Wróciłam do pokoju, by dalej powtarzać lekcje. Szło mi zdecydowanie lepiej niż wcześniej. Położyłam książkę na podłodze i sama położyłam się na brzuchu. Próbowałam zrobić krok po kroku, to co było w książce. Usłyszałam dzwonek telefonu. Szybko się podniosłam i rzuciłam na telefon. To Luke. Odebrałam i przyłożyłam urządzenie do ucha.
- Hallo? - zaczęłam.
Głucha cisza. Czułam się niezręcznie, a nastrój przyprawiał mnie o dreszcze. Słyszałam tylko oddech kogoś z drugiej strony. Chyba jakieś zakłócenia są między nami.
- Luke to ty?
Ktoś się rozłączył. Odłożyłam telefon na biurko i padłam na krzesło z dłońmi na oczach. Chce mi się płakać, ale tylko przecieram oczy opuszkami palców, zjeżdżając na nos i usta. Patrze na telefon i zastanawiam się czy po niego sięgnąć. Może ja teraz spróbuje zadzwonić. Jednak sytuacja się odwróciła. To znowu on. Odebrać, czy nie? Może robi sobie ze mnie nieśmieszne żarciki ze swoimi nowymi znajomymi... Ale Luke? On mnie kocha, nie zrobiłby mi tego. Chyba, że nie znam swojego chłopaka. Przynajmniej tak jakbym ja tego chciała.
Waham się, ale odbieram po kilku sekundach.
- Hallo? - głos mi się załamał. - Jeśli to ty Luke i robisz sobie ze mnie żarty, to wiedz, że nie są śmieszne i wcale mi się nie podobają.
- Hallo? - ktoś spytał z drugiej strony. Cienki głos... Jakby nie jego.
- Kto mówi? - spytałam.
- Słyszysz mnie? - znów zadał pytanie cienki głos.
Chyba tylko ja słyszę, jak mówi do mnie.
- Ja cię słyszę, a czy ty mnie słyszysz? - spytałam nieco głośniej.
- Jeśli mnie słyszysz, to przyjedź na ulicę... - przerwał głos.
Dość głośno zahuczało w mojej komórce. Odsunęłam się z przerażenia. Tak jakby ktoś rzucał wszystkim co miałby pod ręką. To jest straszne. Nie wiem co się dzieje, a najgorsze jest to, że nie wiem co się dzieje z Luke'em. Jeśli mój chłopak ma kłopoty? Musze mu pomóc, ale nie wiem, gdzie jest. Gdzie on do cholery teraz jest? Jaka ulica? Jaki adres? Boże daj mi jakieś wskazówki.
Siedzę w szkole, podparta łokciami o ławkę. Policzki spłaszczyły mi się od długiego trzymania pod nimi dłonie. Oczy mam zmrużone od niewyspania. Ciągle myślę o Luke'u, ale też próbuje skupić się na słowach nauczycielki. Wypowiada je tak szybko, że mój mózg potrafi powtórzyć tylko co czwarte. Koniec lekcji. Idę korytarzem, przechodząc obojętnie obok Isabell, która chciała nawiązać ze mną kontakt. Spławiłam ją opuszczonym wzrokiem. Musi rozumieć, że coś jest nie tak. Albo po prostu musi to zrozumieć.
Stoję pod szafką, wystukując do niej kod. Wkładam książki do skończonej właśnie lekcji i zabieram dwie inne do dwóch ostatnich dzisiaj przedmiotów. Między nimi wypada kartka i spada tuż pod czubki moich stóp. Nabieram sił i schylam się po nią. Prostuję się i otwieram. To list od Luke'a, który mi dał jeszcze w tamte wakacje. Napisał dla mnie romantyczny list pożegnalny. Akapity, znaki interpunkcyjne, wyraźne pismo... rzadkość, by jakikolwiek chłopak, albo nawet i dziewczyna potrafili o tym pamiętać. A na końcu zdania: ''Kocham cię i zawsze będę''. Łza spłynęła na kartkę rozmazując ''w'' i ''ł'' w słowie ''właśnie''. Schowałam głowę do szafki i popłakałam się z bólu. Na szczęście koło szafek stały tylko trzy osoby i to daleko ode mnie. Schowałam kartkę do plecaka i zamknęłam szafkę, kierując się do klasy.
- Wszystko w porządku? - spytała szeptem Isabell, siedząca obok mnie.
- Tak. - wytarłam zeschły tusz z policzka.
Właśnie schodzę po schodach do wyjścia. Zakładam plecak na ramię i skręcam w lewo. Za dziesięć minut powinnam dotrzeć do szkoły przyjaciół.
Czekam opierając się o stojak na rowery. Grupa wychodzi uradowana. Lu trzyma coś w rekach, przechodząc między nimi, jakby spieszyła się do toalety, a na drodze stoją jej słupki, które musi wyminąć. Tina zauważyła mnie jako pierwsza, później Jasmine i reszta.
- Hei Ines. - powiedziała uradowana Lu. - Dostałam 4 z geografii, rozumiesz? Ja i 4.
Przytaknęłam jej głową, lekko podnosząc kącik ust. Byłam z niej dumna w głębi duszy, ale z zewnątrz moja dusza nie miała pojęcia co znaczy szczęście.
- Dobra, chodźmy! - krzyknęła naburmuszona Jasmine. - Nie chce stać obok tego zasranego budynku.
- Ktoś jest nie w sosie. - wyśpiewała Lu, robiąc rybie usta.
- Będzie dobrze. - pogłaskał jej ramię Matthew.
Idziemy w stronę parku. Lu nadal przechwala się swoją czwórką.
- Zamknij się wreszcie! - pchnęła ją Jasmine.
Matthew przytrzymał Jasmine, a Tom Lu, by je rozdzielić. Nigdy od kąt poznałam Jasmine, nie zachowywała się tak agresywnie. Może po prostu nigdy jej nie widziałam takiej złej. I chyba nawet lepiej. Nie chce jej zajść za skórę.
- Bo co? - wystawiła język Lu. - Mamy być wszyscy negatywnie nastawieni do świata, bo księżniczka dostała najgorszą ocenę z całej klasy?
- Zamknij się powiedziałam!
- Ty natychmiast przestań! - skierowała palcem wskazującym Tina na Lu. - A ty nie złość się. Nauczysz się i poprawisz.
- Taa... - wymamrotała Jasmine.
- Pomogę ci jeśli chcesz. - złapał ją lekko za dłoń Matthew.
Po napiętej sytuacji poszliśmy wreszcie na lody. Wzięłam kokosowe z nutellą. Są pyszne, ale nie wymażą mojego bólu. Nie sprawią, bym poczuła się lepiej.
Wszyscy idą przede mną, ale Tina odwróciła się i dołączyła do mojego powolnego kroku.
- Co się dzieje Ines? - złapała moje ramię.
- Wszystko jest nie tak Tina. - spuściłam głowę na dół. - Ja tak nie dam rady dłużej.
Przysunęła moje ciało do swojego, po czym ułożyłam swoją głowę wygodnie na jej ramieniu i pozwalałam, by łzy lejące się ciurkiem spadał na jej bawełniany sweterek.
- Dał znaki życia chociaż?
- Tak. Wczoraj wieczorem. Udało mi się coś wyciągnąć od rozmówcy, ale nie wydaje mi się, by to był Luke.
- Czemu nic nie powiedziałaś? - krzyknęła tak głośno, że reszta odwróciła się w naszą stronę.
Machnęła ręką, by szli dalej. Posłuchali jej.
- Bo nie miałam ochoty z kimkolwiek gadać. Przepraszam.
- Nie przepraszaj mnie. - pocałowała moje czoło. - Teraz mi powiedz, czego się dowiedziałaś?
- Niczego praktycznie. Cienki głos chciał podać mi adres, nie wiem jaki, gdzie, skąd, ale nagle kontakt się urwał i zaczęło coś trzeszczeć. Taki przeraźliwy głos. Coś jak horror. przestraszyłam się i telefon zamilkł. Ale to nie był Luke, chociaż nie wiem, ale jestem pewna. Czuje to. Coś się dzieje. Coś się stało, ale nie wiem co Tina! Musze go znaleźć. Wiem, że mnie potrzebuje.
- Uspokój się. - przytuliła mnie mocniej. - Wszystko będzie dobrze. Pomożemy ci. Nie zostaniesz z tym sama.
- Dziękuje. - wreszcie na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Albo bardziej uśmieszek. Zbyt krótki, by można było się nim pławić.
- Chodźmy dzisiaj do cyrku. - zaproponowała Lu.
- Do cyrku? - spytała Tina.
- No.
- Hei wszystkim! - krzyknęła Olivia.
Przywitaliśmy się z nimi i jak to Lu, pierwsza zaatakowała je swoją najlepszą przez całe swoje życie oceną.
- Super pomysł z tym cyrkiem. - przytaknęła Mia.
- No nie wiem... - wtrąciła się z kwaśną miną Zoe.
- Czemu nie? - spytała Lu.
- O nie mogę! Uwiecznijmy ten moment! - wyciągnął komórkę Tom i skierował na dziewczyny. - Bliźniaczki nie zgadzają się ze sobą. Karygodne!
- O widzę, że ci się żarciki wyostrzyły. - Lu zacisnęła wargi w krzywy uśmiech i odtrąciła komórkę.
- Ja odpadam. - powiedziałam, unosząc lekko rękę.
Tina spojrzała na mnie i szybko dodała coś od siebie.
- Ja też.
- Czyli wszyscy idziemy prócz Zoe, Tiny i Ines tak? - spytała Olivia.
- Ja tez odpadam. - odezwała się Jasmine.
- Jak chcecie. - wzruszyła ramionami Lu. - To o 17. 14 na placu.
- Na placu będzie cyrk? - spytała Mia.
- Nie, tam się tylko spotkamy.
- Aaa, okey.
Chwilę posiedzieliśmy w parku. Usiedliśmy na trawie i pomagaliśmy sobie w zadaniach domowych. Każdy był konikiem w kimś przedmiocie, w którym druga osoba była słaba, więc taki mały plusik dla nas. Dwie godziny później razem z Tiną i Matthew'em poszliśmy do domu. Ciocia czekała na nas z obiadem. Nalała do szklanek soku i wyciągnęła z reklamówek duże, dojrzałe pomarańcze i włożyła do półmiska stojącego na środku stołu.
- Ty tak wcześniej? - spytał Matthew.
- Tak, a wy?
- No my już skończyliśmy dawno lekcje.
- A no tak. Nawet nie zauważyłam, że tak późno.
- Późno? - wtrąciłam się.
- No... dla mnie tak. Za chwilę mam gościa.
- Czyżby tego... - zmrużyła oczy. - Jak mu tam było... Kevin?
- Nie. Z Kevinem nic by nie wyszło.
- Źle się bawiliście? - spytała Tina.
- Nie, ale to jednak nie ten.
- Czyli teraz kto?
- Jack. - zamarzyła się. - On jest taki boski. Przystojny jak cholera.
- Ciociu, ty takie słownictwo? - otworzył lekko usta Matthew, łapiąc się dłonią za serce.
- Musze jakoś dogadywać się z młodzieżą.
Zaśmialiśmy się, wzięliśmy szklanki soku i poszliśmy do pokojów. Ja i Tina do mojego, Matthew poszedł grać na konsoli do siebie. Przez słuchawki na uszach, które na pewno ma, mam spokój na jakieś półtora godziny. Mogę wreszcie z kimś zaufanym porozmawiać o Luke'u. Kto jak nie Tina zna go najlepiej. Od małego ich rodzice znają się ze sobą. Kiedyś mieli niby randkę w przedszkolu. Wzięli nawet niby ślub na niby ołtarzu zbudowanego z klocków lego.
- Spróbuj do niego zadzwonić. - podała mi mój telefon, który rzuciłam piec minut temu na łóżko.
- Wiesz... ja... - pokręciłam głowa, spoglądając na telefon.
- Weź i zadzwoń.
Przytaknęłam głową i zrobiłam jak kazała. Dałam na głośno mówiący. Bałam się, ale linia była zajęta.
Czekałyśmy z niecierpliwością na jakiś znak od niego. Bawiłam się palcami, a Tina podrzucała piłeczkę tennisowa do góry. Parę minut później dostałam sygnał z komórki, że linia jest jest dostępna. Wstukałam numer Luke'a i zadzwoniłam dając znów na głośno mówiący.
Dryn-dryn-dryn... nieustanne burczenie z głośniku. Nagle zamilkło i ktoś zahuczał powietrzem w słuchawkę.
- Luke, to ty? - spytałam.
Nikt się nie odezwał. Tina spojrzała na mnie jak ja na nią, a później spuściłyśmy wzrok patrząc na komórkę.
- Luke, odezwij się proszę. - wymamrotałam.
Dalej nic. Głucha cisza.
- Ines? - spytał głos.
To na pewno Luke. O Boże to Luke! Ma dziwny głos... taki ochrypły. Taki straszny.
- Tak Luke. To ja. Co się dzieje? Czemu nie dzwonisz, nie piszesz? Martwię się.
- Hallo? - spytał.
Spojrzałam na Tinę, która rękami gestykuluje, bym dalej coś mówiła.
- Słyszysz mnie? Co się dzieje?
- Słabo cię słyszę.
- Luke co się dzieje?
- Dostałaś adres? - ściszył ton tak, że nie usłyszałam nic.
- Nie słyszę cię. Mów głośniej.
- Muszę kończyć. - usłyszałam głośny tupot stóp.
- Luke nie rozłączaj się! - krzyknęłam w słuchawkę, po czym kontakt się urwał.
Wyłączyłam rozmowę i spojrzałam na Tinę. Przez chwilę nie powiedziałyśmy do siebie nic. Patrzyłyśmy na siebie jak w obrazek, szukając odpowiedzi do tego co właśnie usłyszałyśmy.
- Rozumiesz coś z tego? - spytałam.
- Nic, a nic. - pokiwała sprzecznie głową. - To jest bardzo dziwne.
- No właśnie. Tak się dzieje od wczoraj.
- Może Tom, by coś zdziałał. Jest informatykiem, jego rodzina to informatycy, więc może by namierzył skąd pochodzi lokalizacja Luke'a.
- Nie chce to mieszać Tom'a i reszty.
- Ale to są twoi jak i jego przyjaciele. Powinniśmy wszyscy działać razem.
- No nie wiem Tina. Ale przemyśle to.
- Widzę, że jesteś bardzo zmęczona. Zostawiam cię, bo sama muszę wziąć się za naukę. Prześpij się, a dobrze ci to zrobi. - uśmiechnęła się, złapała mnie za dłoń i ruszyła w stronę drzwi.
- Przepraszam. Jutro porozmawiamy dobrze? I nie będę taka smętna.
- Jasne. Trzymaj się i będzie dobrze. - skinęła głową.- A jak znów zadzwoni to masz mi od razu powiedzieć.
- Tak jest prosz Pani. - gestykulowałam dłońmi ''salut''
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz