sobota, 20 czerwca 2015

ROZDZIAŁ XXII

Cały czas myślałam, o tym co powiedział mi przed chwilą tato. Mimo że łzy płynęły mi z oczu, to nie poddawałam się. Powtarzałam sobie ''Muszę wygrać ten wyścig... Dla mamy''. Dawało mi to więcej energii. Z łatwością prześcignęliśmy z Piorunem kilka zawodniczek. Jednak tor nie był wcale taki prosty.
Od startu było kilkadziesiąt metrów do przejechania pod czystym niebem, wzdłuż pszenicy i żyta. Piaszczyste podłożę było dobre dla Pioruna. Przyzwyczaił się od ostatnich wyścigów do tego toru.
Wreszcie weszliśmy do wnętrza lasu. Niebo zasłonięte wysokimi drzewami. Śpiew ptaków kołysał nas do spania, ale nie mogliśmy dać za wygraną naturze. Droga nie była już zaznaczona. Trzeba było kierować się instynktem.
Wszystkie zawodniczki rozproszyły się, szukając jakiś wskazówek, by wydostać się z lasu. Nie znałam tego terenu. To był inny las niż ten, który znam. Nie wiedziałam, gdzie dokładnie mam jechać, ale Piorun dobrze wiedział, gdzie co jest.
- Dalej Piorun! - krzyknęłam z uśmiechem.
Jechaliśmy przed siebie. Z szorstkiego, trawiastego podłoża, czuć było miękkość. Jak dotykania bawełny, ale zamiast bawełny, była to polana pełna kwiatów. Piorun powoli się zatrzymywał, móc zostać tutaj i spokojnie odpocząć. Jednak to nie była tylko wina kwiatków. Ptaki znów zaczęły śpiewać, a las szumiał tak relaksująco, że nie chciało się nic robić, tylko leżeć. Natura stłumiła wszystkie moje myśli, aż opadałam z sił.
- Nie daj się uwieść! - krzyknęła do mnie jedna z zawodniczek.
Szybko się zbudziłam i z Piorunem biegliśmy dalej. Jednak to nie koniec zmartwień. Goniły nas ptaki, jakby uwzięły się na nas. Piorun biegł coraz to szybciej.
- Piorun, nie możesz się przemęczać. - mówiłam mu do ucha.
 Mimo to nie zwalniał. Był mądrym koniem i wiedział dobrze co robi.
Wbiegliśmy w małe jezioro, które prowadziło do wodospadu, aż po gęsty bluszczem las. Słyszałam już tylko chluśnięcia wody, które Piorun kopytami rozlewał na dwie strony. Ukryliśmy się za małym wodospadem, stojąc na mokrych kamieniach, przez które Piorun się ślizgał. Jednak mocno stąpał po nich, cofając się w gęsty bluszcz.
Szliśmy powoli. Byliśmy sami. Las pełen zarósł bluszczem, a jego wygląd paraliżował mój strach. Nigdy nie widziałam takiego lasu, dlatego się boje.
Pogłaskałam konia i szliśmy dalej. Zastanawiałam się, gdzie teraz jest reszta zawodniczek. Usłyszałam niedaleko głos, wydobywający się prawdopodobnie z głośników. Wątpię, że to z moich myśli.
- Zawodniczki numer: 4 i 7 wróciły na start. - mówił głos. - Zawodniczki numer: 6,8,9,11,17 i 21 mają dwadzieścia minut na dotarcie do skalistego mostu.
Głos, nie był daleko, więc pewnie przyjęli opcję, że któraś z zawodniczek znajdzie się w tym miejscu.
- Piorun, musimy znaleźć skalisty most. - powiedziałam. - Idźmy za tym głosem.
I tak też zrobił. Galopem kierowaliśmy się przed siebie. Nie patrzyłam wokoło, by się nie rozproszyć. W oddali zauważyłam dwie ściany zarośnięte bluszczem. Była to wcześniej jedna skała, ale pod wpływem zjawisk atmosferycznych i z ogromną ich siłą, podajże zniszczyły skałę, dzieląc ją na dwie części. Ciężko byłoby teraz pomyśleć, jaka była to siła tego zjawiska, ale nie przypuszczałabym nigdy, że cokolwiek mogłoby zniszczyć tak wielki, skalisty materiał.
Podeszliśmy bliżej, nie robiąc pochopnych kroków. Powoli kierowaliśmy się między te ściany. Przestrzeń, jaka się utworzyła wyglądała, na dość szeroką, jednak wcale taka nie była. Trochę jakby złudzenie optyczne.
Musieliśmy iść coraz wolniej. Piorun nie był szerokim koniem, dlatego miał dobre proporcję do zmieszczenia się w wielu, takich wąskich kątach.
- Uff... - wypuściłam z ust powietrze. - Udało się... Hmm,... ale co teraz.
Rozglądnęłam się dookoła. Staliśmy nieruchomo przez kilka dobrych sekund. Przez korony drzew, przepychały się promienie słońca. W tym miejscu, bluszcz z ściemnił obszar, ale promienie słoneczne, rozświetlając nam drogę, pozwoliły nam ujrzeć kierunek dalszej podróży.
Skręciliśmy w prawo, aż nagle odezwał się znów ten sam głos.
- Zawodniczki mają siedem minut, na pojawienie się przy skalnym moście. - powiedział głos.
- Słyszę go, Piorun! - cieszyłam się. - Jesteśmy blisko!
Biegliśmy jak najszybciej przez las. Z oddali wyjawiał się blask światła, a z nim krajobraz.
- Piorun, już blisko! - biegliśmy jeszcze szybciej.
Wydostaliśmy się! Byliśmy na wzgórzu, z którego było widać już most. Za nami las, po dwóch stronach ciąg wysoki drzew, które rozświetlało słońce. Pod nami błękitna i dużo plama wody. Skaliste ściany otworzyły kąt 180 stopni, tak aby wody nie ciągnęła się dalej. Nad nią pod drugiej stronie był most, który pozwalał jej na ciąg dalszy, jednak nie wydaje mi się, by trafiała do morza.
- Piorun, wio! - krzyknęłam.
Szybko, ale uważnie musieliśmy biegnąć, by nie spaść. Jechaliśmy coraz to szybciej, a droga z naszą prędkością robiła się szersza. Była długa droga do pokonania, ale się udało!
- Zawodniczka numer: 6, opadła z wyścigów. - mówił głos. - Skoro jesteście już wszystkie, helikopter z góry zrzuci wam prowiant. Macie godzinę odpoczynku.
Zeszłam z konia i złapałam lecący do nas z małym spadochronem prowiant. Otworzyłam zawartość pudełka i wyjęłam z niego jedzenie. Piorunowi dałam jabłko, a ja napiłam się wody z butelki. Nalałam na dłoń wody, by koń mógł się napić. Rozpakowałam z foli kanapkę i jadłam. Piorun odszedł kawałek do cienia, a ja usiadłam na moście i odpoczywałam.
- Hei, możemy usiąść obok? - spytała zawodniczka, która mi pomogła w lesie.
- Jasne. - spojrzałam na nie. - Jestem Ines.
- A ja Aiko, a to moja siostra Kumi. - przedstawiła je.
- Jesteście z Japonii? - spytałam zaciekawiona.
- Z Chin, ale byłaś blisko. - zaśmiała się.
- Miło mi was poznać. - powiedziałam i wskazałam palcem. - To jest Piorun.
- Miło mi cię poznać Piorun. - pomachała mu.
- A to jest Ran i Anzu. - wskazała dwa białe konie.
Spojrzałam na nie z uśmiechem.
- Stało się coś twojej siostrze? - spytałam szeptem.
- Jest głucha. - powiedziała.
- Porozumiewacie się na migi? - spytałam, patrząc na nią.
- Tak. - powiedziała.
- Jesteście bardzo do siebie podobne. - spojrzałam raz na jedną, a raz na drugą.
- Jesteśmy bliźniaczkami. - uśmiechnęła się.
- Długo już tu mieszkacie? - spytałam.
- Nie mieszkamy tu. - mówiła. - Znasz Toma?
- Tak, to mój przyjaciel. - podskoczyłam.
- To nasz kuzyn. - uśmiechnęła się.
- Tom jest z Chin? - zmarszczyłam czoło.
- Nie, haha. - zaśmiała się. - Jego mama i nasza mama to siostry.
- Ale Tom nie wygląda jak... no jak wy. - machałam rękoma przed jej twarzą.
- Jest podobny do wujka, ale ma takie oczy, takie no. - rozciągnęła kąciki swoich oczu, śmiejąc się.
- A no fakt! - klasnęłam dłońmi. - Ma takie skośne oczy.
- Pierwszy raz startujecie w zawodach? - spytałam.
- Nie, to nasz trzeci taki wyścig. - mówiła. - A ty?
- Pierwszy. - powiedziałam.
- Zawodniczki macie jeszcze piętnaście minut do startu. - przygotujcie się, sprawdźcie czy wasze konie są zdolne do jazdy, sprawdźcie czy macie apteczkę i latarki. Będą wam teraz potrzebne. - mówił głos w głośnikach.
- Ciekawe co nas teraz czeka. - powiedziała Aiko.
- To nie wiesz? - spytałam.
- Nie, bo co roku jest inny tor i inne wyzwania. - mówiła.
- Chodźmy sprawdzić jak nasze konie. - wstałam i machnęłam ręką.
Podeszłam do Pioruna. Sprawdziłam czy nic mu nie jest. Wszystko było w porządku. Dałam mu jeszcze jedno jabłko, a drugie schowałam do plecaka. Sprawdziłam czy wszystko jest w apteczce i było jak należy.
- Jak wasze konie? - krzyknęłam do Aiki i Kumi.
Aiko podniosła kciuk, żeby dać mi znać, że jest dobrze.
Wsiadłam na konia i podeszłam do nich. Obydwie dosiadły swoje konie i zbliżyłyśmy się do startu. Po paru minutach reszta zawodniczek już się ustawiła. Widziałam, że metry które nas dzielą od puszczy, to ta sama droga co na początku, ale nie była już piaszczysta. Była kamienna. Małe, duże, średnie kamyczki, ułożone obok siebie. Piorun nie był przyzwyczajony do takiego podłoża, ale wiem że da sobie radę.
- Jesteś dzielny. - pocałowałam go w głowę. - Wierzę w ciebie.
Po chwili w głośnikach głos odliczał czas do startu.
- Start! - krzyknął głos.
 Biegliśmy szybko, ale ostrożnie. Z Piorunem byliśmy na trzeciej pozycji. Nie jest najgorzej. Aiko była na drugim, Kumi na czwartym, a Miranda na pierwszym. Nikt nie zwracał na siebie uwagi, nie rozglądaliśmy się na siebie, ani nie rozmawialiśmy ze sobą. Liczyło się tylko wbiegnięcie do puszczy.
- Dasz sobie radę? - spytała Aiko, zatrzymując się razem z Kumi obok mnie.
- Jasne, że dam. - mówiłam z uśmiechem. - Powodzenia.
Każda z nas musiała się rozdzielić, nie można było jechać parą czy grupą.
Rozglądałam się wokoło, zastanawiając się, gdzie teraz... Usłyszałam jakiś głoś... To pewnie znowu ten sam, który mówi przez głośnik, ale... Ten był kobiecy...
- Nie idź tam. - mówił szmer.
Uznałam, że to szum drzew tak działa na mnie.
- Nie idź tam. - powtórzył głos.
Promienie słońca skierowały światło na ciemną stronę puszczy. Głos mówił, żebyśmy tam nie szli, ale tylko tą stronę rozjaśniało nam słońce. Nie mogę ufać czemuś, co słyszę ale nie widzę, więc kierowaliśmy się w tamtą stronę.
Promienie coraz to dalej, jaśniały coraz mniej, aż nagle przestały. Włączyłam latarkę i świeciłam nią przed siebie. Z każdym szmerem, z każdym ruchem, z każdym szumem i powiewem wiatru bałam się bardziej. Każdy nieprzewidziany element, zmusił mnie do spojrzenia w jego stronę. Nietoperze, krety, ptaki,... To było straszne.
Szliśmy powoli, rozglądałam się na dwie strony.
Minęliśmy kilka metrów, a głosy ustawały. Zatrzymałam Pioruna, zeszłam z niego i szłam obok niego. Doszliśmy do małej, drewnianej chatki. Zostawiłam Pioruna na zewnątrz, a sama weszłam po schodach do środka. Chatka wyglądała jak dom na drzewie. Była dziurawa w niektórych miejscach. Musiała być bardzo opuszczona i bardzo dawno budowana. Przejechałam palcem po ścianach domku, cały zakurzony, dużo pajęczyn... Rozejrzałam się na parterze czy jest coś co może będzie mi potrzebne, ale nic tam nie było. Znalazłam schody, ale nie mogłam po nich wejść bo brakowało kilku schodków. Na szczęście piętro nie było wysokie, wystarczyło skoczyć wysoko. Rękoma podciągnęłam się do góry i rozejrzałam się wokoło. Widziałam porozwalane w kącie książki, mapy, dzienniki, gazety... Nic więcej nie było. Łóżka, szafy, zegarów, itd... Same książki. Kucnęłam i szukałam w nich czegokolwiek, co mógłby mi się przydać. Większość książek była bardzo stara o wojnach, dramatyczne, jednak większość była fantasy. Jedna z nich mi się spodobała, dlatego schowałam ją do plecaka. Grzebałam dalej w stercie książek i natknęłam się na notatnik. Nagle usłyszałam głos Pioruna. Schowałam notatnik do plecaka i ujrzałam przez okno. Był niespokojny, ale zamilkł. Odwróciłam się by zejść na dół, ale przede mną stanął jakiś człowiek. Krzyknęłam ze strachu. Wołałam o pomoc, ale on stał i patrzył na mnie. Po chwili mnie uspokajał.
- Kim Pan jest? - spytała przerażona.
- A ty? - spytał starzec.
- Mam na imię Ines i razem z moim koniec startujemy w zawodach. - powiedziałam.
- Przeklęte zawody. - odszedł kawałek, trzymając dłonie splecione w tyle.
- Nie lubi Pan zawodów? - spytałam, idąc za nim.
- Co roku jeżdżą koło mojego lasu, nie dając mi spokoju. - mówił. - Dlaczego wchodzisz do mojego domu, zamiast jechać i wygrać wyścig? - spytał cofając się w moją stronę i patrząc na mnie groźnie.
- Przepraszam, ja... - jąkałam się. - Ja się zgubiłam, a światło tylko świeciło w tą stronę, wszędzie było ciemno i...
- Jedź na wschód, aż dotrzesz do jeziora zbłąkanych dusz, wtedy dowiesz się, gdzie masz dojechać. - powiedział. - A teraz się wynoś!
- Ale... nie chce Pan czegoś? - mówiłam. - Zauważyłam, że nie ma Pan lodówki, ani nic...
- Wynoś się stąd! - przerwał mi i krzyknął wskazując wyjście ręką. - Wyjdź i nigdy tu nie wraca!
Szybko zeszłam na dół i w biegu podbiegłam do konia, dosiadłam go i ruszyliśmy na wschód... Jak mówił starzec.
Wiatr powiewał moje włosy, oczy zamykały mi się przez zimno jakie mi dokuczyło. Mimo to nie zatrzymywaliśmy się. Jak mówił mężczyzna, tak było. Dojechaliśmy do jeziora, z którego płynęła wąsko woda, w niekończącą się stronę. Z Piorunem odetchnęliśmy i napiliśmy się wody. Dałam mu jabłko, a sobie obmyłam twarz. Musiałam się odświeżyć. Tęskniłam za prysznicem.
Chlapałam wodą, gdzie się dało. Ciągle wynurzałam z dłoni wodę, obmywając się nią, ale nadal nie było mi wystarczająco mokro. Tak jakbym brała wodę, ale wcale się nią nie obmywała. Jakbym obmywała się samym powietrzem. Suchym powietrzem, nie wilgotnym. Wcale nie miałam mokrej twarzy czy rąk. To był pot. Zwykły pot, nic więcej. Nie rozumiałam tego... Jest jezioro, ale gdy bierzesz z niego wodę, to tak jakbyś jej nie brała.
Po kilku razach, nadal nic się nie działo. Jednak Piorun musiał coś wyczuć, bo nagle cofnął się o parę kroków.
- Co się dzieje? - spytałam podchodząc do niego.
Patrzył w jeden punkt. Spojrzałam tam, gdzie on. Widziałam blask w oddali puszczy. To nie były promienie. Tam ktoś stał. Niebieski blask kusił mnie na patrzenie w niego. Coraz bardziej się zachwycałam, nie zwracając uwagi, że idzie w moją stronę. Głos kobiety, znów się pojawił. Znów zabrzmiał... Jak wcześniej.
- Dzień dobry Ines. - mówił do mnie.
- Kim jesteś? - spytałam bez strachu.
- Nie poznajesz mnie? - spytała.
- Nie... - zastanawiałam się.
- Jestem twoją mamą. - mówiła.
- To nie możliwe. - potrząsnęłam głową.
- Możliwe. To na prawdę ja. - wyciągnęła do mnie dłoń.
Chwilę patrzyłam na wysuniętą w moją stronę dłoń. Powoli wysuwałam swoją w jej stronę.
- Wszystko dobrze? - spytała Aiko.
Spojrzałam gwałtownie w jej stronę i znów w stronę zjawy, która zniknęła.
- Tak... - wydusiłam z siebie.
Weszłam na Pioruna i podjechałam do dziewczyny.
- Co się stało? - spytała.
- Nic takiego. - spojrzałam na miejsce, w którym stała zjawa. - Nic takiego...
Odjechałyśmy.
Razem z Aiko droga była bezpieczniejsza, a głos nie pojawił się już więcej.
- Zawodniczki mają dziesięć minut na pojawienie się w magicznym łuku. - mówił głos z głośników.
- Jesteśmy już niedaleko. - mówiła.
- Skąd wiesz? - spytałam.
- Tak czuje. - uśmiechnęła się.
Pędziłyśmy przed siebie. Zaczął padać deszcz. Ziemia stawała się wilgotna. Zaczynało robić się z niej błoto. Bagna coraz bardziej się powiększały. Kory drzew były śliskie z wilgoci.
Jechałyśmy gęsiego. Byłyśmy pod łukiem, musiałyśmy dostać się do niego. Nie mogłyśmy z koniami się do niego wdrapać, musiałyśmy iść na około.
- Dajesz radę? - spytała.
- Tak. - spojrzałam w dół. - Tam jest przepaść!
- Nie patrz tam. - mówiła spokojnym głosem.
Deszcze zaczął bardziej padać, a ziemia coraz to bardziej kruszyć. Jej odłamki z góry spadały w naszą stronę prosto na dół. Szłyśmy ścieżką wydeptaną już dawno przez kogoś.
- Ines? - mówiła z lekkim przerażeniem.
- Tak? - krzyczałam, bo deszcz nas zagłuszał.
- Czuję, że Anzu tego nie wytrzyma. - mówiła.
- Musi wytrzymać. Jest dzielna! - krzyknęłam.
- Wątpię, że... - krzyknęła, spadając razem a Anzu na wysunięty stopień ziemi ze ściany.
- Nic wam nie jest? - spytałam.
- Mi nic, ale Anzu... - zaczęła płakać.
- Nie ruszaj się, zaraz do ciebie zejdę. - zeszłam powoli z Pioruna.
Musiałam trzymać się blisko ścian, by nie spaść. Droga nadal była wąska. Zaczepiłam supeł liny o dość grupy pień wystający ze ścian i zrzuciłam ją w dół. Powoli schodziłam do nich.
- Masz jakieś obrażenia, nic cię nie boli? - spytała Aiko.
- Trochę nadgarstek, ale to nic takiego. - mówiła.
- Dasz radę wejść po linie? - spytałam.
- Tak, a co z Anzu? - spojrzała na konia ze łzami w oczach.
Także spojrzałam na konia. Miała zamknięte oczy i lekko oddychała. Nie byłam weterynarzem, ale wiedziałam, że dla niej był to już koniec. Potrzebowała pomocy, której nie mogłyśmy jej teraz zapewnić. Nawet, gdyby żyła, nie dałybyśmy rady jej wciągnąć. Była za ciężka. Nic nie mówiłam Aiko.
- Chodźmy. - obróciłam ją w stronę liny.
- Ines, musimy coś zrobić. - spojrzała na konia.
- Przykro mi. - powiedziałam cicho.
Nagle odpadł kawałek stopnia na w przepaść.
- Musimy szybko stąd iść! - krzyknęłam.
Aiko chwilę patrzyła na mnie i wreszcie chwyciła linę, próbując się wciągnąć.
- Ines, ja nie dam rady. - powiedziała, trzymając się za nadgarstek. - Idź sama, a ja tu zostanę z Anzu.
- Zwariowałaś! - krzyknęłam jej w twarz. - Nie zostawię cię tu.
- Wygraj wyścig dla mnie. - powiedziała spokojnie.
- Weź się w garść i posłuchaj mnie! - mówiłam. - Wejdę po linię, zawiążesz wokół siebie linę, a ja cię wciągnę.
- Chcę zostać tu z Anzu. - spojrzała na nią.
- Ale Anzu nie chciałaby, żebyś tu zostawała. Chciałaby, żebyś się uratowała, żebyś żyła, słyszysz?! - tłumaczyłam jej. - Anzu jest silna, wytrzyma to. Kiedy przyjedziemy na start, powiemy co się stało i ją uratują!
Spojrzała na mnie, nie wypowiadając żadnych słów. Przytaknęła głową i pozwoliła mi wykonać zadanie. Wspięłam się najszybciej jak się da po linię, co nie było proste bo moje ręce jak i lina były za bardzo wilgotne, ale udało się.
- Obwiąż linę wokół siebie. - patrzyłam na nią. - Szybciej!
Zrobiła to co powiedziałam i wciągała ją. Nie była ciężka, ale ślizgały mi się ręce.
- Musisz mi pomóc. - powiedziałam. - Spróbuj się odepchnąć od ścian.
- Dobrze. - powiedziała.
Po chwili Aiko stała obok mnie. Odwiązała linę i spuściła w dół. Wiedziałam, dlaczego to zrobiła. Zrobiła to po to, by dać znak Anzu, że wróci po nią. Spłynęła mi łza z oczu, którą szybko otarłam. Nie mogłam teraz pokazywać emocji. Musiałyśmy szybko się stąd wydostać. Wsiadłyśmy obie na Pioruna i ruszyliśmy.
- Wrócę po ciebie Anzu! - krzyknęła Aiko.
W pewnych chwilach na prawdę bałam się, że będzie po nas. Pod nami rozwalał się grunt, ale wreszcie dotarliśmy do magicznego łuku. Były już tam wszystkie zawodniczki.
- O matko Ines. Spóźniłyśmy się. To przeze mnie. - obwiniała się. - Przepraszam.
- Nie przepraszaj. Najważniejsze było, to by przeżyć. - uspokajałam ją.
- I co... - podeszła do nas Miranda. - Przegrałaś frajerko!
Patrzyłam na nią, próbując się nie prowokować. Podeszły do nas inne zawodniczki.
- Nic wam nie jest? - mówiły.
- Wszystko dobrze? - mówiła jedna za drugą.
Zadawały dużo pytań, które nagle przerwał głos w głośnikach.
- Mimo że zawodniczki numer: 8 i 21 nie dotarły na miejsce na czas, to jednak jury ogłosiło, że nie są one zdyskwalifikowane. Za chwilę wyląduje helikopter z lotniczym pogotowiem ratunkowym, który opatrzy was. - powiedział głos.
Helikopter wylądował i wyszło z niego trzech mężczyzn, którzy szybko zdjęli nas z koni i opatrzyli. Mi nic nie było, tak jak i Piorunowi. Aiko zabandażowali dłoń i zabrali ze sobą do helikoptera.
- Wygraj to dla mnie i dla Anzu. - przytuliła mnie mocno.
- Nie zawiodę was. - odwzajemniłam uścisk.
Widziałam jak zabierają ją w miejsce, gdzie leży Anzu. Oby z tego wyszła.
Podeszła do mnie Kumi. Nie umiałam migowego, ale domyśliłam się, że chciała mi podziękować za uratowanie jej siostry. Przytaknęłam głową i podeszłyśmy do startu.
- To już jest ostatni element wyścigu. Na mecie czekają wasze rodziny. Zawodniczki numer: 9,11,17 i 21 prosimy o przygotowanie się na starcie. - mówił głos.
Wszystkie przygotowałyśmy się na starcie i czekałyśmy na odliczanie głosu.
- Start! - krzyknął głos.
Wszystkie ruszyłyśmy. Teraz na podłożu były ustawione drewniane deski. Nigdy nie ćwiczyłam na takim podłożu z Piorunem, ale doskonale daje sobie radę. Wybiegliśmy z puszczy, prosto nad brzeg morza. Była prosta droga, piaszczysta i piękny zachód słońca. To był wyścig z czasem. Szybko z Piorunem wyprzedziliśmy inne zawodniczki i znaleźliśmy się na drugim miejscu.
- Wio Piorun, Wio! - krzyknęłam.
Droga przez brzeg była dość długa, ale gdy już się kończyła, znów trzeba było wejść do lasku. Jednak ten las był dla mnie już znany. Wiedziałam, gdzie co jest i jak się z niego wydostać.
Złapała nas burza. Grzmiało potężnie, błyskało się... Musieliśmy się ukryć. Podjechaliśmy pod magiczne miejsce. Piorun znowu zatrzymał się i wariował.
- Piorun, uspokój się. - głaskałam go. - Tam nic nie ma strasznego. Wiem, że tu wszystko się stało, ale to już przeszłość.
Powoli się uspokajał. Zeszłam z niego i poprowadziłam go do głębi '' Magicznego miejsca''.
 - Nie dam cię skrzywdzić. Obiecuję. - pocałowałam go w czoło.
Poprowadziłam go do środka. Drzewa zasłoniły deszcz, jednak pioruny dostawały się przez nie. Przeszliśmy przez jeziorko, aż do wodospadu. Wszędzie bajora, potykałam się o własne nogi, by po prostu szybko dojść do bezpiecznego miejsca. W jednym z drzew, była szpara, w którym razem z Piorunem mogłam się ukryć. Dla Pioruna było zbyt ciasno, ale dawał radę.
Kiedy burza ustawała, wyszliśmy z ukrycia i kierowaliśmy się w stronę stadniny Luke'a. Na środku drogi były poprzewracane drzewa, a pod nimi ogromne bajoro. Nie dało się przejść, a nie mogliśmy zawrócić, bo nie wiedzieliśmy czy droga powrotna jest czysta, a było za mało czasu. Musieliśmy przejść po drzewie.
- Piorun, damy radę. - powiedziałam do niego z lekkim uśmiechem.
Szłam przodem, a za sobą prowadziłam konia. Ześlizgiwały mu się kopyta, ale normowałam jego równowagę. Powoli prowadziłam go do końca. Zeszłam z konaru i puściłam Pioruna przed siebie. Chciałam zrobić krok, ale moja stopa zahaczyła o kłącza. Upadłam i próbowałam wydostać się z uścisku. Nie mogłam. Usłyszałam jak znowu nadchodzi burza. Piorun przestraszył się. Zaczął kręcić się w kółko.
 -Idź się ukryj. - powiedziałam do niego.
I tak zrobił, a ja próbowałam się wydostać. Piorun trafił w drzewo, którego koran zawiązał się wokół mojej nogi. Drzewo opadło w dół kilka centymetrów, miażdżąc mi nogę. Krzyczałam z bólu. Widziałam jak ktoś podjeżdża do mnie. To była Miranda.
- Co się stało? - spytała schodząc z konia.
- Drzewo. - wskazałam palcem.
- O matko! - krzyknęła.
Wyciągnęła z plecaka apteczkę i wyjęła nożyczki, którymi próbowała przeciąć kłącza. Mimo że trwało to zbyt długo, udało mi się wydostać.
Wzięła mnie pod ramię i pomogła wsiąść na Pioruna.
Wreszcie mogłyśmy dojechać do mety. Byłyśmy bardzo blisko.
- No dalej. - powiedziałam. - Wiem, że chcesz wygrać.
- Nie. - pokręciła głową. - Obie to wygramy.
Złapałyśmy się za ręce i dojechałyśmy do mety. Wszyscy podbiegli do nas. Tato zdjął mnie z konia i zaprowadził do karetki.
- Dziękuje. - wyszeptałam słowo do Mirandy.
Widziałam spojrzenia wszystkich ludzi. Byli przerażeni, płakali... Bałam się. Zamknęłam oczy i zdałam się na łaskę Boga. W szpitalu słyszałam tylko głosy lekarzy i taty. Oczy miałam nadal zamknięte, ale mój umysł nadal pracował i podpowiadał mi, że znajduję się na sali operacyjnej. Wypowiedziałam słowa: '' Kocham was'' i zasnęłam.
*Dwa tygodnie później*
- I jesteśmy w domu. - tato położył torbę z ubraniami koło szafki w przedpokoju.
- Ines! - przytuliła mnie ciocia. - Jak noga?
- Dobrze. - machnęłam nią. - Ale trochę denerwuje mnie ten gips.
- Do wesela się zagoi. - zaśmiała się ciocia.
- Czy ja o czymś nie wiem? - spytał tato.
- Ty wiesz o wszystkim. - zachichotałam.
- Ktoś na ciebie czeka? - ciocia wskazała mój pokój.
Weszłam powoli na górę, otworzyłam drzwi i zajrzałam do środka.
- Witaj w domu Ines! - krzyknęli chórem przyjaciele.
- Jeju. Cześć! - uśmiechnęłam się szeroko.
Przywitali mnie, pytali jak z nogą i zadawali mi dużo innych pytań.
- Wiecie... muszę wam coś powiedzieć. - kontynuowałam. - Odbyłam z tatą w szpitalu bardzo ważną rozmowę.
- O co chodzi? - spytała Katy, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Uznał, że najlepiej będzie jeśli wyjadę do Chicago. - spojrzałam na nich.
- A co z jeździectwem? - spytali zszokowani. - Co z Piorunem?
- Piorun zostanie tutaj. - mówiłam. - Tato obiecał mi, że dobrze się nim zajmie razem z ciocią.
- A co będziesz robić w Chicago? Gdzie będziesz mieszkać? - spytała Tina.
- Będę mieszkać z ciocią. - wstałam i podeszłam do szafki, w której trzymałam prezent od rodziców na te urodziny. - Mama zawsze chciała zapisać mnie na balet i spełnię jej marzenie.
- Będziemy za tobą bardzo tęsknić. - uściskała mnie Lu.
- Nigdy o was nie zapomnę i będę przyjeżdżać na wakacje. - przytuliliśmy się wszyscy. - A jeździectwo zawsze będzie dla mnie ważne.
- Ei słuchajcie... - mówiła Lu. - Zamiast tak się dołować, to zróbmy imprezę pożegnalną.
- Dobry pomysł! - krzyknęła Olivia.
Wieczorem w garażu Toma zrobiliśmy imprezę. Tańczyliśmy, śmialiśmy się, wspominaliśmy. Było świetnie. Nigdy ich nie zapomnę. Ci ludzie dali mi nadzieję, przyjaźń, miłość... Tego mi brakowało.
 Ostatni taniec zaproponował mi Luke.
- Czyli wyjeżdżasz... - mówił Luke.
- Tak, ale to nie jest koniec. - powiedziałam.
- A co z nami? - spytał.
- Nie chcę się z tobą rozstawać. - przełknęłam ślinę.
- Ja też nie chce. - powiedział. - Możemy do siebie codziennie dzwonić, pisać, mailować, robić video chat, itd.
- Dokładnie, a we wakacje będziemy się spotykać. - uśmiechnęłam się.
- Trzymam cię za słowo. - pocałował mnie w czoło, a później w usta.
Na następny dzień byłam już spakowana, pojedzona i gotowa do wyjazdu. Z Piorunem żegnałam się cały ranek. Płakałam i całowałam go. Ściskałam i nie chciałam się z nim rozstawać.
 Od rana siedzi u mnie ciocia. Ta ciocia, która mnie zainspirowała do modelingu, a zamiast tego trafiłam na wieś, biorąc udział w wyścigach konnych. Jednak nie żałuję tego wszystkiego. Poznałam przez to bliżej mamę i z tatą coraz bardziej się dogadujemy.
Tato spakował torbę do bagażnika, a ja stanęłam przed domem spoglądając na niego. To miejsce mnie wiele nauczyło. Tu wszystko się działo. Zmartwienia, kłopoty, wyznania, zaufanie, marzenia... zaczęłam od tego miejsca i na nim go dziś kończę...
Pożegnałam się z przyjaciółmi, ciocią i tatą i razem z Katy, Olivią, Mią i Zoe wsiadłyśmy do samochodu. Ciocia odpaliła silnik, a ja razem z dziewczynami machaliśmy im na pożegnanie.
Łza spłynęła mi po policzku, ale to nie był jeszcze koniec mojej przygody.
Znów spojrzałam na dom i powiedziałam w myślach: ''Do zobaczenia za rok''.

3 komentarze:

  1. Już koniec opowiadania!? Nieee :( Pisz nowe opowiadanie albo jak przyjeżdża na wakacje o tym balecie itd/ ;c

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mów, że to koniec opowiadania :( Kurde, może kolejne tomy? Albo inne opowiadanie związane z końmi? Piszesz na prawdę świetnie! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po prawej stronie macie stronkę: POŻEGNANIE. Wejdźcie i poczytajcie.:)

    OdpowiedzUsuń