wtorek, 1 września 2015

ROZDZIAŁ I

- Noga wyżej Isabell. - powiedziała donośnym głosem Madam Caroline.
Tak więc wygląda moje teraźniejsze życie. Mieszkam w Chicago razem z ciocią, której większości czasu nie ma w domu. Moim jedynym przyjacielem jest pies Toffu, który spędza ze mną każdy samotny dzień. Na końcu miasta mieszkają moje przyjaciółki, ale rzadko się teraz widujemy. Po prostu nasze harmonogramy nie zgadzają się ze sobą. Ciocia zawsze powtarza: ''Zapomnij o przeszłości. Ona była i nie wróci. Trzeba myśleć o tym co jest teraz i planować przyszłość.'' Motto, które dobija mnie za każdym razem, kiedy o tym pomyśle. Chciałam spełnić marzenie mamy, ale nie wiedziałam, że to będzie najgorszy pomysł świata. Robię to tylko dlatego, aby była ze mnie dumna. Cierpię dla jej szczęścia. To chyba ludzki odruch. Ciągle postawa, proste plecy, proste kolana, nie uginaj łokci. Noga wyżej, ręka do tułowia. Ugnij się w pół... Nie moja bajka. Madam Caroline uczy nas najlepiej jak potrafi, ale stara zrzęda nie wie co to zabawa. Otaczają mnie sztywniacy. Uważają mnie za wieśniaczkę, gorsza liga, taka... inna.
Ciągle tęsknie za moimi przyjaciółmi z wakacji. Tęsknie za wakacjami, tatą, ciocią. Pani ze spożywczego i miłego kasjera w kinie. Za moim Piorunem i Shadow. Za potajemnymi romansami Tiny i Toma. Za dzikimi spojrzeniami Toma i Luizy. Za miłym, cienkim głosem Jasmine, który uwielbiały słuchać moje uszy. Tęsknie za wspomnieniami. Tęsknie za... Luke'em. Tęsknie za nim tak bardzo, że nie wiem... Nie wiem jak określić to uczucie, nadać mu tego słowa, którego szukam. Niewykonalne jest to, że kiedyś potrafiliśmy spędzać cały dzień razem, dziś to tylko czyste złudzenie.
Właśnie idę do szatni razem zesztywniałymi glizdami. Lubię je tak nazywać. Mimo że to sprzeczne porównania, to na prawdę do nich pasowały. Zdejmuje swoje ''geterki'', stojąc twarzą do reszty. Nie patrzą na siebie, ani na mnie. Poważne miny doprowadzają mnie do szału. Jak można być takim smutnym, poważnym, nierozmownym. Wychodzą jedna za drugą, z zawieszonymi na ramieniu paskami od toreb. Chciałam powiedzieć: ''Do następnego razu'', ale szkoda było mi śliny. Zostałam sama. Jak zawsze. Zadzwoniłam do Luizy, prosiła mnie o to.
- Cześć Lu. - uśmiechnęłam się, zakładając torbę na ramię.
- No wreszcie! - powiedziała. - Jak tam lekkie nóżki?
- Powiedziałam ci, żebyś przestała je tak nazywać. To są zesztywniałe glizdy. - zaśmiałam się.
- Jasne.
- Co tam u was?
- No nic. Od twojego wyjazdy, to jak ciężko, ale idzie. Minęły dwa tygodnie, a czuje się jakby to były dwa lata. Gdzie jesteś Ines?!
- Nie daleko. - wyszłam z szatni, kierując się do wyjścia. - Teraz wracam do domu. Wreszcie, no ile można tańczyć.
- No właśnie. Dobra kończę, bo Tina przyszła. Na razie.
- Pozdrów wszystkich. Pa.
Schowałam komórkę do spodni i poszłam w stronę metra. Koło mnie usiadł spocony mężczyzna, a przede mną nieco cuchnący facet śpi wzdłuż ławki. Musiałam wstrzymywać oddech, by się nie porzygać. Wreszcie mój przystanek. Szybko wysiadłam, nabrałam haustu powietrza do ust i wyszłam na otwartą przestrzeń. Przeszłam przez ruchliwą ulicę, minęłam kilka domów i weszłam do środka. Mieszkamy z ciocią bardziej w centrum miasta. Dom jednorodzinny, dość duży się nie chwaląc. Ciocia dobrze zarabia, mieszka sama... Cóż dodać. Miałam tylko ochotę wskoczyć w strój kąpielowy i poleżeć wygodnie na leżaku przy basenie. Okulary słoneczne na nosie, sok pomarańczowy z kostkami lodu i rurką. Cud życie. Jednak to wcale nie przypominało mi domu. Tego domu na wśi. W Tennessee. To znowu nie moja bajka.
- Cześć Toffu. - pogłaskałam Golden retriever'a.
Godzinę później weszłam do środka i zabrałam się za obiad. Zrobiłam spaghetti, bo to nie żadna filozofia, a na prawdę na taki upał nic się człowiekowi nie chce. Zjadłam sama, bo ciocia nawet nie odbierała telefonów. Nie dzwoniłam, ale dobrze wiem, że nie lubi gdy przeszkadza jej się w pracy. Nie dość, że jest modelką to i projektantką mody. Zazdrościć takiego życia. Ja się tylko pytam: ''Jak to jest możliwe, że piękna młoda kobieta jak moja ciocia nie chce wyjść za mąż?''. Najpiękniejsza rzecz na świecie i te małe dzieci, które z wiekiem czasu wyprowadzą się z domu, a ty umrzesz samotnie w bujanym fotelu.
Zbliżał się wieczór. Siedzę przed laptopem i telewizorem z nosem w książkach. Lepiej mi się uczyć przy włączonych sprzętach i nie czuje się dziwnie, sama w dużym domu. No prawie sama. Toffu leży na dywanie przed kanapą, spoglądając w telewizor. Chyba spodobał mu się tort zrobiony przez Buddy'ego Valastro. Ciekawe czy ciocia potrafi zrobić taki tort. Oczywiście ciocia Helen. Jak ja tęsknie za porannymi ciasteczkami i mlekiem od krowy. Mniam!
- Wróciłam słoneczko. - powiedziała ciocia, rzucając klucze na komodę. - Jadłaś coś?
- Tak. Zrobiłam spaghetti. - podniosłam się z kanapy i poszłam do kuchni. - Odgrzeje ci.
- Dziękuje. Umieram z głodu.
- Lemoniady?
- Tak. Po proszę. - lekko dyszała.
- Jak dzień w pracy?
- Świetnie, ale kupa roboty.
- Kupa? - zaśmiałam się.
- Mnóstwo! Nie łap mnie za słuchawka. - szturchnęła mnie w nos. - A ty? Radzisz sobie na balecie?
- To nie moja bajka, ale da się wytrzymać. Prócz tych sztywniar. Matko, jakie to są... - przerwałam, spoglądając na ciocię.
Przyglądała mi się uważnie.
- Mam gorsze w pracy, nie martw się. Przejdziemy przez to obie. - złapała mnie za dłoń, uśmiechając się pięknym uśmiechem.
Podałam cioci odgrzany obiad i usiadłam na wprost niej.
- Jutro masz wolne tak? - zaczęła po krótkiej ciszy.
- Tak. Maturzyści mają jakieś zajęcia, a klasa wyżej wyjazd, więc mam wolne, a co?
- Załatwisz coś dla mnie jutro na mieście? To bardzo pilne, a szef nie wypuści mnie tak łatwo z pracy. Wole go nie denerwować.
- Jasne. A co takiego?
- Pamiętasz moją daleką kuzynkę?
- Ta co ma dziwne imię? - pomyślałam. - Gertruda?
- Ha, ha, ha, ha. Tak ona.
- To co z nią?
- Ma syna w twoim wieku. Przyjeżdża tutaj do liceum, no i wiesz... trzeba go oprowadzić i takie tam.
- I to jest ta ważna rzecz?
- Tak. Bo niestety będziesz musiała podzielić się z nim piętrem w domu.
- O nie. Jak go ostatni raz widziałam, to miał cztery lata i krzywe zęby. Był brzydki i nieznośny.
- No wiem. Ale obiecałam mamie, to obiecałam. Będziesz musiała to jakoś znieść.
- Ciesze się, że nie będziemy do jednej szkoły chodzić.
- I Bogu dzięki! - zaśmiała się.
- Jesteś najlepsza. - przytuliłam ją.
- Tak... Wiem. - odchrząknęła.
Uśmiechnęłam się i całą noc spędziłam nad książkami, a potem po prostu zasnęłam.
Rano obudziłam się z kąpiącą z moich ust śliną. Wytarłam dłonią usta i ospane oczy i spojrzałam na zegarek. 12:14... 12:14!
- O matko! Spóźnię się po tego osła! - powiedziałam do siebie, szybko ruszając do łazienki.
Ogarnęłam się w dziesięć minut, wzięłam drożdżówkę, którą rano zostawiła dla mnie ciocia i wybiegłam z domu, zamykając na klucz drzwi. Pobiegłam szybko do metra i znów przede mną leżał ten sam facet, z którym wczoraj jechałam. Ten sam ubiór, ten sam odór, tylko głowa obrócona w drugą stronę. Wybiegłam z metra i ile mam sił w nogach, biegnę do Grant Park. Stoję przy fontannie, czekając na tego cymbała. Ciocia wysłała mi SMS-a rano, że powinien być o 13:00. Usiadłam na murku i czekam, rozglądając się po ludziach.
- Ines? - spytał przystojny chłopak.
- Znamy się?
- Jestem Matthew. - uśmiechnął się.
Miał takie proste i białe zęby. Aż chciałam patrzeć na ten piękny uśmiech i nie odwracać wzroku.
- Matthew? - uśmiechnęłam się. Bardziej ze śmiechu i z niedowierzania, niż ze szczęścia.
- No tak. - znów się uśmiechnął i zmrużył oczy przez oślepiające go słońce.
- Jak ty się zmieniłeś. - spojrzałam na niego, próbując zrozumieć co się dzieje. - Jesteś przystojny... A kiedyś byłeś taki... Yhh.
- Dzięki, mi ciebie też miło widzieć. - przytulił mnie.
Jest dość wyższy ode mnie. Może niecałe 20cm. Brązowe jasne włosy, piwne oczy, wysportowany, piękny uśmiech... Nie wiem nawet co miałabym jeszcze dodać. Po prostu... No wow!
- Ty się nic nie zmieniłaś. No może trochę tu i tam. - spojrzał na mój tyłek.
- Dzięki. Chyba... - przewróciłam oczami. - To... czemu akurat Chicago?
- Sam nie wiem. Jakoś czuje się tu dobrze. Trochę ogarniam okolice, ale mam nadzieje, że mnie oprowadzisz. Trzeba nadrobić stracony czas.
Zaśmiałam się i ruszyliśmy dalej. Rozmawialiśmy, wspominaliśmy, śmialiśmy się. Po drodze kupiliśmy lody w gałkach. Oczywiście mi spadły obydwie gałki, bo Matthew wystraszył mnie, kiedy dostałam czkawki. Oddał mi swoją drugą gałkę. Co było miłe, chociaż... dziwne, ale miłe. Najpierw wstąpiliśmy do domu.
- Toffu, przestań. - powiedziałam, śmiejąc się na widok Matthew'a, który siedzi na podłodze, lizany przez psa.
- Dobry pies. - podrapał go za uchem.
- Chodź, pokaże ci twój pokój.
- A będzie koło twojego?
- Na moje nieszczęście, tak.
Wskazałam mu pokój i dałam chwilę prywatności. Napisałam do cioci SMS-a, że Matthew już jest. Zrobiłam dla niego kanapki i zaniosłam mu do pokoju.
- I jak ci się podoba?
- Kto?
- Pokój.
- Aaa. Fajny. - rozejrzał się po suficie. - To co dalej?
- Nie rozumiem.
- Co dzisiaj robimy?
- Zapiszesz się do szkoły, oprowadzę cię trochę po mieście i wrócimy do domu. Od następnego tygodnia pewnie będziesz chodził do nowej, fajnej szkoły.
- Chodzisz do niej?
- Nie.
- To nie będzie fajna.
Znów przewróciłam oczami. Nie rozumiałam trochę tego co się dzieje. Kiedyś mi dokuczał, dziś jest miły. Kiedyś mi dogryzał, a dzisiaj mi pochlebia. Czy ja czegoś nie rozumiem?
- Mam chłopaka. - wystrzeliłam jak z procy.
Matko! Dlaczego ja to powiedziałam? Próbowałam się wycofać, ale było za późno.
- Jasne. - uśmiechnął się lekko.
Wyszłam z pokoju i lekko uderzyłam się w czoło. Zeszłam na dół, przygotowałam jedzenie dla Toffu i dla cioci. Chwilę posiedziałam przed laptopem, odpisując na wiadomości od Katy. Chyba za niedługo mają zamiar mnie odwiedzić. Ale będzie super.
- Idziemy? - spytał Matthew, stojąc za moimi plecami.
Odwróciłam się i skinęłam głową. Zamknęłam laptopa, ubrałam buty i wyszliśmy. Kierowaliśmy się prosto do liceum. Z tego co słyszałam to najlepsze liceum w mieście. Fontanna z posągiem, dodawała szkole uroku. Odcień jaskrawej zieleni, był na prawdę dominująca i piękna. Skoszona dopiero trawa, pachniała takim... domem. Znów zatęskniłam za bliskimi. I za Luke'em. Nie miałam z nim kontaktu od kąt wyjechałam. Wszyscy mówią, że ostatnio na prawdę nie miał czasu. Rozumiałam to, ale brakuje mi go. Bardzo...
Weszliśmy do środka. Budynek był tak duży, że bałam się iść dalej, by nie zgubić drogi powrotnej. Na szczęście długo nie musieliśmy szukać sekretariatu.
Weszliśmy do środka. Zauważyłam kilka postaci, stojących przy drugiej sekretarce. Były bardzo podobne do...
- O matko! Nie wierze! - rzuciłam się na nich. Tak nie spodziewanie, nie obmyślając tego. Mogłam się mylić, co do moich przypuszczeń.
- Ines! - krzyknęła Lu.
- Co wy tu robicie?
- Zaczynamy nowy rok, w Chicago.
- Ale jak to jest możliwe, skoro tylko Jasmine jest w moim wieku, a wy jesteście młodsi?
- Dobre wyniki robią swoje. Poza tym mamy znajomości, także cała nasza trojka przeszła do klasy wyżej. - zapiszczała Lu.
- Jak świetnie. - ucieszyłam się razem z nimi.
Byliśmy tak głośno, że wszyscy patrzyli na nas jak na kretynów z odludzia.
- Wszystko w porządku? - spytał zza moich pleców Matthew.
 - Tak. - uśmiechnęłam się. - To są moi przyjaciele. Tom, Tina, Luiza i Jasmine. A to jest mój daleki kuzyn, Matthew.
Przywitali się i wyszliśmy ze szkoły.
- Czyli wychodzi na to, że będziecie w piątkę chodzić razem do klasy. - zaczęłam.
Matthew i Tom szli przodem, śmiejąc się do siebie. Chyba znaleźli wspólny język.
- Takie ciacho jest w twojej rodzinie? - szepnęła Luiza.
- To ja chyba chce poznać resztę twojej rodziny. - powiedziała Jasmine.
Spojrzałam na nie, a one na mnie, po czym znów skierowały wzrok na chłopaków. Po raz trzeci dzisiaj przewróciłam oczami. Poszliśmy do parku, usiedliśmy na trawie, spoglądając na rowerzystów. Nierówna droga, była zabawna, kiedy jadący podskakiwali na każdym pagórku. Dalej nie wierzę, że moi przyjaciele tutaj są. Istny obłęd.
- A ty nie będziesz z nami chodzić do szkoły? - zaczęła Tina.
- Ja chodzę do szkoły baletowej. Niestety. Chętnie bym się wypisała, ale nie mogę.
- To szkoda. - posmutniała Jasmine. - Ale będziemy się codziennie widywać.
- No raczej. - uśmiechnęłam się szeroko. - A nie ma z wami Luke'a?
Cała czwórka spojrzała na siebie, a później w dół, po czym wreszcie usłyszałam odpowiedź.
- Luke wyjechał. - powiedziała Tina.
- Jak to wyjechał? - spojrzałam na nich z lekko otwartą buzią i ze zmarszczonym czołem. - Kiedy? Gdzie? Dlaczego mi nie powiedział? Dlaczego wy mi nie powiedzieliście?
- Obiecaliśmy mu, że nie powiemy ci, dopóki on nie pogodzi się z tą sytuacją. Powiedział, że sam chce ci powiedzieć, ale nie wiedział, jak ma to zrobić. Nie chciał cię ranić. To była taka szybka decyzja. Taki szybki wyjazd, a on nie miał nic do gadania. Jego rodzice dostali pracę we Włoszech, a on tam zaczął rok szkolny. Nawet my nie mamy z nim często kontaktu. Raz napisał do Jasmine, właśnie z tą obietnicą. I to tyle. Kontakt się urwał.
Słuchałam tego co mówi do mnie Tina, ale nadal nie trafiało to do mnie. Jak mógł tak po prostu mi nie powiedzieć. Wyjechać, bez słowa wyjaśnień, pożegnania. Tak po prostu jakbym była dla niego nie ważna. Skreślona... Czułam się źle, taka upokorzona, znowu sama. To było dla mnie za wiele. Wstałam i ruszyłam przed siebie. Luiza przez chwilę dotrzymywała mi kroku, ale poprosiłam ją o chwilę prywatności. Musiałam to sobie poukładać. Najważniejsza dla mnie osoba, nie wiedziała jak mi o tym powiedzieć. Zostawiła mnie, jakby moje uczucia do niego, wcale nie były ważne. Przez chwilę miałam myśl, że.... zabawił się mną. Taka przygoda na wakacje. Ale... z drugiej strony nie miał wyjścia. Ręce trzęsły mi się z nerwów, ale wyjęłam komórkę i nagrałam chyba z dziesięć wiadomości do Luke'a. Chciałam, żeby odebrał. Chociaż niech oddzwoni. Tak bardzo się martwię. Boję się... Nie wiem do końca czego. Po prostu się boje... może samotności. Może tego, że go na zawsze straciłam. Wylewam morze łez, nie panując nad tym. Podeszła do mnie Jasmine i mocno mnie przytuliła. Oparłam głowę na jej ramieniu i pozwoliłam dać górę emocją.
- Jak on mógł to zrobić? Co ja mam teraz zrobić? Kocham go, chce żeby tu był. Teraz.
- Przykro mi. Będziemy próbowali się z nim skontaktować, ale cały czas ma wyłączoną komórkę. Na email-e nie odpowiada.
- Chciałabym pojechać do niego. Zobaczyć go chociaż na chwilę. Żeby mi wyjaśnił, żeby mnie przytulił.
- Wiem Ines. - głaskała moje włosy Jasmine. - Przejdziemy przez to razem.
Wszyscy siedzieli i stali obok mnie. Nie chciałam im psuć dnia. Otarłam łzy i zaproponowałam im, żebyśmy poszli się przejść.
Poszliśmy do Chicago Riverwalk. Tato zabierał mnie tu, jak byłam mała. Stanęliśmy przy barierkach, patrząc na płynącą rzeke. Koło nas stanęło dziecko razem z rodzicami. Dziewczynka lizała gałkę loda, która po chwili spadła jej na dół. Rodzice pozbierali loda z ziemi i wytarli jej brudną buzię, a po chwili poszli. Równocześnie spojrzeliśmy na siebie z Matthew i uśmiechnęliśmy się. Jednak nadal czułam smutek. Z lewej strony dobiegała muzyka. Poszliśmy w tamtym kierunku. Przepchaliśmy się przez tłum ludzi i zobaczyliśmy na co patrzą. Siódemka młodych ludzi, tańcząca na cienkich materacach. Chłopak właśnie stanął na głowie i zakręcił się wywijając nogami w nasza stronę, jakby chciał nas uderzyć. Mięli chusty, co zasłaniało ich połowę twarzy. Nie mogłam sprawdzić, czy kogoś z nich znam, ale byli niesamowici. Cztery dziewczyny i trzech chłopaków. Trochę breakdance, trochę funky, house dance... Balet i Popping. Tego nie zabrakło. Pod koniec biliśmy im brawa.
- Jejciu! - powiedziała oszołomiona Jasmine.
- Też tak umiem. - powiedział Tom.
- Jasne. - odparła Tina z uśmiechem.
- Pokaż. - wtrąciła się Lu.
Tom wyprzedził nas w biegu i zrobił salto do tyłu, depcząc kwiatki. Rozglądnęliśmy się i uciekliśmy. Śmiałam się tak, że dostałam kolki.
- Musimy wracać. Mieszkamy w internacie, więc... - skrzywiła się Tina.
- Rozumiem. Może wieczorem się zobaczymy.
- Albo jutro po szkole. - dodała.
- Dobry pomysł. To zdzwonimy się.
Pożegnaliśmy się i poszliśmy w inne strony. Matthew widział, że jestem bardzo smutna, bo nie odpowiadałam na jego pytania. Nie dlatego, że nie chciałam. W połowie nie skupiałam się na tym co do mnie mówi, a co ważniejsze, że w ogóle do mnie mówi. Cieszyłam się, że rozumiał moją sytuację. Bardzo się zmienił. W sumie to oboje wydorośleliśmy, nie jesteśmy już tymi samymi, dokuczającymi sobie dziećmi.
Wróciliśmy do domu. Ciocia stała i gotowała coś w kuchni. Pięknie pachniało. Trochę jakby pizzą. Nigdy nie robiła pizzy, zawsze zamawiała. Tak na prawdę to rzadko ją jadła chyba, że na jakieś okazję.
- Jak pachnie. - powiedział Matthew.
- Randka? - zaśmiałam się.
- No... - odwróciła się, z twarzą brudną od mąki. - Tak jakby.
- Yhym. - zaśmiałam się głośniej.
- Cześć Matthew. Dawno cię nie widziałam. Jak mama?
- Dobrze. Pozdrawia cię. - znów się uśmiechnął, a ja znów nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Spojrzał na mnie, a potem znowu na ciocię. - Dziękuje, że pozwoliłaś mi tu zamieszkać na czas nauki. Mama też jest ci wdzięczna.
Znów na mnie spojrzał z tym anielskim i wrednym uśmiechem. Robił mi to na złość. Chyba zauważył, że stoję jak głupia, przyglądając się mu. Po chwili zrozumiałam, że właśnie stoję jak głupia, przyglądając się mu. Szybko się ocknęłam i wróciłam do rzeczywistości.
- Nie ma za co. Czuj się jak w domu. Mam nadzieje, że Ines dobrze się tobą zaopiekuję.
- Też mam taką nadzieje. - znów na mnie spojrzał.
W myślach mówiłam do niego: ''Przestań to robić. Dobrze wiesz, jak to na mnie działa.'', a z drugiej strony: ''Chciałabym zawsze patrzeć na ten uśmiech.'' Widzę go od niecałych czterech godzin, a już zawrócił mi w głowie. Próbowałam myśleć o Luke'u, ale nie widziałam, żadnego podobieństwa między nimi, co okazało się dla mnie przykre, zbędne i jednak pocieszające, bo nie musiałam przy nim płakać.
- Idę do pokoju. - powiedziałam.
- Jasne. - uśmiechnęła się ciocia, odwracając się do nas plecami i krojąc salami.
Kiedy szłam w stronę schodów, czułam na sobie wzrok Matthew'a i ten jego... Yhh!!! Nienawidzę go! I tego jego uśmiechu też... I chyba... tego jego doskonałości. Przygnębiał mnie. Nienawidzę chłopaków. Najpierw imponują, rozkochują, niby kochają, a potem rzucają bo zachciało im się wyjechać do Europy do zasranej szkoły, bez pożegnania!!!
Siedzę w pokoju, przy książkach jak zawsze. Szkoła baletowa, to nie sam taniec, ale i dużo i to bardzo dużo nauki. Od dwóch godzin męczę się z fizyką. Po co komu fizyka? Jakaś elektrostatyka, optyka kwantowa, zasady dynamiki Newtona... Kto to jest w ogóle ten Newton, że mam się o nim uczyć? Stworzył świat? Nie! Urodził mnie? Nie! Zrobił coś, by Luke do jasnej cholery do mnie zadzwonił? Nie, nie i jeszcze raz nie!
Zamknęłam gwałtownie książkę i położyłam głowę na pod ramieniu, opierając się o biurko.
- Cześć, mogę wejść? - spytał Matthew.
Matko, jeszcze jego brakowało. Kiedy chce zostać w spokoju, to nagle wszystkim zachciewa się pogawędki.
- Taa... - odparłam.
Usłyszałam jak siada na łóżko. Chyba rozglądał się po pokoju, bo nic nie mówił.
- Ładny masz pokój. Taki... różowy. - zaśmiał się.
- Tylko po to tu przyszedłeś? Żeby powiedzieć, że mam ładny pokój?
- Nie. Chciałem pogadać. Widzę, że cierpisz przez tego chłopaka. Może jest coś co mogę dla ciebie zrobić, żeby było ci chodź... - zmrużył jedno oko, pokazując palcem wskazującym,a kciukiem małą, przeźroczystą przestrzeń. - troszkę lepiej.
Lekko się uśmiechnęłam, patrząc na niego. Był słodki... O matko, co ja wygaduje? On nie może być słodki! Jest najgorszy, najbrzydszy, najgłupszy...! Ciągle powtarzałam sobie w myślach. Trochę mi przeszło.
- Chyba nie ma nic takiego, co byś mógł zrobić. Chyba, że umiesz się transportować, bo potrzebuje Luke'a.
- Tego niestety nie umiem. Ale umiem zabrać kogoś do kina. Na fajny film. - zrobił śmieszną minę, nabierając powietrza do ust i robiąc zeza.
- He, he. - zachichotałam. - To miłe, ale dzisiaj na prawdę nie mam humoru, a jeśli jutro nie zaliczę sprawdzianu z fizy, to obleje i dopiero wtedy nie będę mogła nigdzie wychodzić.
- Szlabany rządzą! - krzyknął tak głośno, by ciocia mogła go usłyszeć.
Patrzyliśmy na siebie przez krótki moment w ciszy.
- Dobra. - klepnął dłońmi swoje uda i wstał z łóżka. - No to... jakby co to wiesz... jestem... w drugim pokoju.
Przytaknęłam głową i pozwoliłam mu wyjść. Odwróciłam się do biurka i patrzyłam przez okno.
- A i jeszcze coś. - gwałtownie wszedł do pokoju, przez co podskoczyłam lekko do góry. - Zadzwoni. Nie martw się.
Powiedział i wyszedł, a ja znów spojrzałam w okno i spuściłam głowę na pod ramiona. Nie tak miało to wszystko wyglądać. Są moi przyjaciele, ale to nie Tennessee. Jest moja ciocia Kim, ale nie ciocia Helen. Jest Toffu, ale nie mój tato... Nie wiem dlaczego porównuje tatę do psa. Dziwne... No i jest Matthew..., ale to nie jest Luke. Ktoś kogo kocham, robi mi na złość, a ktoś kto robił mi na złość, teraz mnie... lubi? Ale... czy ja go lubię? Czy lubię go jako... kolegę, kuzyna, przyjaciela? Znam go pół dnia zaledwie..., ale jest mi bliski. Dość bliski... Co mnie przeraża. Nie moge się w nim zakochać, bo kocham Luke. To takie trudne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz