ukrywamy? - zaśmiałam się.
- Cicho. - przyłożył palec wskazujący do ust.
- Kto tam jest? - szepnęłam.
- Chyba... - spróbował rozszyfrować osoby. - To chyba Luke i Miranda.
- Co?! - krzyknęłam cicho.
- Ciszej! - powiedział do mnie.
Para się odwróciła. Widziałam ich. To jednak byli oni. Byłam zła. Widziałam jak Miranda coś mówi do niego, ale nie byłam zbyt blisko, by usłyszeć cokolwiek. Zbliżała się do niego i próbowała go uwieść, ale on się odsuwał. Byłam szczęśliwa, że to zrobił, ale po chwili ona znów go chciała pocałować i... Nie odsunął się. Zrobił to.
- Ale dupek. - powiedział szeptem Tom.
- Nie ważne. - poszłam stamtąd.
Tom pobiegł za mną.
- Ei, Ines! Nie przejmuj się. - zatrzymał mnie. - Miranda potrafi wszystkich uwieść.
- Skąd wiesz? - spojrzałam na niego ze złością do Luke'a.
- Bo też byłem jej ofiarą, ale szybko zrozumiałem, co ona chce osiągnąć. - popatrzył na mnie.
Spuściłam wzrok, nie odpowiadając mu.
- Będzie dobrze. - chciał mnie przytulić.
- Wątpię, czy jeszcze chce... - odsunęłam się od niego i wróciłam do domu.
Swietne, czekam na kolejny ♥♥
OdpowiedzUsuńJejkuu, jak ja uwielbiam to czytaac 😍😍😘♥♥