niedziela, 6 września 2015

ROZDZIAŁ II

Jest 23:10, a ja siedzę przy biurku, z otwartymi czterema książkami przez nosem. Próbuje się skupić, głaszcząc opuszkami palców skronie. Mimo że randka cioci za pewne jest udana, skoro słychać głośne śmiechy, to właśnie przez to nie potrafię zebrać myśli. Nie potrafię rozwiązać banalnych zadań z fizyki. Nie wiem jak Matthew potrafi spać w tym hałasie. Pomyślałam, że może pójdę do jego pokoju i sprawdzę co robi. Chociaż z drugiej strony po co miałabym tam iść? Żeby znowu widzieć ten jego bez szczelny uśmiech na twarzy, jakieś miłe teksty do mnie, albo nie wiadomo co jeszcze. Jednak musiałam stać, by wyprostować nogi. Podniosłam się z krzesła i przeszłam najpierw kilka kroków po pokoju, a później wyszłam na korytarz. Przez zamknięte drzwi i tak słychać z dołu mnie, niż jak jest się na korytarzu. Przeszłam obok łazienki, później pokoju cioci, potem się wróciłam i przeszłam obok swojego i Matthew'a. Stanęłam przed jego drzwiami i zapukałam cicho do drzwi. Wystawiłam głowę, by sprawdzić czy tam jest. Było ciemno, więc zaświeciłam światło. Pokój pusty. Ani śladu po nim. Weszłam do środka, tak bez przemyślenia i rozejrzałam się po nim. Zobaczyłam na półkach dwa puchary, a w nich po cztery złote medale. Robiło wrażenie. Czyżby ten mały gnojek był wyśmienitym sportowcem? Chyba, że ukradł no to by mnie raczej nie zdziwiło. Podeszłam do okna i wyszłam na balkon. Gwiazdy rozpromieniły granatowy płaszcz nieba. Księżyc świecił jaśniej niż zwykle. Albo po prostu ja nie patrzyłam na niego z takiej perspektywy jak teraz. Uśmiechałam się od ucha do ucha, z niewiadomej przyczyny. Tak po prostu naszłam mnie ochota. Lekki wietrzyk odgarniał mi pasma włosów i sprawił gęsią skórkę na dłoniach.
- Piękne gwiazdy no nie? - spytał wchodząc bezszelestnie na balkon.
- O matulu! - podskoczyłam z przerażenia. - Nie strasz mnie.
- Przepraszam.
- No okey. - skinęłam głową. - Tak, piękne.
- Ciocia widzę szaleje. Czuje, że się nie wyśpię.
- Ja tak samo. Jutro sprawdzian z fizyki, a nic nie potrafi mi wejść do łba.
- Dasz radę. Jutro ci się utrwali, zobaczysz. - uśmiechnął się, ale nie tak jak zwykle, tylko tak raczej gorzko.
- Yhym. - pokiwałam głową. - Dobra ja już spadam. Trzeba się wyspać.
- No ja też. - ziewnął, zakrywając usta dłonią. - Dobrej nocy Ines.
- Tobie również Matthew. - uśmiechnęłam się i zamknęłam za sobą drzwi.
Ciocia chyba skończyła już swoją randkę, bo woda w zlewie zaczęła żyć pełną parą. Naczynia  nie dawały znaku życia. Żyrandol świecił się jaskrawą bielą. Pomyślałam, że pomogę cioci posprzątać, ale mój jak zawsze trzeźwy umysł, nie był taki trzeźwy. Weszłam do pokoju i położyłam się spać.
- Wstawaj Ines! - krzyczał Matthew, w parując do mojego pokoju jak burza. - Zaspaliśmy!
- Co?! - szybko się otrząsnęłam i spojrzałam na zegarek. - Faktycznie!
Szybko wstałam, co nie było dobrym pomysłem, bo nagle zakręciło mi się w głowie. Czułam kolację w drodze powrotnej przez przewód pokarmowy. A mój pęcherz dawał się we znaki. Szybko zajęłam łazienkę i ogarnęłam w piętnaście minut. Przez ten czas Metthew dobijał się kilkakrotnie do drzwi łazienki. Krzyczałam, że jest ubikacja na dole, niech tam się przebierze, ale nie słuchał. Ja też bym nie posłuchała, lepiej się ogarnąć w łazience, niż w toalecie. Ja miałam na 8:15, a on na 8:10. Wyszedł szybciej niż ja, ale udało mi się zrobić na czas dla nas obojgu jakieś kanapki. Podałam mu pieniądze od cioci na lunch do szkoły i wzięliśmy drugi samochód cioci. Mimo zakazu od naszych rodziców i tak nie mieliśmy w tym momencie wyjścia. Metro to jedno, ale za nim przyjedzie. To samo autobus będzie się turlał po tej ulicy, jeszcze korki i przystanki. Ehh. Matthew prowadził, co było najgorszym planem świata. Przynajmniej z początku, kiedy wciskał pedał gazu, a po chwili stanął, później znowu i stop. Tak przez jakiś czas, przez co bolał mnie brzuch od zaciśniętego wokół niego pasa bezpieczeństwa i do tego cholerny ból głowy. Wkurzyłam się i krzyknęłam na niego, co poskutkowało. Najpierw odwiózł mnie, a potem pojechał do swojej szkoły. Szybko biegłam z torbą na ramieniu do klasy. Lekko spóźniona... Tak lekko, że aż piętnaście minut. Prawie spóźnienie, ale nauczycielka była wyrozumiała. Usiadłam obok koleżanki, nie przyjaciółki, ale dobrej koleżanki. Isabell, to ta na którą wczoraj krzyczała bezdusznie ''Madam, na krzesło nie sia-dam''. Zawsze się z tego śmiałyśmy, bo faktycznie ona nigdy nie siada. Zawsze stoi z tą swoją sztywniarską postawą. I zawsze papla jęzorem, kiedy i tak nikt jej nie słucha. Nie wiem jak ja zdam testy z baletu. To będzie porażka.
- Tutaj jest twój wynik testu z tamtego tygodnia, Ines. - podała mi do ręki kartę pracy.
- +4, wreszcie! - krzyknęłam. Wszyscy na mnie popatrzyli, a ja rozejrzałam się po klasie z lekko czerwonymi policzkami.
- No dobrze. - przerwała tą niezręczną sytuację nauczycielka. - Otwórzcie książki na stronie trzydziestej piątej.
Przez całą lekcje pisałam z Katy. Później dołączyła do nas Mia, Zoe i Olivia. Jak to zawsze, takie grzeczne dziewczynki słuchające na lekcjach, a tu nagle SMSY-y. Karygodne!
Lekcja się skończyła i poszłam do następnej sali. Jedyna zakuwam z nosem w książce przed salą. Słysze szepty koleżanek z klasy. Rose, Stella i Miriam trzy największe plotkary patrzą na mnie z góry przy oknie. Uśmiechają się szyderczo, nie rozumiejąc tego, że ja je słyszę. W szkole baletowej zawsze przestrzegamy zasad. Zawsze jest cisza na korytarzach, nie przepychamy się, nie garbimy, pomagamy sobie. Zaprzyjaźniłam się z dwiema dziewczynami z roku wyżej i z kilkoma z ostatniej klasy maturalnej. No i Isabell z mojego roku. Reszta to takie Rose, Stella i Miriam. Właśnie idzie Isabell z dwiema dziewczynami z klasy wyżej, z tymi co rozmawiam. Rachel i Bethany. W tamtym roku skończyły pierwszą klasę z wyróżnieniem. A tamte dziewczyny teraz z klasy maturalnej pomagają mi zdać w tym roku próbne egzaminy. Mam nadzieję, że mi się uda i cała rodzina będzie ze mnie dumna.
- Czego ty się uczysz? - kucnęła przy mnie Isabell z ugryzionym jabłkiem w ręce.
- Fizyki. Mamy teraz mieć sprawdzian przecież.
- Odwołali nam go. Nauczycielka zachorowała, więc mamy zastępstwo z Madam.
- Dlaczego nikt mi nie powiedział? - spojrzałam na nią, wyczekując odpowiedzi.
- Rose miała wszystkim powiedzieć. Dziwne, że tobie nie powiedziała.
- Dla mnie tu nie ma nic dziwnego. - spojrzałam na nią ze zmarszczonym czołem.
Zabrzmiał cichy dźwięk dzwonka. Weszliśmy do klasy i usiedliśmy na miejscach. Po chwili weszła Madam. Jak zawsze położyła elegancko i równomiernie dziennik na biurku i zaczęła sprawdzać obecność. Później rozdała nam karty pracy. Musiałyśmy rozwiązywać zadania z tamtego rocznych egzaminów baletowych. Porażka. Nie przygotowałam się, a nie potrafiłam zrobić nawet pierwszego. Dobrze, że były odpowiedzi: ''a,b,c,d''. Mniejszy stres. Madam założyła obie ręce za plecy i dumnie szła przed siebie. Nagle cała klasa odezwała się dźwiękiem dzwonków SMS-ów. Słychać śmiechy z końca sali, a później cała klasa śmiała się z żartu. Ktoś wysłał upokarzające zdjęcie Madam z dzisiejszego poranka. Zdezorientowana nauczycielka spojrzała na komórkę jednej z dziewczyn i oburzona zaczęła krzyczeć.
- Kto to wysłał?!
Przez chwila była cisza, dopóki nie odezwała się skarżypyta.
- To Isabell! - powiedziała w kącie Maggie.
- To nie prawda! - odezwałam się, broniąc koleżanki. - Cały czas ze mną siedzi i tylko uzupełnia kartę pracy.
- A może ty też w tym siedzisz! - odezwała się Stella.
- Jasne. A może to ty! - broniła mnie Isabell
- Cisza! Cała wasza trójka zostanie po lekcjach w klasie. A zdjęcie ma być natychmiast usunięte. W naszej szkołę nie jest dopuszczalne takie zachowanie. Teraz wam daruje, ale następnym razem źle to się dla was skończy. Zrozumiano?
- Tak. - wymamrotaliśmy.
- Nie słyszę? - Madam przyłożyła dłoń do ucha.
- Tak! - powiedziałyśmy głośniej chórem.
I tak minęła lekcja i kilka z kolei. Stałam przed szkołą przy stojakach na rowery, czekając na Matthew'a. Miał kończyć godzinę wcześniej, ale i tak długo na niego czekam, chociaż nasze szkoły nie są tak daleko od siebie położone. Chciałam do niego zadzwonić, ale nie wzięłam od niego numeru. Może się zgubił, albo coś. Jednak zauważyłam samochód parkujący tuż przede mną.
- No ile można czekać?! - krzyknęłam do niego.
- Przepraszam, ale twoi przyjaciele mnie zagadali. - zaśmiał się i podszedł do mnie, witając się mocnym uściskiem. - Wsiadaj.
Weszliśmy i jechaliśmy, ale nie do domu, tylko gdzieś indziej. Nie wiem, gdzie planuje mnie zabrać. Kiedy pytałam, to odpowiadał: ''Zaraz dojedziemy''.
Zabrał mnie do parku niedaleko naszych szkół. Czekała tam reszta naszej paczki. Podeszliśmy do nich i zobaczyłam, że siedzą z nimi na wielkim kocu także Katy, Zoe, Mia i Olivia. Rzuciłam się na nie, tak że przewróciły się wszystkie na koc. Dawno nie byliśmy razem całą paczką.
- Mamy dla ciebie super wiadomość! - zaczęła Lu.
- Nie tak od razu. Daj się dziewczynie nacieszyć przyjaciółkami. Poza tym jest wyczerpana po tej jej szkole tanecznej.
- Dobra, mówcie co się dzieje?! - powoli się uspokajałam.
- Luke ma włączoną już komórkę. Możesz spróbować do niego zadzwonić. - cieszyła się Tina.
- My próbowaliśmy zadzwonić, ale no... nie odbierał. - dodała Jasmine.
- Może tobie się uda. - dodała Lu.
- Dobra. - wyciągnęłam telefon z torby.
Wyszukałam numeru Luke'a i zadzwoniłam przykładając telefon do ucha. Czekałam z niecierpliwością i nadzieją. Był sygnał. Przez moment nikt nie odebrał. No i później też nie.
- Kurczę, to na nic. Boje się, że nie chce ze mną rozmawiać.
- Wyślij mu SMS-a. - zaproponowała Jasmine.
- No okey. - przytaknęłam głową.
Napisałam do niego wiadomość i schowałam telefon do torby.
- No to co robimy? - spytała Tina, trzymając Toma za rękę.
- No nie wiem. - pokiwała głową Olivia.
- Jestem głodna. - powiedziała Lu.
- Ja tak samo. - zaśmiała się Zoe.
- Znowu się zaczyna. - wymamrotał Tom, podnosząc brodę do góry. - Wielki powrót bliźniaczek Olsen.
- Nie Olsen tylko Lu i Zoe. - poprawiła go Mia.
Zaśmialiśmy się i poszliśmy na pizzę. Rozmawialiśmy tak jak zwykle, znów dzieląc się na dwuosobowe grupki. Mia i Jasmine rozmawiały o chłopakach, Tina i Olivia o ciuchach, Zoe i Lu szykowały coś szalone znając życie, Tom i Matthew'u o sporcie. Dzisiaj mecz koszykówki. No a ja i Katy o Luke'u. Znaczy nie chciałam drążyć jego tematu, ale Katy chciała wszystko wiedzieć.
- Wszystko w porządku? - zapytał Matthewu, trącąc mnie palcem o ramię.
- Tak. - wymusiłam uśmiech, skinając głową.
Objął mnie w biodrze, co pozwoliło mi spuścić głowę na jego ramię. Po chwili wszyscy zaczęliśmy razem rozmawiać. Przyszła do nas kelnerka z paragonem. Złożyliśmy się i wyszliśmy.
- To co teraz robimy? - spytała Lu.
- Hmm... - pomyślała Olivia. - jest taki gorąc, że poszłabym na basen.
- Jutro szkoła, a mamy dużo zadane. - wspomniała Jasmine.
- Ale ty narzekasz. - wybełkotała Lu.
- Daj jej spokój Luiza. - powiedział Tom.
- Od kiedy ty mówisz do mnie pełnym imieniem? - podniosła jedną brew.
- Kiedy mnie denerwujesz.
- Jakoś ostatnio tak nie było. - wspomniała Lu.
- Dobra dajcie sobie siana. - przerwała sprzeczkę Mia.
- Jeju Mia. Ty nigdy nie byłaś taka agresywna. - powiedziała miłym głosem Jasmine.
- No właśnie wiem. - przytuliła się do Jasmine.
- Ha, ha. Chodźcie już. - machnęłam do nich ręką.
- No, ale gdzie? - spytała Olivia.
- Moja ciocia ma duży basen. Wraca dopiero jutro, więc nie będzie miała nic przeciwko.
Wszyscy zgodzili się na ten pomysł i zabraliśmy się trzema samochodami. Wysiedliśmy pod domem, gdzie Toffu rzucił się w biegu na nie i Katy. Lizał wszystkich po kolei, żeby go podrapać za uchem. No i tak robiliśmy. Żeby nas przepuścił. Nie ma nic za darmo.
Dziewczyny nie miały strojów kąpielowych, więc zdjęły tylko spodenki, zostając w koszulkach. Miałam dwa wolne stronę, ale jeden był dla mnie, a drugi dałam Katy, bo już kiedyś go przymierzała. Pożyczyłam dziewczynom cienkie koszulki, bo w cieniu podajże było chyba z 30 stopni. Nie dało się wysiedzieć. Skoczyliśmy, więc do wody i chlapaliśmy się dla orzeźwienia. Kilka minut później poszłam zrobić coś zimnego do picia i wrzuciłam do misek jakieś przekąski. Pomogły mi Zoe i Mia, zanieść to wszystko na stół obok basenu.
Tina i Tom pluskali się w wodzie, Matthew i Jasmine gawędzili na murku, trzymając nogi w wodzie, a reszta siedziała na leżakach, grając w ''UNO'', które zostawiłam pięć dni temu, podczas popołudniowej gry z ciocią.
- Żarło! - krzyknęła Zoe.
Zachichotałam i położyłyśmy tace na stole. Wszyscy rzucili się jak sępy na jedzenie i obżerali, zostawiając po sobie resztki.
- Co robimy jutro? - spytała Zoe.
- Jutro mamy klasówkę z geografii. - wspomniała Jasmine.
- O matko! - przewróciła oczami.
- No ja też nie mogę. - odezwałam się, pijąc lemoniadę z rurki. - Jutro koleżanki pomagają mi z ćwiczeniami co do testów. Więc... odpadam.
- Ja w sumie mogę iść. - Matthew podniósł lekko do góry rękę.
- Ooo! To opowiesz mi o tym wiesz... - zaśmiała się Jasmine.
- Jasne. - odwzajemnił gest.
Wszyscy spojrzeliśmy na siebie krótkim kontaktem wzrokowym i wróciliśmy do normalności.
Minęły dwie godziny. Siedzę nad książkami o tematyce baletowej. Nie potrafię rozciągnąć tak nóg. Chyba tego nie zdam... Złapałam się za głowę i próbowałam w coś w nią wepchnąć. Ale informacje same się odsuwały. Trochę jakby przyłożyć dwie takie same końcówki magnezu do siebie.
- Mogę? - spytał Matthew, wchodząc do pokoju.
- I tak już wszedłeś. - odpowiedziałam.
- Dasz mi numer do tej Jasmine.
- Yhym... - wzięłam komórkę z biurka do ręki i wyszukałam jej numeru.
Podałam mu telefon, żeby spisał numer.
- Dzięki. - oddał mi komórkę.
Przez chwile zapadła między nami cisza.
- Jak tam Luke? - zaczął.
- No kiepsko. Nie oddzwonił, ale czekam.
- Zadzwoni. Na pewno mu zależy na tobie.
- Pewnie tak, chociaż już mam mętlik w głowie co do naszych uczuć, no ale mniejsza.
- A ty jak tam? Znalazłeś już jakąś dziewczynę? - zaśmiałam się.
- No... powiedzmy. Ale nie wiem czy coś z tego będzie.
Pomyślałam, że mówi o Jasmine. Muszę ich jakoś zeswatać ze sobą. Mam nadzieje, że jej nie zrani. Jasmine jest bardzo krucha i nieśmiała.
- Dasz radę kowboju. Nie takie łanie wyrywałeś.
Zaśmialiśmy się oboje. Przez kilka minut nic innego nie robiliśmy, tylko trzymaliśmy się za brzuchy i przypominaliśmy sobie stare czasy.
Myślałam, że Matthew'u to taki gówniarz. Takie niedorozwinięte umysłowo dziecko. Jak kiedyś. Teraz na prawdę da się z nim porozmawiać, pośmiać. Taki jakby przyjaciel, chociaż nie nazwę go tak... póki co.
- Dobra ja spadam. Obiecałem Jasmine, że do niej przyjadę i pouczę ją trochę z tej geografii...
- Jesteś dobry z geografii? - zmrużyłam oczy, podnosząc kącik ust.
- Moja droga. - podszedł trochę bliżej, stojąc przede mną. - Przed tobą stoi wicemistrz olimpiady z geografii. Wszyscy mogą mi się kłaniać.
- Tak nisko ja na pewno nie upadnę, ale brawami mogę cię zaszczycić. - zaczęłam bić mocno brawa.
- Dobra, spadam. - zaśmiał się. - Na razie.
Pokiwałam głową z uśmiechem na twarzy i wróciłam do książek.
Przez godzinę nie potrafiłam powtórzyć jednej banalnej definicji. Kiedyś potrafiłam w pięć minut powtórzyć cały rozdział książki..., a teraz mam problem z najłatwiejszą definicją na świecie. Obłęd!
Spojrzałam na telefon, który leżał tuż przy mojej lewej dłoni. Wzięłam go do ręki i palcem przesuwałam blokadę po ekranie. Trzymałam palec tuż nad numerem Luke'a. Zastanawiałam się... zadzwonić, czy nie. Odbierze, czy nie... Trudno, raz się żyje. Boje się, że jednak nie odbierze, ale trudno. Wcisnęłam jego numer i przyłożyłam telefon do ucha. Sekretarka... chciałam się poddać w połowie, ale ktoś odebrał.
- Halo? - zaczęłam.
Nikt nic nie mówił. Cisza, ale słyszałam jakby oddech. Ktoś tam był, odebrał ten cholerny telefon, ale nikt nic nie mówił.
- Halo? Jest tam ktoś? - powtórzyłam. - To ty Luke?
Po chwili ktoś się wyłączył. Spróbowałam ponowić próbę, ale to na nic. Komórka się wyłączyła. Dzwoniłam do dziewczyn, ale żadna nie odbierała. Może padł mi zasięg. Ale to nie możliwe, bo miałam trzy kreski. No nic... nie mogłam teraz zawracać sobie tym głowy. Dobre to, że ktoś odebrał. Że nawiązałam z nim kontakt. Wróciłam do książek.

Po pięciu godzinach coś wreszcie udało mi się zapamiętać. Musiałam po prostu spisać na kartkę, to co pamiętam i powtarzać sobie ciągle regułki w głowie. Teraz to bułka z masłem. Zdam ten egzamin śpiewająco. Jest dopiero za trzy miesiące. To dopiero pierwsza część. Druga pod koniec klasy, ale co by nie. Dam radę... dla mojej mamy wszystko.
- Jestem wyczerpany. - powiedział na wejściu Matthew.
- Co się stało? - uśmiechnęłam się, schodząc po schodach na dół.
- Jasmine kompletnie nie umie geografii. - usiadł na krześle barowym.
- No... ten przedmiot nie jest jej mocną stroną.
- Ten? - uniósł jedną brew.
- Dobra... żaden nie jest, ale stara się. - podałam mu szklankę lemoniady.
- No nie zaprzeczę, ale ciężko jest. Dobrze, że jest miła i słodka. - wziął łyka.
Miła i słodka? Coś jest na rzeczy. Matthew zawsze uważał, że jak chłopak powie: ''słodka'' jako określenie dla dziewczyny, to znaczy, że się zakochał. No i mały Matthew chyba miał rację. Uśmiechnęłam się do niego i pokręciłam głową.
- A ty jak tam? Luke się odezwał?
- Nie. - skłamałam. - Nie chciałam nic teraz mówić. Znaczy pięć godzin temu jeszcze chciałam, teraz myślę, że to jest świeża sprawa i nie będę jeszcze nikomu nic mówić. Może się okaże, że jeszcze dziś zadzwoni i będziemy normalnie ze sobą rozmawiać.
- Dobra idę się położyć.
- Serio? - spojrzałam na zegarek umieszczony na piekarniku. - Jest 19.40, a ty chcesz iść teraz spać?
- No, gdybyś ty tłumaczyła Jasmine...
- No dobra, idź. - przerwałam mu w śmiechu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz