środa, 17 czerwca 2015

ROZDZIAŁ XXI

- Żadne. - próbowałam zmienić temat.
- Teresa? - skierował mroczne spojrzenie na ciocię.
- Może powiemy? - spojrzała na mnie ciocia.
- Nie! - krzyknęłam i nie patrząc na tatę poszłam do pokoju.
- Co powiedzieć? - spytał cioci, tato.
 Usłyszałam jak dopytuje ciocię. Byle by nie powiedziała mu o wszystkim.
Siedziałam godzinę w swoim pokoju, siedząc na parapecie i patrząc przez okno na zagrodę. Przed oczami widziałam jego cień, który nagle znika. Brakuje mi go. Brakuje mi Pioruna...
- Wszystko w porządku? - spoglądnęła zza drzwi, Katy.
- Tak. - odwróciłam się do niej.
- Słyszałam co się działo w kuchni. - powiedziała, podchodząc do mnie.
- Co mam zrobić? - spojrzałam na nią.
- Zrobisz, to co uważasz za słuszne. - usiadła na wprost mnie.
- Ale ja właśnie nie wiem, co mam zrobić. - poleciała mi łza z oczu. - Za sześć godzin są zawody. Nie mam ani konia, ani sił na to wszystko. Tato o niczym nie wie, a ja muszę zmierzyć się dzisiaj z podłą Mirandą. 
- Ei będzie dobrze, zobaczysz. - przytuliła mnie.
- Mogę wejść? - zapukał do drzwi tato.
Nie odpowiedziałam na jego pytanie, tylko spojrzałam na niego.
- To może ja was zostawię. - wyszła z pokoju.
Tato zamknął za nią drzwi i usiadł na parapecie w miejscu, gdzie siedziała Katy.
- Możemy porozmawiać, jak to zawsze robiliśmy? - spytał spokojnie.
- Nie mamy o czym rozmawiać. - spojrzałam za okno.
- Pamiętasz, kiedy przychodziłaś do mnie na kolana i opowiadałaś mi cały swój dzień. - uśmiechnął się, wspominając. - Byłaś taka mała. Zawsze przychodziłaś z pluszowym misiem. Miałaś spięte czerwonymi wstążkami włosy w dwa po bokach kucyki. Lubiłaś tą fryzurę. Później dorosłaś i nasze kontakty nie były już takie same. Buntowałaś się, byłaś nieznośna, ale kiedy było ci źle, byłaś smutna, to przynosiłem ci do pokoju gorącą czekoladę z bitą śmietaną, którą uwielbiasz. Teraz wszystko się zmieniło. Nie jesteś już tą buntowniczką, ale jesteś bardzo skryta.
- Tato... - przerwał mi.
- Wiem, że staremu ojcu nie chcesz się zwierzać. Masz przyjaciół i ciocię, ale też chciałbym wiedzieć, co się dzieje w twoim życiu. - odgarnął mi kosmyk włosów za ucho. - Jesteś nadal moją małą córeczką i zawsze nią będziesz.
- To nie tak, że nie chce ci się zwierzać, ale to że mnie nie zrozumiesz. - popłynęła mi z oczu łza. - Zabrałeś mi moje szczęście niedawno, nie chce byś zabrał mi teraz marzenia.
- Nie chciałem dla ciebie źle. - spojrzał na mnie, kładąc dłoń na mojej.
- Ale jest źle. - wzięłam swoją dłoń z uścisku. - Piorun był dla mnie ważny, a ty tego nie potrafisz zrozumieć.
- Rozumiem, ale nie wiesz jeszcze, co się dzieje. - tłumaczył mi.
- A co się dzieje? - spojrzałam na niego wściekle.
Zamilkł na moment.
- Kiedyś się dowiesz. - wstał i podszedł do drzwi. - Już się domyślam o jakie zawody chodzi.
Spojrzałam na niego, nie wiedząc co ma zamiar zrobić.
- Przykro mi Ines, ale to dla twojego dobra. - wziął klucz z szafki i zamknął mnie w pokoju.
Szybko podbiegłam do drzwi i wołałam o pomoc, ale nikt nie odpowiadał.
Słyszałam silnik samochodu. Spojrzałam przez okno. To był tato, razem z ciocią i Katy. Nie wiedziałam o co chodzi. Szukałam swojego telefonu, ale musiałam go zostawić w salonie. Zaczęłam, więc szukać laptopa, ale nie miałam włączonego internetu. Tato musiał wyłączyć. Zaczęłam płakać z bezsilności.
Przesiedziałam w pokoju przeszło pół  godziny. Wpadłam na pomysł, aby zrobić linę z prześcieradeł, jak kiedyś. Wyszukałam materiałów w szafie, związałam w mocne supły i zahaczyłam o łóżku. Rzuciłam przez okno i po woli schodziłam.
Będąc na ziemi, szybko pobiegłam do Luke'a.
Pukałam do drzwi jego domu, ale nikt mi nie otwierał. Byłam też u reszty, ale tak samo, jakby wszyscy przepadli. To jest jakiś koszmar, który nie może się dziać. Nie dziś.
Spacerowałam na dworze szukając jakieś żywej duszy, ale nikogo nie było. Wszędzie pustka. Sprawdziłam każdy zakątek, ale nic. Poszłam zobaczyć miejsce, w którym będą odbywały się dzisiaj zawody. To jedyny miejsce, którego jeszcze nie przeszukałam i to był błąd. Byli tam wszyscy. Pomagali w przygotowaniu jakoś tych zawodów. Powoli rozkładali namioty z jedzeniem, piciem, itd. Pompowali dmuchanego ludka, który pod wpływem wiatru się ruszał. Zawsze patrzenie na niego mnie bawiło.
Były już stoły ładnie przygotowane dla jury i na puchary. Było już także podium, na którym mam nadzieję stanąć. Wyszukiwałam jeszcze wiele innych rzeczy, które dzisiaj sie pojawią, ale przerwały mi głosy.
- Hei Ines. - powiedziała Jasmine, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Cześć wam. - uśmiechnęłam się. - Wiecie, gdzie jest Katy?
- Nie było jej tu z nami. - pokiwała głową. - A nie powinna być z tobą?
- Długa historia. - powiedziałam. - No nic. Jak wam idzie?
- A dobrze. - uśmiechnęła się Tina. - A ty jak przed zawodami? Stresujesz się?
- Trochę. - trzepałam dłońmi.
- Później przyjeżdża telewizja z Chicago. - zaśmiała się Lu.
- Miałyśmy jej tego nie mówić. - powiedziała zdenerwowana Zoe.
- Ouu... przepraszam. - ugryzła język, Lu.
- No trudno. Dam radę. - uśmiechnęłam się.
- Będzie dobrze. - pocałował mnie w czoło Luke i przytulił do siebie.
- Mam taką nadzieję. - powiedziałam pod nosem ze smutną miną.
Pospacerowaliśmy chwilę, by zobaczyć co się na dzisiaj szykuje, a później pokazali mi dzisiejszy tor, który muszę pokonać. Zostało pięć godzin... Masakra!
- Chcesz chwilę potrenować? - spytał Luke.
- Nie, lepiej nie. - pokiwałam głową. - Bardziej bym się stresowała.
Może idź odpocząć do domu, nabierz sił, bo wyglądasz jak trup. - zaśmiała się Lu.
- Luiza! - krzyknęła Zoe.
- No co? - spytała z uśmiechem.
- Nie szkodzi. - machnęłam ręką. - Nie mam jak wrócić do domu.
- Czemu? - spytała Jasmine z Tiną jednocześnie.
Opowiedziałam im co się stało rano. Nie mogli uwierzyć, że mój tato byłby do tego zdolny. Jest szalony, ale wiem, że zrobił to dla mojego dobra. Chociaż sama nie mogę uwierzyć w to co mówię. Jeszcze niedawno byłam na niego wściekła, ale teraz jakoś... mi przeszło. Dziwne...
- To co teraz zrobisz? - spytała Mia.
- Nie wiem. Posiedzę przed domem i poczekam, aż przyjadą. - powiedziałam. - Może teraz przyjechali. Pójdę zobaczyć.
- Okey. - powiedzieli. - Zobaczymy się później.
- Jasne. - pomachałam im i poszłam.
Po drodze do domu spotkałam Toma.
- Cześć Ines. - podbiegł do mnie.
- O cześć. - powiedziałam.
- Co tam? - zapytał.
- Dobrze, a u cb? - spojrzałam na niego.
- Też. - spojrzał w dół. - A co u Tiny?
- Dobrze. - powiedziałam spokojnie. - Ale widać po jej minie, że cierpi przez to co się stało.
- Ja też cierpię. - spojrzał na mnie. - Chciałbym to wszystko naprawić.
- To zrób to. - powiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Ale nie wiem, czy ona chce mnie teraz widzieć. - powiedział.
- Jak nie spróbujesz, to się nie przekonasz. - uśmiechnęłam się.
- Co mam zrobić, żeby mi wybaczyła? - spytał.
- To już sam musisz wymyślić. - powiedziałam.
 Było mi go szkoda, bo widziałam jak przez to cierpi.
- Tina będzie na zawodach? - spojrzał na mnie.
- Tak. - zrobiłam to samo.
- Okey. Nie mów jej, że ja też będę. - powiedział, powoli odchodząc. - Powodzenia. Wygrasz to na pewno.
- Nie dziękuje, ale się postaram. - zaśmiałam się i poszłam w stronę domu.
Będąc pod domem zobaczyłam, że stoi samochód. Zajrzałam przez okno w kuchni, czy ktoś jest w domu, ale nikogo nie zauważyłam. Poszłam do gospodarstwa, ale też nikogo nie było. Otworzyłam drzwi do domu i po cichu, skradając się na palcach, poszłam po komórkę do salonu, ale siedziała tam już ciocia, Katy no i tato.
- Gdzie byłaś? - spytał poważnie tato.
- Musiałam się wydostać z pokoju. Myślisz, że jak zamkniesz mnie na klucz, to nie uda mi się uciec?! - krzyknęłam.
- Siadaj! - wstał i wskazał mi palcem miejsce, w którym mam usiąść.
Spojrzałam na niego i usiadłam.
- Ciocia i Katy mi wszystko powiedziały. - zaczął.
Spojrzałam na nie. Ciocia się nie odezwała, tylko patrzyła na mnie maślanymi oczami. Katy ruszyła ustami, wypowiadając z nich szeptem '' Przepraszam''. Spojrzałam znów na tatę.
- Zabroniłem ci jakiegokolwiek kontaktu z końmi. - opierał się o kanapę rękoma.
- Nic mi nie zabraniałeś. - powiedziałam.
- Nie przerywaj! - krzyknął.
Wszystkie się przeraziłyśmy.
Spojrzał na nas i powoli się uspokajał.
- Sam mi pozwoliłeś jeździć. - powiedziałam, patrząc w dół.
- Bo myślałem, że będziesz jeździć pod moim okiem i pod cioci. - usiadł obok mnie. - Jakie zawody, gdzie zawody! Przecież nawet nie umiesz jeździć.
- Umiem! - krzyknęłam mu w twarz i wstałam. - Nie rozumiesz, że ja chcę jeździć. To moja marzenie i daje mi to ta frajdę, a ty z jakimiś swoimi powodami wyjeżdżasz i odbierasz mi to co kocham! Nie wolno ci wchodzić z butami w moje życie!
- Ines! - krzyknął i wstał.
- Możesz mnie zamknąć w pokoju, przykuć do łóżka, uciąć mi nogi... Rób sobie co chcesz i tak wezmę udział w tych zawodach, czy ci się to podoba czy nie. - poszłam do swojego pokoju.
- Wracaj tu! Nie skończyłem z tobą. - poszedł za mną i patrzył jak wchodzę po schodach.
- Ale ja skończyłam! - zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Położyłam się na łóżku i płakałam. Po półgodzinie przyszła do pokoju Katy.
- Wszystko w porządku? - spytała.
- Dajcie mi spokój! - rzuciłam poduszką w jej stronę.
Nastała chwila ciszy.
- Przepraszam. - spojrzałam na nią.
- Nic nie szkodzi. - usiadła obok mnie. - Przykro mi.
- Dlaczego ja muszę mieć takiego ojca. - oparłam głowę na jej ramieniu.
- Chcę dla ciebie dobrze. - tłumaczyła mi.
- Bronisz go? - spojrzałam na nią.
- Nie, ale zrozum też jego. Ciężko mu wychowywać dorastającą córkę. Jest sam, ma pracę, ma dom, ma ciebie ma tak samo jak wszyscy problemy. - mówiła. - Nie chcę być po niczyjej stronie, ale myślisz trochę egoistycznie.
- Co?! - krzyknęłam na nią.
- Tak. Mimo, że walczysz o marzenia i ja to rozumiem, to nie patrzysz na to co twój tato czuje. - patrzyła na mnie.
- A on wie co ja czuję? - spojrzałam na nią.
- No i znowu ty. - przewróciła oczami.
- To co? Mam mu wybaczyć? - pomyślałam.
- Po prostu porozmawiajcie. - chwyciła moją dłoń.
- Sama nie wiem. - spojrzałam na dół.
- Zapytaj, dlaczego nie pozwala ci jeździć. Uważam, że jak porozmawiacie i wszystko ci opowie, to zrozumiesz, dlaczego cię tak chroni. - przytuliła mnie.
- Może masz rację. - spojrzałam na nią i przytuliłam się do niej.
- Szykuj się powoli... - mówiła. - zostało mało czasu, a zawody tuż, tuż.
- E tam... - machnęłam ręką. - Jeszcze cztery godziny.
- No właśnie... Jeszcze. - wstała i szukała czegoś w szafie.
- Co robisz? - podeszłam do niej.
- O jest. - wyciągnęła mój strój konny, który ostatnio kupiłam.
- Nie będę go teraz ubierać. - powiedziała śmiejąc się.
- Wiem, ale przygotuj sobie już rzeczy. - podała mi go.
- No okey, mamo. - położyłam ubranie na krzesło.
- Te buty? - pokazała.
- A widzisz jakieś inne? - zaśmiałam się, wyciągając z górnej półki w szafie, kask.
- No nie. - uśmiechnęła się i położyła obok krzesła.
Odłożyłam kask na krzesło, zamknęłam szafę i zeszłyśmy do kuchni.
- Jak się czujesz? - spytała ciocia.
- Dobrze. - spoglądnęłam z uśmiechem na Katy. - Jest tato, bo muszę z nim porozmawiać.
- Nie ma. - mieszała łyżką zupę. - Od razu, kiedy poszłaś do pokoju, to wyszedł.
- A wiesz, kiedy wróci? - spytałam.
- Nie mam pojęcia. - rozlewała zupę do misek.
Po zjedzeniu, poszłam z Katy pograć na konsoli.
- O matko jak późno . - spojrzała na zegar.
- Tylko godzinę gramy. - powiedziałam.
- No właśnie, a ty za trzy godziny masz zawody.
- Ty bardziej to przeżywasz niż ja. - zaśmiałam się, wyłączając grę.
- Bo chce się czym pochwalić w szkole. - wyszczerzyła zęby.
- Jesteś głupia. - pchnęłam się.
- Dobra chodź. Zanim się przygotujesz to minie następna godzina. - pociągnęła mnie za sobą do pokoju.
- To od czego zaczynamy proszę pani? - zaśmiałam się.
- Make up? - pokazała mi tusz i cienie.
- Na zawody jeździeckie? - podniosłam brew.
- No faktycznie. Porażka. - zaśmiała się. - Fryzura?
- Zepnę w koka. - powiedziałam.
- To co mam robić? - spytała.
- Najlepiej usiądź. - wstałam. - Masz.
- Co to? - podałam jej MP3. - Posłuchaj muzyki, a ja się wszystkim już zajmę.
- Ale ja chcę ci pomóc. - wstała i podeszła do mnie.
- Ale serio nie ma w czym. - uśmiechnęłam się. - Ubiorę się w strój dopiero za godzinę, teraz poczytam trochę o zawodach jeździeckich i będziemy potem wychodzić.
- Musimy wyjść przynajmniej godzinę wcześniej. - powiedziała.
- Godzinę? - spytałam. - Czemu tak wcześnie?
- Lepiej być wcześniej, niż później. - położyła się na łóżko.
Katy słuchała muzyki,a ja wyciągnęłam książkę z półki. Usiadłam na parapecie i zaczęłam czytać. Było tylko czterdzieści stron, więc udało mi się przez godzinę ją przeczytać. Jednak co pięć minut sprawdzałam czas. Faktycznie lepiej przyjść wcześniej, niż później.
Kiedy skończyłam czytać, odłożyłam książkę na swoje miejsce i obudziłam śpiącą Katy.
- Wstawaj! - trzęsłam nią.
- Już, już! - mamrotała pod nosem.
Wzięłam ubrania do łazienki, wzięłam szybki prysznic i przebrałam się. Spięłam włosy w kok i trzymając pod pachą kask, weszłam do pokoju.
- I jak? - obróciłam się.
- Wszystko dobrze, tylko czegoś mi tu brakuje. - pomyślała, podchodząc do mnie.
- Czego? - spytałam.
- Tego. - uderzyła mnie w tyłek kolanem.
- Za co to? - pomasowała pośladki.
- Na szczęście. - przytuliła mnie, śmiejąc się głośno.
- Nie musiałaś tak mocno. - zaśmiałam się i zeszłyśmy na dół.
- A ty co sądzisz ciociu? - obróciłam się.
- Wyglądasz jak twoja mama. - powiedziała ciocia.
- Bardzo mi jej brakuje. - posmutniałam.
- Wiem, ale byłaby z ciebie bardzo dumna. - przytuliła mnie.
- Też chce. - powiedziała Katy, przytulając się do nas.
Zaśmiałyśmy się wszystkie.
- Powodzenia. - powiedziała ciocia, machając nam.
- Nie dziękuje. - odmachałam jej.
- Stresujesz się? - spytała Katy.
- Już nawet nie. - uśmiechnęłam się.
Kiedy byłyśmy na miejscu, przywitaliśmy się z resztą.
- O matko, ale tu fajnie. - rozejrzałam się z lekko otwartą buzią.
- No nie? - zaśmiała się Jasmine.
- Ines Brown? - spytał mężczyzna, podchodząc do nas?
- Tak, to ja. - odpowiedziałam.
- Musisz się podpisać, że jesteś już. - wskazał mi palcem namiot.
- Dobrze. - poszłam ze wszystkimi.
Podeszłam, żeby się podpisać, ale przede mnie weszła Miranda.
- O jednak jesteś. - powiedziała zarozumiale.
- Nie mam zamiaru się z tobą kłócić. - powiedziałam.
- I tak nie wygrasz, tylko się skompromitujesz. Lepiej idź tam, skąd przyszłaś. - powiedziała, podpisując się.
- Przynajmniej mam, gdzie wracać. - szepnęłam pod nosem.
- Mówiłaś coś frajerko? - spojrzała na mnie wściekle.
- Tak, żebyś się przesunęła, bo mam zamiar się podpisać i wygrać ten wyścig. - wzięłam długopis do dłoni i wpisałam się.
- Nie przejmuj się nią. - powiedziała Tina.
- Nie przejmuje. - spojrzałam na nią jak idzie w druga stronę.|
- Gotowa na wyścig? - spytała podekscytowana Lu.
- No pewnie. - przybiłyśmy sobie piątki.
- Zostało jeszcze czterdzieści pięć minut, do rozpoczęcia zawodów. - mówił głos w głośnikach. - Zawodników prosimy o wpisywanie się w namiocie numer 3.
- To co robimy przez ten czas? - spytał Luke.
- Może pogramy w ping-ponga? - zaproponowała Zoe.
- Ja chętnie. - pobiegły w stronę namiotu.
- Chodźcie, lepiej je nie zostawiać same. - zaśmiała się Jasmine.
Gdy szliśmy za dziewczynami, Tinę zaczepił biegnący w naszą stronę, Tom.
- Możemy porozmawiać? - chwycił jej ramię.
Spojrzała na nas, nie wiedząc co mu odpowiedzieć.
- Dobrze. - poszli w przeciwną stronę.
- Myślicie, że się pogodzą? - spytała Mia.
- Pewnie tak. - odpowiedziała Olivia.
Usiedliśmy na krzesłach, pijąc sok z kubeczków, a Zoe, Lu, Olivia i Mia poszły grać w ping-ponga.
- Wszystko dobrze? - spytała Jasmine.
- Tak. - lekko się uśmiechnęłam.
- Wyglądasz jakoś nie bardzo. - powiedziała.
- Bo przed zawodami pokłóciłam się trochę z tatą i potrzebuje z nim porozmawiać, ale nie ma go, bo gdzieś pojechał. - tłumaczyłam
Nie wiedzieli co mi odpowiedzieć. Posiedzieliśmy chwilę, patrząc jak grają dziewczyny.
- dwadzieścia minut do rozpoczęcia. - mówił głos w głośnikach. - Prosimy zawodników o przygotowanie się na starcie.
- Chodźcie! - krzyknęła Jasmine do dziewczyn.
Podbiegły do nas dziewczyny i wyszliśmy z namiotu. Po chwili przypomniałam sobie o czymś.
- Ei ludzie! - stanęłam, zatrzymując wszystkich.
- Co się stało? - spytali z przerażeniem.
- Zapomniałam o koniu. - przeraziłam się. - Co ja teraz zrobię?
- Pożyczę ci Shadow, jeśli chcesz. - powiedział Tom, podchodząc do nas i trzymając za rękę Tinę.
Wszyscy patrzyli na mnie i na nich, uśmiechając się i zastanawiając co teraz zrobić.
- Da radę? - spytałam.
- Myślę, że tak. - powiedział.
- Ines? - szturchnęła mnie Katy.
- Tak? - spojrzałam na nią.
- Przyszedł twój tato. - wskazała palcem.
Patrzyłam na niego, zastanawiając się co zrobić. Rozglądał się wokoło, szukając mnie. Chyba mnie...
Kiedy mnie zauważył, podszedł do nas.
- Możemy porozmawiać? - spytał.
- Tak, też mi na tym zależy. - powiedziałam.
Poszliśmy za stajnię, która znajdowała się na terenie zawodów.
- Gdzie byłeś? - spytałam.
- Później ci powiem. - odpowiedział. - Muszę ci coś powiedzieć.
- Jeśli chodzi o zawody, to wiem, że nie chce, ale to nic teraz nie zmienia. Ja i tak w nich wystartuje... - przerwał mi.
- Nie chodzi o to. - powiedział. - Ale muszę ci wreszcie to powiedzieć.
- Co takiego? - zmartwiłam się.
- Ukrywaliśmy to z ciocią przed tobą, ale już jest czas, byś się dowiedziała, dlaczego nie chcę byś jeździła, co dopiero brała udział w zawodach jeździeckich. - zaczął dramatycznie.
Przeraziłam się, bo nie wiedziałam czego się zaraz mogę dowiedzieć, jednak o to mi chodziło, by wreszcie dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi.
- Kiedy byłem w twoim wieku, poznałem w tych miejscach twoją mamę. Była piękna, nie mogłem  przestać o niej myśleć. Chciałem ją poznać i tak się stało. Jednak później z rodzicami wyjechaliśmy do Chicago i przez długie lata nie widzieliśmy się. Nadszedł moment, w którym cały mój świat się zatrzymał. Zobaczyłam ją... Przypadkiem znaleźliśmy się w tej samej kawiarni, niedaleko naszego domu...
- To ta, do której chodziliśmy zawsze? - przerwałam mu.
- Tak, to ta... - kontynuował. - Dosiadłem się do jej stolika, porozmawialiśmy chwilę i dała mi swój numer telefonu. Spotykaliśmy się przez rok, aż pewnego razu postanowiłem zrobić krok do przodu. Byliśmy starsi, mieliśmy po dwadzieścia parę lat i to nie był już czas na by cię chłopakiem i dziewczyną, postanowiłem więc oświadczyć się jej...
- Zostało dziesięć minut.  Zawodników proszę o przygotowanie się na starcie. - mówił głos w głośnikach z oddali.
- Tato szybciej. - pośpieszałam go.
- Zgodziła się... - mówił. - 5 lat później, urodziłaś się ty. Było świetnie, tworzyliśmy kochającą się rodzinę. Twoja mama miała marzenie, by przeprowadzić się na wieś i tak się stało. Mieszkaliśmy niedaleko cioci. Twoja mama chciała spełnić swoją obietnicę, którą wypowiedziała dawno temu. Chciała wziąć udział w zawodach, tak jak ty teraz. Była niesamowita, w tym co robiła. Były zawody dla juniorów i seniorów. Postanowiła się zapisać.  Tuż przed zawodami powiedziała mi, że jeździectwo ją uszczęśliwia, a bardziej od tego uszczęśliwia ją to, że trafiła jej się tak wspaniała rodzina jak nasza. Powiedziała, że wygra te zawody dla nas... i wystartowała. Trzymałem się na rękach i przez telewim, oglądaliśmy wyścig twojej mamy. Obszar, który miały pokonać, zdawał się nie mieć końca. Był na prawdę długi. Po pół godzinie zawodniczki zbliżały się do mety. Wszyscy dopingowaliśmy im. Wszystkie dojechały do mety... prócz jednej.... Twojej mamy. Wszyscy pytaliśmy co się stało, wpadłem w panikę. Przepychałem się przez tłum ludzi, aż do jury. Helikopter, który leciał nad nimi i kamerował wyścig, próbował uchwycić, gdzie jest, ale nic nie znalazł. Jakby wyparowała. Byłem w szoku, nie wiedziałem co mam robić. Trzymałem cię cały czas w rękach, tuląc do siebie i wylewając łzy. Cały czas płakałaś i krzyczałaś przez hałas dookoła. Policja, straż pożarna i pogotowie przeszukali cały teren. Po piętnastu minutach szukania znaleźli ją i od razu zawieźli do szpitalu na sygnale. Oddałem cię pod opiekę cioci, a ja szybko pojechałem do szpitala. Nie chcieli mnie do niej wpuścić. Musiałem przeczekać, aż któryś z lekarzy powie co się dzieje. Pod wieczór udało mi się porozmawiać, z jednym z lekarzy. Zapytałem co się stało, czy z nią wszystko w porządku, ale jego mina była przygnębiająca. Powiedział, że uderzyła w drzewo, a uderzenie było tak mocne, że ledwo ją wybudzili, ale na szczęście wszystko się normuje. Koń trafił pod opiekę weterynarza, na szczęście nie doznał żadnych, poważnych urazów. Znaleźli ich, gdzieś w lesie niedaleko domu cioci. Nazywają je ''Magicznym miejscem'', w którym znajduję się wodospad. Nie wiem, gdzie to jest, ale chciałbym zobaczyć to miejsce, może nie bolałoby mnie to tak bardzo, gdybym wiedział, że to w tym miejscu wszystko się zaczęło.
- Co się zaczęło? - popłynęły mi łzy z oczu.
- Twoja mama, kiedy mnie zobaczyła z ledwością wypowiedziała słowa: Kim Pan jest? - kontynuował ze łzami w oczach. - Zawołałem lekarze. Musiałem wyjść. Czekałem dwa dni w szpitalu. Nie spałem, nie jadłem, nie piłem, tylko czekałem... Wreszcie przyszedł do mnie lekarz. Mówił, że zrobili wiele badań, lecz nie jest dobrze. Twoja mama przez ten bolesny wypadek, doznała amnezji. Była to zaawansowana amnezjia, której nie dało się wyleczyć. Twoja mama nie pamięta nic z przed wypadku, ani po nim. Codziennie musiałem opowiadać jej wszystko. Po dwóch latach nie wytrzymała tego. Popełniła samobójstwo. Lekarze próbowali ją odratować, ale za późno ją znalazłem. Gdybym wiedział, gdybym mógł teraz cofnąć czas...
- Tato... Ja nie wiedziałam. - podeszłam do niego i mocno przytuliłam się do niego.
- Wiem, ale już wiesz, dlaczego nie chciałem, abyś brała udział w jakichkolwiek zawodach. Nie chcę cię stracić. - spojrzał na mnie.
- Wiem tato. ale obiecuję ci, że mnie nie stracisz. - spojrzałam na niego. - Chce wygrać te zawody... dla mamy.
- Sam nie wiem... - mówił. - Chcę, żebyś wiedziała, że będę cię wspierać w każdym twoim wyborze i chcę byś spełniała swoje marzenia. - przytulił mnie.
- Wiem... - uściskałam go. - Mam jednak pytanie.
- Jakie? - spojrzał na mnie.
- Czy, dlatego zabrałeś mi Pioruna? - mówiłam. - Żebym nie jeździła już więcej.
- Nie do końca. - podrapał się w tył głowy.
Spojrzałam na niego ze zmarszczonym czołem.
- Piorun, to... - przełknął ślinę. - To koń, na którym jechała mama na zawodach. Trafił do weterynarza, miał skręconą kostkę i musiał być pod opieką, a że został mi tylko on po  wypadku, to chciałem go przygarnąć, bo wiele dla mnie znaczy. Od małego twoja mama go miała. Dostała go na 8 urodziny.
- Teraz już rozumiem, ale jednak już nie ma to żadnego znaczenia... - mówiłam. - I tak już nie wróci, a ja nie mam konia na zawody.
- No właśnie... - przerwał.
Usłyszałam w oddali jego głos. Spojrzałam w stronę, z której dobiega głos. Próbowałam go dostrzec.
- Piorun! - krzyknęłam, biegnąc do niego.
Wzięłam go od mężczyzny i podeszłam z nim do taty.
- To ty go tu przyprowadziłeś? - spytałam, całując Pioruna.
- Tak. Uznałem, że on nie jest niczemu winny, a widziałem jak cię uszczęśliwia. - spojrzał na nas.
- Dziękuje. - uściskałam mocno tatę. - Mogę na nim dziś pojechać?
- Jeśli uważasz, że oboje dacie radę, to tak... - mówił. - Ale obiecaj mi, że będziecie na siebie uważać.
- Obiecuję. - pocałowałam tatę w policzek.
Założył siodło na Pioruna, pomógł mi go dosiąść i w szybkim tempie podbiegliśmy do startu.
- O matko! - krzyknęła, zatykając sobie buzię Jasmine. - To Ines!
- I Piorun! - dodała z szerokim uśmiechem Katy.
- Coś mnie ominęło? - spytałam.
- Nie, idź na start. Szybko! - powiedziała Mia.
- Później wam wszystko opowiem, ale teraz idę wygrać wyścig! - puściłam im oczko.
Zaczęli krzyczeć i bić mi brawo.
- Wszyscy gotowi? - spytał mężczyzna, trzymający w ręce konfetti.
Odliczał od 10 do 0 i wreszcie powiedział: ''Start!''
I ruszyliśmy.

1 komentarz:

  1. Wow, nie oczekiwałam takiego obrotu sprawy! Rozdział jeden z lepszych, a kolejnego się nie moge doczekać, no bo o piszesz zawody! :3

    OdpowiedzUsuń